Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ukląkł rycerz, a za nim wszyscy ci prości, zdziczeli ludzie, którzy oddawna nie śmieli oczu ku niebiosom podnieść, pełni grzechu, zbrodnią i nienawiścią żyjący.
Sztabnik Otto Balke i jego czeladź, korzyli się przed Twórcą, czołem bijąc o deski deku.
Gdy się wszyscy podnieśli z klęczek, tylko szczyty wieżyc zamku, oświetlone łuną, majaczyły jeszcze na wyspie, lecz i one topniały już w nocnych tumanach.
Kubala rozprawiał o czemś z okrętnikami. Rycerz spostrzegł, że przy żółtych językach latarni łojowych coś połyskuje na ręku chłopaka, więc krzyknął do niego:
— Pokaż, co masz tam na palcu, chłopcze!
Pacholik wyciągnął rękę. Pan Haraburda zobaczył piękny pierścień diamentowy.
— Skądżeś to zdobył taki klejnot? — spytał.
— Na baronie, moim panu, zdobyłem, wasa dostojność! — zawołał chłopak, potrząsając głową. — Kiedy jus wsyćko było abgemacht, posedłem sobie do baronowej komnaty i gdykę mu styletem psekłułem za ksywdę moją!
Chłopak miał twarz okrutną w tej chwili i zawziętą, oczy zaś posępne i groźbą ziejące.
— Za cóż to się zemściłeś? — szeptem zapytał rycerz.
— Było to pięć latów temu... Jescem prostym giermkiem chadzał psy boku młodego Rudolfa, syna barońskiego... Raz na łowach wychopnął się ten z siodła, a ja mu z pomocą psybiezałem. Mój ponicek tedy harapem wypasał mi gzbiet za dobre chęci moje i oscepem podziobał piersi. Psysiągłem ja mu w tę