Pod blachą/Tom III/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pod blachą
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Indeks stron


IV.

O trzy kroki od kamienicy, którą zajmowali Burzymowscy, znajdował się dom, zwany Pod filarami.
Mieszkali w niej państwo Sołtykowie.
Chociaż pan eksstolnik koronny, synowiec sławnego biskupa krakowskiego Sołtyka nie mógł uniknąć całkowicie wszelkiego zetknięcia się z Blachą i jej towarzystwem, dom Pod filarami stanowił jedno z ognisk opozycji przeciw francuszczyźnie, księciu Józefowi i płochemu życiu świata eleganckiego.
Komedja, którą się książę osłaniał od prześladowania, tak dobrze była odegrywaną, że ją za prawdę brano. Nikt w zanudzonym księciu nie domyślał się przyszłego bohatera.
Pani Sewerynowa Potocka, rodzona siostra pani Sołtykowej (obie były Sapieżanki z domu) — należała do wszystkich zabaw i do poufałego kółka Blachy, pani generałowej Grabowskiej i pałacu Na górze.
Siostry widywały się i żyły z sobą, chociaż charaktery ich wcale nie zbliżały.
Pani Sewerynowa przekwitła piękność, chociaż urzędownie z mężem nie była rozdzieloną, nie żyła z nim, pan Michał Grabowski był przyjacielem jej domu. — Sołtykowa cała oddana dzieciom i ich wychowaniu podzielała przekonania męża, i przekładała to kółko szczuplejsze, w którem się on obracał.
Tu się schodziło, co było naówczas poważniejszego w Warszawie, a nadewszystko co pragnęło moralnego, duchowego odrodzenia kraju przez pracę spokojną, uczciwą i jawną.
Na wieczory przybywali tu czasami arcybiskup Krasicki, Staszic, Chreptowicz, Czacki, Dmochowski, młody Osiński. Tu zrodziła się pierwsza myśl towarzystwa naukowego, któremu sankcję królewską wyrobił w Berlinie u dworu pruskiego najlepiej położony arcybiskup Krasicki.
Zajmowano się nią właśnie w tej porze.
Księciu Józefowi i towarzystwu jego nie przebaczano Pod filarami, że żyli płochemi rozrywkami, oddzielali się od poważnych ludzi, że się zdawali wszelką myśl pracy jakiejś i krzątania się w domu odrzucać.
Jeden arcybiskup Krasicki, który dla całej rodziny Poniatowskich miał miłość i szacunek, starał się bronić księcia.
— Tak jest, śpi nasz książę, — powiadał — ale zobaczycie, że pierwsza trąba co zagra na pobudkę — obudzi go.
— Chyba już ta, co ma zabrzmieć na Józefatowej dolinie! — odważył się raz cicho szepnąć Osiński młody, autor roznoszonego po Warszawie dwuwiersza...

.........................................................

Bo nie cała Warszawa jest Blachą pokryta.
Pod filarami głośno nawet czasami ubolewano nad płochością towarzystwa, nad skandalem owego gospodarstwa pani Vauban, miłostkami i intrygami, pojedynkami i hulankami, które zdawały się całą treść życia młodzieży stanowić.

Natomiast Pod blachą, gdy Sołtyk na prawą rękę cierpieć zaczął, która mu później obezwładniała, skomponowano anegdotkę (równie fałszywą jak ta, którą wymyślono na Ożarowskich) — iż ś. p. Kajetan Sołtyk, gdy po smutnej katastrofie ukazano mu podpisy tych co go uznali obłąkanym, między niemi znalazłszy imię synowca, miał zawołać:
— Bodaj mu ręka uschła!
Wszystkie wybryki ks. Józefa, życia jego Pod blachą i w Jabłonnie, były przedmiotem sarkazmów, dowcipów, oburzeń Pod filarami.
W Jabłonnie oddawano to im z nawiązką.
Gdy na Socjecie, w późniejszym teatrze, w domu dla obu sfer przystępnym spotykały się dwa obozy, witano się zdala, z musu i dla przyzwoitości przemawiano słów parę, chłód i odraza były widoczne.
Wszystkich Sołtyka przyjaciół, „polakerją“ zwanych, pomawianych o patrjotyzm d’antichambre, miano za pedantów, ludzi ograniczonych, niewykształconych.
Dosyć powiedzieć, że do nich należeli Czacki, Woronicz, Chreptowicz, Krasicki, Staszic.
Dla księcia arcybiskupa tylko miano trochę więcej respektu, bo był dowcipnym, miał maniery wielkiego świata, europejską sławę i ten szczęśliwy charakter, który mu dozwalał wszędzie i zawsze z taktem, zimną krwią, tonem arystokratycznym a łagodnym, stać się przyjemnym nawet tym, co chcieli mu być nieprzyjaźnymi.
Pod filarami nie bawiono się tak bardzo hucznie, ani tak wystawnie i wspaniale jak Pod blachą, ale przyjęcie było pańskie, dom na wielkiej stopie, a gospodyni nadzwyczaj uprzejma i miła.
Pan eks-stolnik miał w różnych sferach przyjaciół, klientów i stosunki.
Właśnie dnia tego, gdy rano córkę Burzymowski zastał w kościele, do pana Stanisława Sołtyka przyszedł Dominik Szymanowski, sławny dowcipniś swego czasu, w którym na dowcipnisiach wesołych nie zbywało.
Godzina była wieczorna, pan eks-stolnik sam siedział w swoim gabinecie, oczekując na podanie światła i odwiedziny znajomych, które się zwykle o szarym mroku poczynały.
— Cóż tam słychać, panie Dominiku? — spytał, krzesło mu podając, gospodarz.
— Nic a nic nie słyszałem nowego. Jak na Warszawę, zdumiewająca cisza. Od wczoraj nikt się z nikim nie pobił, nie było pojedynku, nie rozerwał się żaden nadwerężony węzeł, nie zadzierzgnął nowy, nie zgrał się nikt, i Pod blachą ziewają.
— Więc nie wiesz, że grają w dewizy? — rzekł Sołtyk.
— Ale to ziewać nie przeszkadza — mówił pan Dominik. — Może kartują małżeństwa skromne, o których się głośno nie mówi. Rodzaj absolucji in articulo mortis... O jednem z takich słyszałem, ale w nie nie wierzę.
— No, o jakiem? — spytał gospodarz.
— Pięknej sąsiadki pana dobrodzieja — rzekł, palcem w stronę ukazując, Szymanowski.
— Jakiej?
— Jużciż nie mogłeś pan nie widzieć jej i nie słyszeć o tej, cette adorable Silvie!
— A! a! wiem! Mówisz o córce tego szambelana Burzymowskiego, co tu obok mieszka! — odparł Sołtyk. — Starego ojca jej widuję czasami, pannę parę razy najrzałem zdaleka... Piękna bo bardzo.
— Była! — dodał Szymanowski. — Od pewnego czasu mocno pobladła i strasznie melancholicznie zaczęła wyglądać.
— A! wiem! — odezwał się obojętnie gospodarz. — Plotą, że książę się w niej kochał, czy kocha... bo, o księciu mówiąc — dodał — a o kochaniu, zawsze bezpieczniej używać czasu przeszłego.
— Książę kochał się może! — odparł Szymanowski — ale panna za nim szaleje. Radby się jej pozbyć, bo mówią, że mu jej żal, że ma dla niej osobliwe poszanowanie. Więc, żeby się uwolnić od natrętnej miłości, męża jej pono szukają.
Sołtyk ruszył ramionami.
— Nie pleć, proszę cię — rzekł. — Nie godzi się. Żal mi biednej ofiary...
— Powiadają o niej dużo, o natarczywości, z jaką ściga księcia, a on jej unika, ale — jeśli mówić nie wolno, milczę — dodał Szymanowski.
— Najniedorzeczniejsze plotki po mieście obiegają i rosną, jak lawiny, — rzekł gospodarz — ja ich powtarzać nie lubię.
Pani Sołtykowa, która pocichu się zbliżywszy, stanęła w progu i wysłuchała koniec rozmowy, podeszła z zapytaniem.
— Czy nie o sąsiadach mówicie panowie?
Pan Dominik odwrócił się, aby przywitać gospodynię, a mąż potwierdził domysł jej.
— Tak, — rzekł — mówiliśmy o Burzymowskim, ja szambelana spotykałem dawniej i teraz. Znam go trochę. Człowiek dobry z kościami, przywiązany do dziecka, ale dobroduszny i łatwowierny do zbytku. Przywiózł tę młodą swoją, niedoświadczoną, spragnioną zabawy i świata istotę, nie wiem pod czyją oddając opiekę.
— A! mnie jej niewymownie żal — westchnęła pani eks-stolnikowa. — Tak bliskie sąsiedztwo nasze, iż niepodobna było uniknąć ich podpatrywania. Panna mnie interesowała. Z twarzyczki jej ślicznej patrzało dziecinne roztrzepanie, natura namiętna i nieopatrzna. Co ludzie mówią o jej rozkochaniu się w księciu, nie wiem o ile prawdziwe, wiem, że książę dla niej był i jest z największym szacunkiem i nigdy płocho się koło niej jak koło innych nie kręcił.
Ale w tym domu — coś się dziś stało! Nie wiem, co to jest! Mimowolnie, przez okno wyglądając, spostrzegłam coś, co mi daje do myślenia, że nad tymi biednymi ludźmi zawisło nieszczęście jakieś.
— A cóżeś to dopatrzyła tam? — spytał mąż.
— Raniuteńko, — mówiła pani Sołtykowa — panna sama, zakwefiona, pobiegła do kościoła. Trudno jej nie poznać po figurze, po chodzie, bo ma wiele dystynkcji i wdzięku. Trochę później, gdym zaciekawiona oknem wyjrzała, dostrzegłam, że ojciec pośpieszył za nią. Wyszli nareszcie razem, szambelan ją podtrzymywał, jakby osłabłą. Szła z głową spuszczoną — szeptali coś z sobą.
Słuchacze milczeli, gospodyni mówiła dalej powoli z wyrazem współczucia.
— To jeszcze nic. W chwilę po ich powrocie do kamienicy wybiegł pędem sługa, siadł do dorożki, poleciał, nagląc woźnicę i przywiózł wkrótce doktora Witaczka.
Około domu ruch się zrobił jakiś niezwykły. Posłałam zaraz dowiedzieć się, co to było. Przyniesiono mi tylko wiadomość, że szambelan nagle zachorował mocno.
Około południa, na kulach, ranny niedawno, przyjechał kuzyn ich, Mieczysław Grabski, który, jak powszechnie głoszą, pojedynkował się za pannę. Musiano go z powozu wysadzać, bo o swej mocy wysiąść nie mógł.
Coś go więc bardzo pilnego skłonić musiało do przybycia. Wiele osób dowiadywało się tam w ciągu dnia, które po większej części nie przyjmując, odprawiano. Między innemi poznałam barona de Beaumont i szambelana Pokutyńskiego.
— Coś się więc tam smutnego i groźnego stać musiało — odezwał się Sołtyk. — Ale starego szambelana widziałaś przecie zdrowym, gdy szedł do kościoła?
— Córka mi się wydała daleko słabszą od niego! — potwierdziła gospodyni.
Służący wnosili właśnie światło i kroki czyjeś słyszeć się dały.
Pani Sołtykowa, obejrzawszy się, spostrzegła jednego z przyjaciół domu, pana Wasilewskiego, który nadchodził powoli z twarzą smutną i zasępioną.
Był to człowiek niemłody już, tetryk, surowych obyczajów, sędzia niemiłosierny ówczesnego społeczeństwa.
— Cóżeś to taki chmurny? — odezwał się, witając go, gospodarz.
— Mógłbyś się pan stolnik zadziwić raczej, gdybym pod te czasy śmiał być wesołym, — odparł Wasilewski — jest to zaprawdę chwila, co i żółć burzy i łzy z oczów wyciska.
— Nowego coś? — zapytała gospodyni.
— Nowości smutnych bezliku, niestety, — mówił przybyły — żadnemu dniowi na nich nie zbywa. Nulla dies sine nigra linea. Lecim tak szybko do przepaści, jakgdybyśmy z wielkich wyżyn spadli.
Był to zwykły tryb wysławiania się Wasilewskiego, który, zamilkłszy i westchnąwszy, dodał:
— A taż nieszczęśliwego Burzymowskiego historja?
— Właśnieśmy o nich mówili, bo to sąsiedzi nasi. Naprawdę nie wiemy dobrze, co się stało, ale coś złego!
Niepokój tam wielki.
— Tyle tylko wiem, — rzekł Wasilewski — że rano był wesół i zdrów, poczciwe szambelanisko, simplex servus Dei, jak rzadko. Gdy to mówię, nie zaręczam, czy żyje.
Wpadł tu ze swą dobrodusznością między ludzi najzepsutszych, ślepy na wszystko, i najlepiej trzymając o naszem towarzystwie. Powiadają, że się czemś zgryzł nagle i apopleksją został tknięty.
Padnie ofiarą pewnie.
Wprawdzie sprowadzono doktora, który mu zaraz krew puścił, ale podobno już ani przytomności, ani władzy nie odzyskał — i co chwila spodziewają się, że skończy.
Wasilewski mruknął coś jak przekleństwo.
— Nigdy się to z nim i z córką skończyć dobrze nie mogło — mówił dalej. — Przyjechało to ze wsi, a wpadło w gniazdo osie. Panna, dziecko, z wyobraźnią rozbujaną, dostała się w ręce Vaubanowej i kompanji, pod opiekę blaszaną, — głowę jej książę zawrócił, choć może sam nie chciał!
Już gdy się Grabski o nią pojedynkował z tym młokosem, chodziły bałamutne plotki, że panna się w księciu kochała, a on bardzo to miał przyjmować obojętnie. Dziewczyna, nieopatrzna, nie dbała co o niej mówić będą, afiszowała się jakby umyślnie, któż wie? ojciec mógł się czegoś dowiedzieć, był do dziecka przywiązany!
Wasilewski kończył swe uwagi, gdy się wsunął do salonu stary Białopiotrowicz.
Gospodarstwo oboje chcąc uniknąć dalszego rozprawiania o tym niemiłym przedmiocie, poczęli o pogodzie, o Prusakach, o Francji, o wojnie. Przybyły gość po kilku słowach sam wtrącił.
— Słyszeli państwo o nagłej śmierci Burzymowskiego? Wszak to w sąsiedztwie? Przechodziłem właśnie około kamienicy i ledwiem się mógł przecisnąć, tyle tam powozów, ludzi, służby, i taki zamęt około tego domu.
— Zatem umarł, biedny! — westchnęła pani Sołtykowa.
— Raziła go nagle apopleksja; człowiek był otyły, jeść pono lubił — coś go zirytowało!
Pan Białopiotrowicz nie chciał nic wspomnieć o plotkach, które chodziły.
Spojrzeli wszyscy po sobie.
— Mnie żal tego poczciwego Grabskiego — wtrącił Wasilewski. — Z rany jeszcze nie wyleczony, o kulach się przywlókł, gotowa mu się przyrzucić gangrena, ażeby jedną więcej było ofiarą.
Przyjemne to następstwa nader wesołego karnawału! — dodał szydersko. — Niema co mówić, sowicie opłacona zabawa!
Nadchodzili i inni goście, a pani Sołtykowa, której się serce ścisnęło nad niedolą sieroty, odeszła pocichu z oczyma łzawemi.
Wyobrażała sobie położenie biednej sieroty z brzemieniem tej śmierci ojcowskiej na sercu, osamotnionej, zrozpaczonej i litość czuła nad nią wielką.
Ci, co chętnie wesołość podzielają, nie są tak skorzy do dzielenia się boleścią.
Nie znała ona zbliska Sylwji, zaledwie parę razy spotkawszy ją w towarzystwach, a jednak pociąg ku niej czuła tak wielki, że wreszcie postanowiła, ulegając mu, bez wiedzy męża się wymknąć, wziąwszy służącego, pójść do sąsiedniego domu i ofiarować pomoc swą i usługę.
Dobre serce długo jej się namyślać nie dało; bliskość mieszkania krok ten niejako tłumaczyła; wysunęła się więc nieznacznie.
Przed kamienicą stały dwa, czy trzy powozy, we drzwiach pełno było gawiedzi, zaglądającej ciekawie na lewo, gdzie leżało ciało świeżo zmarłego szambelana, około którego ludzie się jacyś kręcili.
Wahała się pani Sołtykowa, czy wnijść na górę, mając myśl ofiarowania domu swego za przytułek na dni kilka sierocie, gdy ze wschodów biegnąca pokazała się Habąkowska, w dosyć potarganym stroju, zdyszana i niebardzo przytomna.
Majorowa znała panią eks-stolnikową, bo kogóż ona w Warszawie nie znała? Spostrzegłszy ją tu, zdziwiona, zatrzymała się.
Skorzystała z tego pani Sołtykowa, aby się do niej zbliżyć i spytać, czyby nie potrzebowano pomocy jakiej? czy nie lepiejby było pannę stąd zabrać, aby jej smutnego oszczędzić widoku?
— A! niech pani hrabina sobie oszczędzi bardzo przykrego widzenia się z tą nieszczęśliwą, — zawołała majorowa. — Biedna szambelanówna ma przy sobie kuzyna, doktora i dame de compagnie. Z domu się oddalić nie chce, chociaż jej ofiarowano gościnność Pod blachą, Na górze, a i ja także mój domek oddawałam do dyspozycji... Mnóstwo osób już nadaremnie próbowało ją stąd odciągnąć. Ani jej cieszyć, ani przemówić do niej, zupełnie prawie nieprzytomna.
Tak nagła, niespodziewana, straszna katastrofa.
Ten poczciwy szambelan zdrów był z rana, naraził się na cug powietrza, wychodząc z kościoła!
— Więc ja jej w niczem pomocną być nie mogę? — spytała pani eks-stolnikowa.
— A! mogę zaręczyć za to! Dostąpić teraz nawet do niej niepodobna.
Chwyciła się majorowa za głowę i nadzwyczajną okazując troskliwość o panią Sołtykową, aby w tłumie tym i nieładzie, jaki w domu panował, potrąconą nie była, sama ją zaraz wyprowadziła z kamienicy.
Od majorowej więcej ani się mogła ani chciała dowiadywać eks-stolnikowa i smutna wróciła do domu.
Habąkowska, pożegnawszy ją we drzwiach Filarów, sama siadła do powozu, który za nią tu podjechał.
Tak samo jak u państwa Sołtyków, w całej niemal Warszawie mówiono tylko o Burzymowskich. Śmierć ojca wielu usta rozwiązywała.
Wszyscy przyjaźni towarzystwu z Pod blachy tłumaczyli ten wypadek w ten sposób jak majorowa, jakimś wiatru przeciągiem, skłonnością do apopleksji i t. p., aby na nikogo wina nie spadała. Ogadywano nieboszczyka, że jeść lubił, i w wesołem towarzystwie rad do kieliszka stawał; apopleksja otyłego, krwistego, niemłodego szlachcica, który na nią przez całe życie zarabiał, była bardzo naturalnem jego następstwem.
Czy co zaszło po powrocie z kościoła między ojcem a córką, o tem nikt nie wiedział.
Sylwja weszła z nim razem do dolnych pokoików, gdzie sami z sobą pozostali dosyć długo, gdy nagle krzyknęła, wołając o ratunek i znaleziono ją klęczącą u nóg ojca siedzącego w fotelu a już rażonego apopleksją.
Czeżewska natychmiast posłała po lekarza, do Grabskiego, a nawet do nienawistnej sobie Habąkowskiej, której pomoc w tej chwili, gdy wszyscy głowy tracili, była pożądaną.
Sylwja prawie nieprzytomna nie odstępowała od ojca, odciągnąć jej od niego było niepodobna.
Grabski, któremu Zybek sam dał znać, że stary pan, jak on się wyraził, paraluszem rażony został, chociaż mu lekarze jeszcze wychodzić nie pozwalali, ubrał się natychmiast i żadna siła ludzka już go powstrzymać nie mogła, aby się natychmiast nie stawił na miejscu.
Przyjechał o kulach, naówczas, gdy już szambelan, po krwi puszczeniu, oprzytomniony trochę, dogorywał.
Zobaczywszy Micia, poruszył się, mówić już nie mógł, ale mu się wargi zatrzęsły i oczyma kilka razy wskazał Mieczysławowi na córkę.
W jednem ręku miał trochę władzy i gdy się Grabski zbliżył doń, chwyciwszy dłoń jego, konwulsyjnym ruchem położył ją na głowie klęczącej Sylwji.
Wysilał się na wymówienie czegoś, bełkotał, lecz zrozumieć go nie było podobna. Niecierpliwiło go to widać, że Mieczysław począł go uspokajać, zaręczając, iż na jego pomoc i usługę w każdym razie rachować może; potakiwał to, potrząsał głową stary, i raz jeszcze chwyciwszy rękę Micia, położył ją na ramieniu córki...
Chciał czegoś więcej, czego wypowiedzieć już nie zdołał.
Sylwja zachodziła się z płaczu, przerażenia i rozpaczy.
Gdy stary Burzymowski doczekawszy się Grabskiego nieco się potem uspokoił, oczy mu się przymykać zaczęły, napadła go senność. Ile razy podniósł powieki, oczyma już omdlałemi wskazywał Mieczysławowi Sylwję.
Tak drzemiąc i usypiając coraz mocniej, wreszcie zasnął na wieki.
Omdlałą córkę na rękach musiano przenieść na górę i złożyć na łóżku, przy którem doktór Witaczek, Czeżewska i Grabski przesiedzieli dzień cały.
Stan taki, w jaki ją śmierć ojca wprawiła, opisać się nie daje. Boleść wielka ducha łamie ciało, cierpienie moralne staje się naówczas chorobą, której symptomata nie psycholog, ale chyba lekarz odmalować potrafi.
Obok tej zrozpaczonej niewiasty na straży stał drugi pacjent, ranny Grabski, zapominający o tem, że i on nie był całkiem panem siebie, bo mu kalectwo odejmowało siły, władze i rana groziła następstwy niebezpiecznemi.
Ile razy doktór zwrócił na to jego uwagę, odpowiadał cicho, że na pobojowisku gorzej bywa, a obowiązki iść powinny przedewszystkiem.
Choć z gorączką, osłabiony, kulejący i chwilami zmuszony spoczywać, aby siły odzyskać, Micio oddalić się nie chciał.
W ciągu tego dnia majorowa niesłychanie czynna, dwa razy była z raportem Pod blachą, a trzy razy na Miodowej ulicy.
Książę Józef wcale się nie ukazywał nikomu, jedni mówili, że wyjechał do Jabłonny, drudzy, że był w Skierniewicach, nikt właściwie powiedzieć nie umiał, gdzie się ukrywał.
Wieczorem w pałacu nie było przyjęcia, a pani de Vauban siedziała z Cichocką sama.
Bocznemi schodkami wpuszczano majorową, która się kręciła jak fryga, biegała, nie mogła przysiąść na chwilę, nieustannie przed sobą i przed drugimi potrzebując się tłumaczyć, że qu’elle n’y était pour rien (do niczego nie należała).
Rozpowiadała też szeroko o wszystkich znakach ostrzegających, które apopleksję szambelana oddawna przeczuwać dały... i t. p.
Ponieważ stan zdrowia córki nakazywał wielką ostrożność, nazajutrz pocichu zwłoki nieboszczyka przeniesiono do kościoła, a trzeciego dnia odbył się pogrzeb wspaniały, którego całem urządzeniem zajął się przyjaciel z ramienia Grabskiego wyznaczony.
On sam przykuty był do domu, nie mogąc się poruszać dla pogorszonego stanu rany, a nie mogąc opuścić Sylwji, zdając ją na niezręczną opiekę Czeżewskiej i majorowej.
Ile razy chora odzyskiwała przytomność, pytała o Mieczysława, do niego rozkazując się odnosić we wszystkiem. Uważała go niejako za opiekuna przez ojca jej wyznaczonego.
Jednego dnia po pogrzebie, na znak szczególnego faworu swego, hrabina de Vauban, wedle swojego zwyczaju (bo tym sposobem wszędzie oddawała wizyty), podjechała pod kamienicę, posłała bilet i kazała do siebie do drzwiczek karety wywołać panią wojską Czeżewską.
Największe panie naówczas, hołdując Francuzicy, dającej sobie tony królewskie, schodziły tak nieraz do jej powozu na rozmowę, nie śmiejąc delikatnej jejmości narazić na fatygowanie się po schodach i zmiany temperatury, które jej szkodzić miały!
Wojska także musiała posłuszna zejść na zawołanie, opowiedzieć jej jak się miała Sylwja, ukłon, pozdrowienie i kondolencję zanieść dla niej, wysłuchać westchnień i szeptów hrabiny, za honor sobie poczytując, iż w obliczu całej Warszawy zaszczytu takiej rozmowy poufnej dostąpiła.
Sylwja, staraniem troskliwych lekarzy, którzy ją na chwilę nie opuszczali, ze stanu gorączkowego przeszła w rodzaj prostracji i apatji, która zwolna miała ją do zdrowia przeprowadzić.
Tak się przynajmniej spodziewano.
Nie odstępując jej Grabski musiał tymczasowo zająć smutne mieszkanie na dole po nieboszczyku i tam, gdy mógł, odpoczywał.
Noga mu była naprzykrzoną wielce, szczególniej z powodu, że ciągłego opatrywania potrzebowała.
Jednego rana doktór przyszedł do niego i zastał bardziej niż zwykle podrażnionym i niecierpliwym. Zaledwie go zobaczywszy w progu, Mieczysław się odezwał:
— Kochany konsyljarzu! mówiliście mi, przypominam to sobie, że ranęby prędzej zagoić można, pocóż ją umyślnie trzymacie tak, nie dając się jej zabliźnić?
— Abyś pan później na nią nie cierpiał — odezwał się doktór.
— Ale ja dziś szczególniej potrzebuję tej nogi, — zawołał Grabski — ruchu swobodnego i zdrowia! Jutro niewiele mnie obchodzi! Dziś! dziś mi zdrowia potrzeba! Zlituj się, doktorze, przestań myśleć o jutrze. Zaklinam cię.
Doktór przyjął to ruszeniem ramion.
— Nie godzi się tak czynić! — odparł sucho.
— Ja mam obowiązki — począł Grabski niecierpliwcie — i ręczę wam, że, nie zważając na żadną ranę, będę je spełniał, choćby się mój stan miał pogorszyć.
Lepiej więc z dwojga złego, abyście mi ją zgoili czem prędzej.
Pomimo oporu lekarza, Grabski wezwał potajemnie felczera i kazał mu ranę goić czem prędzej, bądź co bądź.
Sprzeciwiał się i on zrazu, twierdząc, że się to później odezwać może, lecz pokonany nadzieją przyobiecanej nagrody, milcząc, wreszcie zgodził się na żądanie pacjenta.
Stan zdrowia Sylwji, wedle przewidywania lekarzy, acz powolnie, polepszał się. Siły, przytomność, pamięć wracała, ale razem z nią smutek się zdawał rosnąć.
Mówiła mało, a gdy Czeżewska lub majorowa, odwiedzająca ją aż nadto często, rozpoczynały rozmowę, zamykała oczy, udawała śpiącą, ażeby jej uniknąć.
Doktór Witaczek, który był nadwornym Pod blachą, zdawał o stanie chorej raporta i on to zapewne urządzić musiał, upatrzywszy chwilę, gdy się Grabski oddalił, że niepostrzeżenie, z wielkiemi ostrożnościami wpuszczono płaszczem otulonego mężczyznę na górę.
Majorowa stała na straży.
Łatwo się domyśleć, że nieznajomym tym był książę Józef, który oddawna domagał się widzenia z Sylwją.
Zdawało mu się, że jej przyniesie pociechę, że przyśpieszy wyzdrowienie.
Jakkolwiek płochym być może mężczyzna w stosunkach z kobietami (a w owych czasach panowała w nich lekkomyślność i niesumienność największa, o czem świadczą pamiętniki współczesne) szlachetniejszy charakter musi uczuć boleść istoty sympatycznej i zapragnąć jej ulżyć.
Miłość księcia, utrzymywana i rozbudzana niemal bałwochwalczem przywiązaniem Sylwji, nie wygasła była jeszcze. Książę udawał oziębłego i radby był ostudzić ją, aby nie mieć sobie tej ofiary do wyrzucenia, ale kochał ją i cierpiał na długiej rozłące. Nieszczęście, jakie dotknęło szambelanównę, zbudziło w nim litość i współczucie.
Oddawna byłby w jakikolwiek sposób dostał się do tego domu, gdyby lekarz się temu ze względów zdrowia nie opierał, lękając zbytniego wzruszenia.
Naostatek doktór Witaczek zgodził się na odwiedziny te i dostanie się potajemne do domu ułatwił.
Książę szedł z mocnem postanowieniem namawiania, zaklinania Sylwji, aby wracała na wieś, zapomniała o nim i starała pokój odzyskać.
W pokoju chorej przebywszy godzinę na rozmowie, której świadkiem była zdala u okna siedząca Czeżewska, napróżno starająca się z niej choć słówko pochwycić. Książę wyszedł blady, zamyślony, smutny i wymknął się na ulicę niepostrzeżony.
Grabski wpół godziny dopiero potem powrócił. Tajemnica tych odwiedzin dla obcych jak najściślej była zachowaną.
Czeżewska, choć z konieczności wtajemniczona, ale prawie nie zyskawszy ukłonu ani wejrzenia, oburzona była i zemstą pałała.
Czuła, że schodziła coraz niżej i w domu nie liczyła się wcale, chyba za starszą sługę.
Nazajutrz, gdy Grabski zapukał do drzwi Sylwji, zapytując, czy mu ją wolno odwiedzić — wpuszczony, z wielkiem podziwieniem znalazł ją nie w łóżku, ale siedzącą w krześle, ubraną w suknię czarną, bladą, jakby z grobu powstałą, idealnie piękną, jak jakieś widmo z drugiego świata, ze świata aniołów smutnych.
Stanął u progu niemal przerażony tą nagłą, niespodziewaną rekonwalescencją.
Sylwja podała mu rękę, patrząc bojaźliwie w jego oczy.
— Widzisz, — odezwała się — muszę jeszcze żyć na utrapienie twoje, opiekunie mój! Myślałam, że już wszystko skończone... ale nie — kazano żyć i cierpieć.
— Ale czyż doktór pozwolił na to, abyś wstała? — zapytał niespokojny Micio.
— Nie lękaj się, mam od niego upoważnienie. Nic mi się nie stanie!
Unikając wszystkiego, coby mogło jakieś przykre obudzać wspomnienie, Grabski mówił o rzeczach obojętnych, napomknął potem, że, gdy cieplejsze dni nadejdą, możeby Sylwja chciała o powrocie na wieś pomyśleć.
Drgnęła, słysząc to, szambelanówna.
— Już? — zapytała. — A! drogi mój opiekunie. Tak! ja wiem, że powracać musimy... lecz, błagam cię, nie wypędzaj mnie stąd jeszcze! Mnie się zdaje, że ja tu tylko jeszcze żyć mogę!
Spojrzała nań błagająco.
— Mnieby się zdawało, — rzekł Grabski spokojnie — iż właśnie tam na wsi, wśród ciszy, zdala od tych miejsc, które mogą przykre obudzać wspomnienia — niepotrzebne — tam lepiejby ci było!
— A! nie! nie! — krótko i stanowczo zawołała Sylwja. — Ja cię proszę! Jesteś opiekunem moim, powinnam ci być posłuszną, napozór ty mówisz rozumniej, życzysz mi dobrze, ale ja cię proszę! Daj mi — jeszcze trochę czasu!!
— Przedewszystkiem, — przerwał Mieczysław — kochana kuzynko, teraz, gdyś zaledwie wstała, sił nie masz jeszcze... nie sprzeczajmy się o nic, odłóżmy na później...
Wiedząc, jak Sylwja lubi kwiaty, Mieczysław przyniósł jej właśnie tego rana bukiet, gdy chcąc go umieścić w wazonie, spostrzegł, że w nim tkwiła już przepyszna wiązanka najśliczniejszych wiosennych hiacyntów i tacetów.
Zarumienił się, zobaczywszy ją i zwrócił się do Sylwji, na której twarz rumieniec też wystąpił.
Spuściła oczy, unikając zapytania, na które trudno jej odpowiedzieć było.
Grabski, nie chcąc jej dręczyć badaniem, bukiet swój położył na stoliku i szybko się zaraz oddalił.
Na schodzącego na dół oczekiwała już pani wojska Czeżewska, która teraz postanowiła była jego trzymać stronę.
— Wie pani, — rzekł do niej Grabski — że Sylwja, dzięki Bogu, jest nad wszelkie spodziewanie lepiej.
— A tak, jest lepiej, — odparła pani wojska, zapraszając go do swojego pokoju — ale to polepszenia na gorsze wyjść może.
— Dlaczego? jakim sposobem? — zapytał zdziwiony Grabski.
Wojska, która w rozmowie zawsze, gdy mogła, za efektami się uganiała, zaczęła od szyderskiego uśmiechu, pokręciła głową, kazała długo oczekiwać na wystudjowaną odpowiedź, aż wkońcu, gdy już dostatecznie zniecierpliwiła Mieczysława, odezwała się cichuteńko, tajemniczo, ale z uroczystością wielką:
— Był tu ktoś wczoraj!!
Grabski pobladł.
— Jak? kiedy? — zapytał, przybliżając się, niespokojny.
— Kiedy? Nad wieczór, wówczas, gdy wiedziano, że pana nie będzie w domu. Przede mną nie czyniono tajemnicy, bo mnie oszukać nie można. Byłam więc niemym i głuchym świadkiem rozmowy, z której słowo jedno nie doszło do mnie.
Był — tak jest, był, siedział tu prawie godzinę. Gdy wyszedł i ja się oddaliłam, bom nie była potrzebna, bo nie odezwała się do mnie ani słowa, nie spojrzała nawet... Zdaje mi się, że płakała, uważałam, że ktoś napominał, pocieszał i czułości unikał.
Na dole stała straż, pilnowano, aby się mógł niepostrzeżenie wyśliznąć, jak przyszedł, ale nie ręczę, czy nie był obserwowany.
Hm? jak to pan znajduje?
Grabski milczał, oczy wlepiwszy w podłogę.
— Gdy później wróciłam do Sylwji, — mówiła dalej wojska — znalazłam ją siedzącą na łóżku, z rumieńcami wypieczonemi, prawie w gorączce. Poczęłam, żadnych jej nie czyniąc wyrzutów, pytać, jak się czuje? Odpowiedziała mi, że jutro chce wstać, że pragnie jeszcze i potrzebuje być zdrową.
Siedziałam potem długo, sądząc, że się ze mną zechce z zaufaniem rozmówić jak dawniej.
Mówiła tylko o rzeczach obojętnych — nic i nic!
Ja dla niej już żadnego nie mam waloru!
Grabski słuchał pogrążony w sobie, nie okazując Czeżewskiej, jakie to na nim czyniło wrażenie. Zabolało go, że stosunki, które za zerwane uważał, na nowo się zawiązywać zdawały. Należało mu otwarcie się o tem z Sylwją rozmówić, wahał się ze względu na stan jej zdrowia.
Wszystkie jego plany, projekty przyszłości, jakie sobie roił, znowu zachwiane były. Ta, której on nazywał się opiekunem, wyłamywała się zwolna z pod jego opieki.
Domyślając się nie bez podstawy, że doktór mógł być pośrednikiem w tej sprawie, Grabski tegoż wieczora do siebie go na dół zaprosił.
— Szanowny panie, — rzekł do niego grzecznie — nie weźmiesz mi tego za złe, jako krewnemu i opiekunowi tymczasowemu panny Sylwji, gdy go zapytam, dlaczego bez mojej wiedzy ułatwiliście odwiedziny, niewłaściwe dla chorej, kompromitujące ją, mnie nieprzyjemne, a sądzę, że i dla zdrowia pacjentki niebardzo korzystne.
Doktór, na chwilę zmieszany, natychmiast swą doktorską śmiałość odzyskał.
— Wiesz pan już o tem? — rzekł. — Właśnie ja sam go o tem miałem uwiadomić.
Dla chorej i jej uspokojenia odwiedziny te właśnie były najpotężniejszem lekarstwem. Przekonać się pan o tem mogłeś, bo dziś wstała i jest znacznie lepiej.
— Ale nawet to chwilowe polepszenie — rzekł Grabski — nie tłumaczy mi tego kroku.
— Jeśli pan chcesz, — odparł dosyć szorstko doktór — rozmów się o tem z księciem. Ja oprzeć się nie mogłem.
To mówiąc, zlekka się skłonił i wyszedł.
Nazajutrz go nie było, a gdy chora się przybycia domagała i posłano po niego, doktór Witaczek przybycia, mrucząc, odmówił.
— Niech sobie innego doktora poszukają, — rzekł — ja nawykłem do podziękowań, nie wymówek.
Dowiedziawszy się o tem, Sylwja wezwała Grabskiego. Była znacznie lepiej, ale podrażniona tem, że doktór, jak mówiła, grymasił.
— Proszę cię, Miciu mój, pójdź ty do niego i przyprowadź mi go koniecznie — zawołała z uporem rozpieszczonego dziecięcia. — Żeby mi tu zaraz był. Ja od nikogo innego rady nie przyjmę, mam w nim ufność.
Spojrzawszy na zacięte usta i surowy wyraz twarzy kuzyna, Sylwja, jakby się czegoś domyślając, dodała:
— Przyznaj się, musiałeś go czemś zniechęcić?
— Może być, mimowoli — rzekł Grabski.
— Wiem o co ci szło, — dodała powoli — domyślam się, powiedziano ci, że ktoś był u mnie, sądziłeś, że go doktór wprowadził, musiałeś mu robić wymówki...
— Nie zapieram się tego, — rzekł Grabski — to było moim obowiązkiem.
Ruszyła ramionami.
— Tak ci się zdawało, — rzekła — a nie wiesz, że ten ktoś, którego się lękasz, jeśli się przez litość, jak teraz, zbliżył do mnie, to tylko, aby mnie, jak ty, namawiał do wyjazdu na wieś, do pozbycia się marzeń, do stania się bardzo rozsądną i pospolitą kobietą... Jest twoim pomocnikiem!
— Być może, jeśli jest człowiekiem sumiennym i uczciwym, o czem nie wątpię, — rzekł Grabski. — Lecz, pomimo tych morałów, jakie on z sobą przynosi, kochana Sylwjo, sama jego przytomność nie dobrą jest dla ciebie... Jeżeli chcesz być swobodną, wypędźże mnie...
Sylwji łzy z oczów pociekły.
— Miciu! — odezwała się — jaki ty jesteś nielitościwy! Dajże mi czas, jaki się daje choremu, aby wyzdrowiał, rannemu, aby się zagoiły rany! Miciu!
Grabski stał milczący; Sylwja płakała.
— Miciu! — powtórzyła raz jeszcze — ja cię proszę... trochę cierpliwości!
— Radbym z duszy być posłuszny rozkazom twoim, ale ja — odezwał się Grabski — w tej przedłużonej kuracji widzę tylko przeciągającą się chorobę.
Wolno ci czynić, co chcesz, — dodał — mnie sumienie nie pozwala patrzyć obojętnie na to, co mi się zdaje być szkodliwem... Cierpliwość moja byłaby grzechem, nie chcę na to patrzyć, czego pochwalić nie mogę.
Pozwól mi się więc oddalić... Zostawiam cię panią twej woli. Zawołasz mnie, gdy ci będę potrzebny...
Ze spuszczoną głową, nie patrząc na niego, Sylwja dała mu odejść, nie mówiąc nic.
Przywiedziony do rozpaczy prawie, Grabski, natychmiast z dolnego mieszkania zabrawszy co miał, posłał po dorożkę i odjechał do domu.
Nazajutrz położyć się musiał, bo noga przygojona, zaogniła się i nabrzękła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.