Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wsyćko rycht! Abgemacht bez ostatku! Schluss! — rozległy się głosy spiskowców z pokładów okrętów.
— Słuchać komendy! — zagrzmiał głos rycerza. — Związanych okrętników znieść na brzeg i ukryć za kamieniami. Uczynić, com kazał... Moi do mnie na „Filsandę“! Wyciągnąć kotew! Sztormanie Muża, prowadź brygantynę!
Ponury, do zwału skalnego podobny, Kaszub, ujrzawszy, że ludzie z innych brygantyn weszli już na pokład „Dumnej Filsandy“, sprawnie i szybko wyprowadził ją z zatoki i, nadawszy żagli, poszedł na otwarte morze.
Gdy brygantyna oddaliła się na trzy strzelania armatnie, zagrzmiały działa zamku i kule z pluskiem wpadać zaczęły do morza, nie dosięgając „Dumnej Filsandy“. Jednocześnie huknęły prochy, podłożone przez spiskowców do składów; odpowiedziały im rumy prochowe brygantyn, gdzie opuszczający je bosmanowie pozostawili zapalone lonty.
Grzmot straszliwy targnął powietrzem, a od kamienistej wyspy nadbiegł wał grzywiasty i w bezsilnej zemście wpadł na burtę „Filsandy“, podniósł ją, pochylił i pobiegł dalej.
— Za krzywdy nase! — szeptał stojący przy burcie Wojtek Kubala.
— Za zdradę, za zamach na honor rycerski! — myślał rycerz, patrząc na dymy, wznoszące się nad wyspą i na wyrywające się szkarłatne płachty płomieni.
„Dumna Filsanda“ biegła naprzód.
Pani Wanda i siwy, zbiedzony Figen klęczeli na pokładzie i modlili się gorąco; za ich przykładem