Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cała armata wali od brzegu pruskiego! Widzę pięć okrętów...
— Mały bieg! — rozkazał rycerz.
— Garuj fok i grot, odlofuj sztakżagiel! — rozległa się gromka komenda Muży.
Z mglistej dali jeden po drugim wypłynęło pięć okrętów. Były to małe brygi pomocnicze, któremi zwykle Szwedzi przerzucali swoje wojsko.
— Podnieść banderę szwedzką! — padł rozkaz rycerza.
Chorągiew z godłem Szwecji ślizgać się zaczęła na szczyt grotu i trzepotać na bryzie, powiewając długiemi kosami.
„Dumna Filsanda“ powoli zawracała ku brzegowi, sunąc na spotkanie brygom.
Gdy okręty przechodziły z dwóch stron „Filsandy“, pan Haraburda błysnął szablą.
Z wyzierów armatnich wykwitły białe kłęby dymów, huk wstrząsnął powietrzem i smugi ognia co chwila łyskały wzdłuż burt.
Próżno szwedzcy szyprowie usiłowali zmienić kurs i zawrócić ku brzegom, bo „Dumna Filsanda“ opędzała je, jak brytan stado płochliwych owiec, stłaczała w bezładną gromadę i ziała kulami.
Okręty tak się zbliżały do siebie, że z deku brygantyny trajkotać zaczęły salwy rusznic, nowy wszczynając zgiełk.
Szwedzi, widząc swoją flagę na maszcie napastującego okrętu, wymachiwali sygnałowemi proporczykami, krzyczeli coś przez tuby, lecz pan Haraburda nie odzywał się i walił z dział.
Jeden po drugim pochylały się uszkodzone brygi