Ostatni Mohikanin/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Ostatni Mohikanin
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wydania 1934
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Last of the Mohicans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IX
WE WSI HUROŃSKIEJ

Na widok Gamuta, serce majora zabiło żywiej. Zdawało mu się, że tuż obok znajduje się Kora i Alicja. Zbliżył się szybko do niego, rozpytując o zaszłe wypadki, gdy Sokole Oko ze swej strony przywołał przedewszystkiem pozostałych towarzyszy trzykrotnem krakaniem. Wszyscy spoglądali z podziwem na Dawida, zasypując go gradem zapytań.
Poczciwy nauczyciel śpiewu był niezbyt rozgarnięty i trudno było z jego chaotycznego opowiadania należycie zrozumieć zaszłe wypadki. Jedno było zupełnie jasne: oto obie panny Munro znajdowały się w pobliżu. Alicja ukryta była we wsi hurońskiej, oddalonej o niespełna godzinę drogi, Korę zaś Magua zaprowadził do sąsiedniej osady. Gamuta czerwonoskórzy pozostawili na wolności, uważając go za niespełna rozumu. Pozostał pomimo to na miejscu, nie wykorzystując swej swobody do ucieczki, gdyż uznał, że winien znajdować się obok sióstr, które powierzono jego opiece. Dziś wyruszył Przebiegły Lis z kilku młodymi wojownikami na polowanie, jutro zaś postanowiono przerwać odpoczynek i maszerować dalej w kierunku granicy kanadyjskiej, w rodzinne strony Magui.
Sokole Oko i mohikanie słuchali tych wiadomości z skupioną uwagą, wypytując szczegółowo o plemię, w którego wsi znajdowała się Kora. Po długiem badaniu, okazało się, że plemię to nosi na piersiach wytatuowanego żołwia, podobnie, jak i obaj mohikanie. Należeli widocznie, do szczepu delawarów, jaki Wielki Wąż, lecz przeszli na stronę francuzów i mieszkali obok huronów.
Dunkan wygłosił kilka fantastycznych planów wyzwolenia dziewcząt, lecz Sokole Oko wstrzymał jego zapędy, zalecając ostrożność i spokój, niezbędne dla osiągnięcia celu.
— Najlepszą rzeczą, jaką narazie możemy uczynić — powiedział strzelec — będzie wykorzystanie swobody, którą się cieszy Gamut, aby zawiadomić dziewczęta, że jesteśmy w pobliżu. Czy odróżnisz przyjacielu, — zwrócił się do Dawida — głos kruka od głosu kukułki?
— Zawsze — odpowiedział nauczyciel śpiewu. — Głos kukułki jest dźwięczny, choć składa się zaledwie z dwóch tonów, a kruka...
— Już dobrze, dobrze — przerwał mu strzelec. Ponieważ kukułka podoba ci się, przeto trzykrotny głos kukułki będzie naszem hasłem. Gdy usłyszysz go trzykrotnie, śpiesz do lasu na miejsce, z którego będzie dochodzić. Czyś zrozumiał, przyjacielu?
— Oczywiście, oczywiście! — odpowiedział Dawid głosem, wykazującym całą jego gotowość do usług.
— Doskonale — zawołał Heyward stanowczo — ja pójdę razem z nim.
— Co? Chce pan udać się do wsi hurońskiej? — zawołał zdumiony strzelec. — Czy się panu już sprzykrzył widok słońca?
— Ależ i ja mogę przecież, udawać błazna, czy głupiego, jak Dawid, wogóle mogę robić, co tylko będzie potrzeba — zapewnił major. — Przyjdzie mi to z tem większą łatwością, że za wszelką cenę pragnę wyrwać moją narzeczoną z rąk tych potworów. Proszę mi nie czynić żadnych trudności, moje postanowienie jest nieodwołalne. Proszę mnie pomalować i przebrać na wędrownego kuglarza i znachora.
Strzelec zgodził się na ten ryzykowny plan majora z wielką niechęcią, ale jego opór nie zdał się na nic. Doświadczony Czingaszguk, który stale nosił wszelkie przyrządy do malowania w swej torbie podróżnej, pomalował twarz majora w różne kreski i punkty, tak iż nawet jego najbliżsi nie byliby go poznali. Ten ubiór przemienił jego postać tak dalece, że można rzeczywiście było wziąć go za wędrownego francuzkiego kuglarza albo znachora, jacy pojawiali się od czasu do czasu śród indjan kanadyjskich.
Gdy Sokole Oko pouczył majora jak ma się zachowywać przy różnych okolicznościach i gdy wszyscy złożyli mu życzenia najlepszego powodzenia, wyruszył on w towarzystwie Dawida Gamuta do wsi hurońskiej. Po dłuższej wędrówce doszli obaj do polany leśnej, na której przeciwległym końcu stało jakie sześćdziesiąt wigwamów, sklecionych z desek, słupków i gałęzi. Na środku polanki bawiły się dzieci, a gromada wojowników stała zajęta ożywioną rozmową. Serce majora biło żywiej, ale zdawał on sobie doskonale sprawę z tego, że teraz cofać się już nie może i trzeba iść śmiało do celu. Zdobywając się na możliwy spokój, przeszedł on obok bawiących się dzieci i obok gromady wojowników. Gamut prowadził go krokiem żwawym zatrzymując się przed dużą chatą, okazalszą od wszystkich innych i będącą widać, przeznaczoną na miejsce narad. Idąc za przykładem Gamuta major wysunął z kąta pęk suchej trawy i usadowił się na niej.
Wojownicy powchodzili również do chaty i otoczywszy przybyłych półkolem, oczekiwali chwili, w której obcy uzna za dobre otworzyć usta i powiedzieć o celu swego przybycia. Wieczór już zapadł i chatę nikle oświetlało jedno płonące łuczywo.
Ponieważ Heyward milczał uparcie, nie będąc pewny, jak przyjmą go huroni, przeto jeden z wodzów, którego włosy zaczynały już siwieć, wysunął się naprzód i w języku huronów zwrócił się z przemówieniem do przybysza. Oczywiście z całej tej mowy major nie zrozumiał ani słowa.
— Czy żaden z braci moich nie mówi językiem swoich białych ojców kanadyjskich? — zapytał z kolei major po francusku.
Indjanie milczeli, ale z ich spojrzeń domyślił się Heyward, że go zrozumiano.
— Wielki biały ojciec kocha swoje czerwone dzieci kanadyjskie — mówił dalej major — i dlatego przysyła mnie tutaj. Wie on, że jesteście na ścieżce wojennej, a przeto nakazał mi, jako lekarzowi, abym się udał do czerwonych huronów i abym ich zapytał, czy nie mają w swoich wigwamach chorych, którzy potrzebowaliby pomocy.
Po tych sowach zapanowało długie milczenie, aż wreszcie wysunął się stary wódz i zaczął mówić łamaną francuszczyzną:
— Od kiedyż to blade twarze z Kanady malują swoje oblicza?
— Gdy wódz indyjski przybywa do białych ojców — odparł Heyward z wielką przytomnością umysłu — to zrzuca swoją odzież ze skóry bawolej i przywdziewa koszulę, jaką otrzymuje. Moi czerwoni bracia dali mi farb, a ja pomalowałem się na ich cześć.
Po tych słowach po chacie rozszedł się szmer zadowolenia i Heyward odetchnął z uczuciem ulgi. Jeden z czerwonych wojowników powstał, aby wygłosić mowę powitalną i właśnie otwierał usta, gdy od lasu doleciało dzikie wycie nielicznych głosów. Wojownicy wybiegli z chaty a Dunkan pośpieszył za nimi.
Z lasu wyłoniła się gromada wojowników i krokiem wolnym zbliżała się do wsi, prowadząc pomiędzy sobą jeńca. Wycie zacichło, lecz na jego skutek z chat wypadły tłumy dzikich. Natychmiast powstał okropny tumult i zgiełk. Wszyscy śpieszyli w kierunku pochodu, jakby się stało coś nadzwyczajnego i w jednej chwili tu i owdzie zapłonęły kupki suchej trawy i chrustu. Mężczyźni dobywali noże, kobiety wywijały nad głowami tomahawkami i maczugami, a nawet dzieci chwytały za broń, jaka była dostępna ich rękom. Przytem wszyscy wrzeszczeli, nawoływali się i tłumaczyli sobie coś w taki hałaśliwy i ogłuszający sposób, jakgdyby całe piekło zostało wypuszczone na ziemię. Wojownicy przyprowadzili jeńca, który wyczekiwał swego losu z głową zadartą dumnie do góry. Powoli zapanował porządek i cała ludność ustawiła się w dwa rzędy, tworząc wąską uliczkę i Dunkan zrozumiał, że jeniec ma być pędzony przez nią, pomiędzy uzbrojonymi mężczyznami, kobietami, a nawet dziećmi. Wojownicy ustawili się po obu wylotach uliczki, aby uniemożliwić jeńcowi ucieczkę. Jeniec zrobił kilka kroków w śmiertelnej uliczce, uderzony kilkakrotnie, gdy niewiarygodnym wysiłkiem przeskoczył ponad głowami jednego z wojowników i rzucił się do ucieczki. Powstał niesłychany zamęt i zgiełk. Heyward widział od czasu do czasu postać jeńca i prześladujący go tłum. Kilkakrotnie zdawało się majorowi, że szybki jeniec uratuje się dopadłszy lasu, lecz wkrótce zauważył, że było to prawie niemożliwe, gdyż całą wieś otoczono posterunkami.
Niby kot osaczony przez psy, pojmany biegł w wielkich susach; wspaniałym skokiem przerzucił się ponad płonącym ogniskiem, kilku z swoich prześladowców powalił na ziemię i dokonywał cudów zręczności i siły, aby tylko odzyskać swoją wolność.
Major przyglądał się tej scenie z ogromnem zainteresowaniem i dużą sympatją dla jeńca, który z bezprzykładnym męstwem walczył o swoje życie. W pewnej chwili uciekający znalazł się obok niego zmęczony pogonią; tuż za nim biegł huron z tomahawkiem podniesionym do ciosu. Niemal bezwiednie wysunął major nogę, podstawiając ją prześladowcy, który runął jak długi, dzięki czemu uciekający uniknął śmiertelnego ciosu. Jeniec dopadł do pomalowanego pala, który stał przed domem obrad. Narazie nie zagrażało mu nic, gdyż miejsce przy palu było święte i wszystkim uciekającym zgodnie z starodawną tradycją indjan, zapewniało chwilowa nietykalność. Jeniec stał ciężko dysząc, trzymając się ręką zbawczego pala. Płomień pochodni padł na jego postać i major z przerażeniem poznał Unkasa.
Odkrycie to podziałało na majora jak uderzenie pioruna. Opanowała go trwoga o życie młodzieńca i chcąc uniknąć podejrzeń, szybko odwrócił swój wzrok od niego. Istniała jeszcze iskierka nadziei na ratunek; nadszedł jakiś wojownik, który rozpędził tłum kobiet i dzieci otaczających Unkasa i lżących go niemiłosiernie, zabierając go do chaty, w której odbywały się narady. Za nimi podążyli wodzowie i co doświadczeńsi wojownicy i Dunkanowi udało się, korzystając z zamieszania, wślizgnąć do izby.
— Delawarze — odezwał się stary wojownik do Unkasa narzeczem plemienia „Lenni Lenape“ — aczkolwiek pochodzisz z ludu niewiast, okazałeś się dzielnym mężem. Kazałbym ci podać pożywienia, ale kto je z huronem, ten staje się jego przyjacielem. Odpoczywaj do rana, a potem usłyszysz, co rada postanowiła, gdy wrócą dwaj wojownicy, których posłano rano do lasu. Gdy powrócą, rada powie do ciebie: żyj! gdy zginą, powie: Umrzyj!
— Czy huronowie nie mają uszu? — zapytał Unkas ironicznie. — Od chwili, gdy jestem waszym jeńcem, słyszałem dwa wystrzały ze strzelby, która jest mi znana. Wasi młodzi wojownicy nie powrócą już nigdy.
Głębokie milczenie zapanowało po tych słowach. Potem rzekł wódz huronów:
— Jeśli lenapowie są tacy dzielni, to dlaczegoż jeden z ich najdzielniejszych wojowników znajduje się tutaj?
— Ścigał on uciekającego tchórza i wpadł w zasadzkę. Nawet mądry a przebiegły bóbr zostaje czasem schwytany.
Po tych dumnych słowach mohikanina, nastąpiła długa pauza, w czasie której na Unkasie spoczęły mściwe spojrzenia obrażonych wojowników.
Nagle do izby wszedł wysoki indjanin i usiadł obok Dunkana. Major skierował na niego swój wzrok i ku swemu przerażeniu poznał Maguę, który z całkowitym spokojem wyciągnął fajkę i zaczął palić. Inni wojownicy poszli za jego przykładem i wkrótce cała izba pełna była dymu. W ciągu piętnastu minut w chacie panowała kompletna cisza i nie padło ani jedno słowo; majorowi czas ten wydawał się wiecznością.
Wreszcie Magua powstał i zbliżył się do jeńca. Spojrzenia obu indjan skrzyżowały się. Z twarzy mohikanina wyzierał spokój i duma, gdy przeciwnie na obliczu Magui malowało się okrucieństwo i dzikość. Nagle Magua poznał Unkasa i z piersi jego wyrwał się okrzyk:
— Rączy Jeleń!
Na ten okrzyk wszyscy wojownicy znajdujący się w chacie wskoczyli z swych miejsc i dziesiątki ust powtórzyły radośnie: „Rączy Jeleń! Rączy Jeleń!“ Wieść, że pojmanym jest straszny wróg huronów, szybko rozbiegła się po wsi i z wszystkich wigwamów wyległy kobiety i dzieci, śpiesząc na miejsce obrad, aby zobaczyć sławnego jeńca.
— Umrzesz, mohikaninie! — wykrzyknął Magua, podniósłszy pięść nad głową jeńca.
— Wojownicy hurońscy już zmarli, a ciała ich, pomordowane moją ręką, płyną rzeką i nic nie powróci ich do życia — odpowiedział spokojnie Unkas.
Słowa te wywołały niebywałą wrzawę; wojownicy powskakiwali z miejsc, wymachując tomachawkami, a jeden z nich zamierzył się na Rączego Jelenia, chcąc zadać mu cios. Magua widząc to podskoczył do wojownika podbijając mu rękę, tak że cios chybił, odcinając jedynie pióro, które tkwiło we włosach Unkasa. Major zadrżał na widok wściekłości, jaka ogarnęła dzikich. Był pewien, że śmierć mohikanina nastąpi lada chwila, lecz Unkas stał nieporuszony, a twarz jego wyrażała pogardę dla wrogów.
— Nie, wojownicy hurońscy — wykrzyknął Przebiegły Lis — tak nie postępują mężowie. Blask słońca musi oświetlić jego stracenie i kobiety nasze winny zobaczyć, jak jego ciało drży przy torturach, inaczej zemsta byłaby jedynie dziecinną zabawką. Zobaczymy, czy delawar potrafi nocą spać a rano umrzeć!
Natychmiast do Unkasa przystąpiło kilku wojowników i skrępowało mu ręce silnemi rzemieniami. Pozostali huroni wyszli z chaty i major pośpieszył za nimi. Gdy mijał skrępowanego Unkasa ten szepnął mu: „Długa Strzelba nie śpi“, dając tem do zrozumienia, że strzelec jest napewno w pobliżu i zajmie się jego oswobodzeniem.
Nie nagabywany przez nikogo szedł major wzdłuż wsi, badając wigwamy i starając się wpaść na ślad Alicji, lecz poszukiwania spełzły na niczem. Widocznie, dziewczynę ukryto gdzieś poza wsią. Gdy tak rozmyślał nad sposobem wykrycia więzienia swej narzeczonej, uczuł nagle dotknięcie ręki na swem ramieniu. Obejrzawszy się, ujrzał siwowłosego wodza, z którym już rozmawiał przedtem.
— Czy mój biały brat — odezwał się huron — nie zechciałby okazać swych czarów i uzdrowić żonę jednego z moich wojowników, która leży ciężko opętana przez złego ducha?
— Różne bywają duchy, wodzu — odpowiedział Heyward — ale spróbuję swych czarów. Prowadź mnie do niej.
Wódz dał znak znachorowi, aby poszedł z nim w kierunku gór. Przeszli przez całą wieś i zbliżyli się do ściany skalnej, zatrzymując się przed otworem dużej jaskini. Indjanin chciał właśnie wejść do niej, gdy wtem z groźnym pomrukiem wyłoniło się ciemne cielsko wielkiego niedźwiedzia. Wódz przystanął, uważnie przypatrzył się groźnemu zwierzęciu i uspokojony wszedł do otworu w ścianie skalnej. Major, który w tem skalnem ukryciu miał nadzieję odnaleźć Alicję, nie czuł się dobrze w towarzystwie niedźwiedzia, który, idąc za nim krok w krok, dotykał pyskiem nóg, a czasem kładł na nim swoje ciężkie łapy, lecz uznał, że jest to jedyny sposób przeniknięcia do jaskini zesłany jakby przez Opatrzność. Heyward uspokajał się myślą, że niedźwiedź jest obłaskawiony i że wódz zna go na tyle, aby w odpowiedniej chwili mógł mu rozkazywać, gdyż w przeciwnym razie indjanin nie zlekceważyłby z pewnością groźnego zwierzęcia. Przez długi korytarz dostali się wódz, znachor i niedźwiedź do dużej jaskini, która była podzielona na kilka części przepierzeniem z plecionych gałęzi. Duże łuczywa, powtykane w ściany kamienne, oświetlały to miejsce; we dnie wpadało tu światło otworem przebitym u góry. W jednej części jaskini leżała chora, otoczona gromadką kobiet, pośród których z miną zasmuconą stał nauczyciel śpiewu. Widocznie indjankę przeniesiono do jaskini w nadziei, że trudniej tu będzie dotrzeć złym duchom.
Wódz, który przyprowadził domniemanego znachora, dał mu znak, aby podszedł do chorej. Na pierwszy rzut oka major poznał, że żadna ludzka pomoc nic tu nie zdoła zdziałać.
Gamut spojrzał na wchodzących, poczem zanucił psalm; dźwięki tego śpiewu wzruszyły nietylko kobiety, lecz i wodza, który przyprowadził znachora. Major korzystał ze śpiewu Dawida, aby obmyśleć swoje dalsze postępowanie. Niedźwiedź usiadł w drzwiach i ku zdumieniu Heywarda starał się naśladować głos śpiewającego, co mu się chwilami dość dobrze udawało, ku wielkiemu przerażeniu Gamuta. Bowiem ledwo spostrzegł on niesamowite postępowanie zwierzęcia, gdy rzucił się do ucieczki; krzycząc do Dunkana po angielsku, aby go nie zrozumieli huroni: „Ona jest tutaj! Czeka na pana!“ — znikł w ciemnem przejściu.
Major rozejrzał się wokół, szukając miejsca, gdzieby ukryto Alicję, gdyż nic chyba innego nie mógł oznaczać okrzyk Gamuta, jak to, że panna Munro jest w jaskini. Ale nie miał czasu na długie rozmyślania.
Wódz dotknął ramienia znachora i wskazał nieprzytomną chorą.
— Niechże brat mój okaże całą swoją potęgę — rzekł.
Heyward, który znał sztuczki czerwonoskórych czarodziei, zabierał się właśnie do wygłoszenia zaklęć, gdy przeszkodził mu w tem niedźwiedź, porykując coraz groźniej. Po trzykroć rozpoczynał major swoje zaklęcia, lecz za każdym razem niedźwiedź przeszkadzał mu swem groźnem wyciem.
— Mądrzy czarodzieje są zazdrośni o swoją sztukę — powiedział wreszcie wódz. — Chcą pozostać sami. Oby biały brat mój zdołał pokonać złego ducha. Bądź cicho — rzekł do niedźwiedzia, który zdradzał coraz gorszy humor — już odchodzę, a czarodzieje porozumieją się z sobą i będą wiedzieli co uczynić.
Z temi słowy huron opuści! jaskinię, zabierając kobiety.
Heyward nie wiedział, co ma czynić, pozostawszy sam na sam z niedźwiedziem. Ostrożnie obchodził go z daleka, szukając broni, gdy ten niespodziewanie odchylił głowę na bok i oto zamiast groźnej paszczy ukazała się uśmiechnięta twarz Sokolego Oka.
— Cicho, ani słowa — szepnął strzelec, podnosząc do góry łapę niedźwiedzią. — Te łotry mogą nas podpatrywać i podsłuchiwać. Jedno słowo, któreby brzmiało inaczej, niż zaklęcia może nas kosztować życie.
— Ale — szepnął major, — co znaczy ta maskarada? I dlaczego przedsiębierze pan tak niebezpieczną grę?
— Przypadek przychodzi nam często z pomocą i daje więcej, niż rozsądek i przewidywanie. Kiedy oddalił się pan od nas, zaprowadziłem pułkownika z Czingaszgukiem do starej, opuszczonej siedziby bobrów, gdzie pan Munro jest zupełnie bezpieczny, gdyż czerwonoskórzy z tej okolicy uważają bobry za święte zwierzęta i nigdy na nie nie polują. Unkas wraz ze mną udał się na poszukiwanie Kory. W czasie wędrówki natrafiliśmy na ślady huronów, którzy wyszli na polowanie i w pogoni za jednym z nich mohikanin wpadł w zasadzkę i został schwytany. Nie mogłem go pozostawić w takiem niebezpieczeństwie i pośpieszyłem z pomocą. Kiedy biegłem w kierunku wsi szczęście, a raczej Opatrzność, postawiły na mej drodze jednego z tutejszych czarodziei, który był właśnie zajęty przebieraniem się w niedźwiedzią skórę, co czynią, udając się do chorych. Była to tak wspaniała okazja, że trudno mi było jej się wyrzec. Przywiązałem tedy dzikiego do drzewa, kneblując mu, oczywiście, usta, i oto jestem tu w jego szlachetnej roli. A teraz, skoro pan już wszystko wie, bierzmy się do roboty, bo szkoda każdej chwili. Czy słyszał pan, co krzyczał Gamut, uciekając z jaskini? Pańska narzeczona musi tu być.
— Niestety, nie trafiłem jeszcze na jej ślady — odpowiedział major.
Sokole Oko wdrapał się na przepierzenie i, spojrzawszy do przegrody obok, szepnął do Dunkana:
— Jest tutaj! Wejdź pan przez tamte drzwi.
Major nie kazał sobie powtarzać wezwania. Podczas gdy niedźwiedź złaził z przepierzenia, Heyward był już w sąsiedniej izdebce, napełnionej różnemi sprzętami.
— Alicjo! — zawołał głosem stłumionym.
Na to wołanie z przeciwległego kąta izdebki podniosła się jakaś postać.
— Dunkanie! — zawołała Alicja i w chwili następnej spoczywała w objęciach ukochanego. Poznała go po głosie i w nadmiarze szczęścia nawet nie zwróciła uwagi na pomalowanie jego twarzy i na jego przebranie. Szybkie pytania i odpowiedzi mieszały się ze sobą. Radość z niespodziewanego spotkania kazała narzeczonym zapomnieć o całym świecie. Nie zauważyli, zajęci wyłącznie sobą, jak otworzyły się inne drzwi i do izby wkroczyła postać wojownika.
Heyward uczuł czyjąś rękę na swojem ramieniu, a gdy się odwrócił, ujrzał ku wielkiemu swemu przerażeniu Maguę.
— Blade twarze są przebiegłe i potrafią chwytać chytre bobry — rzekł dziki — ale czerwonoskórzy umieją chwytać blade twarze.
W pierwszej chwili major obejrzał się w poszukiwaniu broni, lecz widząc bezowocność walki, objął Alicję ramieniem i zwrócił się do przebiegłego łotra:
— Uczyń, co ci się podoba, huronie; gardzę tobą i twoją zemstą!
— Czy blada twarz powtórzy te słowa przy słupie kaźni? — zapytał drwiąco Magua.
— Powtórzę te słowa przed zgromadzeniem całego twego plemienia. Nie mam dla ciebie nic, prócz pogardy, ty nędzny zdrajco i kłamco!
— Magua jest wielkim wodzem — odparł spokojnie indjanin — zawoła on swoich młodych wojowników, by się przekonać, czy blada twarz umie się śmiać podczas tortur.
Zawrócił, aby wyjść z jaskini tą samą drogą, którą wszedł do niej major, gdy niedźwiedź z groźnym pomrukiem zagrodził mu drogę. Magua, będąc pewny, że ma przed sobą czarodzieja swego plemienia, chciał przejść obok niego, ale niedźwiedź nie ustępował i uniósł się na tylne łapy.
— Głupcze! — krzyknął gniewnie Magua. — Idź ze swojemi sztuczkami między kobiety i małe dzieci!

Z temi słowy chciał odepchnąć przemocą niedźwiedzia, lecz nagle łapy zwierzęcia owinęły się dokoła jego ramion z taką siłą, iż w jednej chwili poczuł się zupełnie bezradnym i bezsilnym. Heyward zrozumiał natychmiast, co winien uczynić. Chwycił rzemienie, jakie były pod ręką i skrępował mocno Przebiegłego Lisa, tak, że nie mógł on już wykonać żadnego ruchu. Skrępowanego rzucił Sokole Oko na ziemię, poczem uniósł łeb zwierzęcia, ukazując swoją uśmiechniętą twarz.

Korę uprowadzał tymczasem Magna wraz z dwoma turonami.

— Hu! — zawołał zdumiony i przerażony Margua.
Do dalszych przemówień nie pozostawiono mu czasu; Sokole Oko wetknął w usta dzikiego knebel. Nie tracąc więcej czasu, strzelec z pomocą Dunkana owinął Alicję w derkę, włożył w ramiona majora i wszyscy troje opuścili szybko jaskinię, przyczem niedźwiedź pomrukiwał i wykonywał dziwaczne ruchy, a Heyward głosem śpiewnym wypowiadał formułki zaklęć.
Przed wyjściem z jaskini zgromadziło się mnóstwo kobiet i wojowników, oczekując na wyniki zabiegów Dunkana.
— Czy brat mój wypędził złego ducha? — zapytał wódz. — Co niesie on na swoich ramionach?
— Niosę chorą — odpowiedział major z powagą. — Zły duch choroby opuścił ciało chorej i siedzi w skale. Niosę uzdrowioną do lasu, aby ja zabezpieczyć przed nowemi napadami złego ducha, wy zaś stójcie tu i pilnujcie, by zły duch nie pogonił za nami. Gdy słońce wzejdzie będzie ona zdrowa i cała w wigwamie mego brata.
Indjanie przyjęli słowa Dunkana z radością i nasza trójka wydostała się bez jakichkolwiek dalszych przeszkód na wolną przestrzeń.
— Nie pozostaje panu nic innego, jak tylko odszukać drogę do obozu delawarów i prosić ich o opiekę, — mówił strzelec, doprowadziwszy majora i Alicję do strumienia. — Dłuższa ucieczka w towarzystwie pani nie dałaby żadnego wyniku. Udacie się wzdłuż strumienia, aż do wodospadu, poczem skręcicie naprawo i wkrótce zobaczycie wigwamy delawarów. Niech was Bóg prowadzi!
— A pan? — zapytał major. — Co pan chce uczynić?
— Huroni pojmali najlepszego z delawarów, którego kocham, jak syna — odpowiedział strzelec. — Muszę zobaczyć, co da się dla niego zrobić.
Z temi słowy Sokole Oko zawrócił i znikł w gąszczu leśnym. Heyward z Alicją, widząc, że postanowienie jego jest nieodwołalne, udali się w kierunku wsi delawarów.
Nikt z wsi huronów nie zwrócił uwagi na to, że niedźwiedź ukazał się znowu i, powałęsawszy się po wsi, wszedł do starej, opuszczonej chaty, w której mieszkał Dawid Gamut, ulubieniec Wielkiego Ducha, Manitu. Śpiewaka na widok dzikiego zwierzęcia ogarnęło wielkie przerażenie i, wyciągnąwszy piszczałkę usiłował nią odstraszyć niedźwiedzia.
— Czarny, tajemniczy potworze — zawołał — nie wiem czego chcesz ode mnie, ale, jeśli masz jakie złe zamiary przeciwko uniżonemu słudze Bożemu, to wysłuchaj naprzód pieśni króla Izraelskiego i zastanów się nad tem, co czynisz.
— Uspokój się, mój kochany, jestem przyjacielem — powiedział strzelec, odsłaniając swoją twarz — zachowuj się cicho i prowadź do Unkasa.
W drodze strzelec udzielił Dawidowi najpotrzebniejszych wyjaśnień, poczem obaj zbliżyli się do chaty, w której leżał spętany mohikanin. Przed wejściem stało czterech wojowników, pełniących wartę.
— Delawarowie są babami — odezwał się Dawid do wartowników, tak, jak go pouczył Sokole Oko. — Czy moi bracia chcą usłyszeć, jak Rączy Jeleń zacznie płakać i tęsknić za swojemi spódnicami? Czy chcą ujrzeć, jak przywiązany do słupa, będzie narzekał i jęczał? Nasz mądry czarodziej chuchnie na tego psa i odbierze mu wszystką odwagę.
Huroni przystali na tę propozycję i niebawem niedźwiedź i śpiewak znajdowali się w chacie, którą wartownicy opróżnili, bojąc się, aby i na nich nie podziałały czary. Unkas, który ze spętanami rękoma i nogami leżał na ziemi, poznał, że pod futrem niedźwiedziem ukrywa się człowiek. Obojętnie odwrócił twarz swoją ku ścianie, ale gdy niedźwiedź ozwał się sykiem węża, zaczął słuchać uważnie. Jeszcze raz odezwał się syk, głośniej i wyraziściej. Unkas wyprostował się, a z jego ust spłynęło słowo: Hu!
Sokole Oko szybko przeciął więzy, któremi był skrępowany Rączy Jeleń i po krótkiej naradzie postanowiono udać się do wsi delawarów, którzy, jako krewni mohikan, nie mogli odmówić im swej pomocy. Aby wydostać się bez walki, która nie dawała żadnych szans, Unkas przebrał się w skórę niedźwiedzią, a Sokole Oko w ubranie Gamuta, którego skrępowano, licząc na to, że dzicy nie zrobią mu nic złego. Dawid, dumny z tego, że z jego pomocą udało się uratować przyjaciół, chętnie godził się na wszystko.
W kilkanaście minut potem niedźwiedź i śpiewak wyszli spowrotem spokojnie z chaty.
— Czy odebraliście odwagę delawarowi? — pytał indjanin, który stał przy drzwiach chaty. — Czy huroni usłyszą jego narzekania i płacz?
W odpowiedzi odezwały się takie groźne pomruki niedźwiedzia, że wartownik mimowoli cofnął się o kilka kroków. Jednocześnie fałszywy Gamut zaczął wyśpiewywać, ale czynił to głosem nieswoim i nie tak melodyjnie jak zazwyczaj. Śpiewając i wymachując ręką do taktu, szedł on obok czarodzieja i razem z nim zniknął w gąszczu leśnym. Tutaj obaj przyśpieszyli kroku, ale nie uszli zbyt daleko, gdy do uszu ich dotarło wycie wściekłości. Dzicy wykryli już podstęp i rozpoczęli alarm.
— Niechże te łotry spróbują nas teraz schwytać — rzekł Sokole Oko, wydobywając strzelby, ładownice i rogi z prochem, które miał ukryte pod krzewem i dając jedną z nich Unkasowi, drugą zatrzymując dla siebie. — No, mój chłopcze, jesteśmy wolni i niejeden z huronów dowie się o tem, dzięki naszym strzelbom.
Szybkiemi krokami jęli obaj wędrowcy oddalać się w kierunku osiedla delawarów.
We wsi hurońskiej zbudziło się tymczasem istne piekło. Gdy obudzeni ze snu wojownicy znaleźli się w chacie narad spostrzeżono brak Magui. Rozesłani gońcy znaleźli zamiast niego prawdziwego czarodzieja spętanego i z zakneblowanemi ustami, który opowiedział swoje przeżycia, gdy zaś mąż chorej podał, że do niego zgłosił się niedźwiedź, udano się do jaskini, gdzie znaleziono wreszcie Maguę spętanego i z kneblem w ustach. Chora kobieta leżała martwa na swojem posłaniu. Na widok podstępów Sokolego Oka wściekłość dzikich rosła z każdą chwilą.
Gdy Magua znalazł się wśród wojowników, którzy zbiegali się ze wszystkich stron, nie mógł zdobyć się na zwykły spokój i panowanie nad sobą. Chwyciwszy nóż dziko wodził wokół oczami, szukając ofiary.
— Natychmiast zabijmy delawara! — zawołał głosem piorunującym.
Powstało długie milczenie, wreszcie odezwał się jeden z wojowników:
— Mohikanin jest szybki w nogach i umie chyżo biegać. Ale nasi młodzi wojownicy są już na jego tropie.
— Więc uciekł? — zapytał Magua głosem bezdźwięcznym i zachrypłym z wściekłości.
— Zły duch był pośród nas, a delawar zdołał oszukać nasze oczy.
— Zły duch? — zapytał z ironicznym uśmiechem Magua. — Ten zły duch pozbawił życia niejednego z huronów. On spętał Lisa Przebiegłego i zakneblował mu usta.
— O kim mówi nasz przyjaciel? — pytali wszyscy.
— O tym psie, który pod białą skórą ukrywa serce i przebiegłość hurona, a którego nazywają Długą Strzelbą.
To okropne imię wywarło potężne wrażenie na wszystkich zebranych. Gdy po kilku chwilach wojownicy uspokoili się, zaczęto radzić o tem jak najlepiej zorganizować pogoń i nad ranem gromada huronów udała się pod wodzą Magui do obozu zaprzyjaźnionych delawarów.
Droga wyprawy prowadziła koło osiedla bobrów. Gdy oddział znalazł się obok niego, Przebiegły Lis zatrzymał swych wojowników, aby im dać wskazówki, jak należy postępować.
Z jednej chatki wysunęła się właśnie głowa starego bobra, który uważnie przysłuchiwał się słowom Magui. Gdy huroni po ukończeniu narad ruszyli w dalszą drogę, niknąc w gąszczu leśnym, głowa bobra opadła i z pod tej improwizowanej maski ukazała się twarz Czingaszguka.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: James Fenimore Cooper.