Pod polską banderą/Kochające serce dobry doradca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


Rozdział VII.
Kochające serce — dobry doradca.

Ze łzami radości i szczęścia rzuciła się pani Wanda w ramiona męża. Śmiała się i płakała, pokrywając pocałunkami ogorzałą twarz rycerza i tuląc się do niego.
— Najmilszy mój, słonko moje jasne — szeptała, patrząc mu w oczy — noce całe i dni przepłakałam i przemodliłam się o twoje zdrowie i rychły powrót! Bez ciebie słońce dla mnie nie świeci, a miesiąc niby nieboszczyk z mar spogląda na ziemię smutną. Sierota jestem i jeden ty rozradowanie dajesz... Władeńku, Władeńku mój najsłodszy!
Tulił do siebie szczęśliwy i rozkochany rycerz młodą żonę, włosy jej pieścił, okrywał pocałunkami piękne lica i usta płonące, ocierał łzy z modrych oczu i słowa miłosne, coraz to inne i gorętsze, mówił.
Nie uszła jednak jego uwagi troska i niepokój w jej źrenicach.
— Czy nie przydarzyło ci się, broń Boże, co złego w zamku? — zapytał szeptem.
— Cyt... — odparła i uważnie spojrzała na drzwi.
Rycerz zaczął nadsłuchiwać. Zdaleka ktoś szedł przez komnaty i odgłosy kroków tłukły się pod wysokiem sklepieniem.
Rozległo się pukanie do drzwi.
— Wchodzić! — zawołał pan Haraburda.
Na progu stanął marszałek zamkowy i z niskim ukłonem rzekł:
— Jego dostojność, baron Ralf Palen, mój pan, prosi szlachetnego rycerza z małżonką na ucztę wieczorną.
— Podziękujcie, wasze, swemu panu i powiedzcie, że zaproszenie chętnem sercem przyjmujemy! — odezwał się pan Haraburda.
Gdy marszałek opuścił komnatę, pani Wanda zajrzała do sąsiednich izb, sprawdziła, czy ktoś nie czai się za oknem, i dopiero wtedy usiadła obok męża i cicho szeptać zaczęła, co chwila nadsłuchując:
— Źle z nami, Władeńku, źle! Trafiliśmy w potrzask... Jesteśmy jak te lalki w teatrum italskiem, co ruchają nogami i rękami, chodzą, siadają i pląsy wyprawiają, bo ukryty za kotarą człowiek za sznurki różne targa i tak lub owak czynić je zmusza...
— Przebóg! Co mówisz, Wandko? Skąd masz takie myśli? — zawołał pan Władysław.
— Baron omamił ciebie i twojemi rękami ogień dla Szwedów dobrze wygartuje! — szepnęła. — Wiem już wszystko! Salwować się musimy czemprędzej. Inaczej oni pogrążą ciebie na wieczne czasy, przywiodą na hak! — szeptała, zaciskając ręce, pani Haraburdzina.
— Hm! — mruknął rycerz, rozumiejąc, że nie przywidzenie mówi ustami żony. — Hm, haczek na haczek, kruczek na kruczek...
— Daj Boże, jeżeli tak! — westchnęła. — Jeno mądrym musisz być jako Herburt! Słysz, będę mówiła teraz, a ty bacz, aby kto nie podsłuchiwał...
Pochylili do siebie głowy i szeptali niby dwoje rajców tajemnych, rzeczy straszne knujących.
Pan Władysław dowiedział się o wypadkach ważnych a tak nieoczekiwanych, że aż zbladł i drżeć na całem ciele zaczął.
Po odpłynięciu męża, baron Palen otoczył panią Wandę opieką i przyjaźnią. Widząc, że tęskni za mężem i blednie, a oczy jej zdradzają bezsenne, we łzach spędzone noce, starał się zabawić ją i oderwać od smutnych myśli, niosących udrękę.
Urządzał dla urodziwej pani wycieczki po morzu w pięknych, bogato przybranych łodziach, woził na Ozylję, gdzie w posiadłościach barona bawiono się łowami, szczując i goniąc psami lisy i zające, lub wykurzając borsuki z głębokich nor; wypływano do zatoki Sztokbarckiej z sieciami i przyglądano się rybakom, wyciągającym duże, trzepocące w oczach niewodu ryby.
Na ucztach, wyprawianych przez gościnnego właściciela Filsandy, dostojni przyjaciele barona otaczali ją uszanowaniem, niby królową, bawili wesołemi rozmowami; sam Julius Arrenius zestawił dla niej horoskop niezawodny, podług przepisów aleksandryjskich astrologów ułożony, paziowie i giermkowie grali dla niej na lutniach i śpiewali pieśni ucieszne.
Nic, zdawało się, nie mogło wzbudzić podejrzenia pani Haraburdziny, a jednak pewna okoliczność zastanowiła ją i zmusiła do myślenia i rozglądania się bacznego.
Zdziwiło panią Wandę, że wszyscy goście barona i sam Palen bez przerwy pod niebiosa wychwalali jej męża, ubolewając, że musi służyć królowi Zygmuntowi.
Młoda kobieta zastanawiała się nad tem, dlaczego podczas uczty i zabawy, poważny książę Gotland i uczony Arrenius, starali się wtajemniczyć ją w sprawy Rzeczypospolitej, wytykając błędy króla polskiego i objaśniając istotne zamiary Gustawa Adolfa, który, jak twierdzili cudzoziemscy panowie, afekt serdeczny żywił dla Poloniae illustrissimae amicae virtutis.
Fani Wanda, z senatorskiego się wywodząca domu, gdzie przy stole ojca widziała i słyszała największych statystów polskich, a nawet samego kanclerza Zamojskiego i hetmana Żółkiewskiego, którzy na trony Polski i Moskwy prowadzili Zygmunta III i jego syna Władysława, znała dzieje ojczyzny i sąd o nich miała zgoła męski i trafny.
Dziwili się szczerze mądrości niewiasty dostojni panowie i, kiwając siwemi głowami, mruczeli do siebie:
— Goddam! Gdybyśmy mieli takie kobiety u siebie, inne byłyby losy naszego kraju!...
Widząc, że mają przed sobą białogłowę o rozumie statecznym i głębokim, rozprawiali z nią, jak z równą sobie, pytając o różne rzeczy.
— Ściganie wyznawców nowej wiary kalwińskiej jest rzeczą zdrożną, o pomstę wołającą! — mówił książę Gotland. — Jak myśli dostojna pani?
— Chwalić Boga, mówi psalmista, można na bębnach i piszczałkach. Chwali go wróbel na dachu i srogi tur w kniei. Bogu miła każda wiara... — odparła pani Haraburdzina.
— Święta prawda mówi ustami waćpani! — zawołał książę. — A tymczasem król gnębi i tępi stronników reformacji! To zbrodnia!
— W Polsce nie było stosów, na których palono heretyków — zauważyła pani Wanda. — Z reformą walczy kościół katolicki, bo swojej wiary broni. Jest to wojna obronna, a kalwiństwo wojnę zaczepną prowadzi. Wojna jak wojna, jeno bez krwi przelewu, mości książę!
— No, tak, no, tak! — bronił się stary dostojnik. — Jednak król wysłał swoje wojsko do cesarstwa, a tam kalwinów ogniem i mieczem tępią! Ogniem i mieczem, dostojna pani!
— Nie jest to wojsko, posłane w sukurs cesarzowi, tylko najemne, jakie nieraz posyłali do ościennych państw Niemcy, Szwedzi i Szwajcarzy... Wina za gwałty spada na cesarza, no, i na króla, pół-Szweda, z powodu którego oddawna cura incesserat patres.
— Dostojna pani mężów przewyższa bystrością!... — zawołał Arrenius, składając przed młodą kobietą długie, wypieszczone dłonie.
Do rozmowy wmieszał się baron Palen.
— Zygmunta nienawidzi cały świat i powinna nienawidzieć Rzeczpospolita, bo prowadzi on szalbierską grę, służąc Habsburgom, urągając woli Polski i Szwecji, jątrząc inne państwa! — zawołał.
— Ichmościowie zapomnieli jednak i o zasługach króla — odparła pani Haraburdzina. — Zadał on cios Turcji i zada go ponownie; pobił na głowę podnoszącą się Moskwę, — nieznaną a groźną, uciszył swawolę kozacką i pohamował ordyńców...
— Got! — zakrzyknęli panowie. — To wszystko sprawił rycerski duch narodu waszego! Tacy wojownicy, jak małżonek waszmość pani, uczynili to, nie król! Jemu się śni korona szwedzka i królestwo Boże za przelaną krew heretyków!
— Rzeczpospolita nic nie ma do korony szwedzkiej, a wojnę prowadzi z królem Gustawem, bo taki rozkaz. My jesteśmy narodem wojennym i do posłuchu wodzom nawykłym — rzekła pani Wanda i ból schwycił ją za serce, bo przypomniała sobie opowieści ojca o swawoli rycerstwa w Moskwie, niekarność wojsk pod Cecorą i walki przy dworze króla, toczące się bez wytchnienia.
Zapanowało milczenie, aż przerwała je pani Haraburdzina:
— Dopóki Polak wiernie swoim władzom służy, dopóty siła w narodzie nie zaniknie!...
— Mądre słowa — mruknął, mrużąc oczy, baron Palen. — Giermkowie, zaśpiewać na cześć dostojnej pani!
Powróciwszy do swoich komnat, pani Wanda długo rozważała każde słowo, słyszane podczas uczty, i zrozumiała, że cudzoziemscy panowie usiłowali przekabacić ją na swoją stronę, włożyć jej własne myśli.
Lecz poco to czynili? Co mieli ci obcokrajowcy w tem, aby ją — niewiastę do swojej sprawy nagiąć? Była tylko jedna odpowiedź — chcieli zrobić z niej stronniczkę, aby nie buntowała męża. Dlaczego miałaby go buntować? Na to nie znajdowała odpowiedzi zaniepokojona niewiasta.
Pewnego dnia, przechadzając się po ogrodzie, ukrytym wśród wysokich murów z blankami na narożnikach, ujrzała pazia, czyszczącego zardzewiałe klingi szpad.
Nie spostrzegł jej i, trąc brzeszczoty, śpiewał półgłosem.
Pani Wanda zatrzymała się w zdumieniu, bo słowa były polskie.
Paź śpiewał:

Nieszczęśliwa wojna tera...
Ja na nią iść musę
A ja ciebie, mój kamracie,
Tu ostawić musę.

Zostawiam cie, mój kamracie,
Bogu jedynemu,
A sam ci musę ja służyć
Królowi szwedzkiemu...[1]

— Toście z naszego kraju? — zapytała, podchodząc do pacholika, pani Wanda.
— A no, jakżeby inacej! — szepnął. — Z Mazurów jamci, co to w Prusiech żyją. Ino cichajcie, dostojna pani, oby się tutejsi nie zwiedzieli...
— Boicie się?
— Ktoby się nie bojał takich zbirów! — odparł, podnosząc ramiona i ostrożnie się oglądając. — Wsędy mają ślepie i uchy. Oj, dostojna pani, dostojna pani, pseco taki wielgi, ksepki paninowy rycez, jako ten scubeł, co na wędkę chybnął, dla tych ludziów słuzby się jął?! Lepiej z kulasem w skózniach chodzić, oby ich chleba nie jadać!
— Co gadasz? — spytała pani Wanda.
— Słysałem jak baron peda do tego magika, ze moze kupać polskiego ryceza ze wsystkiemi girami, jako jegliją ściętą... Jam ci prosty siurek a kopfuję, co się święci... Cichajcie, pani, kamrat niemiec stąpa po komnacie... Jam ci nic nie godał... nic!...
Paź zaczął nucić sagę żeglarską, wczoraj na uczcie śpiewaną, a gdy nikt nie wyszedł do ogrodu, zajrzał do komnaty i, śpiesząc się, powiedział:
— Dostojna pani, powiedźta rycezowi swojemu, com wcor słysał na uccie! Swedzkie wojsko posło juz na Polskę z wojną. Zdobyły psubraty Rygę, Dynamundę i Mitawę, tylko blizej granicy polskiej w Inflanciech ryceze się nie dają i nicem psi wilka w biegu osadzili. Juz tam swedzkie jeneroły z hetmanem Ksystofem Radziwiłłem targować się pocęły. Widać nie w smak posły swedzkiemu scudłowi polskie kielbiki ościste! Ho! ho! Rycezowi powiedzta, dostojna pani, o tem wsyćkiem, a wiezę, ze go sierbioncka weźnie i wstydać pocnie, kiej się zwieda, ze tam kamraty swedzką juchę puscają, zaś on z ich baronami i grafami wino i psiwo pija i dla nich siła mozoli się na ojczyzny niezdrowie!...
Pacholik ukłonił się i poszedł precz.
Pani Wanda zaczęła się wszystkiego domyślać, lecz zrozumienie ostateczne i straszne przyszło później, gdy, chodząc po ustronnej ścieżce tuż przy murze, usłyszała nagle ciche cykanie. Długo nie mogła pojąć, skąd wychodzą te dźwięki, aż spostrzegła ukryte za krzakami, napół wrosłe w ziemię okno zakratowane, a w nim bladą, wychudzoną twarz starca o siwej brodzie.
— Coście za człowiek? — spytała, pochylając się ku oknu.
— Jeniec... — jęknął starzec. — Nazywam się Hugo Figen, rodem z Gdańska...
— Za co uwięziono waści? — szepnęła pani Wanda.
— Za wierną służbę Rzeczypospolitej i królowi Zygmuntowi — odparł. — Nie wiem, kto mnie więzi?
— Baron Palen. Jesteś w jego zamku na Filsandzie, wpobliżu wyspy Ozylji — odpowiedziała.
— Jestem w ręku Palena, straszliwego korsarza, wiernego sługi Szwedów! — zawołał jeniec. — Nie mogę pojąć, dlaczego polskie okręty porwały moje dwie galjony, prowadzone ze Szwecji do Gdańska, królowi w pomoc?
Pani Wanda wszystko teraz zrozumiała, a gniew i rozpacz porwały ją.
— Nikomu nie mów, waść, o rozmowie ze mną, a ja się losem waszym zajmę, gdy mąż powróci... — rzekła i odeszła do swoich komnat.
Od pazia-Mazura dowiedziała się pani Wanda o składach ukrytych wśród skał, i o tem, że zdobywane przez barona okręty wzmacniają flotę Gustawa-Adolfa.
Gdy rycerz wysłuchał opowiadania żony, schwycił się za głowę i jął targać się za włosy i wyć, jak głodny wściekły wilk w mroźną noc na pustkowiu.
Gdy się uspokoił, pani Wanda szepnęła:
— Musimy ratować siebie i Rzeczpospolitą, Władeńku!...
Rycerz spuścił głowę na piersi i długo pozostawał nieruchomy, rozpaczą przybity do ziemi. Jednak widać było, że obmyślił coś, bo nagle wyprostował się i pięścią groził niewidzialnym wrogom.
— Czekaj, czekaj! — syczał przez zęby. — Dobrego hetmana przygoda pokaże.
Długo jeszcze naradzał się pan Haraburda z żoną, aż powstał uspokojony i postanowieniem nowem porwany.
— A teraz czuj duch, Wandko! — szepnął. — Przywdziewaj najpiękniejsze szaty, pełen trzos gładkich słów i słodkich uśmiechów zgotuj i — chodźmy na ucztę do tych oczajduszów, graczów ponad miarę...
W godzinę później już siedzieli wśród gości barona Palena i trącali się z nimi kielichami, chociaż każden łyk piołunem im się wydawał, a każde pochlebne słówko — policzkiem boleśnym.
Nikt jednak nie mógłby spostrzec rozterki, która wrzała w ich sercach, szczerych i ojczyźnie bez reszty oddanych.
Gdy powrócili do siebie, pan Haraburda rzekł do żony:
— Nie piłem dziś dużo, bo gdyby wino poszło mi do głowy, nie wytrzymałbym i łby rozwalaćbym zaczął!
— Paź przyjdzie o świcie, szepnęłam mu, cośmy uradzili — powiedziała pani Wanda.
Istotnie pacholik wślizgnął się nad ranem do ich komnaty i podał rycerzowi cienką ostrą piłę i czekał.
— Dziękuję ci chłopcze, żeś nam oczy otworzył. Nigdy tego nie zapomnę i wdzięczność ci winienem dozgonną! — wykrzyknął pan Władysław, biorąc chłopca w ramiona.
Paź schylił mu się do kolan i odpowiedział:
— Oby Bóg dał scęście i poratunek!
— Powiedzno mi, czy pomiędzy okrętnikami są Mazurzy, lub jacyś inni nasi ludzie? — spytał rycerz.
— Siła jest naszych chłopów z Prus, Kaszubów Pomorskich i Warmjaków biskupich! — odparł paź.
— Miłująż one chłopy Szwedów i waszego barona? — pytał dalej pan Haraburda.
— Jak pies miłuje kota, w sam raz tak! — zaśmiał się chłopak zcicha. — Bojaźń mają, bo jak co do cego, to zaraz ci — loch a jak gorzej pójdzie — to hyc do morza. Kamień tu srogi i wysoki, a war — nie brat i nie pobrat, zakręci, zawierusy i pochynie bez ostatku!...
— Słuchajno, chłopcze, jak się nazywasz?
— Kscono mnie Wojciechem, ociec tyz Wojciech z przezwiska Kubala. Kmiecie my ci z Hollenhaimu, co koło Ełka lezy, dzie są włości bratanka nasego pana. Podarował on mnie baronowi, nicem scygła cy kosa uconego, bo, godają ludzie, co pieknie spiwam!
— Zostaniesz szlachcicem, Wojciechu Kubala, jeżeli wiernie ojczyźnie posłużysz w ciężkiej potrzebie! — rzekł uroczystym głosem rycerz.
— Oj rety, mój panie, złoty, kochany! — zawołał uradowany pacholik. — A cóz to cynić mi wypadnie? Godajcie a wszyćko pzyłozę, ile pary w rękach i tchu w gardzieli!
— Musisz, nic o mnie nie wspominając, wszystkich naszych w pogotowiu trzymać, a jak powiem, kiedy i co trza robić, razem wszyscy za mną mają pójść — szepnął mu do ucha rycerz. — A powiedz im, że bez potrzeby na szwank życia ich wystawiać nie będę.
— Hi, hi, hi! — zaśmiał się w kułak paź. — Hi, hi, hi! Takie to syny, mój dobry panie, co one żadnej śmierci się nie ulękną! Bo to psia ich krew, one dawno musiały fajtać w strycku na szlemieniu i tylko bez niedopatrunku po ziemi się włócą. Ja ich znam rozbójów...
— To, widzę, bardzo zacna kompanja! — zauważył ze śmiechem pan Haraburda. — Znam takich bisurmanów! Siła z nimi dokazać można i dokażemy, jak Bóg na niebie!
— Dokazemy! — powtórzył Wojciech. — I ja dokazę i kzywdy swojej dojdę...
— Co ci się przytrafiło, chłopcze? — zapytał rycerz.
— Nie kcę o tem tera gadać, a jak się co pokaze, tedy odśpiwam wsyćko! — szepnął pacholik, a twarz miał dziwnie zawziętą. — Tera odejdę juz, aby nie zwiedzieli się, zem tu do dostojnych państwa chodził...
Wojtek Kubala skłonił się nisko przed rycerzem, pani Wandzie rękę ucałował i wyszedł.
— Dobrego hetmana przygoda pokaże, mości baronie! — szepnął po odejściu chłopaka pan Haraburda i znowu pięścią pogroził.
Słońce weszło, złocąc basztę i blanki zamku. Morze połyskiwało i tęczyło się, zrzucając z siebie mgławicowy płaszcz. Pokrzykiwały obudzone mewy i rybitwy, gnieżdżące się w szczelinach skalistej Filsandy. Szeleja, jeszcze uśpiona i omdlała, z lekkim pluskiem wbiegała i z sykiem cofała się z wąskiej piaszczystej łachy, wyrzucając czarną kidzinę, muszle i różny żyjący drobiazg morski, na który z jękliwym krzykiem spadały ptaki, walczące i swarzące się o zdobycz.
We wspaniałych komnatach, o oknach, zawieszonych ciężkiemi kotarami, na miękkich łożach pogrążeni w sen, spoczywali goście możnego Ralfa Palena i sam baron, śniący o koronie grafskiej, zaszczytach na dworze walecznego króla Gustawa-Adolfa, a może o jeszcze większych i dumniejszych marzeniach, z których nikomu się nie zwierzał przebiegły, umiejący kryć swe uczucia i myśli, zuchwały i przebiegły korsarz bałtycki.
Nikt z tych spokojnie śpiących, potężnych magnatów nie przeczuwał, jakie postanowienia zrodziły się nad ich głowami, w komnacie polskiego rycerza i polskiej niewiasty.
Przestali być pionkami na szachownicy dziejowej i grę ujęli w swoje dłonie.
Miała to być gra na śmierć i życie...


Przypisy

  1. Emilja Sukertowa. Mazury w Prusach Wschodnich. Kraków, 1927.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.