Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kich słów i słodkich uśmiechów zgotuj i — chodźmy na ucztę do tych oczajduszów, graczów ponad miarę...
W godzinę później już siedzieli wśród gości barona Palena i trącali się z nimi kielichami, chociaż każden łyk piołunem im się wydawał, a każde pochlebne słówko — policzkiem boleśnym.
Nikt jednak nie mógłby spostrzec rozterki, która wrzała w ich sercach, szczerych i ojczyźnie bez reszty oddanych.
Gdy powrócili do siebie, pan Haraburda rzekł do żony:
— Nie piłem dziś dużo, bo gdyby wino poszło mi do głowy, nie wytrzymałbym i łby rozwalaćbym zaczął!
— Paź przyjdzie o świcie, szepnęłam mu, cośmy uradzili — powiedziała pani Wanda.
Istotnie pacholik wślizgnął się nad ranem do ich komnaty i podał rycerzowi cienką ostrą piłę i czekał.
— Dziękuję ci chłopcze, żeś nam oczy otworzył. Nigdy tego nie zapomnę i wdzięczność ci winienem dozgonną! — wykrzyknął pan Władysław, biorąc chłopca w ramiona.
Paź schylił mu się do kolan i odpowiedział:
— Oby Bóg dał scęście i poratunek!
— Powiedzno mi, czy pomiędzy okrętnikami są Mazurzy, lub jacyś inni nasi ludzie? — spytał rycerz.
— Siła jest naszych chłopów z Prus, Kaszubów Pomorskich i Warmjaków biskupich! — odparł paź.
— Miłująż one chłopy Szwedów i waszego barona? — pytał dalej pan Haraburda.
— Jak pies miłuje kota, w sam raz tak! — zaśmiał się chłopak zcicha. — Bojaźń mają, bo jak co