Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pospolitej, lecz, o czem się naocznie przekonał, okrutnemu królowi Gustawowi-Adolfowi.
Na brygantynach, zawsze gotowych do dalekich wypraw, natychmiast zaczął się ruch. Szyprowie posłali czeladź na marsy; majtkowie wspinali się po wantach, czepiali się rej, oglądali żagle i wiązania gafli, prostowali i wyciągali gary, szykowali cumki z flagami sygnałowemi, smarowali łojem wały szpylów, ryngowali zapasowe łańcuchy kotwi i sztorcumy. Kanonierzy, należący do spisku, starannie czyścili długie gardziele dział i otulali je czarnemi pokrowcami.
Przed północą kilku majtków weszło na pokład „Dumnej Filsandy“, niosąc skórzane torby pana Haraburdy.
Na brzegu stał już Julius Arrenius z pergaminem w ręku i, gdy zbliżył się do niego rycerz, rzekł:
— Na żądanie dostojnej małżonki waćpana sporządziłem horoskop wyprawy. Tuszę z tego, co wynikło, iż wypadnie illustrissime. Zaniosę wróżbę nieomylną mądrej pani zaraz po odpłynięciu waszmości, aby pocieszyć stroskaną!
— I ja tak tuszę, mistrzu, że wyprawa będzie miała sukces — odparł pan Haraburda. — Wszystko dla tej sprawy zrobiono i obmyślono!
Astrolog nie spostrzegł szyderstwa, które brzmiało w odpowiedzi rycerza.
— Czy pan baron rychło zejdzie, aby oddać ostatnie rozkazy? — spytał pan Haraburda.
— Pan baron otrzymał jakieś pisma i odczytuje je — objaśniał Arrenius.
Pan Haraburda wszedł na pokład swojej brygantyny. Podbiegł do niego kwatermistrz Balke i szepnął: