Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i nagle przewracały się kilami do góry, znikając w otchłani morskiej, niektóre płonęły i ogień już dosięgał rej masztowych, które miotały się jak olbrzymie żagwie, sypiąc iskrami i palącemi się odłamkami.
Gdy słońce zapadać zaczęło za morzem, wśród zimnych bałwanów czerniały potrzaski szwedzkich brygów i wraz z zydą posuwały się ku dalekiemu strądowi, gdzie jako przypływki ponure miały przynieść wrogom Rzeczypospolitej wieść o przepadłych okrętach.
Pan Haraburda kazał wyłowić kilku pływających i borykających się z morzem ludzi; byli to żeglarze-ciurowie, lecz pomiędzy uratowanymi wykryto posła księcia pruskiego, grafa Rosena, płynącego z pismem książęcem do Szwecji.
Zamknięto ich w rumie na sztabie i ruszono naprzód.
Jeszcze dwie noce i dzień pruła „Dumna Filsanda“ zimne morze, aż stojący na plichcie komendor Dethoff, Kaszub z Pucka, wykrzyknął radośnie:
— Drzewo pływa, co Wisła do morza wynosi! Gdańsk blisko!
Wszyscy okrętnicy zdjęli zydwestry i przeżegnali się.
— Chwałaż Tobie, dobry Boże, żeś nas szczęśliwie doprowadził! — zawołał pan Haraburda.
Pani Wanda, ręce kornie złożywszy, modliła się gorąco, a później z okrzykiem padła na pierś męża.
— Usłyszałaś modlitwę moją i zmiłowanie miałaś nad troską moją i łzami, Matko Przeczysta! — szeptała, płacząc z wielkiej radości.
— Podnieść banderę Rzeczypospolitej i wielką cho-