Ostatni Mohikanin/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Ostatni Mohikanin
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wydania 1934
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Last of the Mohicans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XI.
OSTATNI CZYN UNKASA.

Tłum, oburzony obraźliwemi słowami, które mu rzucił w twarz Magua, milczał, póki postać hurona i towarzyszącej mu dziewczyny nie zniknęła w gąszczu leśnym. Lecz gdy tylko znikł, z piersi delawarów wyrwał się dziki okrzyk. Unkas, który z bólem patrzał na uprowadzenie Kory, zawrócił i wszedł do chaty, w której go więziono. Wodzowie pośpieszyli jego śladem. Tamenunda odniesiono do jego wigwamu a Alicję oddano pod opiekę kobiet.
Wkrótce z chaty, w której odbywała się narada, wybiegł wojownik i zerwał toporem korę z rosnącej przed wigwamem sosny: drugi obciął gałęzie, wreszcie trzeci pomalował obnażony pień czerwoną farbą. W milczeniu przyglądał się tłum przygotowaniom, które u czerwonoskórych oznaczają wypowiedzenie wojny. Teraz na progu chaty ukazał się Unkas, mając twarz pomalowaną do połowy na czarno i trzymając w ręku tomahawk. Wolnym krokiem zbliżył się do czerwonego drzewa i jął okrążać, śpiewając dziką pieśń wojenną. Wojownicy przyłączyli się do niego i cały tłum z pieśnią na ustach zataczał kręgi wokół pomalowanego pala, aż Unkas z głośnym okrzykiem bojowym rzucił swój tomahawk, wbijając ostrze w drzewo. Za jego przykładem poszli wszyscy delawarowie, rzucając tak długo tomahawkami, aż z drzewa nie pozostało śladu. Wojna była wypowiedziana.
Sokole Oko, który zostawił swą ulubioną strzelbę w puszczy a teraz chciał ją odzyskać, poprosił jednego z chłopców, aby udał się do lasu i przyniósł mu ją. Sam nie mógł tego uczynić, gdyż znając dobrze zwyczaje huronów, był pewien że zaczaili się w pobliżu. Chłopiec, dumny z zaufania, jakie mu okazał Długa Strzelba, zakradł się pod wskazane przez strzelca drzewo i odnalazłszy broń, chwycił ją i pędem pośpieszył do obozu. W tejże chwili odezwały się strzały i kule gwizdnęły nad głową mężnego chłopca, który z tryumfem dopadł do wsi, oddając strzelbę Sokolemu Oku; ten przyglądał się z zachwytem odważnemu czynowi młodzieńca.
Obejrzawszy dokładnie broń i przekonawszy się, że jest gotowa do użytku, strzelec spojrzał na chłopca i dopiero teraz zauważył, że z ramienia jego płynie strumyk krwi.
— Jesteś dzielnym młodzieńcem — powiedział Sokole Oko, opatrując starannie ranę — i napewno zostaniesz wielkim wodzem.
Chłopiec podziękował strzelcowi wzrokiem pełnym entuzjazmu i znikł w tłumie.
Mały ten incydent miał jednak duże znaczenie, zdradzając stanowisko huronów. Słońce zaszło już daleko w swej dziennej wędrówce i czas zawieszenia broni minął. Wojownicy Lenepe zebrali się wokół Unkasa, przygotowując się do rozpoczęcia walki.
Unkas podzielił swych ludzi na dwa oddziały; pierwszym z nich w sile dwudziestu wybornych wojowników dowodził Sokole Oko, drugim, składającym się z około dwustu ludzi, sam Unkas. Rączy Jeleń, mając na uwadze stopień Dunkana chciał mu powierzyć odpowiednie stanowisko, lecz major wiedząc, że nie wywiąże się dobrze z zadania, gdyż nigdy nie dowodził czerwonoskórymi, odmówił, stając do szeregu jako ochotnik, w oddziale Sokolego Oka. W wzorowym porządku ruszyli delawarowie do lasu i przemaszerowali kawał drogi, nie napotykając na ślady wrogów. W głębi puszczy zatrzymał Unkas wojowników, aby naradzić się z wodzami nad dalszem postępowaniem. Nie ukończono jeszcze krótkich narad, gdy nagle z gąszczu, od strony wsi hurońskiej, ukazał się człowiek, który biegł tak szybko, że delawarowie wzięli go za gońca. W odległości około stu kroków od oddziału, który był w ukryciu, biegnący zatrzymał się nagle, spoglądając bezradnie wokół siebie, jakby szukał drogi.
— Człowiekowi temu nie wolno pozwolić na rozmowę z huronami — szepnął Unkas do strzelca. — Uczyń go nieszkodliwym.
Sokole Oko uniósł strzelbę do ramienia, celując uważnie, gdy nagle opuścił ją ze śmiechem.
— Ależ, Unkasie — zawołał strzelec — przecież to jest nasz śpiewający przyjaciel Dawid. Kiedy zacząłem wyszukiwać na jego ciele miejsca na moją kulkę poznałem go. Będzie mógł nam napewno powiedzieć dużo ciekawych rzeczy.
Mówiąc to strzelec wyszedł z ukrycia i wziąwszy zdumionego Gamuta za rękę, wprowadził pomiędzy delawarów.
Gdy Dawid ochłonął nieco ze strachu, mógł dać cenne wiadomości o huronach. Ze słów jego wynikało, że Magua powróciwszy do wsi w towarzystwie Kory ukrył ją w jaskini, a sam na czele wojowników udał się do lasu, i zajmuje stanowisko przed wsią. W obozie huronów powstał przytem taki alarm, jakiego biedny śpiewak jeszcze nigdy nie słyszał, to też wystraszony postanowił zbiec do delawarów, gdzie, jak przypuszczał, znajdują się jego przyjaciele.
— Czy nie możemy pośpieszyć wprost do jaskini i wyzwolić Korę? — zawołał major, którego wszystkie myśli skierowane były ku oswobodzeniu biednej dziewczyny.
— Co o tem myśli Sokole Oko? — spytał Unkas.
— Daj mi moich dwudziestu ludzi — odpowiedział strzelec — a udam się wzdłuż strumienia w kierunku osiedla bobrów, gdzie przyłączę do siebie Czingaszguka i pułkownika. Gdy usłyszysz nasz okrzyk wojenny napadnij na łotrów od frontu i gnaj na nas, a my już ich tak serdecznie przyjmiemy, że żywa noga nie ujdzie. Potem dopiero zaatakujemy wieś i wyzwolimy dziewczynę. Co myślicie o takim planie, przyjaciele?
— Wspaniale! — wykrzyknął major.
Unkas, po chwili namysłu, zgodził się też na plan Sokolego Oka i przystąpiono natychmiast do jego wykonania.
W głębokiej ciszy prowadził strzelec swój niewielki oddział przez gęstwinę do strumienia, o którym wiedział, że wpada do jeziorka bobrów. Dopiero, gdy osiągnięto rzeczkę, Sokole Oko ze zdumieniem spostrzegł kroczącego w oddziale Dawida.
— Czy wiesz, przyjacielu — zwrócił się do niego — że idziemy na krwawą bitwę? Nie minie godzina, jak nogi nasze zaczną deptać po trupach huronów. To nie dla ciebie sprawa; radzę ci: zawróć do wsi delawarów.
— Pozwól mi — odpowiedział śpiewak, opuszczając głowę — iść z tobą. Tyle dni znajdowałem się obok panny Kory w chwilach nieszczęścia i niebezpieczeństwa, że nie chcę i teraz, gdy znajduje się w potrzebie, opuścić jej.
— Nie umiesz przecie, przyjacielu, obchodzić się z bronią. Jakiż możemy mieć z ciebie pożytek?
— Mam z sobą procę i będę jej używał, jak to czynił młodzieniec, którego imię noszę.
— Nie wiele bohaterskich czynów dokażesz tą bronią, ale jeśli gotów jesteś swym potężnym głosem wesprzeć nasz okrzyk wojenny, to chętnie zezwalam, abyś nam towarzyszył.
Dłuższą chwilę maszerował oddziałek brzegiem strumienia, którego wysokie brzegi, jak i gęste zarośla rosnące po obu jego stronach, dawały doskonałą osłonę. Ale gdy zbliżono się do jeziorka bobrów, brzegi stały się gołe, gdyż przemyślne zwierzątka, które zamieszkiwały tu od setek lat ogołociły je zupełnie z drzew. Trzeba było maszerować przez otwartą przestrzeń. Sokole Oko poprowadził swoich wojowników w ten sposób, że stąpając jeden w ślady drugiego, pozostawili jedynie jeden odcinek, tak, że ktoś niewtajemniczony w podstępy wojenne indjan mógłby łatwo pomyśleć, że przeszedł tamtędy zaledwie jeden człowiek.
Nagle z gęstwiny buchnęły strzały i jeden z ludzi Sokolego Oka padł martwy ugodzony celną kulą w serce.
— Kryjcie się wojownicy i ognia! — rozkazał strzelec, dając przykład swym ludziom.
Krok za krokiem, strzelając bez przerwy, posunęli się delawarowie naprzód, prąc huronów, lecz ci szybko zorjentowali się w słabych siłach przeciwnika i po otrzymaniu posiłków zaczęli zwolna okrążać oddział Sokolego Oka. Niebezpieczeństwo osaczenia i wycięcia w pień zawisło nad głową garstki wojowników, zwiększając się z minuty na minutę.
Nagle odezwał się bojowy okrzyk delawarów i salwy karabinowe na tyłach wroga. To Unkas przychodził z pomocą swym przyjaciołom. Huroni, zaskoczeni z dwóch stron, musieli podzielić swe siły i nie będąc w stanie powstrzymać impetu natarcia delawarów, zwolna cofali się w kierunku swej wsi. W gęstwinie obok osiedla bobrów doszło do walki wręcz i huroni mieli już nadzieję powstrzymać zwycięski marsz wrogów, gdy nagle tuż za ich plecami rozległy się strzały.
— To Wielki Wąż! — wykrzyknął Sokole Oko. — Teraz zwyciężymy napewno.
Rzeczywiście, zdezorjentowani mingowie, słysząc wystrzały za sobą, pomyśleli, że są okrążeni i w dzikim popłochu rzucili się do ucieczki. W tejże chwili Czingaszguk i pułkownik spotkali się z Sokolem Okiem i Dunkanem. Powitanie było radosne, lecz warunki walki nie pozwalały na dłuższą rozmowę. W kilku zdaniach wyjaśnił strzelec swym przyjacielom sytuację i zdał komendę nad oddziałem w ręce Czingaszguka, jako wodza delawarów.
Jeszcze raz usiłowali huroni stawić opór przy wejściu do wsi, ale potężne natarcie lenapów pod wodzą mohikan, rozbiło ich i na ulicach obozowiska rozszalała krwawa rzeź.
Magua, widząc klęskę swych ludzi, skoczył w zarośla wraz z dwoma wiernymi wojownikami, dążąc w kierunku jaskini, w której była ukryta Kora. Unkas, który w rozgwarze walki starał się nie spuścić z oka swego wroga, spostrzegł jego manewr i pobiegł za nim wraz z Heywardem i strzelcem. Biegiem dopadli groty i wskoczyli w wąskie przejście obok płonących chat hurońskich.
— Kora! Kora! — krzyczał Dunkan. — Odwagi! Idziemy z pomocą!
— Kora! — wykrzyknął Unkas, skoczywszy naprzód, gdyż w oddali zabieliła się suknia porwanej.
Korę uprowadzał tymczasem Magua wraz z dwoma huronami, niosąc ją tak, że w wąskiem przejściu stanowiła tarczę przed strzałami goniących. Widząc to i chcąc zyskać na szybkości, Unkas rzucił swą strzelbę, która w tej chwili zawadzała mu jedynie, a za jego przykładem poszedł Dunkan. Niestety, nieostrożność ta kosztowała ich zbyt drogo.
Magui i jego ludziom udało się dopaść drugiego wyjścia z groty i gdy prześladowcy znaleźli się znowu na otwartej przestrzeni, ujrzeli Przebiegłego Lisa jak stał nad klęczącą Korą na niewielkiej płaszczyźnie, pod którą rozwierała się głęboka przepaść.
— Dalej nie pójdę! — krzyknęła Kora. — Możesz mnie zabić, huroński łotrze, ale dalej z tobą nie pójdę.
Jeden z towarzyszących Magui dzikich chwycił nóż, chcąc ugodzić Korę, lecz Przebiegły Lis wyrwał mu go z ręki i rzucił w przepaść.
— Kobieto — zwrócił się następnie do Kory — wybieraj: albo śmierć, albo ucieczka ze mną.
Nieszczęśliwa dziewczyna wzniosła ręce ku niebu i zawołała:
— Twoją jestem, Boże! Niech się stanie wola Twoja!
— Wybieraj, kobieto! — wykrzyknął Magua, chwytając dziewczynę za rękę.
Ale Kora nie zwracała na niego uwagi; wpatrzona w niebo, szukała w niem ratunku. Huron wzniósł swój nóż, i opuścił go bezwolnie. Nagle rozległ się nad nim głośny okrzyk. Magua obejrzał się, aby przekonać się kto krzyczy; chwilę tę wykorzystał jeden z jego wojowników, wbijając nóż w piersi Kory. Oszalały z wściekłości Magua usiłował się rzucić na mordercę, gdy w tejże chwili pomiędzy nich skoczył z wielkiej wysokości Unkas, padając na kolana. Przebiegły Lis skorzystał z chwili i wbił swój nóż w jego plecy. Ostatkiem sił skoczył Rączy Jeleń i zepchnął mordercę dziewczyny w przepaść, ale natychmiast siły opuściły go, i blady śmiertelnie zwrócił się do Magui, który kilkakrotnie zatopił nóż w jego piersiach. Z głośnym okrzykiem padł mohikanin na skałę obok martwej Kory i wyzionął ducha.
— Przeklęty huronie! — zawołał z rozpaczą major, który właśnie ukazał się nad platformą. — Nie ujdziesz przed naszą zemstą.
W odpowiedzi na to Przebiegły Lis wzniósł w górę swój okrwawiony nóż, wydając jednocześnie tak straszny okrzyk, że walczący w dolinie usłyszeli go. W chwilę potem obaj huroni — wódz i jego wojownik pięli się po zboczu skały, usiłując ujść przed pogonią. Sokole Oko, który dopiero teraz nadbiegł z pomocą, ujrzał już jedynie trupy najdroższych mu istot i uchodzących w oddali dzikich. Nagle ze szczytu skały stoczył się kamień, spadając na uciekających huronów. Towarzysz Magui nie zdążył usunąć się i z strzaskaną czaszką runął w przepaść. Strzelec ze zdumieniem ujrzał Gamuta, który strącił kamień i czekał teraz na okazję, by wywrzeć zemstę na mordercy. Ale Przebiegły Lis długim skokiem przedostał się przez rozpadlinę, dzielącą dwie skały i piął się szybko w górę.
— Biali to psy — zawołał huron, zwracając się do Sokolego Oka, — a delawarowie to baby! Magua jest wielkim wodzem. Pozostawiam trupy na pożarcie krukom!
Jeszcze kilka skoków i Przebiegły Lis znalazłby się na wolności, gdy nagle gruchnął strzał i morderca, szeroko rozrzuciwszy ręce, runął głową wdół. To długa strzelba, której huron tylekroć szczęśliwie uchodził, znalazła wreszcie drogę do niego.


∗             ∗

Następnego dnia żałoba panowała we wsi delawarów. Pomimo odniesionego wspaniałego zwycięstwa, żaden okrzyk tryumfu nie rozległ się w obozie Lenapów. Wszyscy mieszkańcy wsi zebrali się na wielkim placu, gdzie w skupieniu uformowali wielki krąg. Wszystkie oczy zwrócone były na środek koła, w którem dziewczęta delawarów odprawiały modły żałobne nad ciałem Kory. U nóg zmarłej siedział jej zbolały ojciec, obok niego na powalonem drzewie spoczywał major, który z trudem jedynie panował nad wielkiem wzruszeniem. Dawid Gamut z książką psalmów stał za pułkownikiem, zbolały tak, że nie był nawet zdolny do śpiewu. W niewielkiej odległości od tej grupy w tłumie indjan stał oficer francuski, który, wysłany przez gubernatora Kanady, miał za zadanie przeszkodzić walkom pomiędzy plemionami czerwonoskórych, lecz spóźnił się. W oddali stał jego oddział, oczekując na zakończenie uroczystości.
Jeszcze boleśniejsze wrażenie czyniła druga grupa, którą stanowili czerwoni wojownicy. Pośrodku niej siedział w wykopanym dole, twarzą na wschód, w pozycji, jaką zwykł był zajmować przy ognisku, Unkas, ostatni mohikanin. Ciało jego było bogato ustrojone, a we włosy wpięte były trzy wspaniałe strusie pióra. Obok niego leżała broń, którą według wierzeń indjan, miał użyć, polując w krainie wieczności. Nawprost niego siedział skamieniały z bólu Czingaszguk, Wielki Wąż delawarów, bez broni i bez żadnych ozdób. Na nagim i pozbawionym rysunku ciele jego widniał jedynie znak rodowy — niebieski żółw. Tuż obok, wsparty na swej strzelbie, stał Sokole Oko ze łzami wpatrując się w postać umiłowanego młodzieńca.
— Mężowie plemienia Lenapów! — odezwał się uroczyście Tamenund, który kazał się zawieść do grobu Unkasa — Wielki Duch skrył swoje oblicze za chmurami! Jego oczy odwróciły się, jego uszy zamknęły i jego usta nie odpowiadają na głos jego dzieci. Nie widzimy go, ale jego wyroki ciążą nad nami! Otwórzcie swe serca dla głosu prawdy! Dzieci plemienia Lenape! Oblicze Manitu skryło się przed nami!
Po słowach tych nastąpiła głęboka cisza, poczem odezwał się cichy śpiew. W słowach prostych wojownicy opiewali czyny i życie Unkasa. Dziewczęta i kobiety wychwalały zalety i słodycz swej białej siostry, która zginęła w kwiecie wieku.
Zwolna powstał najstarszy z wojowników i, zwracając się do Unkasa, rzekł:
— Dlaczego opuściłeś nas, chlubo Lenapów? Twoje życie było krótkie, ale sława twa błyszczy niczem promienie słońca. Stopy twe podobne były do skrzydeł orła, a ramie potężne, jak konar dębu. Słowa moje są słabe, bo serce jest przepełnione bólem. Chlubo Lenapów, dlaczegoś nas opuścił?
Jeden za drugim wstawali wodzowie, sławiąc czyny Unkasa, a gdy ostatni z nich zamilkł, długo panowała głęboka cisza. Wreszcie ozwały się ciche słowa ostatniego pożegnania. To Czingaszguk przemówił poraz ostatni do swego syna. Gdy zamilkł, dziewczęta ujęły, na znak wodzów, ciało Kory i z pieśnią pogrzebową poniosły ją do przygotowanego grobu, obok mogiły Unkasa. Z bólem szedł za ciałem ukochanej córki stary pułkownik, starając się zachować postawę godną żołnierza. Gdy ciało złożono do grobu, Sokole Oko podziękował dziewczętom za trud, polecając zabrać z grobu naczynia z jedzeniem, gdyż duszy białej dziewczyny są one niepotrzebne. W ciszy zasypano ciało ziemią, zdobiąc świeżą mogiłę kwieciem. W tej chwili rozległ się uroczysty śpiew. To Gamut wzniosłym psalmem żegnał swoją ulubienicę.
Oficer francuski zbliżył się do pułkownika, prosząc, aby zechciał pośpieszyć z odjazdem.
— Koro, dziecko moje — zawołał pełen bólu Munro — żegnaj na zawsze.
Ręce przyjaciół ujęły złamanego rozpaczą pułkownika i doprowadziły do czekających koni. Smutna kawalkada ruszyła natychmiast żegnana serdecznie przez delawarów. Na czele jechał pułkownik w towarzystwie Gamuta, za nim podążał Heyward u boku płaczącej Alicji. Pochód zamykał oficer francuski z swoim oddziałem. Wkrótce biali zniknęli w puszczy, udając się do twierdzy angielskiej.
Sokole Oko powrócił po czułem pożegnaniu z Dunkanem do obozu delawarów, aby rzucić ostatnie spojrzenie na oblicze swego młodego druha.
Czingaszguk czekał póki ostatnia grudka ziemi nie padnie na świeżą mogiłę, poczem odezwał się do zgromadzonych:
— Dlaczego smucą się moi bracia? Dlaczego płaczą moje siostry? Czy dlatego, że młody wojownik odszedł w krainę wiecznych łowów? Czy dlatego, że wódz swą drogę życiową zakończył z honorem? Był dobry, był wierny, był odważny! Wielkiemu Duchowi potrzebni są tacy wojownicy i dlatego powołał go do siebie. Ale ja syn i ojciec Unkasa, jestem teraz jak złamane drzewo. Mój ród zginął i pozostałem sam...
— Nie, nie — przerwał mu Sokole Oko. — Nie pozostałeś sam. Jeśli nawet kolor naszej skóry jest różny, Bóg kazał nam stąpać po jednej ścieżce. Młodzieniec porzucił nas na krótki czas, ale, Sagamoro, nie pozostałeś sam!
Czingaszguk uścisnął dłoń, którą wyciągnął doń Sokole Oko ponad świeżą mogiłą; obaj starzy wojownicy opuścili głowy i łzy, płynące z ich oczu zmieszały się z ziemią, pod którą spoczywał Unkas.
— Dość! — zawołał drżącym głosem Tamenund. — Idźcie, dzieci Lenapy. Gniew Manitu spadł na nasz lud. Blade twarze panują nad światem. Życie Tamenunda trwało zbyt długo. W poranku dni swoich widziałem szczęście i wielkość mego ludu, a zanim zapadła noc mego żywota, ujrzałem grób ostatniego mohikanina!

KONIEC





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: James Fenimore Cooper.