Pod polską banderą/Wyprawa morska

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pod polską banderą
Wydawca Książnica - Atlas
Data wydania 1929
Druk Zakładt Graficzne S. A. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Rozdział VI.
Wyprawa morska.

Baron Ralf Palen stał na krużganku swego zamku i słuchał, co mówił do niego poważnym, tajemniczym głosem wysoki człowiek w czarnem, obcisłem ubraniu.
— Sporządziłem horoskopy całej wyprawy, szlachetny baronie, a wypadły świetnie, przepowiadając wam sukces i nową sławę! Nasz najjaśniejszy pan Gustaw-Adolf nie zapomni przysługi barona Palena, gdy ten zmusi Polaków do szkodzenia sobie własnemi rękoma. Imię potężnego barona zabłyśnie wśród najbliższych powierników i ulubieńców naszego monarchy!
Baron Palen dumnie wydął wargi i, mrużąc stalowe, zimne oczy, rzekł szyderczym głosem:
— Goddam! Dostojny panie, jesteś adeptem i największym mistrzem astrologji, więc nie chciałbym, aby nazywano ciebie, jak innych, astrołgarzem. Słyszę bowiem słowa, lecz nie widzę dowodów!
Astrolog z wiszącej na pasie aksamitnej torebki dobył pismo i, podając baronowi, powiedział:
— Dokument, mianujący pana barona dziedzicznym grafem Szwecji. Gdy zaś Najwyższy pozwoli naszemu królowi uzyskać koronę niemiecką, będzie dostojny graf — panem na Filsandzie i Ozylji!
Baron uważnie przeczytał duży pergamin z pieczęcią z czerwonego wosku i mruknął:
— Uczynię, com obiecał. Ujrzysz to, mistrzu, natychmiast...
Klasnął w dłonie i krzyknął do nadbiegającego giermka:
— Prosić do mnie gościa polskiego, a migiem!
Wkrótce na krużganek wyszedł pan Władysław Haraburda, poprzedzany przez pachołka.
— Witam waszmość pana! — wołał serdecznym głosem baron, wyciągając do gościa obydwie ręce. — Mam nadzieję, że pierwsza noc w moim zamku zeszła w spokoju?
— Dziękuję, mości baronie! — odparł rycerz. — Pod dachem tak znakomitego męża żaden niepokój nie może nam dokuczyć!
Baron Palen uśmiechnął się życzliwie i, wskazując na czarno ubranego jegomościa, rzekł do pana Haraburdy:
— Waszmość pan pozwoli, że mu przedstawię swego przyjaciela, sławnego mistrza astrologji — Juljusa Arreniusa, miłującego twoją ojczyznę za to, że ona może skutecznie obronić świat chrześcijański przed zalewem półksiężyca i dzikiej Moskwy, która marzy o zdobyczach na zachodzie. Obaj wierzymy, że tylko Rzeczpospolita może stać się puklerzem pokoju w Europie.
— Słowa mości pana i myśli waszmościów radują moje serce! — odparł rycerz, ściskając dłoń Arreniusa.
— Spojrz-no na zatokę moją, waść! — rzekł baron, przechylając się przez krawędź krużganku.
Pan Haraburda uczynił to samo i ujrzał pięć dużych brygantyn, po których biegali ludzie, wciągając nowe żagle, mocując liny i czyszcząc wyglądające z wyziorów burtowych paszcze armat.
Baron zaczął mówić:
— Jeżeli waszmość nie odmieniłeś myśli swoich, aby służyć ojczyźnie tam, gdzie nikogo oprócz ciebie niema, to masz po temu sposobność! Rychtujemy właśnie okręty, aby wypłynąć na morze i Szwedom szkodzić. Otrzymałem wiadomość, że lada dzień galjony Gustawa-Adolfa wypłyną ku brzegom Estonji, aby rzucić materjały wojenne i wojska do Inflant, Kurlandji i Prus. Zamierzamy zagrodzić im drogę i, chociaż z całą armatą królewską walczyć nie zdołamy, coś-niecoś urwać z niej możemy. Jak o tem myślisz, rycerzu?
— W sprawie pro patria, powtarzam, zawsze sekundować jestem ochotny! — zawołał pan Haraburda.
— Gut! — zakrzyknął baron. — Wtedy rychło zgotuj się, waść, do drogi, a o nadobną małżonkę bądź spokojny, bo, pamiętaj, że prędzej cała Filsanda i mój kasztel runą do morza, niźli jej włos z głowy spadnie! Przysięgam to na cienie moich zamordowanych dzieci!
Baron podniósł rękę ku niebu.
— Rzekłeś, mości baronie, i przysiędze twej wierzę, bo straszna była! — szepnął rycerz. — Idę teraz do drogi się sporządzić...
Nie słyszał pan Haraburda, że po jego odejściu baron Palen szeptał do mistrza Juljusa:
— Ja mu przechowam żonę, jakom przysiągł, ale za to on posłuży zacnie naszej sprawie i ręką polską pogrąży Zygmunta w oczach tych, którzy mu w Szwecji jeszcze ufają! Ten rycerz może siła zdziałać, bo to znamienity wojownik, u hetmanów na oku jest, a królowi — nieprzyjaciel!
Nie długo wybierał się pan Haraburda. Pożegnał panią Wandę, która na lekki pancerz, ukryty pod kurtą skórzaną, powiesiła mężowi na piersi wylepiony z wosku przez prałata-zakrystjana papieskiego, a wyświęcony przez Ojca Świętego agnusek cudowny, zamknięty w srebrnem puzderku na łańcuszku; wziął od dziadka-kasztelana wywodzącą się ciężką szablę batorówkę w pochwie z jaszczuru, skutego złotemi klamrami, zatknął dwa pistolety za pas i poszedł ku okrętom. Spotkał go tu sam baron Palen i, będąc człowiekiem wojennym, aż przystanął na widok rycerskiej postawy pana Władysława.
— Święty Jerzy, patron wojowników, nie miałby chyba groźniejszej figury! — zakrzyknął. — Z każdego ruchu waszmości bije powaga wodza dużej miary!
— Od dzieciństwa na wojnie żyję! — usprawiedliwiał się rycerz, wchodząc na pokład największej brygantyny „Dumna Filsanda“.
Na deku stali w trzy szeregi uszykowani marynarze z szyprem, bosmanami, marszałkami i sztabnikiem na przodzie. Ludzie byli w rynsztunku bojowym, na okrętach używanym. Mieli na sobie szerokie pludry i kaftany z przesmolonego płótna, takież kapelusze z fartuchami, okrywającemi karki, z pasów zwisały ciężkie a krótkie tasaki, szablami abordażowemi zwane, pistolety i siekiery o szerokich ostrzach, do rąbania burt okrętowych i lin przysposobione.
Wszyscy mieli ponure i srogie twarze, ogorzałe na wichrach morskich, rozrosłe bary i piersi, a nogi mocne, szeroko rozstawione, jak to zwykle bywa u okrętników, z którymi nieraz w dzieciństwie przebywał pan Haraburda w Kłajpedzie i Rydze.
— Lud dobry i bitny! — rzekł do barona rycerz, wprawnem okiem oglądając majtków i starszyznę okrętową.
Baron Palen zaśmiał się zcicha i odpowiedział:
— Każden z nich próbował szturmów na oceanie, a bił się z okrętnikami pono wszystkich narodów. Doświadczony to piracki ludek, zgrany jak kapela!
„Dumna Filsanda“ na komendę barona wywiesiła żółto-czarną flagę i wnet zaczęły zgrzytać łańcuchy kotwic, wyciąganych na szpyle.
— Z Bogiem! — krzyknął baron, zbiegając po mostku na brzeg.
Wszedł na wysoki stos kamieni, gdzie wznosił się pal z dużą latarnią, i przez tubę rzucił rozkaz:
— Podczas ryzy nad brygantynami komendę mieć będą szyprowie, a gdy wypadnie bitwa — słuchać rozkazów szlachetnego polskiego rycerza! Na wodę, heiss auf!
Na ten rozkaz szyprowie odpowiedzieli okrzykiem: Los!, poczem okrętnicy zaczęli hysować żagle, bosmanowie wykrzykiwać słowa komendy, dekowa czeladź uwijać się po pokładzie, mocując i ryngując cumy i lofry i wciągając na burtę lesicy.
Od sztaby sternik, stojący przy rudle, a z marsów komendorowie powtarzali słowa rozkazów szyprów, wyprowadzających z zatoki okręt po okręcie.
Wysoko w wykuszu jednego z okien zamkowych powiewała biała chusta.
Dojrzał ją rycerz i, zerwawszy czapkę z głowy, jął nią wymachiwać, posyłając ostatnie przed odpłynięciem pożegnanie żonie.
Gdy słońce stało wysoko, „Dumna Filsanda“, nadając żagli, biegła pełnym szorem, kołysząc się na falach. Sunęła szybko na zachód, a woddali za rufą topniały czarne zarysy wyspy, pogrążając się głębiej i głębiej w ruchomą pierś morza.
Pan Haraburda oglądał swój okręt niby skrzętny gospodarz, obchodzący dwór. Obejrzał kasztele na sztabie i rufie, izbę, gdzie wisiały na linach splecione ze sznurów legła załogi; słuchał jak szyper rozpowiadał mu o nowem olinowaniu bezan-masztu, o marsie na foku, gdzie, na rozkaz barona, umieszczono małą hakownicę; długo oglądał armaty, wytykające z burtowych wyziorów połyskliwe paszcze; zeszedł na dolny dek, gdzie stały mniejsze działa, a obok nich piramidy złożonych kul; wąskiemi schodkami zbiegł przez lukę do prochowni, gdzie przechowywano beczki z prochem i saletrowaną smołą do podpalania nieprzyjacielskich okrętów; dotknął niemal każdej tarcicy, wręgi i bimsy kadłubu, o wszystko pytając szypra. Wyszedłszy na główny dek, zwiedził pilasy, dunetę, szaniec przedni i kasztelunek, przyglądając się pracy kwatermistrza przy helmacie sterowym, czynnościom komendorów i czeladzi na obydwóch dekach, w biesiadni i rumach.
Rycerz, towarzysz pancernej chorągwi, uczył się teraz sztuki morskiej i czuł, że był w swoim żywiole, aż spostrzegł to stary szyper i, pykając fajką, rzekł:
— Wasza dostojność ma w żyłach krew żeglarską! Kto wie? Może jakiś daleki przodek lufował niegdyś po morzach...
Pochlebiło to panu Władysławowi, więc uczył się dalej z jeszcze większą starannością.
Wiatr dął posmyczny. Porywna brygantyna pruła morze szybko, aż prysk miotał się przed nią i pienne płachty wylatywały wysoko w powietrze.
Morze było pustynne, jak to zwykle bywa, gdy nadciąga wojna, wystraszająca okręty kupieckie, wiozące towary.
Jednak na trzeci dzień szyper przybiegł do rycerza i zawołał:
— Od nordu dojrzano z fok-marsy dwie galjony!
— Ludzie do armat! — huknął uradowany pan Haraburda, już stęskniony do zgiełku bitwy.
Po chwili wszyscy byli na swoich miejscach. W tylnym teremie przy sterze — kwatermistrz z pomocnikami, przy działach i ambrazurach obydwóch deków — kanonierzy i dekowi bosmanowie, czeladź — przy lochach prochowym i bombowym oraz przy pompach — na wypadek ognia, majtkowie — na marsach — przy żaglach, a inni z hakami i toporami, pod komendą abordażowych komendorów, zaczaili się wzdłuż burt, gotowi do ataku.
— Bandera szwedzka! — rozległ się krzyk z marsy fok-masztu.
— Podprowadzaj waść, mości szyprze, nasze okręty ku nieprzyjacielowi! — rozkazał rycerz.
Na masztach natychmiast wykwitły różnobarwne flagi sygnałów, doniosła się komenda, rzucona przez tubę, rozdarły powietrze gwizdki bosmańskie a morski róg długo ryczał ponurym głosem.
Brygantyny otaczały nieprzyjaciela i, zamknąwszy koło, zbliżać się ku nim poczęły, zwalniając gary i brasując reje.
Gdy się okręty zbliżyły, na strzał armatni, szwedzkie galjony nagle wywiesiły białą flagę.
— Poddają się! — krzyknął szyper. — Naprzód!
„Dumna Filsanda“ ruszyła ku Szwedom. Wkrótce czeladź zahaczyła burtę pobliskiej galjony i ludzie z brygantyny zaczęli przebiegać na jej pokład.
— Kto tu jest komendantem? — krzyknął ze szwedzkiego okrętu wysoki starzec, podchodząc do burty.
— Jam jest! — odparł rycerz, występując naprzód.
— Jak się to dzieje? — mówił starzec, uchylając czapki. — Wieziemy do Gdańska kontrabandę wojenną dla Polski od stronników króla, a polskie okręty nas napadają? Żądam wolnej drogi!
— Skąd waść wiesz, że są to polskie brygantyny? — spytał zdumiony pan Haraburda.
— Widzę polskie bandery na masztach! — odparł stary jegomość.
Pan Haraburda podniósł oczy i istotnie dojrzał na maszcie czerwoną banderę z białym orłem.
Chciał jeszcze o coś zapytać, gdy podbiegł do niego szyper i szepnął:
— Bacz, wasza dostojność, aby ten szwedzki gemajn nie wywiódł nas w pole! Zwykły to wykręt! Piaskiem rzuca w oczy, aby ujść nam!
Pan Haraburda, już nie namyślając się, oddał rozkaz szyprowi, aby obsadził ujęte okręty swoimi ludźmi i gnał je do Filsandy.
Po trzech dniach pływanki cała flotyla zawinęła do zatoki, nad którą wznosił się zamek barona Palena.
Rycerz, powitawszy gospodarza i zdawszy mu relację o przebiegu pławby, nie słuchał jego pochwal i słów pochlebnych, bo pobiegł do żony, stęskniony i niespokojny o swoją najsłodszą Wandkę.
Nie widział więc pan Władysław, że z głębokiego rumu jednego z okrętów wyprowadzano uwięzionych tam szwedzkich majtków i starego jegomościa z oczami związanemi paskami płótna i wrzucono do lochów zamkowych. Służba wyładowywała zdobyte okręty i znosiła towary do składów, ukrytych za wystającemi skałami. Nie wiedział rycerz, jeszcze niedawno walczący pod buławą Żółkiewskiego, wiernego ojczyźnie hetmana-męczennika, że wtedy, gdy rozpowiadał żonie o swoich przygodach na morzu, we wspaniałej sali biesiadnej, ozdobionej rogami, skórami dzikich zwierząt i bronią łowiecką, przy długim stole siedział baron Palen w otoczeniu gości i starego szypra z „Dumnej Filsandy“.
Szyper ze wszystkiemi szczegółami opowiadał o ryzie kaperskiej i o tem, jak uczył się rzemiosła żeglarskiego młody rycerz.
— Oddałbym połowę swojej fortuny, żeby ten wojak na naszą przeszedł stronę! — z westchnieniem rzekł baron.
— Taki nie przejdzie, — odpowiedział Julius Arrenius — bo to wierny Polak!
— Wiem to, — kiwnął głową Palen — ale boli mnie to, że tacy ludzie muszą zginąć przez króla Zygmunta! No, ale to ich sprawa, nie nasza!
Podniósł swój kubek i już wesołym głosem wykrzyknął:
— Za zdrowie i szczęście najjaśniejszego pana, króla Gustawa-Adolfa!
Wszyscy podnieśli się i duszkiem wychylili puhary.
— Widzicie, waszmościowie, że wszystko idzie po mojej myśli! — zawołał baron. — Rycerz nie wie, komu służy, a tymczasem wzięci przez moje okręty Szwedzi spostrzegli polską banderę królewską, a gdy kilku z nich wypuszczę na wolność, opowiedzą o tem w Szwecji i — piękny alarm powstanie wśród stronników Zygmunta a zdrajców króla Gustawa-Adolfa!
— Wielka w tem zasługa wasza, dostojny panie! — odezwał się poważny mąż w szkarłatnym stroju i wysokich żółtych butach rajtarskich.
— Cieszą mnie słowa wasze, mości książę! — odparł, pochylając głowę, baron. — Muszę dodać, że obecnie wszystkie moje składy są wypełnione wojennemi materjałami, które w każdej chwili gotów jestem oddać szwedzkiemu wodzowi, który ma bellum gerere w Inflantach. Od trzech lat pracuję na to!
— Najjaśniejszy pan i generałowie wiedzą o tem, dostojny panie, i liczą na was! — rzekł książę.
Uczta trwała do późnej nocy. Podochoceni goście strzelali z pistoletów do tarcz, trzymanych przez giermków, i słuchali śpiewów pacholików, brzdąkających na lutniach. Były to pieśni żeglarskie, stare i groźne, a wtórowały im zwara morska, łomocąca z hukiem i pluskiem w zbocza kamienistego spychu, i sycząca kipiel, wśród ostrych raf szalejąca.
Gdy uczta miała się już ku końcowi, wszedł marszałek zamkowy i podał baronowi pismo. Palen przeczytał i klasnął w dłonie:
— Szczęście samo idzie do rąk królowi Gustawowi-Adolfowi! — zawołał.
— Co się stało?! — pytali goście, otaczając kołem gospodarza.
— Mam wieści, że galery hiszpańskie weszły na Bałtyk, zdążając do Gdańska! — oznajmił baron.
— Czyżby Hiszpanja postanowiła pomagać Zygmuntowi III? — rozległy się trwożne pytania.
— Pismo nic nie mówi o tem — rzekł Palen. — Lecz ja powiem waszmościom, że okręty pod polską banderą napadną na te galery i, ufam, zatopią je.
— Któż to uczyni? Kto się waży stawić czoło potędze króla Hiszpanji? — spytał książę.
— Polski rycerz na moich brygantynach! — odpowiedział ze śmiechem baron.
Podano nowe konwie wina i goście pili, uradowani z pomyślnej wieści. Istotnie, była to ważna nowina, gdyż Hiszpanja, wciąż zwodząca króla Zygmunta i obiecująca mu pomoc w jego walce z reformacją i ze Szwedami, zagrażała dumnym i śmiałym zamiarom Gustawa-Adolfa, a wszelkie niesnaski, pomiędzy Polską a Hiszpanją wynikające, mogły wzmocnić plany szwedzkiego króla-wojownika.
To rozumieli wszyscy. Radość więc ogarnęła serca gości barona a brzęk kielichów i śpiewy rozlegały się aż do wschodu słońca.
Nie wiedział nic o tej radości wrogów Rzeczypospolitej pan Haraburda, zręcznie przez barona posuwany pionek na wielkiej szachownicy dziejowej.
Był spokojny i gotów do walki z galerami Hiszpanów, którzy, jak go przekonali baron i mistrz Arrenius, chcieli popchnąć króla Zygmunta do nowego frymarku Polską za cenę tronu szwedzkiego i ścigania ministrów kalwińskich, podsycając tem niezgodę w kraju, mogącą łatwo przejść w wojnę domową.
Rycerz uwierzył baronowi i astrologowi, gdyż nieraz od rodzica i hetmanów słyszał, że zabiegi króla na dworze cesarskim i tępienie reformacji za namową Habsburgów — podniosło przeciwko Polsce gniew Francji, Holandji i możnej Hanzy, które zaczynały pomagać Szwecji.
Pan Haraburda, wypłynąwszy po raz wtóry na morze, obiecywał sobie zrobić „hulaj duszę“ na karkach okrętników hiszpańskich i sposobił się do bitwy, niebaczny na to, że szyper kilka razy krzyczał coś do czeladzi, powtarzając:
— Sturzsee... Sturzsee! Halber Wind!
Widział, że półwiatr znosi brygantyny ku południowi, że gwałtowna przelewa wdziera się raz po raz na pokład i bije w wanty i barduny, łomocąc w burtę.
Lecz doświadczony szyper lufował sprawnie, lotrując żagle, aż „Dumna Filsanda“ a za nią i reszta okrętów, wzięła kierunek posmyczny.
Rycerz, oparty o reląg burty, widział wrzenie morza i kołyszącą się przed dziobem brygantyny mglistą płachtę, kryjącą widnokrąg. Myśli jego były rozdwojone.
Chwilami widział panią Wandę, która na klęczniku korzyła się przed świętym obrazem Królowej Korony Polskiej, ze łzami w modrych oczach modląc się o życie męża. Widział ją w obcym domu i na cudzej ziemi, a ból przeszywał mu serce i gryzący wstyd pędził łzy do oczu.
Wtedy dotkliwy domarad, tęsknota za domem ojczystym i za ziemią polską, ogarniał rycerza, lecz otrząsał się i myślał o tem, co go czeka za mglistą zasłoną, kołyszącą się przed nim. Oczami duszy widział potężne galery Hiszpanji, co na drogi złudne popychała Polskę, pięści zaciskał i zębami zgrzytał, zemstę ślubując.
„Dumna Filsanda“, prowadząc za sobą cztery brygantyny, przepłynęła wschodni Bałtyk i dopiero na zachód od Bornholmu spotkała się z dwiema galerami hiszpańskiemi.
Były to potężne okręty, majestatyczne, najeżone armatami, wyglądającemi z ambrazur trzech pokładów. Setki majtków uwijało się na górnym deku, na wysoko podniesionych teremach i na marsach, zwalniając gary, aby zahamować bieg. Na masztach powiewały dumne herbowe bandery hiszpańskie a końce wielkiej flagi rufnej dotykały fal.
Okręty zbliżały się bez sygnałów, w milczeniu.
Rycerz kazał przepuszczać galery od prawej burty, wciąż podchodząc do nieprzyjaciela, aż podniósł rękę do góry. Na ten sygnał ryknęły działa „Dumnej Filsandy“, a za nią inne brygantyny zionęły ogniem i kulami.
Potężnym głosem odpowiedziały galery i zawrzał bój.
Długo bronili się Hiszpanie, szerząc śmierć i zniszczenie. Pociski odrywały łęciny i gafle, a zwolnione płachty żagli miotały się i klaskały, niby potworne bicze, drżały maszty i spadały przetrącone kulami armatniemi topy. Jęki rannych coraz częściej rozlegały się na brygantynach, a ciała zabitych leżały na pokładzie.
Jednak prawie jednocześnie zapaliły się galery od ognistych smolnych pocisków. Na przedniej — płomienie lizać zaczęły wysoką rufę i obsadę foku, aż maszt runął, druzgocąc burtę i strącając do morza kilka dział wraz z obsługą; na drugiej — pożar rozgorzał na dolnym pokładzie, dokąd smolna kula przedarła się przez wyzior armatni.
Rycerz widział, jak hiszpańska załoga w popłochu wybiegała na górny dek i usiłowała spuścić szalupy, lecz nie zdążyła, gdyż huk straszliwy nagle targnął powietrzem. Uniósł się wysoko dziób ciężkiej galery i cały okręt, chyląc się na sztymbork, szybko pogrążał się do wody.
— Naprzód! — rozległa się komenda pana Haraburdy. — Zahaczyć galerę!
„Dumna Filsanda“, nadawszy żagli, runęła na pozostały okręt.
Majtkowie zręcznie rzucili haki i przyciągnęli burtę do burty, z bojowym okrzykiem przebiegając na pokład nieprzyjacielskiej galery. Wkrótce zwarli się z Hiszpanami, rąbiąc szablami i siekierami.
Pan Władysław, szalejący na pokładzie z szablą w ręku, szukał dowódcy galery.
Ujrzał go, stojącego na wysokim kasztelu sztaby z długą, migocącą szpadą w dłoni. Kilku majtków z „Filsandy“ już mknęło ku niemu, aby go rozpłatać toporami, lecz rycerz zatrzymał ich groźnym okrzykiem i sam skoczył ku dowódcy.
Krótko trwał pojedynek, gdyż posiadający olbrzymią siłę pan Haraburda wybił przeciwnikowi szpadę i, wytrąciwszy szablę z rąk nadbiegającego bosmana „Filsandy“, krzyknął po niemiecku:
— Poddaj się!
Hiszpan dumnie podniósł głowę i odparł przez zęby:
— Marynarze króla Hiszpanji nie poddają się!
Nim rycerz zdążył podbiec do niego, ten strzelił do siebie z krótkiego pistoletu i spadł za burtę.
Hiszpanie nie poddawali się i walczyli do ostatniej chwili. Na pokładach i w teremach szalała rzeż. Dzicy i okrutni piraci barona Palena dobijali resztki załogi galery i strzelali z pistoletów do tych, co z zatoniętego okrętu dopływali i czepiali się słabnącemi rękami tarcic burty.
Bosmani i marszałkowie wytoczyli kilka beczułek ze srebrnemi talarami i złotemi piastrami i, przeniósłszy zdobycz na pokład „Filsandy“, zdjęli haki. Brygantyny zaczęły szybko się oddalać od płonącej galery i już z oddalenia zwycięzcy widzieli, jak wybuchnęły na niej prochy i rozsadziły potężny kadłub.
Na morzu pozostała tylko pływająca byta — potrzaski okrętów i jeszcze szamocący się resztkami sił niedobitki, walczący ze zwarą.
Szyper kazał czeladzi wyciągnąć kilku tonących i zamknąć w rumie.
Musieli oni przynieść później do Hiszpanji wieść o napadzie na galery królewskie okrętów, nad któremi powiewały czerwone bandery z orłem białym pośrodku.
Brygantyny, naprawiwszy naprędce potrzaskane omasztowanie i uszkodzony linostrój, nastawiły żagle i dążyły na wschód, gdzie ich powrotu czekali z niecierpliwością i trwogą baron Palen, Julius Arrenius, dumny książę Gotland i stroskana, niespokojna o los i życie męża — pani Wanda Haraburdzina.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.