Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Paź śpiewał:

Nieszczęśliwa wojna tera...
Ja na nią iść musę
A ja ciebie, mój kamracie,
Tu ostawić musę.

Zostawiam cie, mój kamracie,
Bogu jedynemu,
A sam ci musę ja służyć
Królowi szwedzkiemu...[1]

— Toście z naszego kraju? — zapytała, podchodząc do pacholika, pani Wanda.
— A no, jakżeby inacej! — szepnął. — Z Mazurów jamci, co to w Prusiech żyją. Ino cichajcie, dostojna pani, oby się tutejsi nie zwiedzieli...
— Boicie się?
— Ktoby się nie bojał takich zbirów! — odparł, podnosząc ramiona i ostrożnie się oglądając. — Wsędy mają ślepie i uchy. Oj, dostojna pani, dostojna pani, pseco taki wielgi, ksepki paninowy rycez, jako ten scubeł, co na wędkę chybnął, dla tych ludziów słuzby się jął?! Lepiej z kulasem w skózniach chodzić, oby ich chleba nie jadać!
— Co gadasz? — spytała pani Wanda.
— Słysałem jak baron peda do tego magika, ze moze kupać polskiego ryceza ze wsystkiemi girami, jako jegliją ściętą... Jam ci prosty siurek a kopfuję, co się święci... Cichajcie, pani, kamrat niemiec stąpa po komnacie... Jam ci nic nie godał... nic!...

Paź zaczął nucić sagę żeglarską, wczoraj na uczcie

  1. Emilja Sukertowa. Mazury w Prusach Wschodnich. Kraków, 1927.