Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ja, bom psykucnął za kotarą, a uchy naostsyłem nicem kot!
— Wracaj i powiedz, że niebawem będę, tylko się oporządzę nieco! — rzekł pan Haraburda i, zwracając sczerniałą twarz do żony, dodał: — Teraz... koniec! My zagramy swoją grę, a kto wygra — to się pokaże! Jednak ten, co przegra, nie będzie już ziemi stopami dotykał... Tak mi dopomóż Bóg i Panna Najświętsza!
Umilkł i długo chodził po komnacie, przeżuwając wzruszenie.
— Czy pacholik dostarczył ci ubrania żeglarskiego? — zapytał, zatrzymując się przed panią Wandą.
— Mam wszystko w pogotowiu — odparła.
— Wypłyniemy tedy przed północkiem. Bądź gotowa na ten czas. Pójdziesz z okrętnikami, kiedy poniosą moje toboły na brygantynę, a bosman Hanik ukryje ciebie, Figena i Kubalę w rumie... Oby Bóg dał szczęście!
Rycerz ubrał się i, pogwizdując wesoło, zbiegł schodami do komnat barona.
Wysłuchał długiej i zawiłej, chytrze ułożonej historji o okrętach szwedzkich, odbywających pławbę wpobliżu Gdańska i wożących oręż i prochy księciu pruskiemu, który zamierzał najść z siłą zbrojną granice Rzeczypospolitej.
— Mości baronie! — zawołał szczerym głosem rycerz. — Już tam noga nie ujdzie! Moja w tem głowa!
Uradzili, że brygantyny wypłyną przed północą bez ogni, aby nikt z Ozylji nie dojrzał ich ryzy, gdyż baron obawiał się szpiegów, którzy, jak mówił z udanem oburzeniem, służą nie wspaniałomyślnej Rzeczy-