Ostatni Mohikanin/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Ostatni Mohikanin
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wydania 1934
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Last of the Mohicans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział X
WIEŚ DELAWARÓW

Wieś delawarów, w której Magua ukrył Korę i w której znajdowali się obecnie także Alicja, Dunkan, Sokole Oko i Rączy Jeleń była tak liczną, jak i wieś hurońska. Delawarzy sprzymierzyli się z francuzami, lecz w pochodzie na fort Williama nie brali udziału, wysyłając jedynie gońców do Montcalma z lakoniczną wiadomością, że ich tomahwki stępiały zupełnie i upłynie wiele czasu, zanim uda się je naostrzyć. Montcalm przyjął spokojnie tę wiadomość, woląc ostatecznie mieć ich, jako bezczynnych przyjaciół, niż jako czynnych wrogów.
Tego ranka, gdy Magua z swym oddziałem maszerował obok osiedla bobrów do ich wsi, delawarowie spokojnie przygotowywali się do swych codziennych zajęć. Kobiety, siedząc przed wigwanami gotowały strawę, zaś wojownicy ostrzyli broń przed wyruszeniem na polowanie.
Nagle na polu przed wsią ukazała się wyniosła postać hurona, którego rysunek wymalowany na twarzy, wyrażał pokojowe zamiary. Był to Magua, który dumnym krokiem dążył do wsi pozdrawiając napotkanych wojowników, a nie zwracając zupełnie uwagi na kobiety.
Wszystko we wsi ucichło przy nadejściu Przebiegłego Lisa, tak, iż nic nie było słychać, prócz brzęku ozdób metalowych na rękach i na szyi Magui oraz dzwoneczków, które miał na mokasynach. Magua podszedł do gromadki wojowników, którzy stali na placu między domem narad. Wojownicy przyjęli go grzecznie, ale chłodno i powściągliwie.
— Przybył mądry huron — powiedział jeden z wodzów, zwany Twarde Serce, — aby z braćmi swoimi, delawarami, spożyć posiłek.
Magua, czyniąc zadość wezwaniu wodza, który go witał, udał się z nim do chaty, aby zjeść ulubioną potrawę delawarów. Za nim pośpieszyło kilku starszych wojowników. Rozmowa w czasie biesiady toczyła się rozważnie i rozmówcy byli bardzo ostrożni w doborze słów.
— Czarnowłosa dziewczyna, moja branka, znajduje się pod opieką moich braci — rzekł powoli Przebiegły Lis. — Jest z pewnością dla nich ciężarem.
— Jest pożądanym gościem — odpowiedział Twarde Serce.
— Czy odwróciło się znowu od huronów oblicze naszego ojca kanadyjskiego? — spytał jeden z delawarów.
— Nasz kanadyjski ojciec nazywa huronów swemi najlepszemi dziećmi — odpowiedział dumnie Magua.
— Widziano w lesie obce mokasyny. Czy ślady obcych ludzi pozostały dla mego brata niedostrzeżonemi? — rozpoczął po chwili na nowo rozmowę Przebiegły Lis.
— Mój ojciec kanadyjski może przyjść, jego dzieci przywitają go życzliwie — odpowiedział wymijająco Twarde Serce.
Widząc, że nastrój delawarów jest dość wrogi, i chcąc pozyskać ich dla swych zamiarów, Magua rozwinął paczkę, jaką miał z sobą; pełno w niej było różnych błyskotek zrabowanych wychodźcom przy forcie Williama w czasie pamiętnej rzezi.
— Delawarowie mieli poważne powody, aby nie brać udziału w pochodzie — powiedział Przebiegły Lis, wskazując na przyniesione błyskotki — ale ich przyjaciele, huroni, pamiętali o nich i przysyłają teraz część swoich zdobyczy.
Aczkolwiek przedmioty, które przyniósł Magua, miały bardzo małą wartość, dla delawarów były one prawdziwym skarbem. To też posmutnieli, znając zamiary hurona, a Twarde Serce rzekł chłodno:
— Mój brat jest wielkim wodzem. Delawarowie witają go chętnie.
— Huroni są przyjaciółmi delawarów — odpowiedział Przebiegły Lis. — Czyż nie to samo słońce grzeje ich? Czy nie na jednych polach polują ich zmarli? Wszyscy czerwoni muszą się wspomagać w walce z blademi twarzami. Czy brat mój nie widział śladów obcych mokasynów w lesie?
— Obce mokasyny są w naszym obozie — odpowiedział wódz delawarów, który pod wpływem podarunków zmienił taktykę.
— Czy nie przegnaliście tych psów z waszej wsi?
— Nie, bracie, obcy są gośćmi dzieci żółwia.
— A czy bracia moi wiedzą, że pomiędzy nimi znajduje się ich śmiertelny wróg Długa Strzelba?
— Długa Strzelba? — wykrzyknął zdumiony Twarde Serce. — Czy brat mój nie myli się?
— Huron nie kłamie — odpowiedział Magua. — Niechże delawarowie policzą swoich jeńców. Znajdą wśród nich jednego, którego skóra nie jest ani biała ani czerwona, to jest właśnie Długa Strzelba.
Twarde Serce podniósł się, podszedł do wojowników, stojących przy wejściu do chaty, rozmawiając z nimi bardzo żywo. Porozsyłano natychmiast na wszystkie strony gońców, zwołując wszystkich wodzów na naradę. Obrady trwały bardzo długo, wreszcie postanowiono zwołać zebranie ludowe, które odbywało się jedynie w bardzo ważnych wypadkach. Niebawem cały szczep liczący około tysiąca ludzi, zgromadzony był na placu. Oczy wszystkich były zwrócone ku chacie, większej i okazalszej od wszystkich innych, i która była widocznie mieszkaniem znacznej i wybitnej osobistości. Nagle cały tłum poruszył się i zakołysał. Drzwi chaty otworzyły się i trzej starcy wyszli z niej, kierując swe kroki ku zgromadzonym. Starzec, idący w środku, między dwoma innymi, dożył wieku, jaki bywa tylko rzadko udziałem ludzi. Postać jego, która niegdyś musiała być wspaniała i imponująca, była zgarbiona pod brzemieniem przeszło stu lat. Z głowy spływały długie, białe włosy, ocieniając twarz, zoraną tysiącem zmarszczek, i okrywając ramiona.
Odzież patriarchy zrobiona była z delikatnej miękkiej skóry, na której wymalowane były czyny wojenne starego wodza. Pierś miał pokrytą medalami złotemi i srebrnemi, jakie otrzymał z rąk różnych władców europejskich. Na ramionach spoczywał srebrny djadem, wspaniale zdobiony, z którego strzelały trzy czarne strusie pióra. Cały tomahawk pokryty był srebrem, a rękojeść noża, jaki niósł za pasem, jaśniała od złota. „Tamenund!“ powtarzano sobie szeptem z ust do ust gdy wojownicy z czcią prowadzili starca do siedzenia przygotowanego dla niego. Na rozkaz jednego z towarzyszących Tamenundowi starców, wojownik pobiegł do wielkiej chaty, skąd niebawem sprowadził osoby, które były przyczyną tego niezwykłego zebrania. Tłum rozstąpił się przed nadchodzącymi, a potem zamknął się, tworząc dokoła nich duże koło.
Objąwszy się silnie ramionami, stanęły Kora i Alicja na środku koła, tuż za niemi Dunkan, którego wzrok przebiegał z niepokojem z jednej dziewczyny na drugą. Sokole Oko stał nieco oddalony od swych towarzyszy, a cała jego postać wyrażała spokój i dumę. Unkasa pomiędzy zbiegami nie było.
Gdy wszystko dokoła zacichło i żaden głos nie mącił ciszy, powstał jeden ze starców, towarzyszących Tamenundowi i przemówił poprawną angielszczyzną:
— Który z was jest Długą Strzelbą?
Chwilę panowało milczenie. Major, rozglądając się po zgromadzonym tłumie spotkał nagle szatańskie spojrzenie Magui, którego obecności słusznie przypisał nagłą zmianę stosunku delawarów do zbiegów. W obawie o los Sokolego Oka, który okazał tyle dobroci i poświęcenia w jego sprawie, Dunkan zdobył się natychmiast na stanowczą decyzję.
— Dajcie nam broń — zawołał głośno i dumnie — i zaprowadźcie do lasu, a wtedy czyny nasze powiedzą wam kto zacz jesteśmy.
— A więc to ty jesteś owym wojownikiem, o którym tyle słyszeliśmy? — rzekł starzec, spoglądając na majora ze wzrastającem zainteresowaniem. — Cóż sprowadziło bladą twarz do obozu delawarów?
— Niedola — odpowiedział Heyward. — Potrzebowałem pożywienia, dachu nad głową i ochrony.
Wódz potrząsnął niedowierzająco głową. W tej chwili wystąpił strzelec.
— Jeśli nie zgłosiłem się przedtem, gdy pytano o Długą Strzelbę, to nie dlatego, abym się bał, ale jedynie dlatego, że mingowie nie mają prawa nazywać mnie tak. Moja strzelba nie jest bynajmniej dłuższa od każdej innej strzelby. Co zaś do mego prawdziwego imienia, to rodzice moi nazwali mnie Natanielem. Delawarowie, którzy mieszkają nad swoją rzeką, nazywają mnie Sokolem Okiem, i z tej nazwy jestem dumny.
Zgromadzeni spoglądali kolejno na strzelca, to na majora, nie mogąc zrozumieć, jak dwóch wojowników może przyznać się do jednego nazwiska. Wreszcie starzec zwrócił się do Magui i rzekł:
— Mój brat mówił, że do wsi wpełzła żmija. Którą z bladych twarzy nazywa tem imieniem?
Magua wskazał milcząc na Sokole Oko.
— Czyż mądry i szlachetny delawar uwierzy wyjącemu wilkowi? — zawołał Heyward, w obawie o los przyjaciela.
Z oczu Magui strzelały błyskawice, ale opanował się szybko i odwrócił z pogardą, wiedząc, że i tak okaże się kto właściwie jest poszukiwanym strzelcem.
— Brata mego nazwano kłamcą — rzekł jeden ze starców, siedzących obok Tamenunda. — Jego przyjaciół boli to i pragną dowieść, że mówił on prawdę. Damy broń jeńcom, aby się okazało, który z nich jest sławnym strzelcem.
Rozkaz ten został natychmiast wykonany i obu białym, z których każdy chciał uchodzić za Długą Strzelbę, dano do ręki nabitą broń, nakazując, aby ponad głowami zgromadzonych strzelali do celu, którym było naczynie gliniane, zawieszone o jakie siedemdziesiąt kroków od tego miejsca na gałęzi drzewa.
Heyward śmiał się sam z siebie, że oto zamierza współzawodniczyć z najsławniejszym strzelcem Ameryki, ale pamiętając o roli, jaką wziął dobrowolnie na siebie, bez wahania ujął za strzelbę, zmierzył bardzo starannie i wystrzelił. Kula utkwiła w pniu o kilka cali od naczynia. Strzał był oczywiście dobry i wzbudził podziw wśród indjan. Zkolei strzelił Sokole Oko, niedbale, jakby wcale nie celował. Naczynie rozleciało się w jednej chwili w drobne kawałki.
— To przypadek — zawołał Heyward. — Najlepszy strzelec nie trafia do celu bez starannego celowania.
— Przypadek, powiada pan? — zawołał strzelec, który uczuł się dotknięty uwagą majora. — Zapytaj się pan tego kłamliwego hurona, czy i on uważa to za przypadek. Niech pan patrzy panie majorze. Na jednem z drzew wisi naczynie do wody zrobione z wysuszonej dyni. Jeśli jesteś pan takim strzelcem, za jakiego chcesz uchodzić, to przestrzel to naczynie.
Małe naczynie do wody wisiało na drzewie oddalonem o jakie sto pięćdziesiąt kroków od miejsca, na którem stali strzelcy. Heyward celował tak starannie, jak gdyby chodziło o życie. Strzał huknął i kilku młodych wojowników po zbadaniu pnia oświadczyło, że kula utkwiła tuż około naczynia. Rozległy się hałaśliwe pochwały i oczy wszystkich zgromadzonych zwróciły się w stronę strzelca.
— Doskonały to strzał, jak na oficera armji królewskiej — roześmiał się Sokole Oko — ale gdybym nie strzelał lepiej, to wielu huronów biegałoby jeszcze po świecie. Miejmy nadzieję, że właściciel tej flaszy posiada ich więcej, gdyż ta nie będzie już nigdy nosiła wody.
Powoli podniósł strzelbę do góry, wycelował i strzelił. Młodzi wojownicy podbiegli ku drzewu, ale rozczarowani oświadczyli, że nie widać nigdzie śladu kuli.
— Odejdź — rzekł stary wódz do strzelca z wyrazem niezadowolenia. — Jesteś wilkiem w psiej skórze. Twoje usta mówią wielkie słowa, ale twoje ręce niezdolne są do czynów. Chcę mówić z Długą Strzelbą.
— O, wy głupcy, jeśli chcecie znaleźć kulę Sokolego Oka, to szukajcie ją w celu, a nie obok celu — zwrócił się strzelec do młodych wojowników.
Corychlej pobiegli wojownicy znowu do drzewa, a po chwili jeden z nich wzniósł flaszkę ku górze z okrzykiem tryumfu. Kula wpadła do wnętrza przez wąską szyjkę i wyleciała dnem, robiąc w niem niewielką dziurkę. Z tysiąca piersi wyrwał się jeden głośny krzyk zdumienia i zachwytu. Nie było już najmniejszej wątpliwości, że sławnym strzelcem był Sokole Oko, a nie major.
— Dlaczego chciałeś mi zatkać uszy dla prawdy? — spytał stary wódz, zwracając się do majora. — Czyliż uważasz delawarów za takich głupców, którzy nie odróżnią kota od pantery?
— Jeśli delawarowie są tacy mądrzy, jak się chwalą przekonają się jeszcze, że huron kłamie — odparł Heyward, wzruszając ramionami.
— Dobrze — odparł starzec. — Zaraz się pokaże, kto mówi prawdę. Bracie — dodał, zwracając się do Magui — delawarowie mają uszy otwarte na słowa swego czerwonego brata.
Magua powstał i podszedł do starca z wielką godnością.
— Wielki duch dał ludziom różne ubarwienie — mówił Przebiegły Lis, spoglądając na zebranych, aby upewnić się w ich nastroju. — Niektórzy ludzie są czarniejsi od niedźwiedzia. Tacy muszą być niewolnikami i muszą pracować bez przerwy, więcej niż bobry. Gdy wieje wiatr południowy, słychać ich narzekania głośniejsze od ryczenia bawołów nad brzegiem słonej wody, gdzie wielkie kanu z całemi stadami czarnych przychodzą i odchodzą. Innym dał Wielki Duch twarze takie białe, jak futro gronostaja. Tym ludziom kazał on być kupcami, psami dla ich kobiet i wilkami dla niewolników. Ich języki są fałszywe jak język dzikiego kota; mają serca królików, przebiegłość świni a nie lisa, a ręce ich są dłuższe od nóg jelenia. Biały człowiek napełnia uszy indjanina kłamstwami, jego przebiegłość darzy go dobrami całego świata, a ramiona jego zagarniają wszystkie ziemie, od wybrzeża słonej wody, aż ku wyspom Wielkich jezior. Chciwość jego czyni go chorym. Bóg — dał mu wiele, ale on chce mieć wszystko. Takie oto są blade twarze. Stworzył też Wielki Duch ludzi, których skóra jest jaśniejsza i czerwieńsza od promieni słońca — ciągnął Magua dalej, spoglądając na niebo. — Tych ludzi stworzył według podobieństwa swojego. Dał im tę wyspę ze wszystkiem, co w niej rośnie. Wichry powyłamywały dla nich polany, słońce wygrzewa dla nich owoce, aby dojrzewały ku spożywaniu, a zima przychodzi i mówi, aby byli wdzięczni. Wiatr ochładzał ich w gorące lato, a zimą skóry zwierząt ochraniały ich przed zimnem. Jeśli walczyli czerwoni mężowie z czerwonymi, to tylko dlatego, aby wykazać swoje męstwo. Byli zawsze dzielni, byli sprawiedliwi, byli szczęśliwi.
Zgromadzeni słuchali przemówienia Magui bardzo uważnie.
— Wielki Duch dał dzieciom swoim różne mowy — mówił Magua dalej głosem jakby posmutniałym i stłumionym — aby byli rozumiani przez wszystkie zwierzęta ziemi. Niektóre plemiona umieścił on śród wiecznych śniegów w pobliżu niedźwiedzi, innym dał lasy, ale najmilszym z dzieci swoich dał on kraj nad słonemi wodami. Czy bracia moi znają imię tego ludu wybranego i wywyższonego nad inne ludy?
— To Lenapowie! — ozwało się dwadzieścia głosów z zapałem i zachwytem.
— Tak jest, to Lenni Lenapowie — przyświadczył Magua pochylając głowę z wyrazem udanej czci.
— Ale dlaczegóż miałbym ja, huron, pochodzący z lasów, opowiadać mądremu ludowi o dniach jego chwały? Dlaczego miałbym mówić mu o jego wielkości, jego sławie, jego szczęściu, o jego cierpieniu, klęskach i wreszcie o jego wielkiej niedoli? Zaliż niema śród Lenapów takiego, któryby wszystko to przeżył i wszystko żywo pamiętał? Skończyłem, ale uszy moje są otwarte.
Gdy mówca zamilkł, oczy wszystkich zwróciły się ku Tamenundowi, siedzącemu dotychczas bez ruchu i z oczyma zamkniętemi.
— Kto woła dzieci plemienia Lenapów? — zapytał cichym głosem starzec. — Kto mówi o czasach, których już niema?
— Wyandota mówi — odparł Magua — przyjaciel Tamenunda.
— Przyjaciel? — powtórzył starzec i zmarszczył brwi. — Zaliż mingowie są panami ziemi? W jaki sposób przybywa huron pomiędzy nas?
— Szuka sprawiedliwości. Jego jeńcy znajdują się u jego braci. Przybywa, aby zabrać, co do niego należy.
— Sprawiedliwość jest nakazana przez wielkiego Manitu — odparł mędrzec. — Dzieci moje niechaj dadzą obcym pożywienie, a potem, huronie, bierz, co jest twoje i idź swojemi drogami.
Magua rzucił spojrzenie tryumfujące na jeńców, a kilku młodych wojowników natychmiast przystąpiło i skrępowało ręce Dunkana i Sokolego Oka.
— Dostojny i wzniosły delawarze! — zawołała Kora, rzucając się do nóg Tamenunda. — Nie wierz słowom tego okrutnego i przebiegłego potwora, który uszy twoje napełnił kłamstwami, aby mógł zaspokoić swoją krwiożerczą zemstę! Życie twoje jest długie, ty znasz przewrotność świata i dlatego nie będziesz głuchym na wołanie nieszczęśliwych. Zali nie jesteś Tamenund, ojciec, sędzia i prorok tego ludu?
Oczy starca rozwarły się wolno i z trudem.
— Jestem Tamenund z dawnych czasów — odpowiedział.
— Tak, ty jesteś Tamenund, potężny, mądry, sprawiedliwy władca — ciągnęła dalej Kora. — Śród nas znajduje się jeden, który należy do twego własnego ludu. Nie przyprowadzono go przed twe oblicze. Zanim pozwolisz wejść huronowi, wysłuchaj i tego jeńca.
Tamenund rozejrzał się wokoło okiem pytającem.
— To żmija — odpowiedział mu jeden z wodzów — jest delawarem na żołdzie anglików. Przeznaczyliśmy go na tortury.
— Chcę go widzieć — rzekł patrjarcha.
Kilku delawarów, słysząc słowa sędziwego starca, pobiegło szybko do chaty, w której znajdował się uwięziony Unkas i sprowadziło go na plac narad.
Krokiem lekkim zbliżył się ostatni mohikanin do patriarchy, któremu towarzysz jego zwrócił uwagę, że wyczekiwany jeniec właśnie nadszedł.
— W jakim języku przemawiasz do Wielkiego Ducha? — zapytał starzec, nie otwierając strudzonych oczu.
— W języku ojców swoich dalawarów — odpowiedział Unkas.
Gniewny pomruk przeszedł przez cały tłum. Tamenund położył dłoń na zamkniętych oczach, jakgdyby chciał zabezpieczyć się przed ujrzeniem wyrodnego syna.
— Delawar! — wykrzyknął oburzonym głosem Tamenund. — W ciągu mego długiego życia zdarzały się wielkie nieszczęścia i często Lenapowie musieli niby dzikie zwierzęta błąkać się po lasach, ale jeszcze nigdy nie widziałem delawara, któryby do wsi swego plemienia zakradał się w służbie obcych niby jadowita żmija.
— Kłamliwe ptaki otworzyły swoje dzioby i Tamenund usłyszał ich śpiew — odpowiedział Unkas swym jasnym głosem w najtkliwszych dźwiękach melodyjnej mowy delawarów.
Starzec pochylił głowę na bok, jakgdyby chciał słuchać jeszcze uważniej.
— Czy Tamenund śni? Jakiś to głos przenika do jego uszu? Zali cofnęły się minione zimy? Zali lato szczęśliwości powrócić chce do dzieci plemienia Lenapów? — mówił cichym głosem patrjarcha.
Zgromadzeni delawarowie w skupieniu i milczeniu wysłuchiwali tych słów, myśląc, że Tamenuud rozmawia z Wielkim Duchem Manitu.
— Zdradziecki delawar drży ze strachu przed słowem Tamenunda, które usłyszy — rzekł po chwili jeden z wodzów. — Jest to pies, który wyje, gdy anglicy pokazują mu ścieżkę.
— A wy — zawołał Unkas — jesteście psami, które skowyczą, gry francuz rzuci wam gnat upolowanej zwierzyny.
Na te obraźliwe słowa kilkudziesięciu wojowników zerwało się z miejsc i noże rozbłysły w powietrzu, ale na znak dany przez Tamenunda wszyscy zacichli.
— Delawarze — rzekł czcigodny starzec — nie jesteś godzien swego plemienia. Wojownik, który opuszcza swój szczep, gdy zawisną nad nim chmury niedoli, jest podwójnym zdrajcą. Prawo Manitu jest sprawiedliwe. Dzieci moje, jeniec jest wasz. Postąpcie z nim wedle obyczaju naszego ludu.
— Spalimy go na stosie — powiedział Twarde Serce. — Uczyńcie niezbędne przygotowania.
Sokole Oko rozglądał się dokoła siebie bezradnie i niespokojnie, Heyward zaś usiłował wyrwać się z rąk trzymających go dzikich, aby przyjść z pomocą mohikaninowi. Jedynie Unkas zachował spokój i z zimną krwią spoglądał na przygotowania do tortur. Jeden z wojowników zerwał z niego koszulę myśliwską, aby go spętać i zawlec ku słupowi tortur. Ale ręce Delawara opadły nagle, jakby bezsilne, a oczy jego rozwarły się szeroko. Bez słowa wskazał palcem na pierś jeńca. Wojownicy stojący najbliżej podbiegli ku niemu i na ciele Unkasa ujrzeli obraz żółwia artystycznie wytatuowany niebieską barwą.
Z spokojnym uśmiechem spoglądał mohikanin na skonsternowanych wojowników, a potem majestatycznym ruchem ręki dał znak, aby tłum odstąpił od niego.
— Mężowie plemienia Lenni Lenapów! — zawołał głosem doniosłym. — Plemię moje dźwiga ziemię. Wasz słaby szczep stoi na mojej skorupie. Nikt z delawarów nie może rozpalić ogniska, któreby mnie mogło spalić, gdyż moja krew je ugasi, bo to jest krew całego ludu!
— Kim jesteś? — zapytał głosem drżącym Tamenund, zrywając się nagle.
— Jestem Unkas, syn Czingaszguka z rodu żółwi — odpowiedział jeniec, pochylając się przed patrjarchą z wielką czcią i szacunkiem.
— Godzina moja zbliża się — zawołał mędrzec wznosząc ręce ku górze. — Dziękiż ci Manitu za tą chwilę. Oto jest ten, który zajmie moje miejsce przy ognisku wielkiej rady. Niechże oczy umierającego orła spoczną na wspaniałościach wschodzącego słońca.
Młodzieniec podszedł ku mówiącemu wodzowi. Tamenund wyciągnął ku niemu ramiona i z odległości tej wpatrywał się z zachwytem w szlachetną postać młodzieńca, a wzrok jego stawał się coraz radośniejszy i przyjaźniejszy.
— Zaliż Tamenund stał się znowu młodzieńcem? — zawołał wreszcie. — Oto Unkas syn Lenapy brat mój stoi przedemną! Powiedzcież mi, delewarowie, czy Tamenund spał w przeciągu stu zim?
Nikt nie odpowiadał, żaden głos nie przerywał uroczystej ciszy. Wreszcie Unkas zabrał głos i zaczął mówić.
— Cztery pokolenia jego plemienia żyło i umarło od czasu jak Tamenund z bratem swym Unkasem prowadził lud swój do walki. Wszyscy odeszli, tylko Czingaszguk i jego syn Unkas oglądają jeszcze blask słońca.
— A dlaczego brak was było tak długo przy ognisku plemienia! — spytał drżącym głosem patryjarcha.
— Gdyż monikanie chcieli mieszkać nad brzegiem jeziora w miejscu, w którem żyli i polowali ich ojcowie, a Lene Lenape odeszli w lasy pomiędzy huronów.
Mówiąc to, spojrzał na strzelca, który został spętany. Jednym susem skoczył ku niemu i rozciął jego więzy, poczem zaprowadził go przed Tamenunda.
— Ojcze — rzekł do niego — ta blada twarz to człowiek sprawiedliwy i przyjaciel delawarów. Makwasowie obawiają się go. Nazywamy go Sokolem Okiem. Jego strzelba nie chybia nigdy.
— Długa Strzelba — mruknął starzec do siebie. — Imię jego jest wielkie, lecz zabił wielu moich młodych wojowników.
— Powiedział ci to któryś z kłamliwych mingów, Wielki Tamenundzie — zawołał strzelec. — Nigdy z ręki mojej nie zginął żaden delawar, gdyż serce moje jest z nimi.
Głośny pomruk zadowolenia przebiegł przez zebrany tłum w odpowiedzi na słowa Sokolego Oka.
— Gdzież jest huron — odezwał się Tamenund — który moje uszy napełnił kłamstwem?
Magua, którego uczucia na widok tryumfu Unkasa łatwiej sobie wyobrazić, niż je opisać, wystąpił dumnie przed patriarchą i rzekł:
— Sprawiedliwy Tamenund nie zatrzyma sobie tego, co huron mu powierzył. Jeńcy są moi.
— Powiedz mi, synu brata mego — mówił starzec, zwracając się do Unkasa — zali ów mingos ma do ciebie prawo zwycięscy?
— Przenigdy — odparł Unkas. — Pantera wpadnie w sidła zastawione nawet rękoma kobiety, ale jest dość silna i mądra, aby je stargać.
— A Długa Strzelba?
— Długa Strzelba drwi z mingów. Idź, huronie, i zapytaj swoich wojowników, jak wygląda niedźwiedź.
— A ten obcy i biała dziewczyna, którzy przyszli do mojego obozu?
— Niech droga będzie wolną przed nimi.
— A ta kobieta, którą huron powierzył opiece moich wojowników?
Unkas milczał, nie mogąc dać odpowiedzi, jakiejby sobie życzył.
— Ta kobieta należy do mnie — krzyknął Magua, wygrażając Unkasowi. — Mohikaninie, ty wiesz, że czarnowłosa jest moją własnością.
— Dlaczego syn mój nic nie mówi? — pytał Tamenund.
— Jest tak, jak mówi huron — odpowiedział Unkas pełen bezradności i żalu.
— Bierz ją tedy i odejdź — zadecydował patrjarcha.
Krokiem pewnym podszedł Magua do swej ofiary i ujął ją za ramię, ciągnąc za sobą.
— Stój! — zawołał Dunkan. — Mów, jakiego żadasz okupu. Dostaniesz złota, srebra, prochu i ołowiu, wszystkiego, czego potrzebuje wojownik. Wigwam twój będzie pełen bogactw.
— Lis Przebiegły jest bardzo mocny — odpowiedział Magua głosem ponurym. — Magua chce mieć swoją zemstę.
— Sprawiedliwy Tamenundzie, zmiłuj się nad tą młodą kobietą — zawołał zrozpaczony Heyward, nie wiedząc co począć.
— Delawar przemówił — odrzekł starzec, przechylając się wtył z zamkniętemi oczyma. — Mężowie nie mówią dwa razy.
— Wyrok Tamenunda jest ostateczny, majorze — rzekł Sokole Oko — i nic go nie zmieni. Ale słuchaj, Magua, co ci powiem. Jesteś wielkim wodzem i wiesz dobrze, że moja osoba więcej znaczy dla twego plemienia niż najlepsza z kobiet Ameryki. Zwolnij dziewczynę a udam się z tobą jako jeniec.
— Chcę mieć moją zemstę — odpowiedział Przebiegły Lis, ciągnąc dziewczynę za sobą — i chcę, abyście mnie przepuścili, delawarowie.
— Mingosie — rzekł Unkas — sprawiedliwość delawarów staje przed Manitu. Spójrz na słońce. Gdy stanie ono nad owemi drzewami, wojownicy moi będą na twym tropie.
— Słyszę krakanie kruka — odpowiedział Magua z drwiącym śmiechem. — Gdzież mają delawarowie swoje spódnice? Psy, króliki, złodzieje — pluję na was!
W głuchem milczeniu przyjęli zgromadzeni wojownicy te słowa zniewagi i pogardy i pod opieką nienaruszalnych praw gościnności uprowadził Magua ofiarę swoją do lasu, nie napotykając na żadne przeszkody.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: James Fenimore Cooper.