Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pani w przezpiecnem miejscu ukryta, siwy pon z lochu tyz, wsyćko narychtowano, tylek Kubali nie mas do tego casu...
Rycerz zmarszczył brwi i z niepokojem spojrzał na schody, pnące się ku zamkowi.
Przeszło kilka minut, aż ujrzał pan Haraburda pacholika, szybko zbiegającego ku brzegowi.
Stanąwszy przed Arreniusem, wzburzonym głosem zawołał po niemiecku:
— Mój szlachetny pan zaniemógł srodze i woła jegomości rychło do siebie z lekami, a dostojnemu rycerzowi rozkazuje na morze wypływać niezwłocznie i ten list odczytać!
Mówiąc to, Kubala wbiegł na pokład „Filsandy“ i szepnął do rycerza:
— Zacynajta, drogi, złoty panie! Juy na nas psysedł cas!
Pan Haraburda szybko wstąpił na wysoki kasztel rufowy, gdzie sposobił się do oddania komendy stary szyper, powiernik barona, zuchwały zbój morski.
Nic nie mówiąc, rycerz uderzył go pięścią pomiędzy oczy i obalił bez ducha na pokład. W tej chwili stojący przy rudlu Otto Balke gwizdnął przeciągle w dudkę bosmańską. Ludzie rycerza rzucili się na majtków niemieckich i ciurów szwedzkich. Wywiązała się krótka walka. Zrzadka buchnął strzał pistoletowy, szczęknęły brzechwy tasaków, spadł ciężki cios toporu i nagle ucichło wszystko.
Wtedy rozległ się głos pana Haraburdy, mówiącego przez tubę:
— Hej, tam z brygantyn! Czy wszystko w porządku?