Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na to tylko czekał pan Haraburda. Goście barona dawno się rozjechali. W zamku pozostała tylko służba pałacowa i stary Arrenius.
Naradziwszy się z żoną, rycerz zaczął działać.
Wtedy, gdy pani Wanda spędzała czas z astrologiem, wypytując go o arcana jego tajemnej wiedzy i prowadząc z nim rozmowy po myśli starego magika, pan Haraburda z zamiłowaniem oddawał się połowom ryb, a powróciwszy, biegł do astrologa i z zachwytem i radością, niby żak, chwalił się zdobyczą, pokrzykując wesoło:
— Patrzcie, patrzcie, wasza dostojność, co za gigantus, niczem tarcza zbrojnego knechta za dawnych czasów, hę? A ten szczupak zębaty? Dobry to był korsarz i zbój znamienity! Tak mi się w niewodzie miotał, że bezmała sieci nie porwał!
Arrenius uśmiechał się łagodnie, ucieszony ze spokoju i dobrego humoru gości polskich, i nie mógł zrozumieć, dlaczego obawiał się ich teraz nagle sposępniały i zawsze ufny w swoją potęgę władca Filsandy.
Julius Arrenius miał siwą głowę, lecz „nie każda siwa głowa — mądra“, mówi przysłowie, a więc uczony astrolog nic nie spostrzegł i nie wyczuł.
A tymczasem pan Haraburda, pozostawszy we dwoje z żoną, coraz częściej mawiał:
— Wstyd mi oczy żre, że skaczę przed tym Szwedem jak Hiszpan... Nie szlachecka to rzecz!...
— Dwiema i sam Herkules nie zdoła! — odpowiadała pani Wanda, kładąc dłoń na ramieniu męża. — Pamiętaj, Władeńku, co mawiali dziadowie: „grzechu nie masz, gdzie woli nie masz!“