Strona:Ferdynand Antoni Ossendowski - Pod polską banderą.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


godzinę pomstowanie, jak nie na nim, to na rodzicu... i psywiódł Bóg doyyć casu!
Taka nienawiść i zawziętość okrutna biły z głosu i z twarzy pazia, że pan Haraburda nic nie mógł rzec i dopiero po chwili spytał:
— Przecież dla zemsty to uczyniłeś, Wojtku, nie zaś dla pierścienia?
— Pojmuję, dostojny panie! — wykrzyknął chłopak i, w jednej chwili zerwawszy z palca klejnot, cisnął go do morza.
— Podaj mi rękę, imć Wojciechu Kubala! — rzekł poważnym głosem pan Haraburda.
Chłopak wyciągnął rękę i jak równy równemu, jak mąż — mężowi potrząsnął dłoń rycerza. Po chwili skłonił się w milczeniu i odszedł, skupiony, poważny.
— Ponie komendancie! — zawołał od dunety szyper Muża. — Mamy wywiesić banderę polską?
Pan Haraburda namyślał się przez chwilę.
— Poczekajcie z tem! — odparł nareszcie. — Wywiesimy ją wtedy, gdy będziemy pewni, że nie z pustemi rękami do swoich wrócimy. Poczekajcie, bracie!
— Cekaliśmy tyla latów, pocekamy jesce małość! — odkrzyknął Muża.
„Dumna Filsanda“, ledwie się znacząc w mroku żółtemi plamami latarni dekowych, biegła naprzód, a trzymała się wpobliżu brzegów, bo tak kazał rycerz szyprowi i rudlowym.
Brygantyna pana Haraburdy po dwóch dniach minęła brzegi Kurlandji i zbliżała się do Królewca, gdy nagle z fok-marsy majtek Antoni Kąkol krzyknął donośnym głosem: