Przejdź do zawartości

Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

 — Rzeczpospolita nic nie ma do korony szwedzkiej, a wojnę prowadzi z królem Gustawem, bo taki rozkaz. My jesteśmy narodem wojennym i do posłuchu wodzom nawykłym — rzekła pani Wanda i ból schwycił ją za serce, bo przypomniała sobie opowieści ojca o swawoli rycerstwa w Moskwie, niekarność wojsk pod Cecorą i walki przy dworze króla, toczące się bez wytchnienia.
 Zapanowało milczenie, aż przerwała je pani Haraburdzina:
 — Dopóki Polak wiernie swoim władzom służy, dopóty siła w narodzie nie zaniknie!...
 — Mądre słowa — mruknął, mrużąc oczy, baron Palen. — Giermkowie, zaśpiewać na cześć dostojnej pani!
 Powróciwszy do swoich komnat, pani Wanda długo rozważała każde słowo, słyszane podczas uczty, i zrozumiała, że cudzoziemscy panowie usiłowali przekabacić ją na swoją stronę, włożyć jej własne myśli.
 Lecz poco to czynili? Co mieli ci obcokrajowcy w tem, aby ją — niewiastę do swojej sprawy nagiąć? Była tylko jedna odpowiedź — chcieli zrobić z niej stronniczkę, aby nie buntowała męża. Dlaczego miałaby go buntować? Na to nie znajdowała odpowiedzi zaniepokojona niewiasta.
 Pewnego dnia, przechadzając się po ogrodzie, ukrytym wśród wysokich murów z blankami na narożnikach, ujrzała pazia, czyszczącego zardzewiałe klingi szpad.
 Nie spostrzegł jej i, trąc brzeszczoty, śpiewał półgłosem.

 Pani Wanda zatrzymała się w zdumieniu, bo słowa były polskie.