Ostatni Mohikanin/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Ostatni Mohikanin
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wydania 1934
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Last of the Mohicans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział VIII
NA TROPIE

Trzeci dzień od strasznej rzezi miał się ku końcowi. Nad ruinami fortu i w jego okolicy panowała cisza śmierci. Budowle twierdzy były w tej chwili już tylko dymiącemi zgliszczami. Wszędzie widać było zwęglone belki, szczątki rozbitych armat i rozsadzonych murów.
Na jakąś godzinę przed zachodem słońca pięciu mężczyzn wyłoniło się z lasu i zmierzając ku miejscu, na którem stał dawniej fort Williama. Na przedzie szedł młody indjanin, rozglądając się uważnie i śledząc wszystko dokoła. Drugi czerwonoskóry trzymał się nieco zdala i miał na oku skraj lasu. Trzej inni ludzie byli to biali, odziani w ubiór, jaki noszą zazwyczaj strzelcy, żyjący stale w lasach. Byli to nasi starzy znajomi: Unkas, pułkownik Munro, oraz jego niedoszły zięć major Dunkan Heyward.

Wygląd indjanina był dość dziwny...


Całe pole pokryte było jeszcze ciałami ofiar straszliwej rzezi. Pułkownik i jego towarzysze starannie oglądali trupy, szukając najwidoczniej zwłok Kory i Alicji.
Gdy Unkas znalazł się na środku pola, wydał donośny okrzyk, tak że wszyscy jego towarzysze pośpieszyli ku niemu. Młody wojownik zatrzymał się przed stosem zwłok kobiecych. Straszliwym był widok tych rozkładających się ciał, ale pomimo to pułkownik Munro i major Heyward zabrali się do przeglądania ich, pobudzani przez miłość, która wszystko pokonywa. Poszukiwania te nie dały jednak żadnego wyniku.
Unkas pobiegł znowu przodem. Nagle wspiął się na palcach i spojrzał uważnie w kierunku krzewów, rosnących na skraju lasu.
— Hu! — spłynęło z jego ust słowo, oznaczające zdumienie.
— Cóż tam takiego, mój chłopcze? — zapytał nadchodzący strzelec szeptem, pochylając się jednocześnie niby pantera do skoku. — Czy widzisz może jakiego niegodziwego człowieka, który obdziera zwłoki poległych? Wskaż mi go, a nie uniknie kuli z mojej strzelby.
Bez słowa odpowiedzi skoczył Unkas ku jednemu z krzewów i po chwili uniósł triumfująco nad głową kawałek zielonego szala Kory.
— Moje dziecko! — jęknął pułkownik. — Kto mi zwróci moje dziecko?
— Unkas dokona tego! — odpowiedział indjanin spokojnie i poważnie.
Nieszczęśliwy ojciec wyciągnął rękę po nędzny kawałek szala i przycisnął go do swej piersi, podczas gdy oczy jego błądziły niespokojnie od krzewu do krzewu, starając się wyczytać w nich tragedję, jaka tu zaszła.
— Tutaj niema już żadnych zwłok — rzekł Heyward głosem przyduszonym — do tych miejsc mordercy nie dotarli.
— Tak jest istotnie — dodał Sokole Oko. — Niemniej jasnem jest, że młoda kobieta sama, lub w towarzystwie tych, którzy ją uprowadzili, tędy przechodziła. Musimy iść jej śladem, który Unkas niezawodnie odkryje.
Wywiadowca mówił jeszcze, gdy Unkas, który tymczasem pobiegł aż na skraj lasu, zawołał stamtąd na swoich towarzyszy. Wszyscy pośpieszyli natychmiast na jego zew. Na niskiej gałęzi buku powiewał drugi kawałek zielonego szala.
Heyward chciał rzucić się do lasu, ale strzelec zagrodził mu drogę swoją długą strzelbą, mówiąc:
— Spokojnie i rozważnie. Co czynić dalej, to już wiemy, ale nie powinniśmy działać bez zastanowienia się. Wiemy, gdzie trzeba szukać naszych pań i to wystarczy nam narazie.
— Niech cię Bóg błogosławi za te słowa, drogi przyjacielu — rzekł wzruszony pułkownik. — Ale gdzie mogłyby uciec? Gdzie mogą znajdować się moje dzieci?
— Gdziekolwiek się znajdują — odpowiedział Sokole Oko — odszukamy je. Jesteśmy właśnie na jednym końcu drogi, chodzi teraz o to, aby dotrzeć do drugiego końca, choćby był oddalony o sto mil od nas.
— Hu! — zawołał Czingaszguk, który badał okoliczne krzewy, wskazując na ziemię takim ruchem, jakgdyby zobaczył jadowitą żmiję.
— Ślad człowieka — zawołał major, pochylając się ku ziemi — i to nad brzegiem kałuży. Dziewczęta zostały przez kogoś uprowadzone.
— To lepiej w każdym razie, niż gdyby miały zginąć w tej puszczy z głodu i z pragnienia — odrzekł Sokole Oko. — Coraz wyraźniejszem się staje, co czynić należy i gdzie szukać córek pułkownika. Gotów jestem założyć się o pięćdziesiąt skórek bobrowych, że przed upływem miesiąca nasi mohikanie zaprowadzą nas przed wigwamy tych zbójów, których szukamy.
Unkas przykląkł, aby zbadać dokładnie znaleziony ślad.
— No, mój chłopcze — zapytał strzelec, obserwujący go bardzo uważnie. — Co możesz powiedzieć nam o tym śladzie?
— Przebiegły Lis — padła krótka i stanowcza odpowiedź.
— Ha, znowuż ten szatan. Nie zejdzie on nam z drogi, dopóki moja długa strzelba nie poprosi go o to pięknie i grzecznie. Przypatrz się i ty temu odciskowi, Wielki Wężu, bo cztery oczy lepiej widzą, niż dwa. Nieraz już przyglądałeś się śladom Magui, gdyśmy tropili tego łotra.
Czingaszguk uczynił zadość żądaniu strzelca i po krótkiej chwili, podnosząc się z ziemi, rzekł tylko jedno słowo:
— Magua.
— Nie może już ulegać najmniejszej wątpliwości, że czarnowłosa i Magua tędy właśnie przechodzili.
— A Alicja? — zapytał przerażony Heyward.
— Jak dotąd, nie natrafiliśmy jeszcze na żaden ślad Alicji — rzeki strzelec, rozglądając się bacznem okiem dokoła po drzewach i krzakach oraz po ziemi. — Ale cóżeś tam znalazł, Unkasie?
Unkas podał strzelcowi znaleziony przedmiot.
— Piszczałka naszego nauczyciela śpiewu — zawołał rozbawiony strzelec. — Teraz posiadamy już tak wyraźne ślady, iż niema wątpliwości, że obie panie znajdują się razem z Gamutem.
— W takim razie Kora i Alicja nie są pozbawione wiernego przyjaciela — powiedział major. — Ale nie jesteśmy pewni jeszcze, czy siostry są razem, bo nie znaleźliśmy dotąd nic takiego, co pozwalałoby nam o tem przypuszczać.
— A może właśnie zdobyliśmy dowód — zawołał Sokole Oko — bo oto Unkas coś przynosi. Pokaż mi, chłopcze, co znalazłeś.
Heyward poznał natychmiast w przedmiocie podniesionym przez mohikanina ulubioną broszkę Alicji, z którą nie rozstawała się nigdy.
— Chwała Bogu! — zawołał wzruszony. — Dalej, naprzód, przyjaciele! Dziewczęta oczekują na wyzwolenie z niecierpliwością.
— Nie tak ostro, panie majorze — odpowiedział Sokole Oko. — Nie udajemy się do lasu na polowanie na wiewiórki. Rozpoczynamy podróż, która trwać będzie wiele dni; wypadnie nam może przebyć okolice, znane tylko dzikim zwierzętom. Przed podobną wyprawą zasiadamy zwykle wokół ogniska i spokojnie naradzamy się nad sposobem postępowania, by nie uczynić jakiego nierozważnego kroku. Wróćmy, zatem do ruin fortu, gdzie spożyjemy wieczerzę i odbędziemy naradę.
Ton, którym wywiadowca wypowiedział swą myśl, był tak stanowczy, że Heyward, choć mu się rwało do czynu, nie śmiał się sprzeciwiać i niewielki oddziałek cofnął się do fortu. Noc już zapadła i obaj mohikanie wspomagani przez strzelca szybko przystąpili do przygotowania noclegu. Podniósłszy dwie belki, ustawili je pionowo, kładąc na nie kilka desek, opartych końcami o mur. Utworzył się w ten sposób rodzaj szałasu, który chronił przed ewentualnym deszczem i zabezpieczał ognisko przed zbytnią widocznością. Pułkownik Munro, zmęczony długim marszem i przeżytemi wrażeniami, zasnął wkrótce po spożyciu wieczerzy. Heyward, którego męczyła bezczynność, oddalił się wgłąb ruin, szukając zapomnienia w przechadzce. Gdy wrócił i stanął opodal szałasu, ujrzał Sokole Oko i jego przyjaciół mohikanów jak prowadzili ożywioną naradę nad sposobem dalszego postępowania. Nie wiele major rozumiał z języka delawarów, ale gesty, których używali mówcy, były tak obrazowe, że domyślił się z nich całego planu, który powzięli leśni wędrowcy. Postanowili rozpocząć o wschodzie słońca pościg za Przebiegłym Lisem, lecz znając już ogólnie kierunek jego ucieczki, która szła na północ, chcieli się przeprawić przez jezioro na kanu, przez co zaoszczędzali kawał drogi, i dopiero na drugim brzegu jeziora mieli zamiar poszukać śladów zbiega.
Do uszu majora dobiegł nagle podejrzany szmer, który zwrócił jego uwagę. Nie mogąc sam rozpoznać, skąd pochodzi, wezwał gestem strzelca, który natychmiast przybył na jego wezwanie. Po krótkiej obserwacji doszli obaj do przekonania, że do obozowiska ich zakrada się jakaś postać. Aby nie płoszyć przybysza, Czingaszguk pozostał spokojnie przy ognisku, Unkas zaś znikł w ciemnościach fosy, starając się okrążyć przeciwnika. Po chwili rozległ się strzał i kula trafiła w ognisko wędrowców, nie czyniąc zresztą żadnej krzywdy siedzącemu przy nim mohikaninowi. Jeszcze echo tego strzału nie ucichło w ruinach fortu, gdy przemówiła strzelba Unkasa. Wkrótce wędrowcy ujrzeli młodego indjanina, jak wracał spokojnie do obozowiska. Przy pasie jego wisiał świeży skalp.
— Cóż to było? — spytał Sokole Oko.
— Oneida — odpowiedział spokojnie Unkas.
— Co mówisz! — wykrzyknął strzelec. — Jeśli to prawda, to trafiliśmy w dwa ognie, gdyż niema na świecie większych łotrów jak huroni i oneida. Ale wobec tego, że nie słychać, aby się ich tutaj więcej kręciło, możemy zgasić ognisko i udać się na spoczynek.
Sokole Oko podniósł się z legowiska przed świtem, szybko obudził pozostałych wędrowców i dał hasło do wymarszu. Podróżni przesunęli się cicho wzdłuż fos fortu, zasypanych gruzem, na którym stopy nie pozostawiały żadnego śladu i zbliżywszy się do brzegu jeziora wsiedli do przygotowanego zawczasu przez Unkasa kanu. Aby na miękkim piasku wybrzeża nie pozostawić śladów, kazał Sokole Oko przerzucić deski i po nich przeprawiono się do łódki. Strzelec i mohikanie schwycili za wiosła i lekka łódeczka pomknęła jak strzała po cichych wodach wielkiego jeziora. Po kilku godzinach szybkiej jazdy kanu zaczęło się zbliżać do przeciwległego brzegu jeziora, w pobliżu którego znajdowało się szereg wysepek pokrytych lasem. Czingaszguk przeszedł na dziób czółna, aby swobodniej obserwować wysepki, w których mógł się ukrywać wróg.
— Hu! — wykrzyknął ostrzegawczo wódz delawarów, wskazując wyciągniętą ręką wysepkę przed łodzią.
— Nie widzę nic podejrzanego — powiedział major, uważnie wpatrując się w wskazanym kierunku.
— Gdy Czingaszguk ostrzega — odpowiedział spokojnie strzelec, — musi mieć ku temu dostateczne powody. Ta mgiełka, jakby się zdawało na pierwszy rzut oka, to w rzeczywistości dym z przygaszonego ognia. Nie ulega wątpliwości, że nasi serdeczni przyjaciele huroni obozują na wyspie. Mamy tylko dwie drogi do wyboru: albo zawrócić do fortu i starać się przedostać pieszo na drugi brzeg jeziora, albo przebić się siłą oręża pomiędzy wyspami. Co myślisz o tem, Wielki Wężu?
Za całą odpowiedź mohikanin uderzył silniej wiosłami i łódź pomknęła z szybkością strzały, zmieniając jedynie kierunek, celem ominięcia wysepki na odległość strzału karabinowego. W tej chwili huknął strzał i kula uderzyła w wodę daleko od łodzi; jednocześnie na brzegu wyspy ukazał się tłum huronów, którzy, wyjąc, dopadli dwuch kanu, stojących w małej zatoce, i ruszyli w pościg za łodzią wędrowców.
— Trzymaj ich na odległość strzału mojego karabinu! — zawołał Sokole Oko do Czingaszguka — a damy im taką nauczkę, że odejdzie im na dłuższy czas ochota do pościgu.
Nagły ostrzegawczy okrzyk Unkasa zwrócił uwag wszystkich na trzecią łódź, która, wypłynąwszy z sąsiedniej wyspy, starała się zabiec drogę kanu podróżnych. Należało szybko zmienić kierunek i zdwoić wysiłki, by uniknąć grożącego niebezpieczeństwa. Długa strzelba Sokolego Oka przemówiła w decydującym momencie i jeden z huronów wpadł do wody. Zamieszanie, jakie ten celny strzał wywołał w osadzie łodzi, wyzyskali mohikanie do wysunięcia kanu na znaczną odległość od przeciwników, których łodzie wyciągnęły się teraz w jedną linję. Ucieczka mogła skończyć się niepomyślnie, gdyż łodzie hurońskie posiadały więcej wioślarzy, którzy przytem nie byli zmęczeni długotrwałą podróżą, jak Sokole Oko i jego towarzysze. Jednak długa strzelba i pewne oko strzelca zrobiły swoje. Trzymając własną łódź na odległości nie pozwalającej dzikim na skuteczny strzał, sam raził ich ogniem, a każdemu strzałowi towarzyszyło wycie wściekłości i upadek jednego z wioślarzy. Huroni długo nie wytrzymali w podobnych warunkach i wkrótce przerwali pościg.
Wkrótce kanu zbliżyło się do brzegów jeziora. Czingaszguk odnalazł cichą zatokę, gdzie wylądowano, poczem, wyciągnąwszy łódź na brzeg, ukryto ją w gęstwinie leśnej. Noc już zapadała, gdy rozpoczęto dalszy marsz przez okolice dzikie i trudne do przebycia, w których rzadko przebywał człowiek. Sokole Oko i Czingaszguk prowadzili pochód, równie pewnie, jakby miejscowość ta była im dobrze znana. Po wielogodzinnym marszu strzelec postanowił zatrzymać się i odpocząć do świtu. O wschodzie słońca rozpoczęto dalszą podróż w tym samym, raz ustalonym, kierunku.
Sokole Oko rzucał coraz niespokojniejsze spojrzenia na okolicę, nie mogąc wykryć najmniejszych śladów pobytu Przebiegłego Lisa i jego branek.
— Kiedy rozpoczynałem wczoraj pościg — rzekł w zamyśleniu, — byłem pewny, że Magua musi obrać ten kierunek. Teraz widzę, że może zbyt pohopnie powziąłem postanowienie, gdyż przebyliśmy już wiele mil, nie natrafiając na najmniejsze ślady.
— Byłoby bardzo smutną rzeczą, — odpowiedział Dunkan — gdybyśmy musieli rozpoczynać naszą wyprawę od początku. Każda chwila jest droga.
Nagły okrzyk Unkasa, który badał teren nieco zboku, zwrócił uwagę wszystkich na młodego mohikanina. Pośpieszono na wskazane miejsce; wyraźnie w miękkim gruncie znać było ślady nóg ludzi i koni, prowadzące na północ.
— Wspaniale! — wykrzyknął uradowany strzelec. — Mamy już teraz całkowitą pewność, że jesteśmy na tropie. Magua najwidoczniej oszalał, gdyż nie przedsiębrał żadnych środków ostrożności. Nie wie, widocznie, że śledzą go trzy pary oczu, najbystrzejszych w tym kraju.
Dobry nastrój Sokolego Oka i jego towarzyszy podziałał na pułkownika Munro i Dunkana; w serca ich wstąpiła znów nadzieja. Łatwiej pokonywali trudy podróży, będąc pewni, że każdy krok zbliża ich do celu.
Przebiegły Lis nie zapomniał, mimo pewności siebie, tych drobnych sztuczek, jakie zwykli czynić indjanie, przeczuwając możliwy pościg. Od czasu do czasu mylił ślady i wykorzystywał każdy strumień do marszu w wodzie, co opóźniało nieco pościg, ale nie mogło powstrzymać wywiadowców, zbyt obytych z tego rodzaju chytrościami.
Wędrowano bez wytchnienia, a gdy słońce chyliło się ku zachodowi, osiągnięto miejsce, w którem Magua obozował czas dłuższy. Na polance widać było popiół po wielkim ognisku, koło którego rozrzucone były kości jelenie. Pod pięknym krzewem spostrzegł Dunkan posłanie z traw, na którym, widocznie, spoczywały obie siostry. Ziemia skopana koło wielkiego drzewa wskazywała, że indjanie przywiązali tu konie dziewcząt.
Ale od miejsca obozowiska urywał się wszelki ślad. Wprawdzie tu i owdzie widniały ślady kopy końskich, ale nie ulegało wątpliwości, że Magua puścił je wolno, uznając, że dalszą podróż należy odbyć pieszo.
Mimo starannych poszukiwań wywiadowcy nie zdołali odkryć żadnych śladów i po dokładnym przeszukaniu polanki Czingaszguk wraz z Sokolim Okiem zaczęli po raz wtóry przetrząsać ją, badając każdy kamień i krzew. Unkas, widząc bezowocność ich wysiłków, skierował się do niewielkiego strumienia, który wypływał z małego jeziorka obok polanki. Przy pomocy kamieni i ziemi zbudował tamę, dzięki której strumień skierował się innym korytem, odsłaniając swoje poprzednie łożysko. Gdy tylko stare dno wyschło, tryumfalny okrzyk Unkasa oznajmił, że trudy jego nie poszły na marne. Wyraźnie na mule znać było odciski wielkich mokasynów.
— Ten młodzieniec będzie chlubą swego plemienia! — wykrzyknął strzelec, przypatrując się odkrytym przez Unkasa śladom. — Ale to nie są odciski nóg indjanina; czerwonoskóry inaczej stawia stopy, niż to czynił posiadacz tych mokasynów. Podejrzewam, że są to ślady nauczyciela śpiewu. Skocz-no, Unkasie, na polanę i zmierz odcisk stopy Gamuta.
Po chwili Unkas powrócił i, gdy porównano oba ślady, okazało się, że przypuszczenie Sokolego Oka było słuszne.
— Teraz rozumiem już wszystko! — wykrzyknął strzelec, — jakbym sam był przy tem obecny. Cała wartość naszego śpiewaka dla Magui polega na olbrzymich stopach. Zmuszono go, aby maszerował na czele, a wszyscy, postępując za nim, stąpali ściśle w odbite już przez niego ślady!
— Ale nie widzę zupełnie śladów pań — wtrącił uwagę Heyward, — ich pantofelki pozostawiłyby, pomimo wszystko, wyraźne odbicie.
— Przebiegły Lis wiedział o tem — odpowiedział Sokole Oko — i kazał je nieść przez pewien czas. Jestem pewien, że idąc z brzegiem strumienia, odnajdziemy wkrótce ich ślady.
Ruszono natychmiast wzdłuż rzeczki i dotarto do miejsca, w którym brzeg strumienia stykał się z twardym gruntem, na którym miękkie mokasyny indyjskie nie pozostawiają śladów. Bojąc się, by Magua nie wykorzystał tej sposobności dla porzucenia rzeki, przeszukano najbliższe okolice, i znów udało się Unkasowi odkryć ślad stopy, który pozostawił nieostrożnie któryś z towarzyszy Przebiegłego Lisa. Idąc w kierunku wskazanym przez ten ślad, podróżni natrafili na wyraźne odciski kilku mokasynów i dwóch par damskich pantofelków.
— Moje biedne dziewczęta nie wytrzymają trudów takiej podróży — odezwał się pułkownik, patrząc ze smutkiem na ślady swych córek. — Znajdziemy je pewnie zupełnie wyczerpane i śmiertelnie chore.
— Może się pan o to zupełnie nie martwić — odpowiedział Sokole Oko. — Ślady te nie zdradzają żadnego zmęczenia, przeciwnie, krok jest silny i pewny, a w tem miejscu czarnowłosa wykonała nawet skok poprzez wystający korzeń. Gorzej się wiedzie śpiewakowi, który ledwie powłóczy nogami, jakby miał na nich narty.
Pocieszeni pewnością siebie doświadczonego strzelca i mając drogę wyraźnie zaznaczoną, gdyż Magua nie starał się już kryć swych śladów, ruszyli wędrowcy raźno naprzód. Po godzinie szybkiego marszu Sokole Oko zwolnił nieco kroku, poczem, badawczo spoglądając na boki, zatrzymał pochód.
— Wietrzę w pobliżu huronów — powiedział cicho do swych przyjaciół. — Musimy się tutaj rozdzielić i każdy z nas zbada swój pas ziemi. Ja z obu panami pozostanę na środkowym śladzie, Wielki Wąż pójdzie wprawo, Rączy Jeleń wlewo. Trzykrotne krakanie będzie hasłem niebezpieczeństwa.
Cicho oddalili się obaj mohikanie, podczas gdy trzej pozostali wędrowcy ostrożnie posuwali się naprzód. Strzelec badał starannie okolice. Heyward, którego niecierpliwość stale wzrastała, nie mógł mu dotrzymać kroku i gnany nadzieją odnalezienia dziewcząt, wysunął się naprzód. Osiągnąwszy szczyt niewielkiego wzgórza, stanął jak wryty, na widok tego, co zobaczył.
W łagodnych promieniach zachodzącego słońca zauważył niewielkie jezioro, wciśnięte pomiędzy dwa wzgórza. Mały wodospad przy wejściu do jeziorka zdawał się dziełem rąk ludzkich. Wokół stawu stało około stu niewielkich ziemianek, które dzięki starannie wykończonym dachom różniły się od chat indyjskich. Drobne ciemne postacie uwijały się obok domków.
Gdy Dunkan usiłował zbliżyć się do tajemniczej wioski, spostrzegł nagle ku swemu przerażeniu wysoką postać indjanina, który stał odwrócony do niego plecami w odległości 150 kroków. Dziki był równie jak i major zajęty obserwacją wioski i nie zwracał zbytnio uwagi na to, co się wokół niego dzieje. Wygląd indjanina był dość dziwny. Wygolona głowa i twarz pomalowane były pstro, w kosmyku włosów na czole tkwiły trzy połamane pióra jastrzębie. Stary porwany płaszcz zwisał z jego ramion, brudne i rozerwane spodnie nakrywały nogi, których łydki poszarpane był przez ciernie. Mokasyny z jeleniej skóry, jakie miał na nogach, były jednak zupełnie dobre. Ogólnie cała postać była uosobieniem nędzy i opuszczenia.
Podczas, gdy major niezdecydowanie przyglądał się dziwnej postaci, zbliżył się Sokole Oko.
— Dobrze, że pan przyszedł — szepnął mu Dunkan. — Jesteśmy przed hurońską wsią, a tam pod drzewem stoi jeden z tych dzikusów.
Sokole Oko spojrzał we wskazanym mu przez majora kierunku, przyciskając silniej swoją długą strzelbę.
— No, huronem ten człowiek nie jest — powiedział, zwracając się do Heywarda. — Musiał obrabować jakiegoś białego, co widać z jego ubrania. Gdzie położył swoją broń?
— Zdaje się, że nie ma żadnej — odpowiedział major, — ale tem niemniej może być dla nas niebezpieczny, jeśli zawoła na pomoc swoich współplemieńców ze wsi.
— Książkowa mądrość białej rasy nie na wiele się zda w puszczy — zaśmiał się strzelec. — Ten nicpoń pod drzewem ma długie nogi, trzeba z nim postępować ostrożnie. Miej pan karabin w pogotowiu, aby czuł respekt przed nami, ale w żadnym wypadku nie strzelaj pan.
Rzekłszy to, strzelec znikł, nie dając Dunkanowi czasu na wyjaśnienie swego niezrozumiałego zachowania. Po chwili widział już major jak pełza na brzuchu do swej ofiary. W tym momencie uwagę Dunkana zwrócił głośny okrzyk, dochodzący od strony jeziora; po tym okrzyku około stu ciemnych postaci wskoczyło do wody, śpiesząc na brzeg, na którym stał dziwny indjanin. Major chwycił karabin, gotów w każdej chwili przyjść z pomocą Sokolemu Oku, lecz ten podkradłszy się właśnie do samotnego hurona, chwycił go za kark i wybuchł nagle śmiechem.
— Cóż to, kochany przyjacielu, — zawołał wesoło — uczysz teraz bobry jak należy śpiewać psalmy?
— Dlaczegożby nie? — odpowiedział spokojnie zagadnięty. — Jeśli Bóg obdarzył te zwierzęta zmyślnością, pozwalającą na budowę chat, czemuż by nie dał im głosu, którymby mogli śpiewać Mu chwałę?
Teraz dopiero zrozumiał Heyward, że to, co wziął za wieś hurońską, było kolonją bobrów, o których czytał wiele, ale których nigdy nie widział; a ów straszny indjanin, samotnie stojący nad jeziorkiem, był Dawidem Gamutem we własnej osobie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: James Fenimore Cooper.