Ostatni Mohikanin/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Ostatni Mohikanin
Wydawca Księgarnia J. Przeworskiego
Data wydania 1934
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Last of the Mohicans
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
JAMES FENIMORE COOPER
OSTATNI
MOHIKANIN
POWIEŚĆ DLA MŁODZIEŻY
Z ilustracjami
WARSZAWA 1934

NAKŁADEM KSIĘGARNI J. PRZEWORSKIEGO



Rozdział I
W PUSZCZY

W 1763 roku, w czasie ostatniej wojny, jaką prowadziły ze sobą Anglja i Francja o posiadanie obszarów ciągnących się od źródeł Hudsonu do wielkich jezior, rozegrały się wypadki, które opiszemy w niniejszem opowiadaniu.
Wojna trwała już trzy lata i zwycięstwo zaczęło przechylać się na stronę francuzów. Wódz ich Montcalm wyruszył na czele znacznych sił przeciw anglikom, w rękach których znajdowały się dwie fortece: fort Edward i fort William. W pierwszym z nich stał dowódca wojsk angielskich generał Webb na czele pięciu tysięcy żołnierzy, w drugim stary szkocki weteran pułkownik Munro, mając pod swoim dowództwem zaledwie jeden pułk piechoty.
Gdy do uszu pułkownika Munro doszła wieść, że Montcalm na czele swej armji ciągnie przeciw fortowi William, by zdobyć go i rozbić rozproszonych anglików, wysłał gońca do fortu Edwarda, leżącego w odległości kilku mil, z prośbą o pomoc.
Indianin, którego szkocki pułkownik użył do tej misji, przebył drogę pomiędzy fortami w ciągu dwu godzin, przedzierając się przez gąszcz leśny, lecz dla kolumny wojska, którą Webb wysłał na odsiecz zagrożonemu koledze, zmuszonej do marszu kiepską drogą leśną i obciążonej taborem, droga ta równała się całodziennemu marszowi. W obecności całego garnizonu wyruszył oddział, składający się z tysiąca pięciuset żołnierzy, przy dźwiękach orkiestry z murów forteczki i wkrótce znikł w leśnej gęstwinie.
Przed blokhauzem, w którym mieściła się kwatera głównodowodzącego, zgromadziła się grupka widzów, ciekawie przypatrujących się sześciu wierzchowcom, które stały osiodłane, gotowe do drogi. Trzy z nich były w bogatej uprzęży: jeden należał do oficera sztabowego, dwa inne miały damskie siodła. Pozostałe trzy konie niosły na grzbietach prowianty i były przeznaczone widocznie dla służby.
Z gromady, otaczającej wejście do blokhauzu, wystąpił jakiś człowiek i zbliżył się do służby, która stała przy koniach. Wygląd tego człowieka zwracał ogólną uwagę; jego wielki wzrost i dziwaczne ubranie stanowiły całość, której śmieszność trudno sobie wyobrazić. Olbrzymia głowa osadzona była na cienkiej szyi ponad wąskiemi ramionami. Ręce miał nadzwyczaj długie, chude o niezdarnych małych dłoniach. Wysmukłe nogi zakończone były ogromnemi stopami. Ubiór tej dziwnej postaci składał się z niebieskiego surdutu o krótkich połach i szerokim kołnierzu, z pod którego sterczała cienka szyja, oraz żółtych spodni, sięgających kolan; bawełniane pończochy przymocowane były do łydek za pomocą brudnych białych wstążek. Ciężkie buty dopełniały całości.
Z kieszeni żółtej jedwabnej kamizelki, bardzo już zniszczonej, wystawał instrument, który łatwo można było wziąć za jakąś śmiercionośną broń. Z pod wąskiego stosowanego kapelusza wyglądała poczciwa twarz i para pozbawionych wszelkiego wyrazu oczu.
Głosem melodyjnym zaczął ów dziwak wymieniać wiek i zalety koni, zwracając się do stojącego obok sługi, zbytnio tem nie przejmując się, że nikt go nie słucha. Dopiero, gdy nie otrzymał odpowiedzi na kilka pytań, spostrzegł ze zdziwieniem, że ów domniemany sługa jest indjaninem, który jako łącznik pułkownika Munro przybył do fortu Edwarda. Wygląd czerwonoskórego mógł nastraszyć nawet człowieka obytego z dzikimi. Wzrok jego wyrażał dzikość i zaciętość; kolory wojennego rysunku, jakiemi było pokryte jego ciało, mieszały się z sobą, czyniąc jego twarz jeszcze straszniejszą. Ubiór miał zniszczony, co należało przypisać trudom poprzedniego dnia; za pasem tkwił nóż i tomahawk.
W ciągu krótkiej chwili jego zimne spojrzenie spoczęło na twarzy dziwaka, poczem odwrócił się do niego plecami i zapatrzył w dal.
W tej chwili drzwi blokhauzu otworzyły się i na dziedziniec wyszły dwie damy w towarzystwie generała i młodego oficera. Oficer pomógł swym towarzyszkom dosiąść koni. Młodsza z nich zarzuciła wualkę na rondo swego podróżnego kapelusza, odsłaniając twarz pełną słodyczy i wdzięku, otoczoną złotemi lokami. Widzowie mogli zauważyć, jak podziękowała młodemu oficerowi miłym uśmiechem za okazaną pomoc. Twarz drugiej ukryta była gęstą wualką, ale postać jej zdradzała, że była o kilka lat starsza.
Wszyscy troje dosiedli koni, pożegnali grzecznie generała i mała karawana ruszyła w drogę. W tej chwili obok pań przemknęła jak cień postać indjanina, który wysuwał się na czoło pochodu, aby prowadzić go poprzez gąszcze leśne. To nagłe pojawienie się przewodnika wywołało ze strony młodszej damy lekki okrzyk strachu. Starsza zachowała milczenie ale uniosła nieco wualki i spojrzała na czerwonoskórego swemi ciemnemi oczami, w których odbijał się jednocześnie lęk i zaciekawienie. Chwila ta wystarczyła, aby móc zauważyć jej piękne oblicze, ocienione gęstemi, czarnemi warkoczami.
Młode damy były córkami pułkownika Munro i udawały się pod opieką majora Dunkana Haywarda, który był narzeczonym młodszej, do domu ojca w forcie Williama. Narzeczona majora miała na imię Alicja, starsza z sióstr — Kora.
— Czy w puszczy można zobaczyć wiele takich postaci, czy też sprowadził pan tego upiora wyłącznie dla naszej rozrywki? — spytała Alicja żartobliwym tonem, w którym można było jednak wyczuć strach.
— Indjanin jest gońcem i należy do naszej armii — odpowiedział oficer. — Zna on wszystkie ścieżki w puszczy i zaofiarował się doprowadzić nas najkrótszą drogą do fortu, przez co zaoszczędzimy wiele czasu i przybędziemy przed kolumną wysłaną przez generała Webba.
— Nie podoba mi się ten dziki — odpowiedziała Alicja. — Czy znasz go, Dunkanie i czy jesteś pewien, że można mu zaufać?
— Znam go — odpowiedział major — inaczej nie powierzyłbym mu pań. Jest to kanadyjczyk, który przeszedł na naszą stronę. Ojciec pań zna go również; jeśli się nie mylę, miał on z nim jakiś zatarg. Pułkownik ukarał go nawet zbyt surowo i traktuje niechętnie.
— Wobec tego, jeszcze mniej podoba mi się — wykrzyknęła dziewczyna. — Przemów do niego, gdyż jak wiesz, oceniam ludzi według dźwięku ich głosu.
— Trudno go będzie zmusić do mówienia, Alicjo. Zna zapewne nieco angielski, ale jak wszyscy czerwoni nie lubi posługiwać się naszym językiem i będzie udawał, że nic nie rozumie. Właśnie przystanął i czeka na nas. Widocznie tutaj zbacza nasza droga z traktu.
Istotnie, gdy zbliżyli się do indjanina, ten wskazał podróżnym ścieżkę leśną, która ginęła w gęstwinie i była tak wąska, że szerokość jej wystarczała zaledwie na jednego jeźdźca.
— Więc to jest nasza droga — powiedział do sióstr major. — Proszę nie okazywać braku zaufania, gdyż mogłoby to źle wpłynąć na dzikiego.
— Czy nie sądzisz, Koro, — spytała Alicja — że lepiejby było pozostać na trakcie i udać się razem z oddziałem, chociaż droga byłaby przez to dłuższa i mniej wygodna?
— Dlaczego nie ufasz temu człowiekowi? spytała spokojnie Kora. — Jeśli jego skóra ma inny kolor niż nasza, nie znaczy to przecież, aby nie był uczciwy.
Alicja nie sprzeciwiała się więcej i uderzywszy swego konia szpicrutą, pierwsza ruszyła wąską ścieżką, wślad za indjaniniem. Dunkan i Kora pośpieszyli za nią, służba zaś, która prowadziła juczne konie, pozostała na trakcie, podążając za pułkiem. Podział ten nastąpił za radą przewodnika, który tłomaczył, że tym sposobem uniknie się zbyt wielu śladów.
Około dziesięciu minut musieli podróżni przebijać się przez gęstwinę, jadąc gęsiego, poczem poszycie zaczęło się przerzedzać, pozwalając na szybsze ruchy i jazdę parami. Dunkan miał właśnie rozpocząć rozmowę z Korą, gdy nagle do uszu jego dobiegł odgłos kopyt końskich, zmuszając go do zatrzymania się i obejrzenia. W ślady majora poszły obie panie, zatrzymując swoje wierzchowce.
Po chwili na ścieżce, którą właśnie opuścili, ukazał się dziwaczny jeździec na chudej szkapie. Major poznał natychmiast owego dziwaka, który był obecny przy odjeździe z fortu; Alicja nie była w stanie powstrzymać wybuchu wesołości na widok śmiesznej figury, która potrafiła wywołać uśmiech nawet na poważnych i pięknych ustach Kory.
— Czy pan tu kogoś szuka? — spytał nowoprzybyłego Heyward, gdy ten zbliżył się do towarzystwa. — Nie przynosi pan żadnych złych wiadomości, mam nadzieję?
— Oczywiście — odpowiedział zagadnięty, zdejmując trójgraniasty kapelusz, niewiadomo czy dla ukłonu, czy też aby ochłodzić się po szybkiej jeździe. — Słyszałem, — dodał — że udajecie się państwo do fortu Williama, i pomyślałem sobie, że dobre towarzystwo w podróży w tych niespokojnych czasach jest rzeczą wcale nie do pogardzenia.
— Jeśli dąży pan do fortu — odpowiedział oficer, mało zachwycony propozycją dziwaka — to lepiejby pan zrobił, jadąc traktem.
— Oczywiście; w forcie Edwarda poinformowałem się dokładnie o drodze. Ale człowiekowi mego zawodu nie wypada zbliżać się do tych, których nauczycielem ma zostać niebawem. Dlatego też wybrałem pańskie szanowne towarzystwo, będąc zresztą pewien, że człowiek na takiem jak pan stanowisku zna doskonale drogę.
— Jest nam niezmiernie miło, że raczył pan wybrać nasze towarzystwo — odpowiedział major. — Ale jakież jest pańskie stanowisko i zawód, o których pan mówił przed chwilą? Czy nie jest pan przypadkiem fechtmistrzem lub kartografem?
— Nie, panie — odpowiedział uroczyście nieznajomy — nie znam się na żadnej innej sztuce, poza spiewem bożym. Składam modły dziękczynne w formie pięknych psalmów u stóp Najwyższego.
— Człowiek ten zaczyna mi się podobać — powiedziała Alicja. — Nie patrz nań ponuro, Dunkanie, biorę go pod swoją opiekę, gdyż muzyka i wszystko, co do niej należy, znajdzie we mnie zawsze protektora.
Major nie mógł odmówić prośbie swej narzeczonej i dawszy koniowi ostrogi, podjechał do Kory, która, nie czekając na ukończenie rozmowy, ruszyła w dalszą drogę, podczas gdy Alicja rozpoczęła pogawędkę ze śpiewakiem.
— Cieszę się — powiedziała młoda dziewczyna — że odnalazł nas pan. Sama cenię szlachetną sztukę śpiewu i uprawiam ją z przyjemnością. Myślę, że skrócimy sobie pieśnią czas i uprzyjemnimy drogę.
— Nie znam niczego, coby więcej odświeżało ciało i duszę, niż pieśń — odpowiedział śpiewak, wyciągając jednocześnie z kieszeni książeczkę z psalmami. Poczem nałożył na nos okulary, wydobył z kamizelki tajemniczy instrument, który opisaliśmy na początku naszej znajomości, przyłożył go do ust, wydobył z niego ostry ton i zaczął śpiewać jeden z psalmów głosem pięknym i pełnym. Śpiewowi towarzyszyły płynne ruchy rąk, które widocznie nabył podczas swej wieloletniej pracy pedagogicznej.
Gdy indjanin, idący na czele, usłyszał niespodziewany koncert, zbliżył się szybko do majora i w łamanej angielszczyźnie powiedział mu kilka słów, wskazując na śpiewaka.
— Bardzo mi przykro — odezwał się Dunkan do swej narzeczonej, gdy ta wraz z dziwakiem zbliżyła się do niego — ale muszę przerwać ci zabawę. Zwykła ostrożność wymaga, abyśmy możliwie jaknajciszej odbywali swą podróż przez puszczę, choć w tej chwili nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Muszę więc stanowczo poprosić naszego mistrza, aby zechciał przerwać swój popis. Przy bardziej sprzyjających okolicznościach skorzystamy, oczywiście, z jego talentu i chętnie posłuchamy pięknego śpiewu.

Podczas, gdy to mówił, wydało mu się, że z gęstwiny pobliskiego krzewu patrzy na niego para błyszczących oczu indjanina. Gdy jednak spojrzał na przewodnika i przekonał się, że ten podąża spokojnie dalej, uspokoił się natychmiast, tłomacząc sobie, że to, co wziął za oko dzikiego, było jedynie jakąś jagodą.
A przecież spojrzenie nie myliło go. Ledwie mała karawana odaliła się nieco, gdy zpomiędzy krzewów wyszedł na ścieżkę indjanin, twarz którego zdobił okropny rysunek wojenny i z triumfalnym uśmiechem spojrzał na oddalających się jeźdźców.


Rozdział II
ZDRAJCA

Wieczorem tegoż dnia mniej więcej o godzinę drogi od fortu Edwarda, nad brzegiem niewielkiej ale wartkiej rzeki, odpoczywali dwaj mężczyźni, prowadząc ożywioną rozmowę i oczekując widocznie na przybycie kogoś. Gałęzie drzew zwisały nisko nad ciemną wodą, czyniąc ją jeszcze ciemniejszą. Upał zmniejszał się już potrosze i chłodne opary, niby zwiewne smugi, kołysały się nad bagnami, rzeczkami i lasami. Głęboką ciszę puszczy przerywała jedynie cicha rozmowa obu mężczyzn i szum wody.
Jednym z nich był indjanin, który w pełnym ubarwieniu wojennem siedział na pniu powalonego przez wicher drzewa; ciało jego pomalowane było czarną i białą farbą tak dziwacznie, że przypominało szkielet, budząc grozę swoim wyglądem. Głowa czerwonoskórnego była zupełnie ogolona i jedynie na czubku widniał kosmyk włosów, zwany skalpowym, w który wetknięte było wspaniałe orle pióro, zwisające ku lewemu ramieniu. U pasa wisiał tomahawk i nóż do skalpowania; krótka strzelba leżała na jego kolanach. Szeroka pierś, wspaniale rozwinięte muskuły całego ciała i stanowczość w rysach twarzy, dawały całokształt człowieka w kwiecie wieku, który w najmniejszej mierze nie odczuwa jeszcze utraty sił młodzieńczych.
Towarzyszem jego był człowiek biały, ale ze smagłej i opalonej przez słońce, wiatr i deszcz twarzy nie można było tego wywnioskować. Chuda i mizerna jego postać zdradzała jednakże ową rzadką siłę fizyczną, jaką zdobywa się dzięki stałemu przebywaniu na łonie przyrody i bezustannej walce z przeszkodami i wszelkiemi przeciwieństwami. Miał on na sobie długi zielony kaftan myśliwski z żółtym szlakiem i skórzane krótkie spodnie. Do pasa miał przytroczony nóż, ale nie było przy nim tomahawka, który zastępowała ładownica i róg z prochem. Myśliwy obuty był w mokasyny, a na nogach jego znajdowało się coś w rodzaju sznurowanych cholewek, wyrobionych ze skóry dzikiego zwierzęcia i przytwierdzonych do kolan cienkiemi żyłami jelenia. Za nakrycie głowy służyła mu futrzana czapka. O pobliskie drzewo wsparta była strzelba niezwykłej długości. Oczy strzelca były ruchliwe, ostre i małe; nawet wówczas, gdy mówił, wzrokiem bezustannie badał całą okolicę, jak zwykli to czynić ludzie, którzy obawiają się zbliżenia — Mówicie o Unkasie — odezwał się nagle miękki, piękny głos. — Czego chcecie od Unkasa?
Po krótkiej chwili z krzewów wyłonił się bez szelestu młody wojownik, przeszedł obok rozmawiających i usadowił się nad brzegiem rzeki. Ani indjanin ani biały strzelec nie okazali najmniejszego zdziwienia. Czingaszguk zwrócił się po chwili do swego syna.
— Mów, Unkasie, co wykryły twoje oczy? — zapytał.
— Odnalazłem ślady irokezów — odpowiedział młodzieniec. — Liczba ich jest liczbą palców na moich rękach, ale ukrywają się tchórzliwie w swych norach.
— Łotry wyszli, aby skalpować i rabować — rzekł Sokole Oko. — Generał Montcalm wyśle swoich szpiegów aż do naszego obozu.
— Zostaną przegnani — rzekł wódz, rzucając spojrzenie na zachodzące słońce — ze swych kryjówek jak dzikie zwierzęta. Przyrządź, Unkasie, wieczerzę, a jutro pokażemy huronom, że jesteśmy mężami.
— Gotów jestem na jedno i na drugie — odpowiedział biały myśliwy — ale aby móc walczyć z irokezami, trzeba ich naprzód wytropić, aby zaś móc jeść, trzeba znaleźć dzicz i... Ba, o wilku mowa, a wilk tuż. Oto najwspanialsze pieczyste, jakie widziałem tego lata, poruszyło się w krzakach. Słuchaj, Unkasie — mówił szeptem, zwracając się do młodego indjanina — założę się, że trafię tego jelenia między oczy, nieco bliżej prawego oka.
Unkas zarwał się na równe nogi i zawołał:
— To niemożliwe! Przecież widać zaledwie końce rogów!
— Tak mówi młody chłopiec — odpowiedział strzelec, potrząsając głową i uśmiechając się do ojca Unkasa. — Czyż myślisz, że gdy widzę choćby tylko kawałek stworzenia, to nie wiem, gdzie znajduje się reszta?
Mówiąc to, podniósł swoją długą strzelbę, przygotowując się do strzału, gdy nagle wódz podbił mu broń.
— Sokole Oko — rzekł Czingaszguk — czy chcesz sprowadzić nam na kark mingów?
— Masz rację, przyjacielu — odpowiedział strzelec — nie pomyślałem o tem. Pozostawiam jelenia twemu łukowi, Unkasie — rzekł do młodzieńca — gdyż w razie przeciwnym irokezi chcieliby niezawodnie wieczerzać razem z nami.
Młody wojownik nie dał sobie tego dwa razy powtarzać i rzuciwszy się w trawę popełzł w krzaki niby wąż. Wkrótce potem usłyszeli obaj myśliwi furkot strzały, wypuszczonej z jego łuku. Raniony jeleń rzucił się z wściekłością na młodzieńca, ale ten uchylił się zręcznie przed grożącym mu ciosem rogów i szybkim ruchem przeciął biegnącemu zwierzęciu gardło. Rzęrząc, upadło szlachetne zwierzę nad brzegiem rzeki, krwią swoją zabarwiając jej wody.


— Jak daleko jesteśmy od fortu Edwarda? — spytał jeździec...


— To było prawdziwie mistrzowskie uderzenie — powiedział wesoło Sokole Oko. — Teraz chcielibyśmy...
— Pst! — przerwał mu ostrzegawczo Czingaszguk, przypadłszy do ziemi. — Słyszę czyjeś kroki.
— To pewnie idą inne jelenie, lub wilki dążące ich śladem — rzekł strzelec.
— Nie — odpowiedział powstając wódz — to nadchodzą konie bladych twarzy. — Rzekłszy to, czerwonoskóry usadowił się spokojnie na pniu drzewa, dodając: Blade twarze są twoimi braćmi, Sokole Oko, przeto rozmawiaj ty z niemi.
— Dobrze, będę z nimi mówił — brzmiała odpowiedź — ale nie widzę nikogo, ani człowieka, ani zwierzęcia... A jednak... Oto trzasnęła gałązka... a tam poruszają się krzaki. Tak, to biali, widzę ich. Daj Boże, aby uszli rąk mingosów.
Na ścieżce, wydeptanej przez dzikie zwierzęta, ukazała się postać pierwszego jeźdźca. Sokole Oko ze strzelbą w ręku wyszedł na spotkanie nadciągającym podróżnym.
— Kto przybywa? — zapytał po angielsku strzelec.
— Dobrzy chrześcijanie i przyjaciele króla — brzmiała odpowiedź. — Zbłądziliśmy w lesie i prosimy, abyście nam zechcieli powiedzieć, jak daleko jesteśmy od fortu Williama?
— Fort Williama — odpowiedział, śmiejąc się, strzelec — jest bardzo daleko. Jeśli jesteście przyjaciółmi króla, to zrobicie daleko lepiej, udając się z biegiem rzeki do fortu Edwarda, w którym bezczynnie siedzi generał Webb, zamiast zabrać się do przepędzenia zuchwałych Francuzów za jezioro Champlain.
— Jak daleko jesteśmy od fortu Edwarda? — spytał jeździec. — Dzisiaj rano wyjechaliśmy stamtąd, aby dotrzeć do fortu Williama. Nasz indjanin, który służył nam za przewodnika, zabłądził przy wskazywaniu najkrótszej drogi leśnej i teraz nie wiemy, gdzie jesteśmy.
— Indjanin zabłądził przy pokazywaniu wam drogi leśnej? — rzucił strzelec pytanie tonem największego niedowierzania. — I oto teraz, gdy słońce świeci na korony drzew i gdy strumienie pełne są wody? Hm... byłoby to rzeczą osobliwą. Do jakiego plemienia należy wasz przewodnik?
— Teraz należy do mohawków, ale z urodzenia jest on huronem — odpowiedział jeździec.
— Hu! — wykrzyknęli obaj czerwonoskórzy, usłyszawszy słowo „huron“. Porzucając wszelką powściągliwość, zerwali się na równe nogi.
— Huron — powtórzył Sokole Oko i znowu potrząsnął głową z niedowierzaniem. — Huroni to zdrajcy i łotry.
— Nie pytam pana bynajmniej o zdanie co do charakteru huronów — odparł Heyward, on to był bowiem. — Chcę tylko wiedzieć, jak daleko jest stąd do fortu Edwarda. Znam swego przewodnika od dawna, a o was nic nie wiem.
— Zanim odpowiem, musiałbym naprzód wiedzieć, czy nie mam do czynienia ze szpiegiem Montcalma — odpowiedział strzelec. — Któż pan jest właściwie?
— Jestem major Heyward z 60-go pułku strzelców królewskich — odpowiedział jeździec.
— Chciałbym zobaczyć tego indjanina, który zabłądził w lesie — rzekł po namyśle Sokole Oko. — Dowiedziałbym się natychmiast, co to za ptaszek.
Z temi słowy ruszył szybko ścieżką i za zakrętem ujrzał obie młode kobiety, a obok, — przewodnika-indjanina, który spokojnie wytrzymał badawcze spojrzenie strzelca.
— Widzi pan, panie majorze, jest tak jak powiedziałem. Mingos jest zdrajcą — rzekł Sokole Oko do Dunkana. — Gdyby pan był sam i gdyby pan chciał poświęcić swego konia wilkom, to w przeciągu godziny zaprowadziłbym pana do samego fortu, ale w towarzystwie pań jest to niemożliwe.
— Ale dlaczegóżby nie? Te panie są wprawdzie zmęczone, ale kilka mil mogą jeszcze przejechać.
— Powiedziałem, że jest to niemożliwe — odpowiedział Sokole Oko. — Z tym przewodnikiem nie odważyłbym się przebyć w lesie ani ćwierć mili, gdy noc nadciąga, choćby mi ofiarowano w nagrodę najlepszą strzelbę w całym kraju. Cała okolica pełna jest irokezów, a wasz przewodnik będzie umiał zaprowadzić was do nich.
— Muszę wyznać — powiedział major głosem stłumionym — że i we mnie wzbudził on już podejrzenie. Dlatego też nie jechałem za tym drabem, ale kazałem mu iść za sobą, jak to widzicie.
— Na pierwszy rzut oka poznałem, że jest skończonym łotrem — powiedział strzelec z całą pewnością siebie. — Mógłbym go łatwo postrzelić w nogę wystającą z za drzewa, co odebrałoby mu możność ucieczki. Gdybym podszedł do niego jeszcze raz, to z pewnością zbudziłbym w nim czujność i uciekłby nam, jak amen w pacierzu.
To mówiąc, przerzucił strzelbę w lewą rękę, gotując się do strzału.
— Na to zgodzić się nie mogę — wykrzyknął Dunkan. — Wina jego nie jest jeszcze pewna. Inna rzecz, gdybym był przekonany o jego zdradzie...
— Gdy mingosa uważa się za łotra, to nigdy nie popełnia się błędu — mruknął Sokole Oko. — Ale ostatecznie możemy sobie zapewnić jego towarzystwo w inny sposób.
Przywoławszy skinieniem swych czerwonoskórych towarzyszy, którzy natychmiast stanęli przy jego boku. Sokole Oko poprowadził z nimi krótką naradę w narzeczu delawarów, poczem obaj Indjanie rzucili swoje strzelby i bez szelestu rozbiegli się w przeciwne strony, aby zniknąć w gąszczu.
— A teraz niech pan podejdzie do tego łotra i stara się zająć go rozmową. Moi mohikanie będą mogli tem łatwiej go schwytać — zwrócił się strzelec do Dunkana. — Niech pan się zachowuje względem niego tak, jakgdyby pan uważał go za najlepszego swego przyjaciela, aby nie odczuł, że mu pan nie ufa.
Major miał wstręt dla tego rodzaju wybiegów. Zdawało się mu, że potrafi schwytać swego dzikiego przewodnika bez jakichkolwiek podstępów. Ale strzelec uśmiechnął się tylko z naiwności oficera.
— Cóż zdoła pan zrobić w takim gąszczu, siedząc na koniu i mając do czynienia z przebiegłym przeciwnikiem?
— No to nie będę siedział na koniu i zsiądę z niego.
— Czy wyobraża pan sobie, że dziki będzie czekał, aż pan uwolni drugą stopę ze strzemienia?
Słońce zaszło właśnie i noc zapadała szybko w gęstwinie puszczy. Niebezpieczeństwo stawało się z każdą chwilą groźniejsze i nie pozostało majorowi nic innego, jak tylko podporządkować się wskazówkom strzelca.
— Słońce zachodzi, Magua — zaczął rozmowę major, zatrzymując się przed przewodnikiem, który stał w jednem miejscu, wsparty o pień drzewa — a my nie jesteśmy bliżej fortu Williama, niż byliśmy dzisiaj rano. Zbłądziliśmy, ale na szczęście spotykamy tego oto strzelca, który w tej chwili rozmawia z nauczycielem śpiewu; chce on nas zaprowadzić na miejsce, w którem możemy spędzić noc bezpiecznie.
— Wobec tego Przebiegły Lis pójdzie sobie swoją drogą — odpowiedział przewodnik, podnosząc z ziemi torbę — a blade twarze pozostaną ze swemi ziomkami.
— Kto sobie pójdzie? Kogo nazywasz Przebiegłym Lisem? — spytał zdziwiony major.
— Magua otrzymał tę nazwę od swoich ojców kanadyjskich — odpowiedział dziki z dumą. — Dzień i noc nie mają dla Przebiegłego Lisa żadnego znaczenia, jeśli go oczekuje pułkownik Munro.
— A co powiesz pułkownikowi, gdy cię spyta, gdzie pozostawiłeś jego córki?
— Magua da sobie radę. Ramię pułkownika jest za krótkie, aby go mogło dosięgnąć w puszczy.
— Munro przyrzekł ci podarunek — odpowiedział major, nie chcąc drażnić dzikiego — jeśli doprowadzisz jego córki do fortu. Siadaj przeto i posil się nieco, gdyż skoro tylko panie odpoczną, ruszamy dalej.

Przewodnik usiadł posłusznie, udając, że je, lecz twarz jego wyrażała skupioną uwagę. Major pod pozorem obejrzenia zapasów, które miał w torbie indjanin, nachylił się nad nim, usiłując schwycić jego rękę, lecz dziki skoczył nagle, wydając przeciągły okrzyk i znikł w krzakach. W tejże chwili obok oficera przebiegł Czingaszguk, dążąc śladami zbiega. Z przeciwnej strony ścieżki rozległo się wołanie Unkasa, poczem ciszę wieczorną przeszył strzał Sokolego Oka.


Rozdział III.
W KRYJÓWCE.

Zdrajca zniknął i wszelkie poszukiwania nie dały wyniku. Gdy po niedługim czasie ścigający zebrali się znowu, major nie ukrywał swego niezadowolenia, proponując szukać zbiega w dalszym ciągu.
— Strzeliłem — mówił Sokole Oko, kierując się wyłącznie szelestem. Ale nie spudłowałem, bo na liściach krzewów pozostały ślady krwi.
— Jeśli został raniony, to może jeszcze wpaść w nasze ręce — zawołał major pośpiesznie.
— Z równem powodzeniem moglibyśmy gonić wiatr — powiedział strzelec. — Kula drasnęła go jedynie po powierzchni skóry, co pobudziło go niezawodnie do jeszcze szybszego biegu, gdyż takie muśnięcie kulą działa jak uderzenie bicza. Powinienem był oszczędzić ten ładunek. Ale teraz poszukajmy sobie szybko jakiej kryjówki, bo ten czerwony djabeł gotów sprowadzić nam na kark całą bandę swoich przyjaciół. Nie mamy chwili do stracenia, jeśli nie chcemy, aby jutro o tej porze nasze skalpy suszyły się w namiotach wojska Montcalma.
Te spokojne słowa strzelca, którego bogate doświadczenie nie mogło ulegać najmniejszej wątpliwości, napełniły majora przerażeniem o los córek pułkownika Munro, które znajdowały się pod jego opieką. Zdawało mu się, że za każdym krzewem ukrywa się dziki, który czeka jedynie na odpowiednią chwilę, aby napaść na zbłądzonych podróżnych.
— Cóż więc mamy uczynić? — zapytał tonem zupełnej bezradności. — Na miły Bóg, nie opuszczajcie mnie, przyjaciele! Dopomóżcie uratować te kobiety, które znajdują się pod moją opieką! Zgóry przyrzekam wam nagrodę, jakiej tylko zażądacie.
Trzej mężczyźni, którzy bardzo gorliwie rozmawiali i naradzali się w narzeczu delawarów, nie zwracali uwagi na słowa majora. Widać było, że niema pomiędzy nimi jednolitego zdania, co do sposobu ratunku. Wreszcie doszli do porozumienia. Strzelec skinął kilkakrotnie głową na znak zgody i zwrócił się do oficera oraz do towarzyszącego mu nauczyciela śpiewu.
— Unkas ma rację — rzekł jakgdyby do samego siebie. — Nie możemy was pozostawić własnemu losowi, nawet gdybyśmy przez to nazawsze mieli utracić swoją tajemną kryjówkę... Tak, moi zacni panowie, proście Boga, aby nam dopomógł. Obaj mohikanie i ja dołożymy wszelkich starań, aby panie ochronione zostały przed wszelkiem możliwem nieszczęściem. Za wysiłki swoje nie będziemy żądali żadnej innej nagrody prócz tej, którą Bóg wyznaczył ludziom za każdy dobry czyn. Musi nam pan jednak, panie majorze, przyrzec w imieniu swoim i towarzyszek dwie rzeczy.
— Niech pan wymieni swoje warunki.
— Pierwszy, to zachowanie zupełnej ciszy bez względu na to, co zajdzie. Drugi warunek polega na tem, że miejsce, do którego państwa zaprowadzimy, musi być utrzymane w najgłębszej tajemnicy.
— Daję słowo honoru, że dotrzymam warunków — wykrzyknął major.
— A zatem chodźmy — rzekł strzelec. — Nie traćmy daremnie czasu, gdyż każda chwila jest droga.
Cienie wieczoru pod koronami drzew zgęściły się tak, iż zdawało się, że na świecie panowała już noc. Heyward w towarzystwie Sokolego Oka udał się do wyczekujących młodych kobiet, aby przedstawić im nowego przewodnika i dodać potrzebnej odwagi. Obie panny zsiadły z koni bez słowa i idąc za wskazówkami majora udały się nad brzeg rzeki, gdzie w tej chwili wszyscy już byli zebrani. Naradzano się nad tem, co robić z końmi. Postanowiono za radą Czingaszguka poprowadzić konie wodą przy brzegu rzeki. Klaczy nauczyciela śpiewu nie dało się zabrać, bowiem dzięki swej nerwowości mogłaby ona sprowadzić nieszczęście na całe towarzystwo.
— Klacz ta musi umrzeć — powiedział strzelec. — Unkas, gdzie masz twoje strzały?
— Stój! — zawołał właściciel klaczy skazanej na śmierć. — Oszczędźcie życie niewinnej istoty, która nikomu nie szkodzi i krzywdy nie wyrządza.
— Zbyt wielu ludziom grozi śmierć — rzekł strzelec — abyśmy mogli liczyć się z tem. Jeśli pan jeszcze raz tak głośno zaprotestuje, to pozostawię pana na łaskę indjan. Bierz swój łuk, Unkasie, bo nie mamy ani chwili do stracenia.
Jeszcze nie dokończył tych słów, gdy klacz, trafiona strzałą Unkasa, podskoczyła do góry a potem upadła na kolana. Błyskawicznym ruchem Czingaszguk przeciął jej gardło i zepchnął do bystrych wód rzeki. Przerażone panny Munro z drżeniem przyglądały się tej krwawej scenie, która dała im poznać całą grozę ich położenia. Indjanie ujęli za uzdy pozostałe konie, weszli z niemi do wody i niebawem zniknęli w mrokach nocy. Tymczasem strzelec wydobył z ukrycia duże kanu i opuścił je na wodę. Na jego milczący znak obie młode kobiety wsiadły do tego chwiejnego statku, za niemi podążył major i nauczyciel śpiewu, a Sokole Oko, ująwszy za wiosło, wyprowadził łódkę na środek rwącego prądu rzeki. Przeprawa ta wymagała dokładnej znajomości rzeki i wielkiej zręczności; na każdym kroku czyhały podwodne skały, wiry i pnie drzew porwane prądem. Słychać było dziki łoskot wodospadu, wzmagający się coraz bardziej. Kanu zbliżało się do wielkiego wiru wodnego. Na rozkaz strzelca wszyscy musieli skupić się na przedzie łodzi, podczas gdy on sam, stojąc na drugim końcu łodzi, ręką pewną i śmiałą prowadził ją przez miejsce niebezpieczne. Po chwili kanu znalazło się w spienionym wirze, który z szybkością strzały zataczał niespodziewany łuk i zdawał się spadać w przepaść. Woda bulgotała i szumiała ponuro; w przeciągu kilku minut przerażone dziewczęta wyczekiwały, że lada chwila straszliwy żywioł pochłonie je na zawsze. Ale niebezpieczeństwo minęło. Bez jakiejkolwiek przeszkody dotarło kanu do spokojnych fal i niebawem przystanęło przy płaskich skałach, które okazały się częścią malutkiej wysepki, położonej pośrodku rzeki. Na rozkaz strzelca wszyscy pasażerowie opuścili łódkę i wylądowali na wysepce.
— Muszę się wrócić, aby przywieźć mohikanów — rzekł Sokole Oko. — Niedaleko stąd ukryli pod znaną nam ścianą kamienną konie, które aż do rana będą musiały stać w wodzie, i teraz czekają na łódź.
To mówiąc, znikł on w nieprzeniknionych ciemnościach, panujących nad falami rzeki. Z niepokojem, ale jednocześnie z radością i ufnością wyczekiwało całe towarzystwo jego powrotu. Cierpliwość podróżnych nie była wystawiona na zbyt ciężką próbę, gdyż prędzej, niż się ich spodziewano, strzelec i obaj mohikanie zjawili się na wysepce, wlokąc za sobą jelenia, którego zabił Unkas. Major nie mógł na ten widok powstrzymać się od okrzyku radości; w łoskocie wodospadu nie trzeba było tłumić głosu tak bardzo jak na wybrzeżu.
— No, mamy nadzieję, że zdobyliśmy dobrą kryjówkę — zawołał major — ani Montcalm, ani jego irokezi nie zdołają nam nic zrobić.
— Biedna Mirjam! — westchnął smutno nauczyciel śpiewu, który nie przebolał jeszcze śmierci swej klaczy.
— Strata konia napełnia żalem jego serce — rzekł strzelec. — Dobrze to świadczy o jego charakterze, ale winien zrozumieć, że czasami należy poświęcić zwierzę dla uratowania życia ludzi. Teraz musimy szybko oprawić jelenia i usunąć odpadki, aby nie ściągnąć sobie na kark głodnych wilków.
Po tych słowach, obładowany różnemi rzeczami, udał się z mohikanami wgłąb wyspy, gdzie niebawem wszyscy trzej zniknęli w ciemnościach. Heyward i jego młode towarzyszki spoglądali na poczynania trzech mężczyzn z pewnem zaniepokojeniem, nie będąc pewni, czy nie padli ofiarą nowej zdrady, natomiast śpiewak zdawał się nie zwracać żadnej uwagi na to, co działo się dokoła niego. Usadowiwszy się na kamieniu folgował swoim uczuciom od czasu do czasu ciężkiem westchnieniem.
Niebawem z głębi wyspy dały się słyszeć mętne głosy, które brzmiały tak, jakgdby wydobywały się z wnętrza ziemi. Po chwili jasne światło rozproszyło mroki nocy i odsłoniło tajemnicę wyspy przed wzrokiem majora i jego towarzyszek.
Oczom ich ukazała się jaskinia, w głębi której stał strzelec z płonącą pochodnią w ręku. Światło padało na jego szlachetną, szczerą twarz i malowniczy ubiór. Przed nim stał Unkas, którego postać w czerwieni blasków wydała się posągiem odlanym w bronzie. Rysy jego twarzy, pełne szlachetnej dumy i męstwa, wraz z malowniczym ubiorem, stanowiły całość pełną romantyzmu.
— Znalazłszy się pod opieką takiego mężnego młodzieńca, możemy spokojnie udać się na spoczynek — szepnęła Alicja na ucho majorowi. — Z pewnością nie należy on do tych, którzy zdolniby byli do zdrady.
— Istotnie, młodzieniec nie jest podobny do barbarzyńcy — odpowiedział oficer. — Miejmy nadzieję, że nas nie zawiedzie i że będzie dla nas wiernym, zaufanym przyjacielem.
Rozmowę młodej pary przerwał strzelec, który całe towarzystwo wzywał do jaskini.
— Blask ognia mógłby sprowadzić wroga — powiedział Sokole Oko do wchodzących. — Opuść zasłonę, Unkasie. Panie mogą się usadowić na pękach suchych, wonnych traw, które nam służą zazwyczaj za posłanie. Poczem przystąpmy do spożycia kolacji, gdyż myślę, że głód już dobrze wszystkim dokuczył.
Gdy Unkas opuścił zasłonę przy wejściu, wówczas łoskot wodospadu grzmiał już niby daleki grom.
— Czy w jaskini tej jesteśmy aby zupełnie zabezpieczeni przed nagłym napadem? — zapytał Heyward. — Jedyny uzbrojony człowiek przy wejściu miałby nas w swojej mocy.
Z mrocznej głębi jaskini wynurzyła się straszliwa postać Czingaszguka w wojennym rysunku, podobna do kościotrupa, wyrwając z piersi Alicji i Kory okrzyk zgrozy, ale jedno słowo Heywarda uspokoiło obie kobiety. Mohikanin odsunął zasłonę z drugiej strony jaskini i odsłonił drugie wyjście. Potem, świecąc wielkiem łuczywem, ukazał szeroką szczelinę skalną, oddzielającą się od jaskini, i tworzącą przejście do innej groty.
— Takie stare lisy, jak ja i Czingaszguk, nie dadzą się zapędzić w mysią norę o jednem wejściu, z której niepodobna się wymknąć w razie potrzeby — rzekł strzelec. — Ale teraz czas na posiłek; nasza pieczeń jest gotowa.
Towarzystwo nie kazało zapraszać się dwa razy. Pieczeń jelenia, świetnie przyrządzona, smakowała wszystkim doskonale, szczególnie podróżnym, którzy od wyjazdu z fortu Edwarda nic nie jedli. Major z zadowoleniem obserwował Unkasa, który z godnością usługiwał damom, patrząc z zachwytem na cudną twarzyczkę Kory. Od czasu do czasu odzywał się swym miłym melodyjnym głosem, używając dość poprawnie angielskiego języka. Przy tem wszystkiem jednak gospodarze nie zapominali ani na chwilę o potrzebie najwyższej czujności.
Nauczyciel śpiewu jadł zapamiętale, a smutek po stracie klaczy, starał się utopić w potężnych łykach doskonałego wina.
— Jak się nazywasz, zacny człowiecze? — zagadnął go siedzący obok Sokole Oko.
— Nazywam się Gamut — Dawid Gamut — odpowiedział nauczyciel, ciągnąc potężny łyk wina.
— Nazwisko niczego sobie. A pański zawód? — wypytywał w dalszym ciągu strzelec.
— Jestem niegodnym nauczycielem szlachetnej sztuki śpiewu kościelnego.
— Sztuki czego?
— Nauczam młodych ludzi z milicji krajowej w Connecticut prawidłowego śpiewu psalmów.
— No, bywają lepsze zajęcia. Umiesz pan obchodzić się z bronią?
— Z bronią, służącą do uśmiercania ludzi nie miałem, chwała Bogu, nigdy do czynienia.
— Może jest pan geografem?
— Geografem także nigdy nie byłem. Jedynem mojem wysokiem powołaniem jest nauczanie ludzi jak mają śpiewać, aby śpiew był ładny i miły Panu.
— Jeśli już tak jest, to niechże pan się popisze przed nami swoją sztuką i zaśpiewa nam jaką ładną pieśń; będzie to pewną rozrywką w czasie tej nocy.
Dawid nie kazał się prosić zbyt długo. Wydobywszy okulary, włożył je na nos, otworzył niewielką książkę i prosił Alicję, aby śpiewała razem z nim. Alicja zgodziła się chętnie, a do śpiewających przyłączyła się wkrótce Kora i niebawem mroczną jaskinię napełnił piękny i harmonijny śpiew. Obaj indjanie siedzieli zasłuchani i nieruchomi, jakby wykuci z kamienia. Strzelcowi przypominał ten uroczysty śpiew wieczorny jego własne dzieciństwo i na twarzy jego malowało się głębokie wzruszenie.


Rozdział IV
WALKA NA WYSPIE

Gdy śpiew przebrzmiał, wszyscy zaczęli zabierać się do robienia sobie posłań. Według rozporządzenia strzelca, który po wschodzie księżyca nie chciał pozostawić brzegów rzeki bez ochrony, major zrobił siostrom posłanie z miękkiej trawy w jaskini, zaś mężczyźni usadowili się na brzegu rzeki tak, aby mogli widzieć wszystko, co się dokoła dzieje, nie będąc widzianymi w blaskach księżyca. Dawid został pierwszy zmożony przez sen i krtań jego zaczęła wydawać tony, których zacny mistrz nigdyby nie uznał za piękne. Duncan okrył śpiące siostry pledem, poczem sam zapadł w głęboki sen. Natomiast Sokole Oko i obaj indjanie siedzieli nieruchomo, niby posągi, a oczy ich śledziły czujnie bliższą i dalszą okolicę, dopóki na wschodniej części nieba nie ukazał się jasny szlak, zwiastujący narodziny nowego dnia. Dopiero wówczas strzelec uczynił pierwszy ruch. Pełznąc po kamieniach zbliżył się do majora i, budząc go ze snu, szepnął:
— Czas wstawać. Niech pan obudzi damy i przygotuje do dalszej przeprawy. Za chwilę sprowadzę tu kanu. Proszę się śpieszyć i zachować zupełną ciszę.
Major podpełzł ku siostrom i cicho szepnął: —
— Alicjo! Koro! Czas wstawać. Musimy stąd wyruszyć.
Dziewczęta zerwały się przerażone, bowiem jeszcze ostatnie słowo majora nie przebrzmiało, gdy z nad rzeki dało się słyszeć przeraźliwe wycie, od którego krew krzepła w żyłach i które wytrąciło z równowagi nawet młodego oficera. Przez chwil kilka zdawało się, że cała puszcza pełna jest szatanów. Dawid zerwał się wystraszony, zatykając sobie wraźliwe uszy. Zaledwie długa jego postać ukazała się ponad krzewami, gdy rozległa się salwa tuzina karabinów. Dawid zachwiał się i upadł. Mingowie powitali ten sukces ogłuszającym wrzaskiem triumfu, na który obaj mohikanie odpowiedzieli okrzykiem wojennym. Podczas gdy obie strony wymieniały między sobą strzały, major zaciągnął nieprzytomnego Gamuta w bezpieczne miejsce, w którem znajdowały się już obie panny. Kanonada nie uczyniła nikomu krzywdy, ani na wyspie ani na brzegu rzeki, ale wtem ozwała się długa strzelba Sokolego Oka i jeden z mingów padł raniony śmiertelnie. Wycie zamilkło natychmiast i znowu las zaległa grobowa cisza.
Lekko rannego Gamuta przeniesiono do drugiej jaskini, w której umieszczono także obie siostry i poczyniono wszelkie przygotowania do odparcia ataku dzikich. Sokole Oko i obaj jego przyjaciele zajęli stanowiska w szerokiej szczelinie pomiędzy jaskiniami.
— Oszczędzajmy proch — pouczał strzelec swych towarzyszy. — Mamy ciężką przeprawę przed sobą, a mingowie nie dadzą tak łatwo za wygraną.
Mingowie nie kazali na siebie czekać zbyt długo. Czterech najodważniejszych z pośród ich wojowników rzuciło się do wody i niebawem głowy ich ukazały się z poza pnia drzewa, które zostało przygnane prądem rzeki ku brzegowi wyspy. Ledwo Sokole Oko zdołał ich dostrzec, gdy dzicy w potężnych susach rzucili się ku niemu. Strzelec w okamgnieniu podniósł strzelbę do oka, celując do napastników. Padł strzał i jeden z atakujących, ugodzony śmiertelnie, padł, jak długi, na kamienie.
— Bierz na cel ostatniego, Unkasie — zawołał strzelec, dobywając jednocześnie noża — z pozostałymi damy sobie łatwo radę.
Strzelba Unkasa zagrzmiała i drugi Mingos padł martwy na ziemię. Sokole Oko i major wybiegli teraz z ukrycia i uderzyli na napastników białą bronią.
Sokole Oko zwarł się z olbrzymim czerwonoskórym, który zwinnym ruchem schwycił uzbrojoną rękę strzelca. W ciągu minuty szala zwycięstwa wahała się, lecz wkrótce górę wzięła nieustępliwa moc białego człowieka. Raptownym ruchem Sokole Oko wyrwał się z uścisku wroga i wbił mu nóż w nagą pierś.
Ciężką przeprawę miał Heyward, którego pałasz złamał się zaraz przy pierwszem złożeniu, a że oba pistolety użył uprzednio, pozostała mu zatem jedynie siła mięśni. Bezbronny rzucił się na napastnika, objął go w potężnym uścisku i powalił na ziemię. W tej sytuacji każdy z nieprzyjaciół starał się zepchnąć drugiego ze stromego brzegu skalnego w nurty rwącej rzeki. Coraz bliżej staczali się walczący ku urwistemu brzegowi. Już major czuł śmiertelny uścisk ręki indjanina, zaciskającej się wokół szyi, już w triumfującym blasku oczu przeciwnika czytał wyrok śmierci na siebie, gdy wtem błysnął nóż w niewidzialnej ręce, z poranionego ramienia mingosa trysnęła krew i dziki z przeraźliwym krzykiem, jak kłoda, zwalił się w fale rzeki.

— Zpowrotem do jaskini! — zabrzmiała w tej chwili komenda Sokolego Oka. Z brzegów rozlegało się wycie wściekłości, zagłuszone okrzykiem wojennym młodego mohikanina, któremu Heyward zawdzięczał swoje ocalenie. Salwę za salwą wysyłali huroni na garstkę ludzi broniących się na wyspie, ale na te nieszkodliwe strzały odpowiadała niestrudzenie strzelba Czingaszguka, która nie chybiała nigdy. Dzielny ten wódz ani na chwilę nie stracił zimnej krwi w czasie walki, gdy wojownik zwierał się w ciężkich zapasach z wojownikiem. Spokojnie stał na stanowisku, spełniając swoje zadanie. Ogień dzikich nie czynił nikomu krzywdy. Widząc, że z brzegu nie da się trafić w oblężonych, jeden z huronów wspiął się na stary dąb, stojący nad rzeką; usadowiwszy się na jednym z jego konarów, gdzie trudno było go odróżnić od ciemnego tła potężnego drzewa, strzelał bezustannie, aczkolwiek dość nieszkodliwie. Na strzelaninę jego nie można było odpowiedzieć skutecznie, jeśli obrońcy wyspy nie chcieli wystawić się na morderczy ogień nieprzyjacielski. Już Sokole Oko podnosił niejednokrotnie niezawodną swoją strzelbę, ale za każdym razem musiał ją bezradnie opuścić, gdyż gruby konar zasłaniał zupełnie przeciwnika. Wreszcie mingos uczynił nieostrożny ruch i kilka cali jego ciała wychyliło się zpoza konaru. Wówczas huknął strzał Sokolego Oka i czerwonoskóry zwalił się z drzewa, lecz padając uchwycił się innej gałęzi i trzymał się jej kurczowo. Z wyrazem przerażenia na pobladłej twarzy kołysał się ranny huron ponad spienionemi falami rzeki.

— Skoczył do najbliższego napastnika...

— Strzel do niego jeszcze raz z litości, Sokole Oko — zawołał major z wyrazem współczucia, nie mogąc patrzeć na cierpienia dzikiego.
— Nie mam ani ziarnka prochu do stracenia — odpowiedział gniewnie strzelec. — Jest już unieszkodliwiony i dogorywa, a tymczasem nasza amunicja ma się ku końcowi, my zaś nie wiemy, jak długo wypadnie nam jeszcze walczyć.
Mimo tych słów Sokole Oko miał zbyt ludzkie serce, aby spokojnie przypatrywać się mękom nieszczęśliwca. Po trzykroć podnosił broń do oka i po trzykroć ją opuszczał, dając posłuch głosowi rozsądku. Ale, widząc, że dziki słabnie widocznie i czyni coraz rozpaczliwsze wysiłki, aby się utrzymać na gałęzi, nie wytrzymał i strzelił, a mingos trafiony w serce, zwalił się jak kłoda w głęboki nurt rzeki.
— To był mój ostatni ładunek — mruknął strzelec, zadąsany na siebie za swoją słabość. — Jestem głupiec. Unkas, biegnij szybko na kanu i przynieś wielki róg z prochem; każde jego ziarnko przyda się nam teraz.
Unkas udał się do miejsca, gdzie ukryto łódź, ale wkrótce głośny krzyk młodego mohikanina dał poznać oblężonym, że wydarzyło się jakieś nowe nieszczęście, to też, nie bacząc na niebezpieczeństwo, ukrywając się za skałami, wszyscy podążyli ku rzece.
Kanu płynęło daleko od wyspy. Kierunek łódki pozwalał jednak domyślać się, że prowadzi ją jakaś ukryta ręka. Bezwiednie podniósł Sokole Oko strzelbę do strzału. Skałka trysnęła iskrami, ale strzał nie rozległ się.
— Zapóźno — zawołał rozgoryczony strzelec — łódka i róg z prochem przepadły.
Huron wszakże, którego ponosiło ku wirom, podniósł głowę ponad burtę kanu i wydał triumfujący okrzyk, który został podchwycony i powtórzony na brzegu przez niezliczone głosy.
— Wyjcie sobie, djabły — rzekł zagniewany strzelec, siadając na złomie skały i odrzucając strzelbę, — wyjcie i cieszcie się, bowiem trzy najlepsze strzelby tych lasów nic więcej nie są teraz warte, niż zwykłe kije.
— Co teraz będzie z nami? — zwrócił się major z zapytaniem do Sokolego Oka.
Zamiast odpowiedzi, strzelec zatoczył palcem koło dokoła głowy, jakby dla zaznaczenia, że teraz nie należy spodziewać się niczego innego, jak oskalpowania przez barbarzyńskich nieprzyjaciół.
— No, chyba tak rozpaczliwem nasze położenie jeszcze nie jest — krzyknął Dunkan. — Cofniemy się do jaskini i będziemy się bronić do ostatka.
— Ale czem? — zapytał chłodno strzelec. — Czy może strzałami Unkasa, lub łzami kobiet? Jesteś pan młody i bogaty, masz pan zapewne drogich przyjaciół; mogę sobie wyobrazić, że śmierć w takich warunkach byłaby dla pana czemś okropnem. Ale i pan jesteś mężczyzną... Pokażemy tym czerwonym wojownikom — jego oko spoczęło na obu mohikanach — że potrafimy drogo sprzedać swe życie, gdy wypadnie stawić czoło przewadze nieprzyjaciół.
— Dlaczego mówi pan o śmierci? — zapytała Kora, która właśnie zbliżała się do rozmawiających.
— Czyż nie macie przed sobą otwartej drogi na wszystkie strony? Przepłyńcie rzekę i dotrzyjcie do naszego ojca, który z pewnością pośpieszy nam natychmiast z pomocą. Bóg dopomoże nam aż do czasu waszego powrotu i do nadejścia odsieczy.
Strzelec spoglądał w zamyśleniu przed siebie.
— W tych słowach jest więcej roztropności, niż pani może przypuszcza — rzekł wreszcie. — Czingaszguku, Unkasie, czy słyszeliście słowa ciemnookiej dziewczyny?
Po krótkiej naradzie, jaką odbyli w narzeczu delawarów, Czingaszguk wyraził swoją zgodę na projekt Kory ruchem ręki pełnym godności, wsunął za pas nóż i tomahawk i zanurzył się w rzece, aby niebawem zniknąć z oczu patrzących za nim przyjaciół.
— Gdyby Mingosi uprowadzili was, — zwrócił się Sokole Oko do Kory — to starajcie się, wedle możności, pozostawić ślady na drodze, którą was poprowadzą, łamiąc gałązki krzewów, lub rzucając jakieś przedmioty. Niech pani zawsze pamięta, że ma pani wiernego przyjaciela, który nigdy nie zapomni o pani.
Powiedziawszy to, spojrzał pieszczotliwie na strzelbę, która służyła mu wiernie tak długo, i ukrył ją w szczelinie skalnej. Niebawem plusk wody dobiegł do uszu oblężonych, świadcząc o tem, że podążył on za starym wodzem.
Oczy wszystkich zwróciły się teraz w stronę Unkasa, który pozostał na wyspie.
— Przyjaciele twoi są prawdopodobnie już w bezpieczeństwie. Dlaczego wahasz się pójść ich śladem? — spytała Kora.
— Unkas pozostanie tutaj — odpowiedział młodzieniec spokojnie.
— Jakto, chcesz pozostać tutaj, aby pomnożyć okropności naszego oblężenia? Nie, mój przyjacielu, uczynisz to, o co cię poproszę. Odszukasz mego ojca i sprowadzisz pomoc, która nas wyzwoli. A teraz idź, błagam cię o to.
Nie tracąc ani jednego słowa na odpowiedź, Unkas skoczył do rzeki.
— Mówił pan nieraz, że jest pan dobrym pływakiem, — zwróciła się Kora do majora Heywarda. — Ma pan teraz sposobność do popisu. Niech pan idzie śladem tych ludzi.
— Nigdy — zawołał Dunkan. — Wiem przecie, co zawdzięczam paniom i pułkownikowi Munro. Nie tracę nadziei, że obecność człowieka, który gotów jest umrzeć dla pań, może zapobiedz strasznemu losowi, jaki paniom grozi.
Kora zbladła i zasłoniła twarz; ująwszy za rękę Alicję, która w trwodze swej stała się bezwolną i bezradną, razem z nią oddaliła się ku jaskini.
Duncan i nauczyciel śpiewu, o którym wszyscy zapomnieli, poszli za przykładem dziewcząt i całe towarzystwo usadowiło się w ukryciu pełne niepokoju i trwogi. Major zasłonił wejścia do jaskini, jak najstaranniej i z niepokojem oczekiwał, co stanie się dalej.
Upłynęło wiele godzin w niezmąconej ciszy, tem cięższej, że nastąpiła po rozgwarze walki. Czyżby huroni pozostawili ich w spokoju? Lub może krwawa nauczka, jaką otrzymali, wystarczyła im i cofnęli się w głąb puszczy? W serca nieszczęśliwych oblężonych wstąpiła na nowo otucha i major polecił Dawidowi, aby zaśpiewał swe psalmy. Cichy, melodyjny głos nauczyciela śpiewu rozbrzmiał pod sklepieniem groty, kojąco działając na młode dziewczyny, gdy nagle mrożący krew w żyłach okrzyk bojowy huronów przeszył powietrze.
— Jesteśmy zgubieni! — wykrzyknęła Kora. — Dzicy nadchodzą.
Niebawem usłyszano nadchodzących indjan, którzy bardzo starannie przeszukali całą wyspę, miotając przekleństwa. Spotkało ich bowiem wielkie rozczarowanie; nie znaleźli tego, co znaleźć pragnęli. W pewnej atoli chwili rozległ się okrzyk radosny: „Długa strzelba! Długa strzelba!“ — Huroni znaleźli strzelbę Sokolego Oka, która tak długo była dla nich postrachem. Po niejakim czasie wszystko zacichło. Major odetchnął, będąc pewny, że najgorsze niebezpieczeństwo narazie minęło. Zwracając się do Kory, rzekł do niej szeptem:
— Jesteśmy uratowani. Chwałaż Bogu Najwyższemu!
Nagle przy wejściu do jaskini dał się słyszeć szelest, pęczek trawy, którym utkana była szczelina, upadł na ziemię i w otworze ukazała się ponura, dzika, pełna wściekłości i gniewu twarz Magui, Przebiegłego Lisa.
Przy tem niespodziewanem pojawieniu się łotra, major utracił panowanie nad sobą. W porywie gniewu, idąc za pierwszym popędem, schwycił pistolet, który miał za pasem, i strzelił. Wystrzał rozległ się w jaskini wielokrotnem echem, niby huk piorunu. Głowa Magui zniknęła w otworze, ale niebawem odezwał się długi, przeciągły krzyk i, zanim Dunkan oraz jego towarzysze zdołali ochłonąć, do jaskini z obu stron wpadli dzicy, schwytali majora i obie siostry i wywlekli pojmanych z jaskini na światło dzienne.
Dzicy otoczyli swoich jeńców, wyjąc i skacząc z radości, a zarazem wygrażając im gniewnie pięściami. Daremnie wszakże przeszukali całą jaskinię, aby znaleźć w niej Sokole Oko i obu mohikanów. Nie znalazłszy poszukiwanych, zwrócili się do majora i Gamuta z zapytaniami, gdzie jest Długa Strzelba, jak między sobą nazywali Sokole Oko. Major zachowywał się tak, jakgdyby nie rozumiał ani jednego słowa. Dawid zaś nie znał zupełnie ich języka. Wzrok Dunkana spotkał się wreszcie ze spojrzeniem przewrotnego Magui. Pokonywując wstręt do opryszka, zbliżył się major do niego.
— Przebiegły Lis jest wielkim wojownikiem — rzekł spokojnie. — Powie on rozbrojonemu białemu człowiekowi, czego czerwoni wojownicy chcą od niego.
— Czerwoni wojownicy pytają o wywiadowcę, który zna wszystkie ścieżki tych lasów — odpowiedział Magua łamaną angielszczyzną. — Szukają Długiej Strzelby.
— Długiej Strzelby niema tutaj, uciekł i już dawno znajduje się daleko od rąk czerwonych wojowników.
— Gdy blada twarz umiera — mówił Przebiegły Lis wzgardliwie — to mniema, że znajduje spokój. Ale czerwony człowiek umie męczyć nawet duszę swego przeciwnika. Gdzie są zwłoki Długiej Strzelby? Huroni chcą posiadać jego skalp.
— Powiadam ci, że uciekł. Nie umarł, ale żyje.
— Czyż jest on ptakiem — powiedział z niedowierzaniem Magua — który unosi się na skrzydłach?
— Chociaż Długa Strzelba nie jest ptakiem, to jednak umie doskonale pływać. Gdy zabrakło nam prochu, przepłynął przez rzekę, podczas gdy oczy huronów przesłonięte były chmurami.
— A gdzież są Delawarowie? Czyż i oni umieją tak dobrze pływać, jak ukrywać się w krzakach? Gdzie jest Wielki Wąż delawarów?
— I on popłynął za rzekę.
— A Rączy Jeleń? Gdzie jest Rączy Jeleń?
— Nie wiem kogo nazywasz Rączym Jeleniem — odparł major, chcąc przedłużyć rozmowę.
— Nazywam tak Unkasa — rzekł Magua — jak nazwały młodego mohikanina blade twarze. Czy powiesz mi może, ze niby jeleń przeskoczył przez rzekę i pobiegł do lasu?
— Jeśli chodzi ci o młodszego mohikanina, to muszę ci powiedzieć, że i on popłynął przez rzekę.
— A dlaczegóż w takim razie pozostał tu biały wódz? — dopytywał się, ciągle jeszcze niedowierzający indjanin. — Czy jest kamieniem, który idzie zaraz na dno, gdy znajdzie się w wodzie? Czy nie żal mu jego skalpu?
— Biały wódz powiada, że tylko tchórze opuszczają kobiety w chwili niebezpieczeństwa — odpowiedział dumnie major.
Magua zwrócił się teraz do swoich towarzyszy i opowiedział im o tem wszystkiem, co sam usłyszał. Huroni zawyli z wściekłości i zarówno ich wódz, jak i Magua musieli zadać sobie wiele trudu, aby powstrzymać ich od natychmiastowego wyładowania swej wściekłości na bezbronnych jeńcach.
Po krótkiej naradzie, w czasie której wódz wskazywał kilkakrotnie w kierunku fortu, nieszczęśliwym jeńcom dano znak, aby udali się ku małemu czółnu, które stało przy brzegu. Opór byłyby oczywiście bezowocny. Major wsiadł pierwszy do kanu, za jego przykładem poszły siostry i Gamut, który ze strachu był prawie nieprzytomny i zdawał się nie dostrzegać, co dzieje się dokoła niego. Gdy wszyscy jeńcy znaleźli się w czółnie, czerwonoskórzy wojownicy otoczyli ich i łódź szybko popłynęła ku lesistemu brzegowi.
Huroni zebrali się na brzegu dla naradzania się: podczas obrad kilku z nich udało się po konie, ukryte pod skalną ścianą. Potem gromada podzieliła się na dwie części. Wódz wskoczył na konia, który należał do Heywarda, przebył wpław rzekę i zniknął razem z gromadką wojowników w gąszczu leśnym. Jeńcy pozostali pod strażą sześciu indian, którymi dowodził Magua.
Serce majora napełniło się ciężkiemi troskami. Nie wiedział, czy dzicy postanowili wydać ich francuzom, czy też pragnęli sami wywrzeć swą zemstę. W poczuciu bezradności i bezsilności spróbował dowiedzieć się czegoś od Magui. W tym celu przemówił do niego:
— Chciałbym mówić do Magui słowa, które przeznaczone są jedynie dla uszu wielkiego wodza. — Mówiąc to zmuszał się do tonu jak najuprzejmiejszego.
Indjanin spojrzał na oficera okiem pełnem lekceważenia i odpowiedział:
— Mów tedy. Drzewa leśne nie mają uszu.
— Ale huroni nie są głusi. O czem mówi się wielkim mężom potężnego ludu, to mogłoby przewrócić w głowie prostym wojownikom. Jeśli Magua nie chce słuchać, to biały wódz potrafi milczeć.
Huron krzyknął na swoich towarzyszy, rozkazując im przygotować konie do drogi i dając majorowi niedostrzegalny dla innych znak, odszedł z nim nabok.
— Mów teraz — rzekł — uszy Magui są otwarte ku słuchaniu.
— Lis Przebiegły zasłużył na swoje zaszczytne imię, otrzymane od ojców kanadyjskich — zaczął Heyward i wzorem języka indjan jął się rozwodzić nad przymiotami łotra i wynosić pod niebiosa jego rzekome zalety, aby go pozyskać dla siebie. Po tym wstępie starał się rozbudzić chciwość dzikiego obietnicami wszystkiego, czego jego dusza może zapragnąć. Oczywiście, chodziło o to, aby Magua przywrócił jeńcom wolność wzamian za obiecywaną nagrodę.
— Siwogłowy wódz fortu Williama jest bardzo bogaty i umie być wdzięczny — wywodził major. — Naszyjnik Magui, który nosi, nie będzie już z cyny, ale z prawdziwego czystego złota, jego róg pełen będzie zawsze najlepszego prochu, w sakwie jego będzie moc dolarów, przed strzałem wybornej strzelby nie ujdzie żaden jeleń, a ja, ja prześcignę w szczodrobliwości szkockiego pułkownika i dam ci, dam...
— Cóż da mi blada twarz? — zapytał indjanin, gdy major zawahał się na chwilę. — Cóż młody wódz, przybywający ze strony wschodzącego słońca może dać Magui?
— Każe on przed wigwamem Magui płynąć wodzie ognistej strumieniem większym od rzeki Hudson.
— Dość! — rzekł po chwili dziki.
Dzikus milczał przez chwilę i Dunkan pomyślał, że chciwość zwyciężyła w nim okrucieństwo.

— Lis Przebiegły jest mądrym wodzem. Co on uczyni, to się pokaże.


Rozdział V
RATUNEK

Zbliżywszy się do wojowników, rozkazał Mangua Heywardowi, aby pomógł obu młodym kobietom dosiąść koni, co major wykorzystał, szepnąwszy im do ucha kilka pocieszających słów. Przebiegły Lis dał znak do wymarszu i cała kawalkada ruszyła w drogę. Dunkan i nauczyciel śpiewu musieli iść pieszo razem z indjaninem. Magua kroczył na czele pochodu. W głębokiem milczeniu szli wszyscy przez las i tylko od czasu do czasu z ust Gamuta wyrywało się głębokie i ciężkie westchnienie, albo też dawał się słyszeć szept majora, który obu dziewczętom dodawał otuchy. Przebiegły Lis prowadził karawanę w kierunku przeciwnym do obu fortów i major stracił nadzieję na skuteczność swych pertraktacji. Jedynie Kora pamiętała o słowach Sokolego Oka, powiedzianych przy pożegnaniu, aby znaczyć drogę przebywaną, starając się pozostawić na niej pewne ślady. Nieraz przeto wyciągała dłoń, aby nadłamać gałązkę krzewu, ale ponure spojrzenie eskortującego ją dzikiego powstrzymywało ją stale. W pewnej chwili udało się jej jednak złamać gałązkę krzewu przydrożnego, ale huron skoczył natychmiast ku temu krzewowi i połamał na nim tyle gałązek, że wyglądało to tak, jak gdyby tędy przeszło dzikie zwierzę; jednocześnie spojrzał na dziewczynę gniewnie i znacząco położył rękę na tomahawku. Próba upuszczenia rękawiczki nie powiodła się również, a groźna postawa eskorty zmusiła dziewczynę do zaniechania dalszych wysiłków.
Magua kroczył ku swemu celowi bez słowa i bez oglądania się za siebie. Za kompas służyło mu jedynie słońce. Tylko zrzadka zamieniał kilka słów ze swoimi towarzyszami, przedsiębiorąc wszelkie środki ostrożności i zacierając starannie ślady. Wędrówka trwała już kilka godzin i wreszcie gromadka dotarła do wzgórza, którego zbocza były takie strome, że siostry musiały zsiąść z koni, gdyż zwierzęta nie byłyby w stanie wdrapać się na nie z jeźdźcami na grzbiecie. Gdy wszyscy znaleźli się na wzgórzu, na którego szczycie rosły zrzadka samotne drzewa, Magua rzucił się natychmiast na ziemię, aby odpocząć po długiej wędrówce. Jeńcom kazano się położyć w cieniu drzewa, aby także odpoczęli i spożyli posiłek. Indjanie podzielili się kawałkami mięsa jelenia, upolowanego po drodze, i zabrali się do spożywania tego posiłku na surowo. W tej brutalnej uczcie nie uczestniczył Magua, siedząc samotnie na uboczu.
Major, dręczony niepewnością sytuacji, zbliżył się znowu do Magui, aby dowiedzieć się czegokolwiek o jego zamiarach. Ale w oczach hurona wyczytał tyle nienawiści, że zadrżał na myśl o tem, co czeka ich wszystkich.
— Idź do ciemnowłosej córki pułkownika Munro i powiedz jej, że Magua chce z nią porozmawiać — rzekł wreszcie huron.
Heyward, któremu nie pozostało nic innego do zrobienia, usłuchał, prosząc Korę, by starała się wpłynąć na dzikiego, aby zwrócił im wolność, wzamian za bogaty okup.
Gdy Kora zbliżyła się do Przebiegłego Lisa, ten podniósł się powoli i przez minutę stał milcząc. Potem skinął na Heywarda, aby się oddalił. Wahając się i ociągając, uczynił oficer zadość wezwaniu dzikiego.
— Cóż takiego Przebiegły Lis ma do powiedzenia córce pułkownika Munro — zapytała Kora, aby przerwać milczenie.
— Gdy Magua chadzał jeszcze ścieżkami wojny z mohawkami — zaczął Przebiegły Lis — wtedy stary wódz, twój ojciec, był wielkim wodzem naszych wojowników. Mówił on do mohawków: uczyńcie to lub tamto i wszyscy go słuchali. Wydał on takie prawo, według którego indjaninowi, który napił się wody ognistej, nie wolno było wejść do jego płócienego wigwamu. Magua otworzył usta jak głupiec i pił ognistą wodę, a gorący napój zapędził go do mieszkania Munro. I cóż uczyniła siwa głowa? Niechże powie jego córka sama.
— Nie zapomniał o prawie i skazał Maguę na sprawiedliwą karę — odpowiedziała bez trwogi dziewczyna.
— Na sprawiedliwą karę! — wybuchnął indjanin, spoglądając na Korę okiem pełnem nienawiści.
— Blade twarze nauczyły Maguę pić wodę ognistą, a potem ukarały go za to, że się jej napił. Czy to jest sprawiedliwość? Wódz huronów został przywiązany przez białych wojowników do pala i obity kijami jak pies. Tego Magua nie zapomni nigdy.
— Magua jest szlachetnym wodzem — odparła Kora. — Co winien uczynić mój ojciec, aby niesprawiedliwość jaką mu wyrządził wynagrodzić? Major Heyward powiedział ci już, że...
Magua ruchem głowy dał znać, że nic sobie nie robi z tego, co mówił major i z tego, co mówi doń Kora.
— A czegóż pragniesz za przywrócenie nam wolności? — zapytała Kora po długiej chwili milczenia.
— Słuchaj, teraz będzie mówił Magua. Gdy opuścił on swój lud, to żonę jego dano innemu wodzowi. Teraz znowu jest przyjacielem huronów i powróci do grobów swego plemienia nad brzegiem jeziora. Niechże córka angielskiego wodza idzie za nim i zamieszka w jego wigwamie, a wtedy inne blade twarze uzyskają wolność!
— Cóż miałby z tego Magua? — odpowiedziała Kora, starając się panować nad sobą. — Cóż przyszłoby mu z niekochanej kobiety, która nie należy do jego ludu i której twarz jest innej barwy? Lepiej Magua zrobi, jeśli weźmie pieniądze od Munra i kupi sobie za nie serce dziewczyny hurońskiej.
Ponura zaciekłość wyraziła się w rysach twarzy dzikusa, gdy zaczął mówić.
— Kiedy kijami raniono plecy hurona — odpowiedział Magua z szatańskim wyrazem twarzy — wówczas wiedział on już dobrze, skąd weźmie sobie żonę, aby zemścić się za swoją zniewagę. Córka pułkownika Munro będzie nosić mu wodę, mleć ziarno i krzątać koło jego ogniska. Ciało siwej głowy spoczywać będzie pod osłoną armat, ale serce wydane będzie na łup zemsty Magui.
— Potworze! — zawołała Kora zapominając o ostrożności. — Tylko szatan mógłby wymyślić taką zemstę. Ale spotka cię wielki zawód. Córka pułkownika Munro gardzi tobą i będzie umiała pokrzyżować nikczemny plan.
Przebiegły Lis tłumiąc wściekłość dał jej znak aby się oddaliła, zwracając się sam do grupy huronów, z którymi odbył krótką naradę. Kora wróciła pobladła między towarzyszy niedoli, którzy wyczekiwali na nią z wzrastającym niepokojem i zarzucili ją gradem pytań. Dziewczyna rzuciła się ku Alicji i tuląc ją w objęciach, zawołała:
— Nie pytajcie mnie o nic. Los nasz wyczytacie na twarzach tych potworów.
Wyraz twarzy dzikusów i ich gesty, świadczyły wymownie o tem, że Magua bez wielkiego trudu zdołał rozbudzić w nich najniższe instynkty i krwiożercze namiętności. Gdy przestał mówić, czerwonoskórzy wydali przeraźliwy okrzyk, rzucili się na jeńców, aby ich obezwładnić i spętać. Major bronił się rozpaczliwie, ale przemoc wzięła górę nad bezbronnymi. Gdy Heyward ocknął się ze stanu omroczenia w jakim się znajdował po walce, ujrzał, że jest przywiązany do pnia jednego z drzew. Po prawej stronie stała Kora, po lewej Alicja, obie przywiązane do sosen. Dzicy gromadzili suche drzewo, potrzebne do rozniecenia ognia dla dręczenia jeńców. Niektórzy z czerwonoskórych zaostrzali łuczywa, które płonąc, miały być wbijane w ciało torturowanych. Korony dwóch drzew przegięto ku sobie, aby na nich zawiesić za ręce majora. Podczas tych straszliwych przygotowań Magua podszedł do Kory.
— Cóż powie teraz córka pułkownika Munro? — spytał drwiąco. — Była zbyt dobra dla wigwamu Przebiegłego Lisa; a teraz będzie się poniewierać na tem tu wzgórzu i będzie pożarta przez wilki, a skalp jej zawiśnie u pasa Magui. Albo może mam odesłać żółtowłosą, której żal jest umierać, do jej ojca, a ty pójdziesz z Maguą nad wielkie jeziora, by nosić mu wodę i mleć ziarna? Chcesz zostać żoną Magui?
Kora z obrzydzeniem odwróciła się od mówiącego.
— Cóż ci proponuje kochana siostro? — zapytała drżąca Alicja — Czy nie mówił o odesłaniu mnie do ojca?
Długo Kora nie mogła przezwyciężyć się, aby powiedzieć siostrze całą prawdę, ale wreszcie zdecydowała się na to.
— Alicjo — rzekła — Magua chce nam darować życie i gotów jest przystać na to, abyś ty razem z Dunkanem wróciła do ojca, jeśli ja zgodzę się pójść razem z nim do wsi hurońskiej i zostać jego żoną. Powiedz siostro, i ty majorze, czy chcecie otrzymać wolność na takich warunkach? Macie prawo rozporządzać mną.
— Śmierć jest lepsza od hańby! — zawołał major.
— Tak, droga siostro — odrzekła po pewnej chwili Alicja — lepiej będzie, gdy umrzemy razem, tak jak razem żyłyśmy.
— To umieraj! — krzyknął wściekły Magua i tomahawkiem rzucił w młodszą siostrę. Śmiercionośne narzędzie przeleciało nad złotowłosą główką dziewczęcia, ale siekiera odcięła jej tylko pukiel włosów wbijając się w pień drzewa. Widok tego okrucieństwa napełnił serce Heywarda nieopisaną wściekłością. Zdobywając się na najwyższy wysiłek, stargał więzy, któremi był przywiązany do drzewa i skoczył do najbliższego napastnika, który właśnie przygotowywał się do rzutu tomahawkiem. Obaj przeciwnicy w śmiertelnej walce upadli na ziemię. Dziki miał przewagę nad majorem, gdyż skóra jego była pokryta tłuszczem i major nie mógł go chwycić. Już czerwonoskóry wzniósł swój nóż, aby zadać nim śmiertelny cios oficerowi, gdy wtem huknął strzał, dzikus wypuścił z ręki nóż, twarz jego przybrała wyraz zdziwienia i za chwilę, legł martwy na ziemi.
W pierwszej chwili huroni stanęli jak wryci, ale zaraz potem niby z jednych ust wydarł się zgodny okrzyk: „Długa Strzelba! Długa Strzelba!“, gdyż jedynie Sokole Oko mógł pozwolić sobie na podobnie ryzykowny strzał. Jakby w odpowiedzi na to wołanie z gąszczu wyskoczył Sokole Oko z odzyskaną długą strzelbą, bijąc kolbą niby maczugą. Ale szybciej, od niego wyłoniła się z głębi krzaków ciemna postać i wywijając nożem i tomahawkiem, rzuciła się pomiędzy huronów, aby własnem ciałem osłonić Korę. Za nim pośpieszył, okropnie pomalowany, ciemny wojownik. „Rączy Jeleń! Wielki Wąż!“ — rozlegały się okrzyki zaskoczonych huronów. Jedyny Magua zdobył się na okrzyk wojenny i z dobytym nożem rzucił się na Czingaszguka, który oczekiwał tej napaści. Było to jakby znakiem do ogólnej walki. Nikt nie miał broni palnej i walka zawrzała na noże i tomahawki. Unkas rozpłatał tomahawkiem głowę pierwszego hurona, który nawinął mu się pod rękę. Major wyrwał tomahawk Magui z drzewa i cisnął go w nadbiegającego czerwonoskórego, trafiając go w czoło i w zapale rzucił się do walki z gołemi rękoma; schwytał nawet przeciwnika, ale byłby padł ofiarą jego noża, gdyby w chwili decydującej Sokole Oko nie pośpieszył mu z pomocą i kolbą swej strzelby nie roztrzaskał głowy dzikiego.
Gdy Unkas powalił pierwszego przeciwnika, jął się rozglądać wkoło niby głodny lew szukając dalszych ofiar. Piąty huron, który narazie nie znalazł żadnego przeciwnika, rzucił właśnie w szatańskiej mściwości swój tomahawk w Korę. Straszna broń skaleczyła ramię dziewczyny, ale jednocześnie przecięła więzy, któremi była przywiązana do drzewa; Kora rzuciła się na pierś siostry, starając się co rychlej rozwiązać jej pęta. W tej jednak chwili krwiożerczy huron schwycił ją za włosy, omotał je dokoła ręki, rzucił dziewczynę na kolana przed sobą i podniósł wgórę nóż do skalpowania. Jak tygrys rzucił się Unkas na dzikiego, porwał go z ogromną siłą, rzucił o ziemię i walcząc z nim, zwalił się na niego. Walkę, która się właśnie rozpoczynała, a która mogła skończyć się dla Unkasa fatalnie, rozstrzygnęła kolba Sokolego Oka i tomahawk Heywarda, które zwaliły się na napastnika jednocześnie, podczas gdy Unkas wbił mu prawie w tej samej chwili swój ostry nóż w serce.
Jeszcze tylko walczyli ze sobą Przebiegły Lis i Wielki Wąż, a walka ich była nieubłagana. Obu walczących otaczała chmura kurzu, gdyż zapaśnicy niby dwa węże tarzali się po ziemi z niesłychaną szybkością, przerzucając się z miejsca na miejsce. Daremnie Unkas podnosił swój nóż a Sokole Oko kolbę swej strzelby. Splątane ciała wiły się tak szybko po ziemi, że niepodobna było odróżnić jednego od drugiego, w otaczającej ich kurzawie. Wreszcie udało się Czingaszgukowi uderzyć przeciwnika nożem. Magua rozwarł ramiona i padł bezwładny na ziemię. Mohikanin zerwał się z głośnym okrzykiem triumfu, któremu towarzyszyły wiwaty Unkasa i Sokolego Oka.
— Brawo, delawarowie! — zawołał uradowany strzelec. — Jeszcze tylko porządne uderzenie kolbą w łeb tego gada, abyśmy mieli pewność, że łotr nie wstanie nigdy.
Ale zanim mógł wykonać swój zamiar, Magua zerwał się na równe nogi i rzucił do ucieczki po zboczu wzgórza, z którego zbiegał niby strzała, i znikł w gąszczu, goniony zaciekle przez mohikanów.
— Tego można się było spodziewać po nim — zawołał strzelec, ochłonąwszy ze swego zdumienia. — Łotr i oszust zawsze takim zostanie.
Powiedziawszy to, wezwał delawarów do zaniechania pogoni przeciągłym gwizdem. — Niech sobie ucieka — rzekł — jest bezbronny i ranny, znajduje się zaś dość daleko od swoich przyjaciół francuzów, więc nie będzie nam mógł zaszkodzić.
Czingaszguk i Unkas zgodzili się z wywodami strzelca i podczas gdy pierwszy zbierał skalpy powalonych nieprzyjaciół, syn jego i major uwalniali z więzów Alicję i nauczyciela śpiewu. Młoda dziewczyna padła na kolana, żarliwą modlitwą dziękując Bogu za cudowne ocalenie od niechybnej śmierci, a Gamut śpiewał na całe gardło pieśń chwały.
Śród broni ukrytej w gąszczu leśnym przez huronów, Czingaszguk i Unkas odnaleźli swoje strzelby. Zresztą strzelb było tyle, że wystarczyło ich na uzbrojenie majora oraz nauczyciela śpiewu.
Wybawieni i wybawcy zeszli w dolinę. Tutaj dopomożono siostrom wsiąść na konie, które tymczasem pasły się spokojnie i niebawem miejsce straszliwych przeżyć i bezprzykładnej walki znajdowało się daleko. Po długim i męczącym marszu wędrowcy zatrzymali się dla wypoczynku nad źródłem leśnem, które dobrze było znane myśliwym. Rozniecono ogień i zabrano się do pieczenia dziczyzny, którą Sokole Oko zabrał z miejsca walk. Podczas przygotowań do wieczerzy opowiedział strzelec jak się stało, że w chwili największego niebezpieczeństwa mógł razem z mohikanami przyjść z pomocą jeńcom.
Zamiast śpieszyć do fortu Edwarda, opowiadał strzelec, aby sprowadzić pomoc, przeczuli oni niebezpieczeństwo, zagrażające ich towarzyszom i postanowili pozostać w pobliżu wyspy, śledząc ruchy huronów. Widząc odjazd karawany, Sokole Oko wraz z mohikanami podążył jej śladem i w chwili, gdy Magua szykował się do wykonania okrutnej zemsty, odnalazł swą broń i mógł wyzwolić jeńców.
— Dzięki tylko waszemu poświęceniu i odwadze uniknęliśmy niechybnej śmierci — powiedział major, wyciągając dłoń do strzelca. — Bez waszej pomocy zginęlibyśmy marnie z rąk dzikich!
— Nie mówmy o tem — odpowiedział szlachetny strzelec. — Jestem pewny, że na naszem miejscu postąpilibyście podobnie.


Rozdział VI

W DRODZE DO CELU

Posiliwszy się nieco i odpocząwszy po trudach walki, ruszyli nasi podróżni w dalszą drogę. Siostry dosiadły koni, mężczyźni wzięli broń do ręki i Sokole Oko, stanąwszy na czele karawany poprowadził ją wąską ścieżką. Obok sióstr postępowali major i Gamut, a obaj mohikanie zamykali niewielki pochód. Posuwano się naprzód z zachowaniem wszelkich środków ostrożności.
Droga była długa i męcząca. Wiodła ona naszych wędrowców po części przez równinę piaszczystą, po części przez gąszcz leśny. Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy Sokole Oko zatrzymał pochód.
— Znajdujemy się w miejscu, gdzie Wielki Wąż delawarów i ja walczyliśmy ongi z makwasami — rzekł strzelec wskazując przed siebie. — Było to w czasach naszej młodości. Zbudowaliśmy tu wówczas blokhauz z pni drzewnych, aby ocalić swoje skalpy. Jeśli znaki, które czyniłem sobie, nie mylą mnie, to musimy znajdować się blisko tej drewnianej twierdzy. Być może, że jest ona jeszcze o tyle dobra, iż znajdziemy w niej schronienie.
Bystre oko strzelca nie myliło się. Wśród nieprzeniknionego gąszczu znajdowała się chata zbudowana z grubych pni drzewnych, której strzecha, zrobiona z kory, już od bardzo dawna uległa wpływom niepogody, ale ściany były jeszcze mocne i mogły służyć jako ochrona na wypadek napaści. Obaj towarzysze dawnych walk pierwsi weszli do wnętrza blokhauzu. Stare wspomnienia owiały ich odrazu i w myślach ich ożyły minione czasy.
— Bardzo niewielu ludzi wie o istnieniu tęgo blokhauzu — rzekł strzelec do majora, gdy ten pomagał paniom zsiąść z koni. — Możemy nie obawiać się żadnej niespodzianki. Byłem jeszcze młody, kiedy stoczyliśmy tu walkę, i żywiłem różne piękne uczucia. Pogrzebałem poległych nieprzyjaciół i usypałem im ładną mogiłę, którą pan widzi przed blokhauzem.
Dreszcz przebiegł dziewczęta, które słyszały słowa strzelca i z wielkiem wahaniem weszły one do wnętrza chaty, w której mohikanie przygotowali dla nich posłanie z suchych liści. Wyczerpanie i potrzeba odpoczynku zrobiły jednak swoje i młode kobiety zapadły w głęboki sen.
Major ofiarował się wartować, podczas gdy inni będą spoczywali, ale strzelec, który sam ułożył się w trawie dla spoczynku, wskazał gestem na Czingaszguka i rzekł:
— Oczy białego człowieka nie są dość bystre, aby mogły wartować w tych stronach. Wódz delawarów będzie naszym szyldwachem. Unkas odpoczywa już sobie na mogile poległych dawniej przeciwników, a nauczyciel śpiewu także ułożył się do snu. Niech pan idzie ich śladami.
Heyward usłuchał tego wezwania i usadowił się przed wejściem do blokhauzu opierając się plecami o ścianę. Pomimo uporu, z jakim postanawiał czuwać, sen zmógł go ostatecznie. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego jak długo spał, gdy zbudzony został dotknięciem czyjejś ręki.
— Kto to? — zawołał zerwawszy się major.
— Przyjaciel — odpowiedział Czingaszguk cicho. — Księżyc świeci, odległość do fortu bladych twarzy daleka, huroni śpią, czas ruszyć w drogę.
— Dobrze, wodzu. Zbudź swoich przyjaciół i okiełzaj konie, a ja zbudzę panie.
— My już dawno nie śpimy, panie majorze — odezwał się srebrzysty głos Alicji z wnętrza blokhauzu. — Odpoczęłyśmy doskonale i pragniemy jak najszybciej ruszyć stąd.
Zanim jednak major zdołał odpowiedzieć, uwagę jego zwrócił cichy okrzyk Czingaszguka i czujna postawa Unkasa.
— Mohikanie czują zbliżanie się nieprzyjaciela — szepnął Sokole Oko, podnosząc się z ziemi. Teraz dźwignęła się z ziemi także wysoka postać Dawida Gamuta, który wydał okrzyk przerażenia.
— Wprowadź konie do wnętrza domu, Unkasie — ciągnął dalej strzelec — a wy, przyjaciele, schrońcie się do wnętrza domu. Chociaż jest bardzo stary, to jednak może posłużyć jako dobra ochrona przed kulami. Nie chciałbym przelewać krwi w tem miejscu, ale jeśli zajdzie potrzeba, to trudna rada.
Usłuchano wskazówek strzelca i zaledwie wszyscy znaleźli się w ukryciu, gdy dały się słyszeć jakieś kroki i głosy nawołujących się ludzi. Niebawem w okolicy domu ukazały się ciemne postacie hurońskich wojowników. Przed starą budowlą, która w tej chwili oświetlona była światłem księżyca, zatrzymali się dwaj dzicy. Rozmawiając z sobą, wojownicy zbliżyli się niezdecydowanie ku blokhauzowi, a jeden z nich, stanąwszy na mogile, pochylił się nad nią, aby ją zbadać.
Sokole Oko przygotował swój nóż do ciosu i zniżył lufę strzelby przestrzegając majora, aby zachowywał się ostrożnie i swą zapalczywością nie zdradził ich obecności. Najlżejszy ruch koni musiałby zdradzić huronom obecność naszych wędrowców i niebezpieczeństwo wykrycia groziło w każdej chwili. Wtem jeden z wojowników powiedział półgłosem kilka słów do swego towarzysza i obaj oddalili się śpiesznie, oglądając się trwożnie, żali duchy zabitych nie idą za nimi. Niebawem cały las był znowu pogrążony w zupełnej ciszy i nasi wędrowcy odetchnęli z uczuciem ulgi. Czingaszguk skradał się przez chwilę za uchodzącymi, a gdy powrócił, oświadczył, że nie zagraża żadne niebezpieczeństwo. Po tem oświadczeniu gromadka uszykowała się i wyruszyła w drogę przy słabym blasku księżyca.
Pochód prowadził, jak i poprzednio, Sokole Oko, jednak teraz brakło mu pewności siebie, gdyż okolica była nieznana; musiał się często zatrzymywać i badać puszczę. Po kilku godzinach uciążliwej wędrówki, odbytej poczęści dla ukrycia śladów w łożysku strumienia, podróżni dotarli do niewielkiej zalesionej doliny, gdzie zatrzymali się, aby odbyć naradę.
— Qui vive? — rozległ się nagle głos francuskiego wartownika.
— Przyjaciele króla Francji! — odpowiedział przytomnie major.
— Skąd i dokąd? — pytał dalej żołnierz.
— Wracamy z patrolu, w czasie którego pojmaliśmy w lesie córki pułkownika Munro, które wieziemy obecnie do generała Montcalma.
— O, moje panie — odpowiedział francuz — bardzo mi was żal. Ale losy wojny są zmienne. Nasz generał jest, jak się panie o tem przekonają, dzielnym i dobrym człowiekiem.
— Spodziewamy się tego — odpowiedziała Kora — i życzymy panu dobrej warty.
Po tej krótkiej rozmowie, karawana ruszyła dalej w kierunku fortu Williama. Po chwili Sokole Oko ze zdziwieniem zauważył brak Czingaszguka, lecz cichy jęk i łoskot padającego ciała wyjaśnił mu wkrótce wszystko. Wódz delawarów nie mógł spokojnie minąć ufnego wroga i teraz wracał z jego skalpem u pasa. Wydarzenie to zrobiło okropne wrażenie na majorze, który ze smutkiem myślał o wesołym, młodym żołnierzu.
— Znajdujemy się na terenie nieprzyjacielskich placówek — rzekł Sokole Oko szeptem. — Fort Williama musi leżeć zupełnie blisko. Przez łańcuch placówek udałoby się nam przebić, gdyby nie trzeba było zwracać uwagi na panie. Proponuję przeto, abyśmy się cofnęli ku górom na zachodzie, gdzie znam kryjówki, w których mogę zapewnić bezpieczeństwo wszystkim.
Propozycja strzelca została przyjęta bez dyskusji. Niebawem droga stała się bardzo uciążliwą. Kamienie i złomy skalne utrudniały posuwanie się naprzód, rozpadliny i doły uniemożliwiały marsz. Droga prowadziła coraz bardziej wzwyż i była coraz stromsza. Wędrowcy minęli gromadę karłowatych sosen i znaleźli się wreszcie na grzbiecie wyżyny płaskiej i skalistej, porosłej mchem. Jaśniejąca na wschodzie smuga wskazywała, że nadchodzi nowy dzień i wszystkie przedmioty zaczęły wynurzać się stopniowo z mroku, w którym dotychczas były pogrążone.
Strzelec wezwał panie, aby zsiadły z koni, a ponieważ nie można było korzystać z nich dalej, przeto odpędził je od gromadki wędrowców. Potem zaprowadził Heywarda i obie siostry na wschodnią krawędź płaskowyża. W głębi jakichś tysiąca stóp w nieznacznej odległości od brzegu rozległego jeziora widać było liczne budowle, mury i wały fortu Williama. Na zachód od fortu, na rozległej płaszczyźnie między jeziorem a górami, znajdował się obóz armji francuskiej liczącej conajmniej dziesięć tysięcy żołnierzy. Baterje francuskie rozpoczęły właśnie kanonadę. Widać było jak granat oderwał kawał muru z gmachu komendantury, w której mieszkał pułkownik Munro.
— Przybyliśmy o godzinę zapóźno — rzekł strzelec. — Lasy są pełne przeklętych irokezów.
— Straszne jest, że w godzinie niebezpieczeństwa nie możemy być przy boku naszego ojca — westchnęła Alicja płacząc.
— Udajmy się do Montcalma — zawołała Kora. — Jest to przecie żołnierz, który nie odmówi nam pozwolenia udania się do naszego ojca.
— Być może, że nie odmówi, ale zanim dostanie się pani do Montcalma, straci pani naprzód skalp... — rzekł strzelec. — Zresztą kanonada skończy się przecie kiedyś. Oto nadciąga mgła, która dzień zamieni w noc. Teraz możemy zaryzykować. Proszę ze mną.
To mówiąc zaczął pośpiesznie zbiegać ze stromego zbocza wdół. Major ujął obie siostry za ręce i podążył z niemi za strzelcem. To samo uczynili obaj mohikanie i Dawid Gamut.
— Gdyby mi się coś stać miało, to trzymajcie się wskazówek mohikan — zawołał strzelec, jeszcze raz obracając się do idących za nim towarzyszy wyprawy.
Całe towarzystwo biegło szybko ze zbocza góry i niebawem nasi wędrowcy znaleźli się śród gęstej, białej mgły, pozwalającej widzieć zaledwie na odległość kilku kroków. W połowie drogi między górami a fortem, z pośród mgły odezwało się nagle wołanie:
— Qui vive?
— Dalej, naprzód! — szepnął strzelec, zwracając się bardziej na lewo.
Kilkanaście głosów powtórzyło wezwanie.
— Ja — odpowiedział Dunan, pociągając za sobą śmiertelnie przerażone dziewczęta.
— Głupiec — zawołał jakiś głos z pośród mgły. — Co to znaczy „ja“?
— Przyjaciel Francji.
— Chyba wróg Francji — odpowiedział głos. — Ognia, koledzy!
Pięćdziesiąt strzałów huknęło jednocześnie. Na szczęście wszystkie kule minęły uciekających, których uratowała gęsta mgła.
W tej chwili Sokole Oko zatrzymał się.
— Odpowiedzmy na ten ogień — poradził szeptem — wówczas francuzi pomyślą, że mają do czynienia z wycieczką z fortu i cofną się, albo będą czekali na posiłki.
Plan był niezawodnie dobry, ale nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Ledwo nasi wędrowcy dali ognia, gdy cała równina przed nimi zaroiła się i ożywiła. Muszkiety trzaskały ze wszystkich stron, od brzegów jeziora, aż do lasu.
— Naprzód! — zawołał major drżąc ze strachu o życie powierzonych mu sióstr, które znowu ujął za ręce.
Wszyscy pobiegli na chybił trafił w gęstą mgłę. Wtem zagrały armaty fortu. Od wystrzałów i spowodowanego niemi wstrząśnienia powietrza mgła zaczęła się rwać w strzępy i unosić ku górze.
— Zmyliliśmy drogę! — zawołał Sokole Oko, zwracając się ponownie na prawo. — Biegnijmy w kierunku wystrzałów.
Przyspieszonym biegiem dążyli wędrowcy naprzód, gdyż tuż za sobą słyszeli wyraźnie kroki prześladowców.
— Strzelać! Strzelać! — krzyknął jeden z francuzów.
Ale z niewidzialnej wysokości odpowiedział potężny głos:
— Stójcie śmiało moi dzielni żołnierze z sześćdziesiątego pułku! Gdy nieprzyjaciel się zbliży przyjmcie go celnym ogniem.
— Ojcze, ojcze! — zawołał przenikliwy głos dziewczęcy z pośród mgły. — To jestem ja, twoja córka Alicja! Ratuj nas, ratuj.
— Stój! — huknął ostrym głosem angielski dowódca, a w głosie tym drżała jednocześnie wielka trwoga i niepokój. — To moje dzieci! Dalej, otwierajcie bramę! W pole żołnierze sześćdziesiątego pułku! Niech żaden nie strzela, abyście mi nie pozabijali moich piskląt! Odrzućcie francuskich napastników bagnetem!
Major usłyszał zgrzyt zardzewiałych zawiasów bramy, z której wylała się w mgłę ciemna masa żołnierzy. Był to sześćdziesiąty pułk i major stanął na jego czele powitany okrzykiem żołnierzy i poprowadził ich do ataku. Alicja i Kora znalazły się w objęciach kochającego ojca, pułkownika Munro, który przyciskał je do piersi, podczas gdy łzy radości spływały mu na poorane policzki.


Rozdział VII

RZEŹ W FORCIE WILLIAMA

Położenie oblężonych było bardzo trudne. Ogień artylerji wyrządził wielkie szkody w umocnieniach fortu, a zapasy żywności i amunicji miały się ku końcowi. W tej ciężkiej sytuacji, zdecydował się pułkownik Munro posłać do generała Webba gońca z zawiadomieniem, że dłużej fortu o własnych siłach nie utrzyma i prosi generała, aby ten pośpieszył z całą swą armją na pomoc. Trudną misję przedarcia się przez pierścień wojsk francuskich, powierzył pułkownik, na prośbę Heywarda, Sokolemu Oku.
Piątego dnia po południu wysłał Montcalm parlamentarza do twierdzy i zaproponował jej komendantowi krótkie zawieszenie broni, na co pułkownik przystał chętnie. Major Heyward skorzystał z zawieszenia broni i udał się na wał jednego z bastjonów, aby odetchnąć świeżem powietrzem. Doszedłszy do bramy wypadowej, ujrzał dwóch mężczyzn, zbliżających się do fortu od strony obozu francuskiego. Jednym z nich był Sokole Oko, drugim oficer francuski. Twarz strzelca była blada i zatroskana; szedł bez broni z rękami związanemi na plecach.
Majora zabolał widok ten niewymownie. Pośpieszył tedy natychmiast do pułkownika Munro, aby dowiedzieć się czegoś o wieściach jakie przynosił strzelec. Dowódcę zastał w sztabie twierdzy. Stary szkot był bardzo wzburzony i długiemi krokami przechadzał się po pokoju.
— Przybywa pan jak na zawołanie, panie majorze — zwrócił się do wchodzącego oficera. — Chciałem właśnie zaprosić pana do siebie. Natty Bumppo, czyli Sokole Oko, jak go powszechnie nazywają w puszczy, został pojmany w drodze powrotnej przez francuzów wraz z pismem generała Webba. Obecnie generał Montcalm odesłał mi jeńca, aby mógł poświadczyć autentyczność pisma.
— Cóż zawiera te pismo?
— Otóż to... Generał Webb dał naszemu wysłańcowi pismo, które Montcalm zdołał przejąć. Nie będę ukrywał przed panem, że położenie nasze jest fatalne. Zresztą wie pan o tem równie dobrze jak i ja. Wie o tem i Montcalm. Przez parlamentarza zaprasza on mnie na rozmowę osobistą na gruncie neutralnym między fortem a obozem jego wojsk. Chce mi osobiście wręczyć list generała Webba, a zarazem chce mi zakomunikować coś ważnego. Pragnę aby pan, panie majorze, pojechał za mnie. Niech pan się przygotuje i za kwadrans wyruszy.
Major natychmiast udał się pod ochroną białego sztandaru w stronę obozu francuskiego, gdzie został przyjęty przez generała Montcalma. Mimo serdeczności, jaką wódz francuski okazał młodemu oficerowi, odmówił on stanowczo okazania listu generała Webba, zaznaczając, że może go wręczyć jedynie dowódcy fortu Williama. Major zdziwiony tym warunkiem i przeczuwając coś złego, kryjącego się w postępowaniu francuskiego generała, wrócił natychmiast do fortu i zdał pułkownikowi raport z przebiegu pertraktacji. Munro po chwilowym namyśle zdecydował się ostatecznie udać osobiście na spotkanie z generałem francuskim, aby wyjaśnić sytuację.
O określonej godzinie otworzyła się brama i komendant fortu Williama w towarzystwie majora Heywarda oraz kilku innych oficerów wyszedł na równinę. Generał francuski kroczył na jego spotkanie otoczony wspaniałą świtą. Przed obu dowódcami wojsk niesiono białe flagi. Wodzowie przywitali się bardzo uprzejmie. Montcalm był człowiekiem w średnim wieku i ani wzrostem ani szerokością ramion nie dorównywał swemu szkockiemu przeciwnikowi, pułkownikowi Munro. Skłoniwszy się przed siwowłosym komendantem fortu oddał mu list generała Webba, oczywiście, już otwarty.
Oczy pułkownika Munro błądziły po karcie papieru a twarz jego, jeszcze przed chwilą taka poważna i surowa, zbladła i przybrała wyraz bolesny. Usta zadrgały staremu żołnierzowi, głowa osunęła bezradnie na pierś, a list wypadł z ręki. Heyward podniósł list z ziemi i przeczytał go pobieżnie. Najwyższy wódz wojsk angielskich wzywał pułkownika w słowach suchych i twardych, aby poddał fort nieprzyjacielowi, gdyż na pomoc nie może mu posłać ani jednego żołnierza.
— Mistyfikacja jest zupełnie wykluczona — szepnął major, blednąc również. — List jest autentyczny. Znam pismo generała.
— Jaki wstyd sprowadza ten człowiek na moje siwe włosy — zawołał Munro. — Spotyka mnie najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się oficerowi.
— Nie! Nie! Panie pułkowniku — krzyknął Heyward głosem stanowczym. — Jeszcze jesteśmy panami twierdzy i wróg drogo zapłaci za jej zdobycie.
— Dziękuję ci, mój synu! — zawołał pułkownik — za te mężne słowa. Nie mamy tu nic do czynienia. Umrzemy z honorem!
— Panowie — powstrzymał ich generał francuski. — Nie znacie zupełnie Ludwika de St. Veran, markiza de Montcalm, jeśli uważacie, że byłby zdolny wyzyskać ciężkie wasze położenie i upokorzyć dzielnych żołnierzy. Słuchajcie, jakie wam zaproponuje warunki poddania fortu.
— Słuchamy — odpowiedział pułkownik spokojnie.
— Skuteczna obrona na dalszą metę jest wykluczona — mówił Montcalm. — Interesy mego monarchy wymagają, aby fort Williama został zniszczony i ten obowiązek muszę spełnić, ale waszym dzielnym żołnierzom będzie przyznane wszystko, co można przyznać zwyciężonemu przeciwnikowi.
— Nasze sztandary? — zapytał Heyward.
— Zabierzcie je ze sobą do Anglji i pokażcie je swemu królowi.
— A broń?
— Zatrzymacie ją. Nikt od was nie jest godniejszy zachowania broni.
— A warunki poddania i odwrotu?
— Jedno i drugie odbędzie się tak, aby honor wasz nie był w niczem dotknięty.
Munro, któremu słowa Francuza przetłumaczono, był bardzo wzruszony. Zwracając się do majora, rzekł:
— Idź, mój synu, z generałem i ułóż się co do wszystkich warunków poddania fortu. Dzisiaj dowiedziałem się o czemś, czego nie uważałbym za możliwe. Widzę Anglika, który obawia się pośpieszyć z pomocą towarzyszowi broni i Francuza, który jest tak szlachetny, że nie chce wyzyskać ciężkiego położenia przeciwnika.

Po tych słowach pożegnał się z generałem i smutnie opuściwszy głowę udał się w drogę powrotną.
∗             ∗

Nad jeziorem, nad lasami, górami i nad całą twierdzą leżała milcząca noc. Ciszę panującą dokoła przerywały jedynie nawoływania wart.
W tym czasie rozchyliły się zasłony namiotu generała Montcalma i postać otulona od stóp do głów w ciemny płaszcz wyszła nazewnątrz. Postać przeszła niemal przez cały obóz i zbliżała się powoli ku wałom twierdzy. Na okrzyki wartowników tajemniczy mąż rzucał w odpowiedzi hasło „zwycięstwo“, poczem warty przepuszczały go swobodnie. Niebawem człowiek ów znalazł się nad jeziorem i tu zatrzymał się w cieniu drzewa, przyglądając się wałom angielskiego fortu. Blask księżyca pozwalał widzieć dość jasno wszystkie przedmioty dokoła.
Na jednym z wałów ukazała się wysoka i barczysta postać pułkownika Munro. Siwowłosy żołnierz spoglądał to na obóz rozciągający się u stóp fortu, to na niebo, na wschodniej stronie którego różowił się nowy dzień, mający być bolesnym dniem poddania się nieprzyjacielowi.
Człowiek w ciemnym płaszczu, którym był sam generał Montcalm, nie chcąc być zauważony przez swego szlachetnego przeciwnika, cofnął się w cień drzewa, gdy wtem usłyszał jakiś podejrzany szmer i odwróciwszy się ujrzał skradającą się do wału postać dzikiego.
W nikłem świetle księżycowem widać było wyraźnie, jak skradający się podnosi strzelbę i celuje do pułkownika Munro. Generał Montcalm szybkim ruchem odchylił lufę karabinu i schwytał dzikiego za ramię.
— Co to ma znaczyć? — zapytał surowo generał. — Czy Przebiegły Lis nie wie, że anglicy i jego kanadyjski ojciec zakopali siekierę wojenną?
— To nic nie obchodzi huronów — odpowiedział dziki łamaną francuszczyzną. — Blade twarze zawierają pokój i godzą się z sobą, a czerwoni wojownicy nie zdobyli ani jednego skalpu.
— Magua jest wielkim wodzem — odpowiedział Montcalm. — Niech tego dowiedzie i pouczy swój lud, jak zachowywać się trzeba względem naszych nowych przyjaciół.
— Dlaczego wódz kanadyjski przyprowadził młodych wojowników do tych lasów, dlaczego wymierzył swoje wielkie rury ogniste przeciwko owemu domowi z ziemi? — pytał indjanin.
— Aby go zdobyć. Mój król wysłał mnie, twego ojca, abym zajął ten kraj. Teraz, gdy anglicy zgodzili się odejść, nie są już naszymi wrogami.
— Magua wykopał swój tomahawk, aby go ubarwić krwią. Siekiera jego jest jeszcze czysta. Gdy zostanie zabarwiona krwią, to Magua zakopie ją ponownie.
— Magua zobowiązał się, że nie pokala francuskiego sztandaru. Nieprzyjaciele wielkiego króla za wielkiem jeziorem są jego nieprzyjaciółmi, ale wszyscy przyjaciele króla muszą być przyjaciółmi Magui.
— Niech mój ojciec mi poda rękę swoją — rzekł dzikus głosem stłumionym.
Po pewnem wahaniu generał uczynił zadość życzeniu czerwonoskórego. Magua ujął rękę generała i palce jej położył sobie na dużej bliźnie na piersi.
— Czy mój ojciec wie, co to jest? — zapytał tonem triumfującym.
— Któryż to żołnierz nie zna śladów, jakie pozostawia kula? — odparł generał.
— A to? — zagadnął dzikus, przesuwając rękę generała po plecach swoich.
— O, mój synu — rzekł generał, — zostałeś sromotnie obity. — Któż to uczynił?
— Magua miał twarde łoże w angielskich wigwamach, a kije pozostawiły ślady — odpowiedział dzikus z ponurym śmiechem. — Lis Przebiegły już wie, co powie swoim wojownikom.
Rzekłszy to, zwrócił w stronę dalekiego lasu i oddalił się śpiesznie od generała.
Montcalm, trapiony przykremi przeczuciami i pełen dziwnego smutku, udał się w stronę powrotną do swego namiotu.
Rankiem dnia następnego w obozie francuskim odzywały się radosne dźwięki trąb i łoskot bębnów, obwieszczających zwycięstwo. Inaczej było w forcie Wiliama! Po pobudce zaczęto czynić przygotowywania do opuszczenia fortu. Bez słowa, w nastroju ponurym, stawali żołnierze w szeregach i brali na ramię nienabite karabiny. Kobiety i dzieci przebiegały z miejsca na miejsce, aby pozabierać ze sobą wszystko, co przedstawiało dla nich jakąkolwiek wartość a jednocześnie aby znaleźć dla siebie opiekę mężczyzn podczas wędrówki przez puszczę.
Pułkownik Munro stanął na czele swoich żołnierzy w smutnym nastroju. Zdawał się być jeszcze starszym, niż był w istocie. Troskę o córki pozostawił majorowi Heywardowi.
Ponieważ jednak Dunkan miał jako dowódca 60 pułku wiele zajęcia, przeto starał się znaleźć dla sióstr opiekuna, który nie opuszczałby ich ani na chwilę. Należało zabezpieczyć je przed wszelkiemi możliwemi przygodami, szczególnie przed możliwem natręctwem żołnierzy. W tym momencie przyszedł mu na myśl Gamut. Odszukawszy Dawida major w kilku słowach wyłuszczył mu swą prośbę, którą nauczyciel przyjął z zadowoleniem. Dawszy mu instrukcje, jak ma postępować w wypadku jakiegoś napadu, major pożegnał się z Alicją i Korą, obiecując powrócić natychmiast, gdy tylko pozwolą na to jego obowiązki.
Sygnał do wyruszenia z fortu rozległ się ponuro i w ślad za jego dźwiękami smutny pochód ruszył w drogę, przebywając bramę, obsadzoną już przez białych grenadjerów Montcalma, nad którą w porannym wietrze powiewał sztandar z liliami francuskiemi.
Kora i Alicja ręka w rękę, szły obok siebie w tłumie kobiet i dzieci, odbierając ukłony oficerów francuskich, którzy kłaniali się młodym dziewczętom z głębokim szacunkiem i szczerem współczuciem. Większość kobiet i dzieci musiała odbywać wędrówkę pieszo, ponieważ wozy nie wystarczyły nawet dla zabrania wszystkich rannych i chorych. Niejeden stary inwalida musiał wędrować o kulach, dźwigając przytem tobołek, w którym mieścił się cały jego skromny dobytek.
Pochód zwyciężonych posuwał się bardzo powoli po równinie wzdłuż szpaleru wojsk Montcalma, które przepuszczały obok siebie pokonanego przeciwnika. Anglicy skierowali się ku lasowi, na którego skraju widać było wielkie gromady czerwonych wojowników, będących pomocniczemi wojskami francuskiemi.
Gdy uchodźcy przechodzili obok dzikich wojowników, jednemu z nich spodobała się czerwona chusta jakiejś biednej kobiety, dźwigającej dziecko. Dziki podskoczył do niej z zamiarem odebrania jej tej chustki, lecz przerażona kobieta zawinęła w nią swoje małe dziecko i przytuliła je do piersi. Rozwścieczony indjanin wyrwał dziecko z rąk matki i chwyciwszy je zażądał okupu. Zrozpaczona kobieta ofiarowała dzikiemu wszystko co miała, lecz część okupu a wraz z nią i chustkę pochwycił inny huron. Widząc to, wściekły napastnik roztrzaskał głowę dziecka i skrwawione zwłoki rzucił oniemiałej z bólu kobiecie pod nogi. Okrzyk zgrozy i przerażenia przebiegł przez tłum kobiet i dzieci na widok tego okrutnego czynu.
W tej właśnie chwili Magua dał hasło do napadu. Wycie tak straszne, jakgdyby pochodziło z samych piekieł, było odpowiedzią na jego okrzyk. Więcej niż dwa tysiące dzikich wyskoczyło z gąszczu leśnego i rzuciło się na tłum bezbronnych kobiet i dzieci. Śmierć w swojej najohydniejszej postaci zbierała obfite żniwo. Opór budził tylko tem większą wściekłość dzikich. Nawet zwłoki pomordowanych szarpano, przebijano dzidami i krajano nożami. Krew płynęła strumieniami, a niejeden czerwonoskóry oszalały jej widokiem, przypadł do ziemi i pił chciwie z tego okropnego strumienia.
Nieliczne oddziały straży tylnej próbowały zachować porządek i w zwartych szeregach bronić kobiet bagnetem, ale przewaga dzikich była tak wielka, że anglicy nie byli w stanie stawić dłuższego oporu.
Pułkownik Munro zrozumiał odrazu beznadziejność sytuacji i rzucił się w stronę obozu francuskiego, aby prosić Montcalma o pomoc.
Alicja i Kora, otoczone tłumem oszalałych ze strachu kobiet i dzieci, widziały ojca, przebiegającego obok nich; głosem rozpaczy wzywały ratunku, ale pułkownik nie słyszał ich.
Dawid Gamut pamiętał o swoich powinnościach i nie oddalił się od obu sióstr ani na krok. Potężnym głosem rozpoczął nagle śpiew psalmów.
Pobożne słowa pieśni słychać było mimo wrzasku, zgiełku i krzyków towarzyszących rzezi. Huroni, znajdujący się w pobliżu przerwali swą krwawą pracę, usuwając się śpiesznie, gdyż wzięli Gamuta za umysłowo chorego, a dzicy z zabobonnym lękiem traktują szaleńców, jako ulubieńców i wybrańców Manitu. Dźwięk pieśni doszedł wreszcie do uszu Magui, który szybko zbliżył się do Dawida, wydając okrzyk dzikiej radości, gdy obok śpiewaka ujrzał swoje niedawne branki. O nie chodziło mu przedewszystkiem i dla nich przeszukiwał całe pole tej straszliwej rzezi.
— Pójdź za mną — rzekł do Kory, kładąc na jej ramieniu rękę powalaną krwią, — wigwam huronów stoi dla ciebie otworem. Jest on lepszy, niż to miejsce.
— Precz łotrze — zawołała Kora, ze wstrętem odwracając się od zdrajcy. — Ta rzeź jest twoim dziełem.
Indjanin roześmiał się wzgardliwie na całe gardło, a potem rzekł, podsuwając jej pod oczy zakrwawioną rękę:
— Magua jest wielkim wodzem. — Czy teraz pójdzie czarnowłosa do jego wigwamu?
— Nigdy! Zabij mnie zaraz i dokonaj swego piekielnego dzieła, bo żywą nigdzie za tobą nie pójdę.
Przebiegły lis rozmyślał przez chwilę, a potem, porwał zemdloną Alicję i rzucił się z nią do lasu.
— Stój! — wołała Kora, biegnąc za dzikusem. — Stój, nędzniku, co chcesz uczynić z tem biednem dzieckiem?
Magua nie odpowiedział. Coraz szybszym krokiem oddalał się od miejsca walki. Zrozpaczona Kora biegła za nim.
— Wstrzymaj się, lady, — słyszała za sobą głos Dawida — wstrzymaj się!
Gamut, widząc, że jego nawoływanie było daremne, pobiegł za Korą i nanowo zaczął śpiewać psalm, a prawicą podniesioną nadawał takt samemu sobie. Niejeden dzikus podniósł już broń na Korę, ale widok tego wysokiego człowieka, który śpiewał przy zgiełku bitewnym, wywierał na dzikich wrażenie szaleńca, i pełni strachu usuwali się z jego drogi w lesie. Tutaj odnalazł Magua konie dziewcząt, które schwytali jego wojownicy. Na jednym z nich umieścił zemdloną Alicję, na drugim Korę, poczem ujął konie za lejce i poprowadził w głąb lasu.
Wierny Gamut, na którego dzikus nie zwracał najmniejszej uwagi, powlókł się w las za obiema siostrami, postanawiając dotrzymać swego przyrzeczenia, że nie opuści ich w żadnem położeniu.
Długo jeszcze do uszu podróżnych dochodziły straszne odgłosy rzezi, która przeszła do historji jako „rzeź na forcie Williama“, kładąc krwawą plamę na karjerze generała Montcalma, który swoją bezczynnością umożliwił huronom wykonanie jej.



Rozdział VIII
NA TROPIE

Trzeci dzień od strasznej rzezi miał się ku końcowi. Nad ruinami fortu i w jego okolicy panowała cisza śmierci. Budowle twierdzy były w tej chwili już tylko dymiącemi zgliszczami. Wszędzie widać było zwęglone belki, szczątki rozbitych armat i rozsadzonych murów.
Na jakąś godzinę przed zachodem słońca pięciu mężczyzn wyłoniło się z lasu i zmierzając ku miejscu, na którem stał dawniej fort Williama. Na przedzie szedł młody indjanin, rozglądając się uważnie i śledząc wszystko dokoła. Drugi czerwonoskóry trzymał się nieco zdala i miał na oku skraj lasu. Trzej inni ludzie byli to biali, odziani w ubiór, jaki noszą zazwyczaj strzelcy, żyjący stale w lasach. Byli to nasi starzy znajomi: Unkas, pułkownik Munro, oraz jego niedoszły zięć major Dunkan Heyward.

Wygląd indjanina był dość dziwny...


Całe pole pokryte było jeszcze ciałami ofiar straszliwej rzezi. Pułkownik i jego towarzysze starannie oglądali trupy, szukając najwidoczniej zwłok Kory i Alicji.
Gdy Unkas znalazł się na środku pola, wydał donośny okrzyk, tak że wszyscy jego towarzysze pośpieszyli ku niemu. Młody wojownik zatrzymał się przed stosem zwłok kobiecych. Straszliwym był widok tych rozkładających się ciał, ale pomimo to pułkownik Munro i major Heyward zabrali się do przeglądania ich, pobudzani przez miłość, która wszystko pokonywa. Poszukiwania te nie dały jednak żadnego wyniku.
Unkas pobiegł znowu przodem. Nagle wspiął się na palcach i spojrzał uważnie w kierunku krzewów, rosnących na skraju lasu.
— Hu! — spłynęło z jego ust słowo, oznaczające zdumienie.
— Cóż tam takiego, mój chłopcze? — zapytał nadchodzący strzelec szeptem, pochylając się jednocześnie niby pantera do skoku. — Czy widzisz może jakiego niegodziwego człowieka, który obdziera zwłoki poległych? Wskaż mi go, a nie uniknie kuli z mojej strzelby.
Bez słowa odpowiedzi skoczył Unkas ku jednemu z krzewów i po chwili uniósł triumfująco nad głową kawałek zielonego szala Kory.
— Moje dziecko! — jęknął pułkownik. — Kto mi zwróci moje dziecko?
— Unkas dokona tego! — odpowiedział indjanin spokojnie i poważnie.
Nieszczęśliwy ojciec wyciągnął rękę po nędzny kawałek szala i przycisnął go do swej piersi, podczas gdy oczy jego błądziły niespokojnie od krzewu do krzewu, starając się wyczytać w nich tragedję, jaka tu zaszła.
— Tutaj niema już żadnych zwłok — rzekł Heyward głosem przyduszonym — do tych miejsc mordercy nie dotarli.
— Tak jest istotnie — dodał Sokole Oko. — Niemniej jasnem jest, że młoda kobieta sama, lub w towarzystwie tych, którzy ją uprowadzili, tędy przechodziła. Musimy iść jej śladem, który Unkas niezawodnie odkryje.
Wywiadowca mówił jeszcze, gdy Unkas, który tymczasem pobiegł aż na skraj lasu, zawołał stamtąd na swoich towarzyszy. Wszyscy pośpieszyli natychmiast na jego zew. Na niskiej gałęzi buku powiewał drugi kawałek zielonego szala.
Heyward chciał rzucić się do lasu, ale strzelec zagrodził mu drogę swoją długą strzelbą, mówiąc:
— Spokojnie i rozważnie. Co czynić dalej, to już wiemy, ale nie powinniśmy działać bez zastanowienia się. Wiemy, gdzie trzeba szukać naszych pań i to wystarczy nam narazie.
— Niech cię Bóg błogosławi za te słowa, drogi przyjacielu — rzekł wzruszony pułkownik. — Ale gdzie mogłyby uciec? Gdzie mogą znajdować się moje dzieci?
— Gdziekolwiek się znajdują — odpowiedział Sokole Oko — odszukamy je. Jesteśmy właśnie na jednym końcu drogi, chodzi teraz o to, aby dotrzeć do drugiego końca, choćby był oddalony o sto mil od nas.
— Hu! — zawołał Czingaszguk, który badał okoliczne krzewy, wskazując na ziemię takim ruchem, jakgdyby zobaczył jadowitą żmiję.
— Ślad człowieka — zawołał major, pochylając się ku ziemi — i to nad brzegiem kałuży. Dziewczęta zostały przez kogoś uprowadzone.
— To lepiej w każdym razie, niż gdyby miały zginąć w tej puszczy z głodu i z pragnienia — odrzekł Sokole Oko. — Coraz wyraźniejszem się staje, co czynić należy i gdzie szukać córek pułkownika. Gotów jestem założyć się o pięćdziesiąt skórek bobrowych, że przed upływem miesiąca nasi mohikanie zaprowadzą nas przed wigwamy tych zbójów, których szukamy.
Unkas przykląkł, aby zbadać dokładnie znaleziony ślad.
— No, mój chłopcze — zapytał strzelec, obserwujący go bardzo uważnie. — Co możesz powiedzieć nam o tym śladzie?
— Przebiegły Lis — padła krótka i stanowcza odpowiedź.
— Ha, znowuż ten szatan. Nie zejdzie on nam z drogi, dopóki moja długa strzelba nie poprosi go o to pięknie i grzecznie. Przypatrz się i ty temu odciskowi, Wielki Wężu, bo cztery oczy lepiej widzą, niż dwa. Nieraz już przyglądałeś się śladom Magui, gdyśmy tropili tego łotra.
Czingaszguk uczynił zadość żądaniu strzelca i po krótkiej chwili, podnosząc się z ziemi, rzekł tylko jedno słowo:
— Magua.
— Nie może już ulegać najmniejszej wątpliwości, że czarnowłosa i Magua tędy właśnie przechodzili.
— A Alicja? — zapytał przerażony Heyward.
— Jak dotąd, nie natrafiliśmy jeszcze na żaden ślad Alicji — rzeki strzelec, rozglądając się bacznem okiem dokoła po drzewach i krzakach oraz po ziemi. — Ale cóżeś tam znalazł, Unkasie?
Unkas podał strzelcowi znaleziony przedmiot.
— Piszczałka naszego nauczyciela śpiewu — zawołał rozbawiony strzelec. — Teraz posiadamy już tak wyraźne ślady, iż niema wątpliwości, że obie panie znajdują się razem z Gamutem.
— W takim razie Kora i Alicja nie są pozbawione wiernego przyjaciela — powiedział major. — Ale nie jesteśmy pewni jeszcze, czy siostry są razem, bo nie znaleźliśmy dotąd nic takiego, co pozwalałoby nam o tem przypuszczać.
— A może właśnie zdobyliśmy dowód — zawołał Sokole Oko — bo oto Unkas coś przynosi. Pokaż mi, chłopcze, co znalazłeś.
Heyward poznał natychmiast w przedmiocie podniesionym przez mohikanina ulubioną broszkę Alicji, z którą nie rozstawała się nigdy.
— Chwała Bogu! — zawołał wzruszony. — Dalej, naprzód, przyjaciele! Dziewczęta oczekują na wyzwolenie z niecierpliwością.
— Nie tak ostro, panie majorze — odpowiedział Sokole Oko. — Nie udajemy się do lasu na polowanie na wiewiórki. Rozpoczynamy podróż, która trwać będzie wiele dni; wypadnie nam może przebyć okolice, znane tylko dzikim zwierzętom. Przed podobną wyprawą zasiadamy zwykle wokół ogniska i spokojnie naradzamy się nad sposobem postępowania, by nie uczynić jakiego nierozważnego kroku. Wróćmy, zatem do ruin fortu, gdzie spożyjemy wieczerzę i odbędziemy naradę.
Ton, którym wywiadowca wypowiedział swą myśl, był tak stanowczy, że Heyward, choć mu się rwało do czynu, nie śmiał się sprzeciwiać i niewielki oddziałek cofnął się do fortu. Noc już zapadła i obaj mohikanie wspomagani przez strzelca szybko przystąpili do przygotowania noclegu. Podniósłszy dwie belki, ustawili je pionowo, kładąc na nie kilka desek, opartych końcami o mur. Utworzył się w ten sposób rodzaj szałasu, który chronił przed ewentualnym deszczem i zabezpieczał ognisko przed zbytnią widocznością. Pułkownik Munro, zmęczony długim marszem i przeżytemi wrażeniami, zasnął wkrótce po spożyciu wieczerzy. Heyward, którego męczyła bezczynność, oddalił się wgłąb ruin, szukając zapomnienia w przechadzce. Gdy wrócił i stanął opodal szałasu, ujrzał Sokole Oko i jego przyjaciół mohikanów jak prowadzili ożywioną naradę nad sposobem dalszego postępowania. Nie wiele major rozumiał z języka delawarów, ale gesty, których używali mówcy, były tak obrazowe, że domyślił się z nich całego planu, który powzięli leśni wędrowcy. Postanowili rozpocząć o wschodzie słońca pościg za Przebiegłym Lisem, lecz znając już ogólnie kierunek jego ucieczki, która szła na północ, chcieli się przeprawić przez jezioro na kanu, przez co zaoszczędzali kawał drogi, i dopiero na drugim brzegu jeziora mieli zamiar poszukać śladów zbiega.
Do uszu majora dobiegł nagle podejrzany szmer, który zwrócił jego uwagę. Nie mogąc sam rozpoznać, skąd pochodzi, wezwał gestem strzelca, który natychmiast przybył na jego wezwanie. Po krótkiej obserwacji doszli obaj do przekonania, że do obozowiska ich zakrada się jakaś postać. Aby nie płoszyć przybysza, Czingaszguk pozostał spokojnie przy ognisku, Unkas zaś znikł w ciemnościach fosy, starając się okrążyć przeciwnika. Po chwili rozległ się strzał i kula trafiła w ognisko wędrowców, nie czyniąc zresztą żadnej krzywdy siedzącemu przy nim mohikaninowi. Jeszcze echo tego strzału nie ucichło w ruinach fortu, gdy przemówiła strzelba Unkasa. Wkrótce wędrowcy ujrzeli młodego indjanina, jak wracał spokojnie do obozowiska. Przy pasie jego wisiał świeży skalp.
— Cóż to było? — spytał Sokole Oko.
— Oneida — odpowiedział spokojnie Unkas.
— Co mówisz! — wykrzyknął strzelec. — Jeśli to prawda, to trafiliśmy w dwa ognie, gdyż niema na świecie większych łotrów jak huroni i oneida. Ale wobec tego, że nie słychać, aby się ich tutaj więcej kręciło, możemy zgasić ognisko i udać się na spoczynek.
Sokole Oko podniósł się z legowiska przed świtem, szybko obudził pozostałych wędrowców i dał hasło do wymarszu. Podróżni przesunęli się cicho wzdłuż fos fortu, zasypanych gruzem, na którym stopy nie pozostawiały żadnego śladu i zbliżywszy się do brzegu jeziora wsiedli do przygotowanego zawczasu przez Unkasa kanu. Aby na miękkim piasku wybrzeża nie pozostawić śladów, kazał Sokole Oko przerzucić deski i po nich przeprawiono się do łódki. Strzelec i mohikanie schwycili za wiosła i lekka łódeczka pomknęła jak strzała po cichych wodach wielkiego jeziora. Po kilku godzinach szybkiej jazdy kanu zaczęło się zbliżać do przeciwległego brzegu jeziora, w pobliżu którego znajdowało się szereg wysepek pokrytych lasem. Czingaszguk przeszedł na dziób czółna, aby swobodniej obserwować wysepki, w których mógł się ukrywać wróg.
— Hu! — wykrzyknął ostrzegawczo wódz delawarów, wskazując wyciągniętą ręką wysepkę przed łodzią.
— Nie widzę nic podejrzanego — powiedział major, uważnie wpatrując się w wskazanym kierunku.
— Gdy Czingaszguk ostrzega — odpowiedział spokojnie strzelec, — musi mieć ku temu dostateczne powody. Ta mgiełka, jakby się zdawało na pierwszy rzut oka, to w rzeczywistości dym z przygaszonego ognia. Nie ulega wątpliwości, że nasi serdeczni przyjaciele huroni obozują na wyspie. Mamy tylko dwie drogi do wyboru: albo zawrócić do fortu i starać się przedostać pieszo na drugi brzeg jeziora, albo przebić się siłą oręża pomiędzy wyspami. Co myślisz o tem, Wielki Wężu?
Za całą odpowiedź mohikanin uderzył silniej wiosłami i łódź pomknęła z szybkością strzały, zmieniając jedynie kierunek, celem ominięcia wysepki na odległość strzału karabinowego. W tej chwili huknął strzał i kula uderzyła w wodę daleko od łodzi; jednocześnie na brzegu wyspy ukazał się tłum huronów, którzy, wyjąc, dopadli dwuch kanu, stojących w małej zatoce, i ruszyli w pościg za łodzią wędrowców.
— Trzymaj ich na odległość strzału mojego karabinu! — zawołał Sokole Oko do Czingaszguka — a damy im taką nauczkę, że odejdzie im na dłuższy czas ochota do pościgu.
Nagły ostrzegawczy okrzyk Unkasa zwrócił uwag wszystkich na trzecią łódź, która, wypłynąwszy z sąsiedniej wyspy, starała się zabiec drogę kanu podróżnych. Należało szybko zmienić kierunek i zdwoić wysiłki, by uniknąć grożącego niebezpieczeństwa. Długa strzelba Sokolego Oka przemówiła w decydującym momencie i jeden z huronów wpadł do wody. Zamieszanie, jakie ten celny strzał wywołał w osadzie łodzi, wyzyskali mohikanie do wysunięcia kanu na znaczną odległość od przeciwników, których łodzie wyciągnęły się teraz w jedną linję. Ucieczka mogła skończyć się niepomyślnie, gdyż łodzie hurońskie posiadały więcej wioślarzy, którzy przytem nie byli zmęczeni długotrwałą podróżą, jak Sokole Oko i jego towarzysze. Jednak długa strzelba i pewne oko strzelca zrobiły swoje. Trzymając własną łódź na odległości nie pozwalającej dzikim na skuteczny strzał, sam raził ich ogniem, a każdemu strzałowi towarzyszyło wycie wściekłości i upadek jednego z wioślarzy. Huroni długo nie wytrzymali w podobnych warunkach i wkrótce przerwali pościg.
Wkrótce kanu zbliżyło się do brzegów jeziora. Czingaszguk odnalazł cichą zatokę, gdzie wylądowano, poczem, wyciągnąwszy łódź na brzeg, ukryto ją w gęstwinie leśnej. Noc już zapadała, gdy rozpoczęto dalszy marsz przez okolice dzikie i trudne do przebycia, w których rzadko przebywał człowiek. Sokole Oko i Czingaszguk prowadzili pochód, równie pewnie, jakby miejscowość ta była im dobrze znana. Po wielogodzinnym marszu strzelec postanowił zatrzymać się i odpocząć do świtu. O wschodzie słońca rozpoczęto dalszą podróż w tym samym, raz ustalonym, kierunku.
Sokole Oko rzucał coraz niespokojniejsze spojrzenia na okolicę, nie mogąc wykryć najmniejszych śladów pobytu Przebiegłego Lisa i jego branek.
— Kiedy rozpoczynałem wczoraj pościg — rzekł w zamyśleniu, — byłem pewny, że Magua musi obrać ten kierunek. Teraz widzę, że może zbyt pohopnie powziąłem postanowienie, gdyż przebyliśmy już wiele mil, nie natrafiając na najmniejsze ślady.
— Byłoby bardzo smutną rzeczą, — odpowiedział Dunkan — gdybyśmy musieli rozpoczynać naszą wyprawę od początku. Każda chwila jest droga.
Nagły okrzyk Unkasa, który badał teren nieco zboku, zwrócił uwagę wszystkich na młodego mohikanina. Pośpieszono na wskazane miejsce; wyraźnie w miękkim gruncie znać było ślady nóg ludzi i koni, prowadzące na północ.
— Wspaniale! — wykrzyknął uradowany strzelec. — Mamy już teraz całkowitą pewność, że jesteśmy na tropie. Magua najwidoczniej oszalał, gdyż nie przedsiębrał żadnych środków ostrożności. Nie wie, widocznie, że śledzą go trzy pary oczu, najbystrzejszych w tym kraju.
Dobry nastrój Sokolego Oka i jego towarzyszy podziałał na pułkownika Munro i Dunkana; w serca ich wstąpiła znów nadzieja. Łatwiej pokonywali trudy podróży, będąc pewni, że każdy krok zbliża ich do celu.
Przebiegły Lis nie zapomniał, mimo pewności siebie, tych drobnych sztuczek, jakie zwykli czynić indjanie, przeczuwając możliwy pościg. Od czasu do czasu mylił ślady i wykorzystywał każdy strumień do marszu w wodzie, co opóźniało nieco pościg, ale nie mogło powstrzymać wywiadowców, zbyt obytych z tego rodzaju chytrościami.
Wędrowano bez wytchnienia, a gdy słońce chyliło się ku zachodowi, osiągnięto miejsce, w którem Magua obozował czas dłuższy. Na polance widać było popiół po wielkim ognisku, koło którego rozrzucone były kości jelenie. Pod pięknym krzewem spostrzegł Dunkan posłanie z traw, na którym, widocznie, spoczywały obie siostry. Ziemia skopana koło wielkiego drzewa wskazywała, że indjanie przywiązali tu konie dziewcząt.
Ale od miejsca obozowiska urywał się wszelki ślad. Wprawdzie tu i owdzie widniały ślady kopy końskich, ale nie ulegało wątpliwości, że Magua puścił je wolno, uznając, że dalszą podróż należy odbyć pieszo.
Mimo starannych poszukiwań wywiadowcy nie zdołali odkryć żadnych śladów i po dokładnym przeszukaniu polanki Czingaszguk wraz z Sokolim Okiem zaczęli po raz wtóry przetrząsać ją, badając każdy kamień i krzew. Unkas, widząc bezowocność ich wysiłków, skierował się do niewielkiego strumienia, który wypływał z małego jeziorka obok polanki. Przy pomocy kamieni i ziemi zbudował tamę, dzięki której strumień skierował się innym korytem, odsłaniając swoje poprzednie łożysko. Gdy tylko stare dno wyschło, tryumfalny okrzyk Unkasa oznajmił, że trudy jego nie poszły na marne. Wyraźnie na mule znać było odciski wielkich mokasynów.
— Ten młodzieniec będzie chlubą swego plemienia! — wykrzyknął strzelec, przypatrując się odkrytym przez Unkasa śladom. — Ale to nie są odciski nóg indjanina; czerwonoskóry inaczej stawia stopy, niż to czynił posiadacz tych mokasynów. Podejrzewam, że są to ślady nauczyciela śpiewu. Skocz-no, Unkasie, na polanę i zmierz odcisk stopy Gamuta.
Po chwili Unkas powrócił i, gdy porównano oba ślady, okazało się, że przypuszczenie Sokolego Oka było słuszne.
— Teraz rozumiem już wszystko! — wykrzyknął strzelec, — jakbym sam był przy tem obecny. Cała wartość naszego śpiewaka dla Magui polega na olbrzymich stopach. Zmuszono go, aby maszerował na czele, a wszyscy, postępując za nim, stąpali ściśle w odbite już przez niego ślady!
— Ale nie widzę zupełnie śladów pań — wtrącił uwagę Heyward, — ich pantofelki pozostawiłyby, pomimo wszystko, wyraźne odbicie.
— Przebiegły Lis wiedział o tem — odpowiedział Sokole Oko — i kazał je nieść przez pewien czas. Jestem pewien, że idąc z brzegiem strumienia, odnajdziemy wkrótce ich ślady.
Ruszono natychmiast wzdłuż rzeczki i dotarto do miejsca, w którym brzeg strumienia stykał się z twardym gruntem, na którym miękkie mokasyny indyjskie nie pozostawiają śladów. Bojąc się, by Magua nie wykorzystał tej sposobności dla porzucenia rzeki, przeszukano najbliższe okolice, i znów udało się Unkasowi odkryć ślad stopy, który pozostawił nieostrożnie któryś z towarzyszy Przebiegłego Lisa. Idąc w kierunku wskazanym przez ten ślad, podróżni natrafili na wyraźne odciski kilku mokasynów i dwóch par damskich pantofelków.
— Moje biedne dziewczęta nie wytrzymają trudów takiej podróży — odezwał się pułkownik, patrząc ze smutkiem na ślady swych córek. — Znajdziemy je pewnie zupełnie wyczerpane i śmiertelnie chore.
— Może się pan o to zupełnie nie martwić — odpowiedział Sokole Oko. — Ślady te nie zdradzają żadnego zmęczenia, przeciwnie, krok jest silny i pewny, a w tem miejscu czarnowłosa wykonała nawet skok poprzez wystający korzeń. Gorzej się wiedzie śpiewakowi, który ledwie powłóczy nogami, jakby miał na nich narty.
Pocieszeni pewnością siebie doświadczonego strzelca i mając drogę wyraźnie zaznaczoną, gdyż Magua nie starał się już kryć swych śladów, ruszyli wędrowcy raźno naprzód. Po godzinie szybkiego marszu Sokole Oko zwolnił nieco kroku, poczem, badawczo spoglądając na boki, zatrzymał pochód.
— Wietrzę w pobliżu huronów — powiedział cicho do swych przyjaciół. — Musimy się tutaj rozdzielić i każdy z nas zbada swój pas ziemi. Ja z obu panami pozostanę na środkowym śladzie, Wielki Wąż pójdzie wprawo, Rączy Jeleń wlewo. Trzykrotne krakanie będzie hasłem niebezpieczeństwa.
Cicho oddalili się obaj mohikanie, podczas gdy trzej pozostali wędrowcy ostrożnie posuwali się naprzód. Strzelec badał starannie okolice. Heyward, którego niecierpliwość stale wzrastała, nie mógł mu dotrzymać kroku i gnany nadzieją odnalezienia dziewcząt, wysunął się naprzód. Osiągnąwszy szczyt niewielkiego wzgórza, stanął jak wryty, na widok tego, co zobaczył.
W łagodnych promieniach zachodzącego słońca zauważył niewielkie jezioro, wciśnięte pomiędzy dwa wzgórza. Mały wodospad przy wejściu do jeziorka zdawał się dziełem rąk ludzkich. Wokół stawu stało około stu niewielkich ziemianek, które dzięki starannie wykończonym dachom różniły się od chat indyjskich. Drobne ciemne postacie uwijały się obok domków.
Gdy Dunkan usiłował zbliżyć się do tajemniczej wioski, spostrzegł nagle ku swemu przerażeniu wysoką postać indjanina, który stał odwrócony do niego plecami w odległości 150 kroków. Dziki był równie jak i major zajęty obserwacją wioski i nie zwracał zbytnio uwagi na to, co się wokół niego dzieje. Wygląd indjanina był dość dziwny. Wygolona głowa i twarz pomalowane były pstro, w kosmyku włosów na czole tkwiły trzy połamane pióra jastrzębie. Stary porwany płaszcz zwisał z jego ramion, brudne i rozerwane spodnie nakrywały nogi, których łydki poszarpane był przez ciernie. Mokasyny z jeleniej skóry, jakie miał na nogach, były jednak zupełnie dobre. Ogólnie cała postać była uosobieniem nędzy i opuszczenia.
Podczas, gdy major niezdecydowanie przyglądał się dziwnej postaci, zbliżył się Sokole Oko.
— Dobrze, że pan przyszedł — szepnął mu Dunkan. — Jesteśmy przed hurońską wsią, a tam pod drzewem stoi jeden z tych dzikusów.
Sokole Oko spojrzał we wskazanym mu przez majora kierunku, przyciskając silniej swoją długą strzelbę.
— No, huronem ten człowiek nie jest — powiedział, zwracając się do Heywarda. — Musiał obrabować jakiegoś białego, co widać z jego ubrania. Gdzie położył swoją broń?
— Zdaje się, że nie ma żadnej — odpowiedział major, — ale tem niemniej może być dla nas niebezpieczny, jeśli zawoła na pomoc swoich współplemieńców ze wsi.
— Książkowa mądrość białej rasy nie na wiele się zda w puszczy — zaśmiał się strzelec. — Ten nicpoń pod drzewem ma długie nogi, trzeba z nim postępować ostrożnie. Miej pan karabin w pogotowiu, aby czuł respekt przed nami, ale w żadnym wypadku nie strzelaj pan.
Rzekłszy to, strzelec znikł, nie dając Dunkanowi czasu na wyjaśnienie swego niezrozumiałego zachowania. Po chwili widział już major jak pełza na brzuchu do swej ofiary. W tym momencie uwagę Dunkana zwrócił głośny okrzyk, dochodzący od strony jeziora; po tym okrzyku około stu ciemnych postaci wskoczyło do wody, śpiesząc na brzeg, na którym stał dziwny indjanin. Major chwycił karabin, gotów w każdej chwili przyjść z pomocą Sokolemu Oku, lecz ten podkradłszy się właśnie do samotnego hurona, chwycił go za kark i wybuchł nagle śmiechem.
— Cóż to, kochany przyjacielu, — zawołał wesoło — uczysz teraz bobry jak należy śpiewać psalmy?
— Dlaczegożby nie? — odpowiedział spokojnie zagadnięty. — Jeśli Bóg obdarzył te zwierzęta zmyślnością, pozwalającą na budowę chat, czemuż by nie dał im głosu, którymby mogli śpiewać Mu chwałę?
Teraz dopiero zrozumiał Heyward, że to, co wziął za wieś hurońską, było kolonją bobrów, o których czytał wiele, ale których nigdy nie widział; a ów straszny indjanin, samotnie stojący nad jeziorkiem, był Dawidem Gamutem we własnej osobie.



Rozdział IX
WE WSI HUROŃSKIEJ

Na widok Gamuta, serce majora zabiło żywiej. Zdawało mu się, że tuż obok znajduje się Kora i Alicja. Zbliżył się szybko do niego, rozpytując o zaszłe wypadki, gdy Sokole Oko ze swej strony przywołał przedewszystkiem pozostałych towarzyszy trzykrotnem krakaniem. Wszyscy spoglądali z podziwem na Dawida, zasypując go gradem zapytań.
Poczciwy nauczyciel śpiewu był niezbyt rozgarnięty i trudno było z jego chaotycznego opowiadania należycie zrozumieć zaszłe wypadki. Jedno było zupełnie jasne: oto obie panny Munro znajdowały się w pobliżu. Alicja ukryta była we wsi hurońskiej, oddalonej o niespełna godzinę drogi, Korę zaś Magua zaprowadził do sąsiedniej osady. Gamuta czerwonoskórzy pozostawili na wolności, uważając go za niespełna rozumu. Pozostał pomimo to na miejscu, nie wykorzystując swej swobody do ucieczki, gdyż uznał, że winien znajdować się obok sióstr, które powierzono jego opiece. Dziś wyruszył Przebiegły Lis z kilku młodymi wojownikami na polowanie, jutro zaś postanowiono przerwać odpoczynek i maszerować dalej w kierunku granicy kanadyjskiej, w rodzinne strony Magui.
Sokole Oko i mohikanie słuchali tych wiadomości z skupioną uwagą, wypytując szczegółowo o plemię, w którego wsi znajdowała się Kora. Po długiem badaniu, okazało się, że plemię to nosi na piersiach wytatuowanego żołwia, podobnie, jak i obaj mohikanie. Należeli widocznie, do szczepu delawarów, jaki Wielki Wąż, lecz przeszli na stronę francuzów i mieszkali obok huronów.
Dunkan wygłosił kilka fantastycznych planów wyzwolenia dziewcząt, lecz Sokole Oko wstrzymał jego zapędy, zalecając ostrożność i spokój, niezbędne dla osiągnięcia celu.
— Najlepszą rzeczą, jaką narazie możemy uczynić — powiedział strzelec — będzie wykorzystanie swobody, którą się cieszy Gamut, aby zawiadomić dziewczęta, że jesteśmy w pobliżu. Czy odróżnisz przyjacielu, — zwrócił się do Dawida — głos kruka od głosu kukułki?
— Zawsze — odpowiedział nauczyciel śpiewu. — Głos kukułki jest dźwięczny, choć składa się zaledwie z dwóch tonów, a kruka...
— Już dobrze, dobrze — przerwał mu strzelec. Ponieważ kukułka podoba ci się, przeto trzykrotny głos kukułki będzie naszem hasłem. Gdy usłyszysz go trzykrotnie, śpiesz do lasu na miejsce, z którego będzie dochodzić. Czyś zrozumiał, przyjacielu?
— Oczywiście, oczywiście! — odpowiedział Dawid głosem, wykazującym całą jego gotowość do usług.
— Doskonale — zawołał Heyward stanowczo — ja pójdę razem z nim.
— Co? Chce pan udać się do wsi hurońskiej? — zawołał zdumiony strzelec. — Czy się panu już sprzykrzył widok słońca?
— Ależ i ja mogę przecież, udawać błazna, czy głupiego, jak Dawid, wogóle mogę robić, co tylko będzie potrzeba — zapewnił major. — Przyjdzie mi to z tem większą łatwością, że za wszelką cenę pragnę wyrwać moją narzeczoną z rąk tych potworów. Proszę mi nie czynić żadnych trudności, moje postanowienie jest nieodwołalne. Proszę mnie pomalować i przebrać na wędrownego kuglarza i znachora.
Strzelec zgodził się na ten ryzykowny plan majora z wielką niechęcią, ale jego opór nie zdał się na nic. Doświadczony Czingaszguk, który stale nosił wszelkie przyrządy do malowania w swej torbie podróżnej, pomalował twarz majora w różne kreski i punkty, tak iż nawet jego najbliżsi nie byliby go poznali. Ten ubiór przemienił jego postać tak dalece, że można rzeczywiście było wziąć go za wędrownego francuzkiego kuglarza albo znachora, jacy pojawiali się od czasu do czasu śród indjan kanadyjskich.
Gdy Sokole Oko pouczył majora jak ma się zachowywać przy różnych okolicznościach i gdy wszyscy złożyli mu życzenia najlepszego powodzenia, wyruszył on w towarzystwie Dawida Gamuta do wsi hurońskiej. Po dłuższej wędrówce doszli obaj do polany leśnej, na której przeciwległym końcu stało jakie sześćdziesiąt wigwamów, sklecionych z desek, słupków i gałęzi. Na środku polanki bawiły się dzieci, a gromada wojowników stała zajęta ożywioną rozmową. Serce majora biło żywiej, ale zdawał on sobie doskonale sprawę z tego, że teraz cofać się już nie może i trzeba iść śmiało do celu. Zdobywając się na możliwy spokój, przeszedł on obok bawiących się dzieci i obok gromady wojowników. Gamut prowadził go krokiem żwawym zatrzymując się przed dużą chatą, okazalszą od wszystkich innych i będącą widać, przeznaczoną na miejsce narad. Idąc za przykładem Gamuta major wysunął z kąta pęk suchej trawy i usadowił się na niej.
Wojownicy powchodzili również do chaty i otoczywszy przybyłych półkolem, oczekiwali chwili, w której obcy uzna za dobre otworzyć usta i powiedzieć o celu swego przybycia. Wieczór już zapadł i chatę nikle oświetlało jedno płonące łuczywo.
Ponieważ Heyward milczał uparcie, nie będąc pewny, jak przyjmą go huroni, przeto jeden z wodzów, którego włosy zaczynały już siwieć, wysunął się naprzód i w języku huronów zwrócił się z przemówieniem do przybysza. Oczywiście z całej tej mowy major nie zrozumiał ani słowa.
— Czy żaden z braci moich nie mówi językiem swoich białych ojców kanadyjskich? — zapytał z kolei major po francusku.
Indjanie milczeli, ale z ich spojrzeń domyślił się Heyward, że go zrozumiano.
— Wielki biały ojciec kocha swoje czerwone dzieci kanadyjskie — mówił dalej major — i dlatego przysyła mnie tutaj. Wie on, że jesteście na ścieżce wojennej, a przeto nakazał mi, jako lekarzowi, abym się udał do czerwonych huronów i abym ich zapytał, czy nie mają w swoich wigwamach chorych, którzy potrzebowaliby pomocy.
Po tych sowach zapanowało długie milczenie, aż wreszcie wysunął się stary wódz i zaczął mówić łamaną francuszczyzną:
— Od kiedyż to blade twarze z Kanady malują swoje oblicza?
— Gdy wódz indyjski przybywa do białych ojców — odparł Heyward z wielką przytomnością umysłu — to zrzuca swoją odzież ze skóry bawolej i przywdziewa koszulę, jaką otrzymuje. Moi czerwoni bracia dali mi farb, a ja pomalowałem się na ich cześć.
Po tych słowach po chacie rozszedł się szmer zadowolenia i Heyward odetchnął z uczuciem ulgi. Jeden z czerwonych wojowników powstał, aby wygłosić mowę powitalną i właśnie otwierał usta, gdy od lasu doleciało dzikie wycie nielicznych głosów. Wojownicy wybiegli z chaty a Dunkan pośpieszył za nimi.
Z lasu wyłoniła się gromada wojowników i krokiem wolnym zbliżała się do wsi, prowadząc pomiędzy sobą jeńca. Wycie zacichło, lecz na jego skutek z chat wypadły tłumy dzikich. Natychmiast powstał okropny tumult i zgiełk. Wszyscy śpieszyli w kierunku pochodu, jakby się stało coś nadzwyczajnego i w jednej chwili tu i owdzie zapłonęły kupki suchej trawy i chrustu. Mężczyźni dobywali noże, kobiety wywijały nad głowami tomahawkami i maczugami, a nawet dzieci chwytały za broń, jaka była dostępna ich rękom. Przytem wszyscy wrzeszczeli, nawoływali się i tłumaczyli sobie coś w taki hałaśliwy i ogłuszający sposób, jakgdyby całe piekło zostało wypuszczone na ziemię. Wojownicy przyprowadzili jeńca, który wyczekiwał swego losu z głową zadartą dumnie do góry. Powoli zapanował porządek i cała ludność ustawiła się w dwa rzędy, tworząc wąską uliczkę i Dunkan zrozumiał, że jeniec ma być pędzony przez nią, pomiędzy uzbrojonymi mężczyznami, kobietami, a nawet dziećmi. Wojownicy ustawili się po obu wylotach uliczki, aby uniemożliwić jeńcowi ucieczkę. Jeniec zrobił kilka kroków w śmiertelnej uliczce, uderzony kilkakrotnie, gdy niewiarygodnym wysiłkiem przeskoczył ponad głowami jednego z wojowników i rzucił się do ucieczki. Powstał niesłychany zamęt i zgiełk. Heyward widział od czasu do czasu postać jeńca i prześladujący go tłum. Kilkakrotnie zdawało się majorowi, że szybki jeniec uratuje się dopadłszy lasu, lecz wkrótce zauważył, że było to prawie niemożliwe, gdyż całą wieś otoczono posterunkami.
Niby kot osaczony przez psy, pojmany biegł w wielkich susach; wspaniałym skokiem przerzucił się ponad płonącym ogniskiem, kilku z swoich prześladowców powalił na ziemię i dokonywał cudów zręczności i siły, aby tylko odzyskać swoją wolność.
Major przyglądał się tej scenie z ogromnem zainteresowaniem i dużą sympatją dla jeńca, który z bezprzykładnym męstwem walczył o swoje życie. W pewnej chwili uciekający znalazł się obok niego zmęczony pogonią; tuż za nim biegł huron z tomahawkiem podniesionym do ciosu. Niemal bezwiednie wysunął major nogę, podstawiając ją prześladowcy, który runął jak długi, dzięki czemu uciekający uniknął śmiertelnego ciosu. Jeniec dopadł do pomalowanego pala, który stał przed domem obrad. Narazie nie zagrażało mu nic, gdyż miejsce przy palu było święte i wszystkim uciekającym zgodnie z starodawną tradycją indjan, zapewniało chwilowa nietykalność. Jeniec stał ciężko dysząc, trzymając się ręką zbawczego pala. Płomień pochodni padł na jego postać i major z przerażeniem poznał Unkasa.
Odkrycie to podziałało na majora jak uderzenie pioruna. Opanowała go trwoga o życie młodzieńca i chcąc uniknąć podejrzeń, szybko odwrócił swój wzrok od niego. Istniała jeszcze iskierka nadziei na ratunek; nadszedł jakiś wojownik, który rozpędził tłum kobiet i dzieci otaczających Unkasa i lżących go niemiłosiernie, zabierając go do chaty, w której odbywały się narady. Za nimi podążyli wodzowie i co doświadczeńsi wojownicy i Dunkanowi udało się, korzystając z zamieszania, wślizgnąć do izby.
— Delawarze — odezwał się stary wojownik do Unkasa narzeczem plemienia „Lenni Lenape“ — aczkolwiek pochodzisz z ludu niewiast, okazałeś się dzielnym mężem. Kazałbym ci podać pożywienia, ale kto je z huronem, ten staje się jego przyjacielem. Odpoczywaj do rana, a potem usłyszysz, co rada postanowiła, gdy wrócą dwaj wojownicy, których posłano rano do lasu. Gdy powrócą, rada powie do ciebie: żyj! gdy zginą, powie: Umrzyj!
— Czy huronowie nie mają uszu? — zapytał Unkas ironicznie. — Od chwili, gdy jestem waszym jeńcem, słyszałem dwa wystrzały ze strzelby, która jest mi znana. Wasi młodzi wojownicy nie powrócą już nigdy.
Głębokie milczenie zapanowało po tych słowach. Potem rzekł wódz huronów:
— Jeśli lenapowie są tacy dzielni, to dlaczegoż jeden z ich najdzielniejszych wojowników znajduje się tutaj?
— Ścigał on uciekającego tchórza i wpadł w zasadzkę. Nawet mądry a przebiegły bóbr zostaje czasem schwytany.
Po tych dumnych słowach mohikanina, nastąpiła długa pauza, w czasie której na Unkasie spoczęły mściwe spojrzenia obrażonych wojowników.
Nagle do izby wszedł wysoki indjanin i usiadł obok Dunkana. Major skierował na niego swój wzrok i ku swemu przerażeniu poznał Maguę, który z całkowitym spokojem wyciągnął fajkę i zaczął palić. Inni wojownicy poszli za jego przykładem i wkrótce cała izba pełna była dymu. W ciągu piętnastu minut w chacie panowała kompletna cisza i nie padło ani jedno słowo; majorowi czas ten wydawał się wiecznością.
Wreszcie Magua powstał i zbliżył się do jeńca. Spojrzenia obu indjan skrzyżowały się. Z twarzy mohikanina wyzierał spokój i duma, gdy przeciwnie na obliczu Magui malowało się okrucieństwo i dzikość. Nagle Magua poznał Unkasa i z piersi jego wyrwał się okrzyk:
— Rączy Jeleń!
Na ten okrzyk wszyscy wojownicy znajdujący się w chacie wskoczyli z swych miejsc i dziesiątki ust powtórzyły radośnie: „Rączy Jeleń! Rączy Jeleń!“ Wieść, że pojmanym jest straszny wróg huronów, szybko rozbiegła się po wsi i z wszystkich wigwamów wyległy kobiety i dzieci, śpiesząc na miejsce obrad, aby zobaczyć sławnego jeńca.
— Umrzesz, mohikaninie! — wykrzyknął Magua, podniósłszy pięść nad głową jeńca.
— Wojownicy hurońscy już zmarli, a ciała ich, pomordowane moją ręką, płyną rzeką i nic nie powróci ich do życia — odpowiedział spokojnie Unkas.
Słowa te wywołały niebywałą wrzawę; wojownicy powskakiwali z miejsc, wymachując tomachawkami, a jeden z nich zamierzył się na Rączego Jelenia, chcąc zadać mu cios. Magua widząc to podskoczył do wojownika podbijając mu rękę, tak że cios chybił, odcinając jedynie pióro, które tkwiło we włosach Unkasa. Major zadrżał na widok wściekłości, jaka ogarnęła dzikich. Był pewien, że śmierć mohikanina nastąpi lada chwila, lecz Unkas stał nieporuszony, a twarz jego wyrażała pogardę dla wrogów.
— Nie, wojownicy hurońscy — wykrzyknął Przebiegły Lis — tak nie postępują mężowie. Blask słońca musi oświetlić jego stracenie i kobiety nasze winny zobaczyć, jak jego ciało drży przy torturach, inaczej zemsta byłaby jedynie dziecinną zabawką. Zobaczymy, czy delawar potrafi nocą spać a rano umrzeć!
Natychmiast do Unkasa przystąpiło kilku wojowników i skrępowało mu ręce silnemi rzemieniami. Pozostali huroni wyszli z chaty i major pośpieszył za nimi. Gdy mijał skrępowanego Unkasa ten szepnął mu: „Długa Strzelba nie śpi“, dając tem do zrozumienia, że strzelec jest napewno w pobliżu i zajmie się jego oswobodzeniem.
Nie nagabywany przez nikogo szedł major wzdłuż wsi, badając wigwamy i starając się wpaść na ślad Alicji, lecz poszukiwania spełzły na niczem. Widocznie, dziewczynę ukryto gdzieś poza wsią. Gdy tak rozmyślał nad sposobem wykrycia więzienia swej narzeczonej, uczuł nagle dotknięcie ręki na swem ramieniu. Obejrzawszy się, ujrzał siwowłosego wodza, z którym już rozmawiał przedtem.
— Czy mój biały brat — odezwał się huron — nie zechciałby okazać swych czarów i uzdrowić żonę jednego z moich wojowników, która leży ciężko opętana przez złego ducha?
— Różne bywają duchy, wodzu — odpowiedział Heyward — ale spróbuję swych czarów. Prowadź mnie do niej.
Wódz dał znak znachorowi, aby poszedł z nim w kierunku gór. Przeszli przez całą wieś i zbliżyli się do ściany skalnej, zatrzymując się przed otworem dużej jaskini. Indjanin chciał właśnie wejść do niej, gdy wtem z groźnym pomrukiem wyłoniło się ciemne cielsko wielkiego niedźwiedzia. Wódz przystanął, uważnie przypatrzył się groźnemu zwierzęciu i uspokojony wszedł do otworu w ścianie skalnej. Major, który w tem skalnem ukryciu miał nadzieję odnaleźć Alicję, nie czuł się dobrze w towarzystwie niedźwiedzia, który, idąc za nim krok w krok, dotykał pyskiem nóg, a czasem kładł na nim swoje ciężkie łapy, lecz uznał, że jest to jedyny sposób przeniknięcia do jaskini zesłany jakby przez Opatrzność. Heyward uspokajał się myślą, że niedźwiedź jest obłaskawiony i że wódz zna go na tyle, aby w odpowiedniej chwili mógł mu rozkazywać, gdyż w przeciwnym razie indjanin nie zlekceważyłby z pewnością groźnego zwierzęcia. Przez długi korytarz dostali się wódz, znachor i niedźwiedź do dużej jaskini, która była podzielona na kilka części przepierzeniem z plecionych gałęzi. Duże łuczywa, powtykane w ściany kamienne, oświetlały to miejsce; we dnie wpadało tu światło otworem przebitym u góry. W jednej części jaskini leżała chora, otoczona gromadką kobiet, pośród których z miną zasmuconą stał nauczyciel śpiewu. Widocznie indjankę przeniesiono do jaskini w nadziei, że trudniej tu będzie dotrzeć złym duchom.
Wódz, który przyprowadził domniemanego znachora, dał mu znak, aby podszedł do chorej. Na pierwszy rzut oka major poznał, że żadna ludzka pomoc nic tu nie zdoła zdziałać.
Gamut spojrzał na wchodzących, poczem zanucił psalm; dźwięki tego śpiewu wzruszyły nietylko kobiety, lecz i wodza, który przyprowadził znachora. Major korzystał ze śpiewu Dawida, aby obmyśleć swoje dalsze postępowanie. Niedźwiedź usiadł w drzwiach i ku zdumieniu Heywarda starał się naśladować głos śpiewającego, co mu się chwilami dość dobrze udawało, ku wielkiemu przerażeniu Gamuta. Bowiem ledwo spostrzegł on niesamowite postępowanie zwierzęcia, gdy rzucił się do ucieczki; krzycząc do Dunkana po angielsku, aby go nie zrozumieli huroni: „Ona jest tutaj! Czeka na pana!“ — znikł w ciemnem przejściu.
Major rozejrzał się wokół, szukając miejsca, gdzieby ukryto Alicję, gdyż nic chyba innego nie mógł oznaczać okrzyk Gamuta, jak to, że panna Munro jest w jaskini. Ale nie miał czasu na długie rozmyślania.
Wódz dotknął ramienia znachora i wskazał nieprzytomną chorą.
— Niechże brat mój okaże całą swoją potęgę — rzekł.
Heyward, który znał sztuczki czerwonoskórych czarodziei, zabierał się właśnie do wygłoszenia zaklęć, gdy przeszkodził mu w tem niedźwiedź, porykując coraz groźniej. Po trzykroć rozpoczynał major swoje zaklęcia, lecz za każdym razem niedźwiedź przeszkadzał mu swem groźnem wyciem.
— Mądrzy czarodzieje są zazdrośni o swoją sztukę — powiedział wreszcie wódz. — Chcą pozostać sami. Oby biały brat mój zdołał pokonać złego ducha. Bądź cicho — rzekł do niedźwiedzia, który zdradzał coraz gorszy humor — już odchodzę, a czarodzieje porozumieją się z sobą i będą wiedzieli co uczynić.
Z temi słowy huron opuści! jaskinię, zabierając kobiety.
Heyward nie wiedział, co ma czynić, pozostawszy sam na sam z niedźwiedziem. Ostrożnie obchodził go z daleka, szukając broni, gdy ten niespodziewanie odchylił głowę na bok i oto zamiast groźnej paszczy ukazała się uśmiechnięta twarz Sokolego Oka.
— Cicho, ani słowa — szepnął strzelec, podnosząc do góry łapę niedźwiedzią. — Te łotry mogą nas podpatrywać i podsłuchiwać. Jedno słowo, któreby brzmiało inaczej, niż zaklęcia może nas kosztować życie.
— Ale — szepnął major, — co znaczy ta maskarada? I dlaczego przedsiębierze pan tak niebezpieczną grę?
— Przypadek przychodzi nam często z pomocą i daje więcej, niż rozsądek i przewidywanie. Kiedy oddalił się pan od nas, zaprowadziłem pułkownika z Czingaszgukiem do starej, opuszczonej siedziby bobrów, gdzie pan Munro jest zupełnie bezpieczny, gdyż czerwonoskórzy z tej okolicy uważają bobry za święte zwierzęta i nigdy na nie nie polują. Unkas wraz ze mną udał się na poszukiwanie Kory. W czasie wędrówki natrafiliśmy na ślady huronów, którzy wyszli na polowanie i w pogoni za jednym z nich mohikanin wpadł w zasadzkę i został schwytany. Nie mogłem go pozostawić w takiem niebezpieczeństwie i pośpieszyłem z pomocą. Kiedy biegłem w kierunku wsi szczęście, a raczej Opatrzność, postawiły na mej drodze jednego z tutejszych czarodziei, który był właśnie zajęty przebieraniem się w niedźwiedzią skórę, co czynią, udając się do chorych. Była to tak wspaniała okazja, że trudno mi było jej się wyrzec. Przywiązałem tedy dzikiego do drzewa, kneblując mu, oczywiście, usta, i oto jestem tu w jego szlachetnej roli. A teraz, skoro pan już wszystko wie, bierzmy się do roboty, bo szkoda każdej chwili. Czy słyszał pan, co krzyczał Gamut, uciekając z jaskini? Pańska narzeczona musi tu być.
— Niestety, nie trafiłem jeszcze na jej ślady — odpowiedział major.
Sokole Oko wdrapał się na przepierzenie i, spojrzawszy do przegrody obok, szepnął do Dunkana:
— Jest tutaj! Wejdź pan przez tamte drzwi.
Major nie kazał sobie powtarzać wezwania. Podczas gdy niedźwiedź złaził z przepierzenia, Heyward był już w sąsiedniej izdebce, napełnionej różnemi sprzętami.
— Alicjo! — zawołał głosem stłumionym.
Na to wołanie z przeciwległego kąta izdebki podniosła się jakaś postać.
— Dunkanie! — zawołała Alicja i w chwili następnej spoczywała w objęciach ukochanego. Poznała go po głosie i w nadmiarze szczęścia nawet nie zwróciła uwagi na pomalowanie jego twarzy i na jego przebranie. Szybkie pytania i odpowiedzi mieszały się ze sobą. Radość z niespodziewanego spotkania kazała narzeczonym zapomnieć o całym świecie. Nie zauważyli, zajęci wyłącznie sobą, jak otworzyły się inne drzwi i do izby wkroczyła postać wojownika.
Heyward uczuł czyjąś rękę na swojem ramieniu, a gdy się odwrócił, ujrzał ku wielkiemu swemu przerażeniu Maguę.
— Blade twarze są przebiegłe i potrafią chwytać chytre bobry — rzekł dziki — ale czerwonoskórzy umieją chwytać blade twarze.
W pierwszej chwili major obejrzał się w poszukiwaniu broni, lecz widząc bezowocność walki, objął Alicję ramieniem i zwrócił się do przebiegłego łotra:
— Uczyń, co ci się podoba, huronie; gardzę tobą i twoją zemstą!
— Czy blada twarz powtórzy te słowa przy słupie kaźni? — zapytał drwiąco Magua.
— Powtórzę te słowa przed zgromadzeniem całego twego plemienia. Nie mam dla ciebie nic, prócz pogardy, ty nędzny zdrajco i kłamco!
— Magua jest wielkim wodzem — odparł spokojnie indjanin — zawoła on swoich młodych wojowników, by się przekonać, czy blada twarz umie się śmiać podczas tortur.
Zawrócił, aby wyjść z jaskini tą samą drogą, którą wszedł do niej major, gdy niedźwiedź z groźnym pomrukiem zagrodził mu drogę. Magua, będąc pewny, że ma przed sobą czarodzieja swego plemienia, chciał przejść obok niego, ale niedźwiedź nie ustępował i uniósł się na tylne łapy.
— Głupcze! — krzyknął gniewnie Magua. — Idź ze swojemi sztuczkami między kobiety i małe dzieci!

Z temi słowy chciał odepchnąć przemocą niedźwiedzia, lecz nagle łapy zwierzęcia owinęły się dokoła jego ramion z taką siłą, iż w jednej chwili poczuł się zupełnie bezradnym i bezsilnym. Heyward zrozumiał natychmiast, co winien uczynić. Chwycił rzemienie, jakie były pod ręką i skrępował mocno Przebiegłego Lisa, tak, że nie mógł on już wykonać żadnego ruchu. Skrępowanego rzucił Sokole Oko na ziemię, poczem uniósł łeb zwierzęcia, ukazując swoją uśmiechniętą twarz.

Korę uprowadzał tymczasem Magna wraz z dwoma turonami.

— Hu! — zawołał zdumiony i przerażony Margua.
Do dalszych przemówień nie pozostawiono mu czasu; Sokole Oko wetknął w usta dzikiego knebel. Nie tracąc więcej czasu, strzelec z pomocą Dunkana owinął Alicję w derkę, włożył w ramiona majora i wszyscy troje opuścili szybko jaskinię, przyczem niedźwiedź pomrukiwał i wykonywał dziwaczne ruchy, a Heyward głosem śpiewnym wypowiadał formułki zaklęć.
Przed wyjściem z jaskini zgromadziło się mnóstwo kobiet i wojowników, oczekując na wyniki zabiegów Dunkana.
— Czy brat mój wypędził złego ducha? — zapytał wódz. — Co niesie on na swoich ramionach?
— Niosę chorą — odpowiedział major z powagą. — Zły duch choroby opuścił ciało chorej i siedzi w skale. Niosę uzdrowioną do lasu, aby ja zabezpieczyć przed nowemi napadami złego ducha, wy zaś stójcie tu i pilnujcie, by zły duch nie pogonił za nami. Gdy słońce wzejdzie będzie ona zdrowa i cała w wigwamie mego brata.
Indjanie przyjęli słowa Dunkana z radością i nasza trójka wydostała się bez jakichkolwiek dalszych przeszkód na wolną przestrzeń.
— Nie pozostaje panu nic innego, jak tylko odszukać drogę do obozu delawarów i prosić ich o opiekę, — mówił strzelec, doprowadziwszy majora i Alicję do strumienia. — Dłuższa ucieczka w towarzystwie pani nie dałaby żadnego wyniku. Udacie się wzdłuż strumienia, aż do wodospadu, poczem skręcicie naprawo i wkrótce zobaczycie wigwamy delawarów. Niech was Bóg prowadzi!
— A pan? — zapytał major. — Co pan chce uczynić?
— Huroni pojmali najlepszego z delawarów, którego kocham, jak syna — odpowiedział strzelec. — Muszę zobaczyć, co da się dla niego zrobić.
Z temi słowy Sokole Oko zawrócił i znikł w gąszczu leśnym. Heyward z Alicją, widząc, że postanowienie jego jest nieodwołalne, udali się w kierunku wsi delawarów.
Nikt z wsi huronów nie zwrócił uwagi na to, że niedźwiedź ukazał się znowu i, powałęsawszy się po wsi, wszedł do starej, opuszczonej chaty, w której mieszkał Dawid Gamut, ulubieniec Wielkiego Ducha, Manitu. Śpiewaka na widok dzikiego zwierzęcia ogarnęło wielkie przerażenie i, wyciągnąwszy piszczałkę usiłował nią odstraszyć niedźwiedzia.
— Czarny, tajemniczy potworze — zawołał — nie wiem czego chcesz ode mnie, ale, jeśli masz jakie złe zamiary przeciwko uniżonemu słudze Bożemu, to wysłuchaj naprzód pieśni króla Izraelskiego i zastanów się nad tem, co czynisz.
— Uspokój się, mój kochany, jestem przyjacielem — powiedział strzelec, odsłaniając swoją twarz — zachowuj się cicho i prowadź do Unkasa.
W drodze strzelec udzielił Dawidowi najpotrzebniejszych wyjaśnień, poczem obaj zbliżyli się do chaty, w której leżał spętany mohikanin. Przed wejściem stało czterech wojowników, pełniących wartę.
— Delawarowie są babami — odezwał się Dawid do wartowników, tak, jak go pouczył Sokole Oko. — Czy moi bracia chcą usłyszeć, jak Rączy Jeleń zacznie płakać i tęsknić za swojemi spódnicami? Czy chcą ujrzeć, jak przywiązany do słupa, będzie narzekał i jęczał? Nasz mądry czarodziej chuchnie na tego psa i odbierze mu wszystką odwagę.
Huroni przystali na tę propozycję i niebawem niedźwiedź i śpiewak znajdowali się w chacie, którą wartownicy opróżnili, bojąc się, aby i na nich nie podziałały czary. Unkas, który ze spętanami rękoma i nogami leżał na ziemi, poznał, że pod futrem niedźwiedziem ukrywa się człowiek. Obojętnie odwrócił twarz swoją ku ścianie, ale gdy niedźwiedź ozwał się sykiem węża, zaczął słuchać uważnie. Jeszcze raz odezwał się syk, głośniej i wyraziściej. Unkas wyprostował się, a z jego ust spłynęło słowo: Hu!
Sokole Oko szybko przeciął więzy, któremi był skrępowany Rączy Jeleń i po krótkiej naradzie postanowiono udać się do wsi delawarów, którzy, jako krewni mohikan, nie mogli odmówić im swej pomocy. Aby wydostać się bez walki, która nie dawała żadnych szans, Unkas przebrał się w skórę niedźwiedzią, a Sokole Oko w ubranie Gamuta, którego skrępowano, licząc na to, że dzicy nie zrobią mu nic złego. Dawid, dumny z tego, że z jego pomocą udało się uratować przyjaciół, chętnie godził się na wszystko.
W kilkanaście minut potem niedźwiedź i śpiewak wyszli spowrotem spokojnie z chaty.
— Czy odebraliście odwagę delawarowi? — pytał indjanin, który stał przy drzwiach chaty. — Czy huroni usłyszą jego narzekania i płacz?
W odpowiedzi odezwały się takie groźne pomruki niedźwiedzia, że wartownik mimowoli cofnął się o kilka kroków. Jednocześnie fałszywy Gamut zaczął wyśpiewywać, ale czynił to głosem nieswoim i nie tak melodyjnie jak zazwyczaj. Śpiewając i wymachując ręką do taktu, szedł on obok czarodzieja i razem z nim zniknął w gąszczu leśnym. Tutaj obaj przyśpieszyli kroku, ale nie uszli zbyt daleko, gdy do uszu ich dotarło wycie wściekłości. Dzicy wykryli już podstęp i rozpoczęli alarm.
— Niechże te łotry spróbują nas teraz schwytać — rzekł Sokole Oko, wydobywając strzelby, ładownice i rogi z prochem, które miał ukryte pod krzewem i dając jedną z nich Unkasowi, drugą zatrzymując dla siebie. — No, mój chłopcze, jesteśmy wolni i niejeden z huronów dowie się o tem, dzięki naszym strzelbom.
Szybkiemi krokami jęli obaj wędrowcy oddalać się w kierunku osiedla delawarów.
We wsi hurońskiej zbudziło się tymczasem istne piekło. Gdy obudzeni ze snu wojownicy znaleźli się w chacie narad spostrzeżono brak Magui. Rozesłani gońcy znaleźli zamiast niego prawdziwego czarodzieja spętanego i z zakneblowanemi ustami, który opowiedział swoje przeżycia, gdy zaś mąż chorej podał, że do niego zgłosił się niedźwiedź, udano się do jaskini, gdzie znaleziono wreszcie Maguę spętanego i z kneblem w ustach. Chora kobieta leżała martwa na swojem posłaniu. Na widok podstępów Sokolego Oka wściekłość dzikich rosła z każdą chwilą.
Gdy Magua znalazł się wśród wojowników, którzy zbiegali się ze wszystkich stron, nie mógł zdobyć się na zwykły spokój i panowanie nad sobą. Chwyciwszy nóż dziko wodził wokół oczami, szukając ofiary.
— Natychmiast zabijmy delawara! — zawołał głosem piorunującym.
Powstało długie milczenie, wreszcie odezwał się jeden z wojowników:
— Mohikanin jest szybki w nogach i umie chyżo biegać. Ale nasi młodzi wojownicy są już na jego tropie.
— Więc uciekł? — zapytał Magua głosem bezdźwięcznym i zachrypłym z wściekłości.
— Zły duch był pośród nas, a delawar zdołał oszukać nasze oczy.
— Zły duch? — zapytał z ironicznym uśmiechem Magua. — Ten zły duch pozbawił życia niejednego z huronów. On spętał Lisa Przebiegłego i zakneblował mu usta.
— O kim mówi nasz przyjaciel? — pytali wszyscy.
— O tym psie, który pod białą skórą ukrywa serce i przebiegłość hurona, a którego nazywają Długą Strzelbą.
To okropne imię wywarło potężne wrażenie na wszystkich zebranych. Gdy po kilku chwilach wojownicy uspokoili się, zaczęto radzić o tem jak najlepiej zorganizować pogoń i nad ranem gromada huronów udała się pod wodzą Magui do obozu zaprzyjaźnionych delawarów.
Droga wyprawy prowadziła koło osiedla bobrów. Gdy oddział znalazł się obok niego, Przebiegły Lis zatrzymał swych wojowników, aby im dać wskazówki, jak należy postępować.
Z jednej chatki wysunęła się właśnie głowa starego bobra, który uważnie przysłuchiwał się słowom Magui. Gdy huroni po ukończeniu narad ruszyli w dalszą drogę, niknąc w gąszczu leśnym, głowa bobra opadła i z pod tej improwizowanej maski ukazała się twarz Czingaszguka.



Rozdział X
WIEŚ DELAWARÓW

Wieś delawarów, w której Magua ukrył Korę i w której znajdowali się obecnie także Alicja, Dunkan, Sokole Oko i Rączy Jeleń była tak liczną, jak i wieś hurońska. Delawarzy sprzymierzyli się z francuzami, lecz w pochodzie na fort Williama nie brali udziału, wysyłając jedynie gońców do Montcalma z lakoniczną wiadomością, że ich tomahwki stępiały zupełnie i upłynie wiele czasu, zanim uda się je naostrzyć. Montcalm przyjął spokojnie tę wiadomość, woląc ostatecznie mieć ich, jako bezczynnych przyjaciół, niż jako czynnych wrogów.
Tego ranka, gdy Magua z swym oddziałem maszerował obok osiedla bobrów do ich wsi, delawarowie spokojnie przygotowywali się do swych codziennych zajęć. Kobiety, siedząc przed wigwanami gotowały strawę, zaś wojownicy ostrzyli broń przed wyruszeniem na polowanie.
Nagle na polu przed wsią ukazała się wyniosła postać hurona, którego rysunek wymalowany na twarzy, wyrażał pokojowe zamiary. Był to Magua, który dumnym krokiem dążył do wsi pozdrawiając napotkanych wojowników, a nie zwracając zupełnie uwagi na kobiety.
Wszystko we wsi ucichło przy nadejściu Przebiegłego Lisa, tak, iż nic nie było słychać, prócz brzęku ozdób metalowych na rękach i na szyi Magui oraz dzwoneczków, które miał na mokasynach. Magua podszedł do gromadki wojowników, którzy stali na placu między domem narad. Wojownicy przyjęli go grzecznie, ale chłodno i powściągliwie.
— Przybył mądry huron — powiedział jeden z wodzów, zwany Twarde Serce, — aby z braćmi swoimi, delawarami, spożyć posiłek.
Magua, czyniąc zadość wezwaniu wodza, który go witał, udał się z nim do chaty, aby zjeść ulubioną potrawę delawarów. Za nim pośpieszyło kilku starszych wojowników. Rozmowa w czasie biesiady toczyła się rozważnie i rozmówcy byli bardzo ostrożni w doborze słów.
— Czarnowłosa dziewczyna, moja branka, znajduje się pod opieką moich braci — rzekł powoli Przebiegły Lis. — Jest z pewnością dla nich ciężarem.
— Jest pożądanym gościem — odpowiedział Twarde Serce.
— Czy odwróciło się znowu od huronów oblicze naszego ojca kanadyjskiego? — spytał jeden z delawarów.
— Nasz kanadyjski ojciec nazywa huronów swemi najlepszemi dziećmi — odpowiedział dumnie Magua.
— Widziano w lesie obce mokasyny. Czy ślady obcych ludzi pozostały dla mego brata niedostrzeżonemi? — rozpoczął po chwili na nowo rozmowę Przebiegły Lis.
— Mój ojciec kanadyjski może przyjść, jego dzieci przywitają go życzliwie — odpowiedział wymijająco Twarde Serce.
Widząc, że nastrój delawarów jest dość wrogi, i chcąc pozyskać ich dla swych zamiarów, Magua rozwinął paczkę, jaką miał z sobą; pełno w niej było różnych błyskotek zrabowanych wychodźcom przy forcie Williama w czasie pamiętnej rzezi.
— Delawarowie mieli poważne powody, aby nie brać udziału w pochodzie — powiedział Przebiegły Lis, wskazując na przyniesione błyskotki — ale ich przyjaciele, huroni, pamiętali o nich i przysyłają teraz część swoich zdobyczy.
Aczkolwiek przedmioty, które przyniósł Magua, miały bardzo małą wartość, dla delawarów były one prawdziwym skarbem. To też posmutnieli, znając zamiary hurona, a Twarde Serce rzekł chłodno:
— Mój brat jest wielkim wodzem. Delawarowie witają go chętnie.
— Huroni są przyjaciółmi delawarów — odpowiedział Przebiegły Lis. — Czyż nie to samo słońce grzeje ich? Czy nie na jednych polach polują ich zmarli? Wszyscy czerwoni muszą się wspomagać w walce z blademi twarzami. Czy brat mój nie widział śladów obcych mokasynów w lesie?
— Obce mokasyny są w naszym obozie — odpowiedział wódz delawarów, który pod wpływem podarunków zmienił taktykę.
— Czy nie przegnaliście tych psów z waszej wsi?
— Nie, bracie, obcy są gośćmi dzieci żółwia.
— A czy bracia moi wiedzą, że pomiędzy nimi znajduje się ich śmiertelny wróg Długa Strzelba?
— Długa Strzelba? — wykrzyknął zdumiony Twarde Serce. — Czy brat mój nie myli się?
— Huron nie kłamie — odpowiedział Magua. — Niechże delawarowie policzą swoich jeńców. Znajdą wśród nich jednego, którego skóra nie jest ani biała ani czerwona, to jest właśnie Długa Strzelba.
Twarde Serce podniósł się, podszedł do wojowników, stojących przy wejściu do chaty, rozmawiając z nimi bardzo żywo. Porozsyłano natychmiast na wszystkie strony gońców, zwołując wszystkich wodzów na naradę. Obrady trwały bardzo długo, wreszcie postanowiono zwołać zebranie ludowe, które odbywało się jedynie w bardzo ważnych wypadkach. Niebawem cały szczep liczący około tysiąca ludzi, zgromadzony był na placu. Oczy wszystkich były zwrócone ku chacie, większej i okazalszej od wszystkich innych, i która była widocznie mieszkaniem znacznej i wybitnej osobistości. Nagle cały tłum poruszył się i zakołysał. Drzwi chaty otworzyły się i trzej starcy wyszli z niej, kierując swe kroki ku zgromadzonym. Starzec, idący w środku, między dwoma innymi, dożył wieku, jaki bywa tylko rzadko udziałem ludzi. Postać jego, która niegdyś musiała być wspaniała i imponująca, była zgarbiona pod brzemieniem przeszło stu lat. Z głowy spływały długie, białe włosy, ocieniając twarz, zoraną tysiącem zmarszczek, i okrywając ramiona.
Odzież patriarchy zrobiona była z delikatnej miękkiej skóry, na której wymalowane były czyny wojenne starego wodza. Pierś miał pokrytą medalami złotemi i srebrnemi, jakie otrzymał z rąk różnych władców europejskich. Na ramionach spoczywał srebrny djadem, wspaniale zdobiony, z którego strzelały trzy czarne strusie pióra. Cały tomahawk pokryty był srebrem, a rękojeść noża, jaki niósł za pasem, jaśniała od złota. „Tamenund!“ powtarzano sobie szeptem z ust do ust gdy wojownicy z czcią prowadzili starca do siedzenia przygotowanego dla niego. Na rozkaz jednego z towarzyszących Tamenundowi starców, wojownik pobiegł do wielkiej chaty, skąd niebawem sprowadził osoby, które były przyczyną tego niezwykłego zebrania. Tłum rozstąpił się przed nadchodzącymi, a potem zamknął się, tworząc dokoła nich duże koło.
Objąwszy się silnie ramionami, stanęły Kora i Alicja na środku koła, tuż za niemi Dunkan, którego wzrok przebiegał z niepokojem z jednej dziewczyny na drugą. Sokole Oko stał nieco oddalony od swych towarzyszy, a cała jego postać wyrażała spokój i dumę. Unkasa pomiędzy zbiegami nie było.
Gdy wszystko dokoła zacichło i żaden głos nie mącił ciszy, powstał jeden ze starców, towarzyszących Tamenundowi i przemówił poprawną angielszczyzną:
— Który z was jest Długą Strzelbą?
Chwilę panowało milczenie. Major, rozglądając się po zgromadzonym tłumie spotkał nagle szatańskie spojrzenie Magui, którego obecności słusznie przypisał nagłą zmianę stosunku delawarów do zbiegów. W obawie o los Sokolego Oka, który okazał tyle dobroci i poświęcenia w jego sprawie, Dunkan zdobył się natychmiast na stanowczą decyzję.
— Dajcie nam broń — zawołał głośno i dumnie — i zaprowadźcie do lasu, a wtedy czyny nasze powiedzą wam kto zacz jesteśmy.
— A więc to ty jesteś owym wojownikiem, o którym tyle słyszeliśmy? — rzekł starzec, spoglądając na majora ze wzrastającem zainteresowaniem. — Cóż sprowadziło bladą twarz do obozu delawarów?
— Niedola — odpowiedział Heyward. — Potrzebowałem pożywienia, dachu nad głową i ochrony.
Wódz potrząsnął niedowierzająco głową. W tej chwili wystąpił strzelec.
— Jeśli nie zgłosiłem się przedtem, gdy pytano o Długą Strzelbę, to nie dlatego, abym się bał, ale jedynie dlatego, że mingowie nie mają prawa nazywać mnie tak. Moja strzelba nie jest bynajmniej dłuższa od każdej innej strzelby. Co zaś do mego prawdziwego imienia, to rodzice moi nazwali mnie Natanielem. Delawarowie, którzy mieszkają nad swoją rzeką, nazywają mnie Sokolem Okiem, i z tej nazwy jestem dumny.
Zgromadzeni spoglądali kolejno na strzelca, to na majora, nie mogąc zrozumieć, jak dwóch wojowników może przyznać się do jednego nazwiska. Wreszcie starzec zwrócił się do Magui i rzekł:
— Mój brat mówił, że do wsi wpełzła żmija. Którą z bladych twarzy nazywa tem imieniem?
Magua wskazał milcząc na Sokole Oko.
— Czyż mądry i szlachetny delawar uwierzy wyjącemu wilkowi? — zawołał Heyward, w obawie o los przyjaciela.
Z oczu Magui strzelały błyskawice, ale opanował się szybko i odwrócił z pogardą, wiedząc, że i tak okaże się kto właściwie jest poszukiwanym strzelcem.
— Brata mego nazwano kłamcą — rzekł jeden ze starców, siedzących obok Tamenunda. — Jego przyjaciół boli to i pragną dowieść, że mówił on prawdę. Damy broń jeńcom, aby się okazało, który z nich jest sławnym strzelcem.
Rozkaz ten został natychmiast wykonany i obu białym, z których każdy chciał uchodzić za Długą Strzelbę, dano do ręki nabitą broń, nakazując, aby ponad głowami zgromadzonych strzelali do celu, którym było naczynie gliniane, zawieszone o jakie siedemdziesiąt kroków od tego miejsca na gałęzi drzewa.
Heyward śmiał się sam z siebie, że oto zamierza współzawodniczyć z najsławniejszym strzelcem Ameryki, ale pamiętając o roli, jaką wziął dobrowolnie na siebie, bez wahania ujął za strzelbę, zmierzył bardzo starannie i wystrzelił. Kula utkwiła w pniu o kilka cali od naczynia. Strzał był oczywiście dobry i wzbudził podziw wśród indjan. Zkolei strzelił Sokole Oko, niedbale, jakby wcale nie celował. Naczynie rozleciało się w jednej chwili w drobne kawałki.
— To przypadek — zawołał Heyward. — Najlepszy strzelec nie trafia do celu bez starannego celowania.
— Przypadek, powiada pan? — zawołał strzelec, który uczuł się dotknięty uwagą majora. — Zapytaj się pan tego kłamliwego hurona, czy i on uważa to za przypadek. Niech pan patrzy panie majorze. Na jednem z drzew wisi naczynie do wody zrobione z wysuszonej dyni. Jeśli jesteś pan takim strzelcem, za jakiego chcesz uchodzić, to przestrzel to naczynie.
Małe naczynie do wody wisiało na drzewie oddalonem o jakie sto pięćdziesiąt kroków od miejsca, na którem stali strzelcy. Heyward celował tak starannie, jak gdyby chodziło o życie. Strzał huknął i kilku młodych wojowników po zbadaniu pnia oświadczyło, że kula utkwiła tuż około naczynia. Rozległy się hałaśliwe pochwały i oczy wszystkich zgromadzonych zwróciły się w stronę strzelca.
— Doskonały to strzał, jak na oficera armji królewskiej — roześmiał się Sokole Oko — ale gdybym nie strzelał lepiej, to wielu huronów biegałoby jeszcze po świecie. Miejmy nadzieję, że właściciel tej flaszy posiada ich więcej, gdyż ta nie będzie już nigdy nosiła wody.
Powoli podniósł strzelbę do góry, wycelował i strzelił. Młodzi wojownicy podbiegli ku drzewu, ale rozczarowani oświadczyli, że nie widać nigdzie śladu kuli.
— Odejdź — rzekł stary wódz do strzelca z wyrazem niezadowolenia. — Jesteś wilkiem w psiej skórze. Twoje usta mówią wielkie słowa, ale twoje ręce niezdolne są do czynów. Chcę mówić z Długą Strzelbą.
— O, wy głupcy, jeśli chcecie znaleźć kulę Sokolego Oka, to szukajcie ją w celu, a nie obok celu — zwrócił się strzelec do młodych wojowników.
Corychlej pobiegli wojownicy znowu do drzewa, a po chwili jeden z nich wzniósł flaszkę ku górze z okrzykiem tryumfu. Kula wpadła do wnętrza przez wąską szyjkę i wyleciała dnem, robiąc w niem niewielką dziurkę. Z tysiąca piersi wyrwał się jeden głośny krzyk zdumienia i zachwytu. Nie było już najmniejszej wątpliwości, że sławnym strzelcem był Sokole Oko, a nie major.
— Dlaczego chciałeś mi zatkać uszy dla prawdy? — spytał stary wódz, zwracając się do majora. — Czyliż uważasz delawarów za takich głupców, którzy nie odróżnią kota od pantery?
— Jeśli delawarowie są tacy mądrzy, jak się chwalą przekonają się jeszcze, że huron kłamie — odparł Heyward, wzruszając ramionami.
— Dobrze — odparł starzec. — Zaraz się pokaże, kto mówi prawdę. Bracie — dodał, zwracając się do Magui — delawarowie mają uszy otwarte na słowa swego czerwonego brata.
Magua powstał i podszedł do starca z wielką godnością.
— Wielki duch dał ludziom różne ubarwienie — mówił Przebiegły Lis, spoglądając na zebranych, aby upewnić się w ich nastroju. — Niektórzy ludzie są czarniejsi od niedźwiedzia. Tacy muszą być niewolnikami i muszą pracować bez przerwy, więcej niż bobry. Gdy wieje wiatr południowy, słychać ich narzekania głośniejsze od ryczenia bawołów nad brzegiem słonej wody, gdzie wielkie kanu z całemi stadami czarnych przychodzą i odchodzą. Innym dał Wielki Duch twarze takie białe, jak futro gronostaja. Tym ludziom kazał on być kupcami, psami dla ich kobiet i wilkami dla niewolników. Ich języki są fałszywe jak język dzikiego kota; mają serca królików, przebiegłość świni a nie lisa, a ręce ich są dłuższe od nóg jelenia. Biały człowiek napełnia uszy indjanina kłamstwami, jego przebiegłość darzy go dobrami całego świata, a ramiona jego zagarniają wszystkie ziemie, od wybrzeża słonej wody, aż ku wyspom Wielkich jezior. Chciwość jego czyni go chorym. Bóg — dał mu wiele, ale on chce mieć wszystko. Takie oto są blade twarze. Stworzył też Wielki Duch ludzi, których skóra jest jaśniejsza i czerwieńsza od promieni słońca — ciągnął Magua dalej, spoglądając na niebo. — Tych ludzi stworzył według podobieństwa swojego. Dał im tę wyspę ze wszystkiem, co w niej rośnie. Wichry powyłamywały dla nich polany, słońce wygrzewa dla nich owoce, aby dojrzewały ku spożywaniu, a zima przychodzi i mówi, aby byli wdzięczni. Wiatr ochładzał ich w gorące lato, a zimą skóry zwierząt ochraniały ich przed zimnem. Jeśli walczyli czerwoni mężowie z czerwonymi, to tylko dlatego, aby wykazać swoje męstwo. Byli zawsze dzielni, byli sprawiedliwi, byli szczęśliwi.
Zgromadzeni słuchali przemówienia Magui bardzo uważnie.
— Wielki Duch dał dzieciom swoim różne mowy — mówił Magua dalej głosem jakby posmutniałym i stłumionym — aby byli rozumiani przez wszystkie zwierzęta ziemi. Niektóre plemiona umieścił on śród wiecznych śniegów w pobliżu niedźwiedzi, innym dał lasy, ale najmilszym z dzieci swoich dał on kraj nad słonemi wodami. Czy bracia moi znają imię tego ludu wybranego i wywyższonego nad inne ludy?
— To Lenapowie! — ozwało się dwadzieścia głosów z zapałem i zachwytem.
— Tak jest, to Lenni Lenapowie — przyświadczył Magua pochylając głowę z wyrazem udanej czci.
— Ale dlaczegóż miałbym ja, huron, pochodzący z lasów, opowiadać mądremu ludowi o dniach jego chwały? Dlaczego miałbym mówić mu o jego wielkości, jego sławie, jego szczęściu, o jego cierpieniu, klęskach i wreszcie o jego wielkiej niedoli? Zaliż niema śród Lenapów takiego, któryby wszystko to przeżył i wszystko żywo pamiętał? Skończyłem, ale uszy moje są otwarte.
Gdy mówca zamilkł, oczy wszystkich zwróciły się ku Tamenundowi, siedzącemu dotychczas bez ruchu i z oczyma zamkniętemi.
— Kto woła dzieci plemienia Lenapów? — zapytał cichym głosem starzec. — Kto mówi o czasach, których już niema?
— Wyandota mówi — odparł Magua — przyjaciel Tamenunda.
— Przyjaciel? — powtórzył starzec i zmarszczył brwi. — Zaliż mingowie są panami ziemi? W jaki sposób przybywa huron pomiędzy nas?
— Szuka sprawiedliwości. Jego jeńcy znajdują się u jego braci. Przybywa, aby zabrać, co do niego należy.
— Sprawiedliwość jest nakazana przez wielkiego Manitu — odparł mędrzec. — Dzieci moje niechaj dadzą obcym pożywienie, a potem, huronie, bierz, co jest twoje i idź swojemi drogami.
Magua rzucił spojrzenie tryumfujące na jeńców, a kilku młodych wojowników natychmiast przystąpiło i skrępowało ręce Dunkana i Sokolego Oka.
— Dostojny i wzniosły delawarze! — zawołała Kora, rzucając się do nóg Tamenunda. — Nie wierz słowom tego okrutnego i przebiegłego potwora, który uszy twoje napełnił kłamstwami, aby mógł zaspokoić swoją krwiożerczą zemstę! Życie twoje jest długie, ty znasz przewrotność świata i dlatego nie będziesz głuchym na wołanie nieszczęśliwych. Zali nie jesteś Tamenund, ojciec, sędzia i prorok tego ludu?
Oczy starca rozwarły się wolno i z trudem.
— Jestem Tamenund z dawnych czasów — odpowiedział.
— Tak, ty jesteś Tamenund, potężny, mądry, sprawiedliwy władca — ciągnęła dalej Kora. — Śród nas znajduje się jeden, który należy do twego własnego ludu. Nie przyprowadzono go przed twe oblicze. Zanim pozwolisz wejść huronowi, wysłuchaj i tego jeńca.
Tamenund rozejrzał się wokoło okiem pytającem.
— To żmija — odpowiedział mu jeden z wodzów — jest delawarem na żołdzie anglików. Przeznaczyliśmy go na tortury.
— Chcę go widzieć — rzekł patrjarcha.
Kilku delawarów, słysząc słowa sędziwego starca, pobiegło szybko do chaty, w której znajdował się uwięziony Unkas i sprowadziło go na plac narad.
Krokiem lekkim zbliżył się ostatni mohikanin do patriarchy, któremu towarzysz jego zwrócił uwagę, że wyczekiwany jeniec właśnie nadszedł.
— W jakim języku przemawiasz do Wielkiego Ducha? — zapytał starzec, nie otwierając strudzonych oczu.
— W języku ojców swoich dalawarów — odpowiedział Unkas.
Gniewny pomruk przeszedł przez cały tłum. Tamenund położył dłoń na zamkniętych oczach, jakgdyby chciał zabezpieczyć się przed ujrzeniem wyrodnego syna.
— Delawar! — wykrzyknął oburzonym głosem Tamenund. — W ciągu mego długiego życia zdarzały się wielkie nieszczęścia i często Lenapowie musieli niby dzikie zwierzęta błąkać się po lasach, ale jeszcze nigdy nie widziałem delawara, któryby do wsi swego plemienia zakradał się w służbie obcych niby jadowita żmija.
— Kłamliwe ptaki otworzyły swoje dzioby i Tamenund usłyszał ich śpiew — odpowiedział Unkas swym jasnym głosem w najtkliwszych dźwiękach melodyjnej mowy delawarów.
Starzec pochylił głowę na bok, jakgdyby chciał słuchać jeszcze uważniej.
— Czy Tamenund śni? Jakiś to głos przenika do jego uszu? Zali cofnęły się minione zimy? Zali lato szczęśliwości powrócić chce do dzieci plemienia Lenapów? — mówił cichym głosem patrjarcha.
Zgromadzeni delawarowie w skupieniu i milczeniu wysłuchiwali tych słów, myśląc, że Tamenuud rozmawia z Wielkim Duchem Manitu.
— Zdradziecki delawar drży ze strachu przed słowem Tamenunda, które usłyszy — rzekł po chwili jeden z wodzów. — Jest to pies, który wyje, gdy anglicy pokazują mu ścieżkę.
— A wy — zawołał Unkas — jesteście psami, które skowyczą, gry francuz rzuci wam gnat upolowanej zwierzyny.
Na te obraźliwe słowa kilkudziesięciu wojowników zerwało się z miejsc i noże rozbłysły w powietrzu, ale na znak dany przez Tamenunda wszyscy zacichli.
— Delawarze — rzekł czcigodny starzec — nie jesteś godzien swego plemienia. Wojownik, który opuszcza swój szczep, gdy zawisną nad nim chmury niedoli, jest podwójnym zdrajcą. Prawo Manitu jest sprawiedliwe. Dzieci moje, jeniec jest wasz. Postąpcie z nim wedle obyczaju naszego ludu.
— Spalimy go na stosie — powiedział Twarde Serce. — Uczyńcie niezbędne przygotowania.
Sokole Oko rozglądał się dokoła siebie bezradnie i niespokojnie, Heyward zaś usiłował wyrwać się z rąk trzymających go dzikich, aby przyjść z pomocą mohikaninowi. Jedynie Unkas zachował spokój i z zimną krwią spoglądał na przygotowania do tortur. Jeden z wojowników zerwał z niego koszulę myśliwską, aby go spętać i zawlec ku słupowi tortur. Ale ręce Delawara opadły nagle, jakby bezsilne, a oczy jego rozwarły się szeroko. Bez słowa wskazał palcem na pierś jeńca. Wojownicy stojący najbliżej podbiegli ku niemu i na ciele Unkasa ujrzeli obraz żółwia artystycznie wytatuowany niebieską barwą.
Z spokojnym uśmiechem spoglądał mohikanin na skonsternowanych wojowników, a potem majestatycznym ruchem ręki dał znak, aby tłum odstąpił od niego.
— Mężowie plemienia Lenni Lenapów! — zawołał głosem doniosłym. — Plemię moje dźwiga ziemię. Wasz słaby szczep stoi na mojej skorupie. Nikt z delawarów nie może rozpalić ogniska, któreby mnie mogło spalić, gdyż moja krew je ugasi, bo to jest krew całego ludu!
— Kim jesteś? — zapytał głosem drżącym Tamenund, zrywając się nagle.
— Jestem Unkas, syn Czingaszguka z rodu żółwi — odpowiedział jeniec, pochylając się przed patrjarchą z wielką czcią i szacunkiem.
— Godzina moja zbliża się — zawołał mędrzec wznosząc ręce ku górze. — Dziękiż ci Manitu za tą chwilę. Oto jest ten, który zajmie moje miejsce przy ognisku wielkiej rady. Niechże oczy umierającego orła spoczną na wspaniałościach wschodzącego słońca.
Młodzieniec podszedł ku mówiącemu wodzowi. Tamenund wyciągnął ku niemu ramiona i z odległości tej wpatrywał się z zachwytem w szlachetną postać młodzieńca, a wzrok jego stawał się coraz radośniejszy i przyjaźniejszy.
— Zaliż Tamenund stał się znowu młodzieńcem? — zawołał wreszcie. — Oto Unkas syn Lenapy brat mój stoi przedemną! Powiedzcież mi, delewarowie, czy Tamenund spał w przeciągu stu zim?
Nikt nie odpowiadał, żaden głos nie przerywał uroczystej ciszy. Wreszcie Unkas zabrał głos i zaczął mówić.
— Cztery pokolenia jego plemienia żyło i umarło od czasu jak Tamenund z bratem swym Unkasem prowadził lud swój do walki. Wszyscy odeszli, tylko Czingaszguk i jego syn Unkas oglądają jeszcze blask słońca.
— A dlaczego brak was było tak długo przy ognisku plemienia! — spytał drżącym głosem patryjarcha.
— Gdyż monikanie chcieli mieszkać nad brzegiem jeziora w miejscu, w którem żyli i polowali ich ojcowie, a Lene Lenape odeszli w lasy pomiędzy huronów.
Mówiąc to, spojrzał na strzelca, który został spętany. Jednym susem skoczył ku niemu i rozciął jego więzy, poczem zaprowadził go przed Tamenunda.
— Ojcze — rzekł do niego — ta blada twarz to człowiek sprawiedliwy i przyjaciel delawarów. Makwasowie obawiają się go. Nazywamy go Sokolem Okiem. Jego strzelba nie chybia nigdy.
— Długa Strzelba — mruknął starzec do siebie. — Imię jego jest wielkie, lecz zabił wielu moich młodych wojowników.
— Powiedział ci to któryś z kłamliwych mingów, Wielki Tamenundzie — zawołał strzelec. — Nigdy z ręki mojej nie zginął żaden delawar, gdyż serce moje jest z nimi.
Głośny pomruk zadowolenia przebiegł przez zebrany tłum w odpowiedzi na słowa Sokolego Oka.
— Gdzież jest huron — odezwał się Tamenund — który moje uszy napełnił kłamstwem?
Magua, którego uczucia na widok tryumfu Unkasa łatwiej sobie wyobrazić, niż je opisać, wystąpił dumnie przed patriarchą i rzekł:
— Sprawiedliwy Tamenund nie zatrzyma sobie tego, co huron mu powierzył. Jeńcy są moi.
— Powiedz mi, synu brata mego — mówił starzec, zwracając się do Unkasa — zali ów mingos ma do ciebie prawo zwycięscy?
— Przenigdy — odparł Unkas. — Pantera wpadnie w sidła zastawione nawet rękoma kobiety, ale jest dość silna i mądra, aby je stargać.
— A Długa Strzelba?
— Długa Strzelba drwi z mingów. Idź, huronie, i zapytaj swoich wojowników, jak wygląda niedźwiedź.
— A ten obcy i biała dziewczyna, którzy przyszli do mojego obozu?
— Niech droga będzie wolną przed nimi.
— A ta kobieta, którą huron powierzył opiece moich wojowników?
Unkas milczał, nie mogąc dać odpowiedzi, jakiejby sobie życzył.
— Ta kobieta należy do mnie — krzyknął Magua, wygrażając Unkasowi. — Mohikaninie, ty wiesz, że czarnowłosa jest moją własnością.
— Dlaczego syn mój nic nie mówi? — pytał Tamenund.
— Jest tak, jak mówi huron — odpowiedział Unkas pełen bezradności i żalu.
— Bierz ją tedy i odejdź — zadecydował patrjarcha.
Krokiem pewnym podszedł Magua do swej ofiary i ujął ją za ramię, ciągnąc za sobą.
— Stój! — zawołał Dunkan. — Mów, jakiego żadasz okupu. Dostaniesz złota, srebra, prochu i ołowiu, wszystkiego, czego potrzebuje wojownik. Wigwam twój będzie pełen bogactw.
— Lis Przebiegły jest bardzo mocny — odpowiedział Magua głosem ponurym. — Magua chce mieć swoją zemstę.
— Sprawiedliwy Tamenundzie, zmiłuj się nad tą młodą kobietą — zawołał zrozpaczony Heyward, nie wiedząc co począć.
— Delawar przemówił — odrzekł starzec, przechylając się wtył z zamkniętemi oczyma. — Mężowie nie mówią dwa razy.
— Wyrok Tamenunda jest ostateczny, majorze — rzekł Sokole Oko — i nic go nie zmieni. Ale słuchaj, Magua, co ci powiem. Jesteś wielkim wodzem i wiesz dobrze, że moja osoba więcej znaczy dla twego plemienia niż najlepsza z kobiet Ameryki. Zwolnij dziewczynę a udam się z tobą jako jeniec.
— Chcę mieć moją zemstę — odpowiedział Przebiegły Lis, ciągnąc dziewczynę za sobą — i chcę, abyście mnie przepuścili, delawarowie.
— Mingosie — rzekł Unkas — sprawiedliwość delawarów staje przed Manitu. Spójrz na słońce. Gdy stanie ono nad owemi drzewami, wojownicy moi będą na twym tropie.
— Słyszę krakanie kruka — odpowiedział Magua z drwiącym śmiechem. — Gdzież mają delawarowie swoje spódnice? Psy, króliki, złodzieje — pluję na was!
W głuchem milczeniu przyjęli zgromadzeni wojownicy te słowa zniewagi i pogardy i pod opieką nienaruszalnych praw gościnności uprowadził Magua ofiarę swoją do lasu, nie napotykając na żadne przeszkody.



Rozdział XI.
OSTATNI CZYN UNKASA.

Tłum, oburzony obraźliwemi słowami, które mu rzucił w twarz Magua, milczał, póki postać hurona i towarzyszącej mu dziewczyny nie zniknęła w gąszczu leśnym. Lecz gdy tylko znikł, z piersi delawarów wyrwał się dziki okrzyk. Unkas, który z bólem patrzał na uprowadzenie Kory, zawrócił i wszedł do chaty, w której go więziono. Wodzowie pośpieszyli jego śladem. Tamenunda odniesiono do jego wigwamu a Alicję oddano pod opiekę kobiet.
Wkrótce z chaty, w której odbywała się narada, wybiegł wojownik i zerwał toporem korę z rosnącej przed wigwamem sosny: drugi obciął gałęzie, wreszcie trzeci pomalował obnażony pień czerwoną farbą. W milczeniu przyglądał się tłum przygotowaniom, które u czerwonoskórych oznaczają wypowiedzenie wojny. Teraz na progu chaty ukazał się Unkas, mając twarz pomalowaną do połowy na czarno i trzymając w ręku tomahawk. Wolnym krokiem zbliżył się do czerwonego drzewa i jął okrążać, śpiewając dziką pieśń wojenną. Wojownicy przyłączyli się do niego i cały tłum z pieśnią na ustach zataczał kręgi wokół pomalowanego pala, aż Unkas z głośnym okrzykiem bojowym rzucił swój tomahawk, wbijając ostrze w drzewo. Za jego przykładem poszli wszyscy delawarowie, rzucając tak długo tomahawkami, aż z drzewa nie pozostało śladu. Wojna była wypowiedziana.
Sokole Oko, który zostawił swą ulubioną strzelbę w puszczy a teraz chciał ją odzyskać, poprosił jednego z chłopców, aby udał się do lasu i przyniósł mu ją. Sam nie mógł tego uczynić, gdyż znając dobrze zwyczaje huronów, był pewien że zaczaili się w pobliżu. Chłopiec, dumny z zaufania, jakie mu okazał Długa Strzelba, zakradł się pod wskazane przez strzelca drzewo i odnalazłszy broń, chwycił ją i pędem pośpieszył do obozu. W tejże chwili odezwały się strzały i kule gwizdnęły nad głową mężnego chłopca, który z tryumfem dopadł do wsi, oddając strzelbę Sokolemu Oku; ten przyglądał się z zachwytem odważnemu czynowi młodzieńca.
Obejrzawszy dokładnie broń i przekonawszy się, że jest gotowa do użytku, strzelec spojrzał na chłopca i dopiero teraz zauważył, że z ramienia jego płynie strumyk krwi.
— Jesteś dzielnym młodzieńcem — powiedział Sokole Oko, opatrując starannie ranę — i napewno zostaniesz wielkim wodzem.
Chłopiec podziękował strzelcowi wzrokiem pełnym entuzjazmu i znikł w tłumie.
Mały ten incydent miał jednak duże znaczenie, zdradzając stanowisko huronów. Słońce zaszło już daleko w swej dziennej wędrówce i czas zawieszenia broni minął. Wojownicy Lenepe zebrali się wokół Unkasa, przygotowując się do rozpoczęcia walki.
Unkas podzielił swych ludzi na dwa oddziały; pierwszym z nich w sile dwudziestu wybornych wojowników dowodził Sokole Oko, drugim, składającym się z około dwustu ludzi, sam Unkas. Rączy Jeleń, mając na uwadze stopień Dunkana chciał mu powierzyć odpowiednie stanowisko, lecz major wiedząc, że nie wywiąże się dobrze z zadania, gdyż nigdy nie dowodził czerwonoskórymi, odmówił, stając do szeregu jako ochotnik, w oddziale Sokolego Oka. W wzorowym porządku ruszyli delawarowie do lasu i przemaszerowali kawał drogi, nie napotykając na ślady wrogów. W głębi puszczy zatrzymał Unkas wojowników, aby naradzić się z wodzami nad dalszem postępowaniem. Nie ukończono jeszcze krótkich narad, gdy nagle z gąszczu, od strony wsi hurońskiej, ukazał się człowiek, który biegł tak szybko, że delawarowie wzięli go za gońca. W odległości około stu kroków od oddziału, który był w ukryciu, biegnący zatrzymał się nagle, spoglądając bezradnie wokół siebie, jakby szukał drogi.
— Człowiekowi temu nie wolno pozwolić na rozmowę z huronami — szepnął Unkas do strzelca. — Uczyń go nieszkodliwym.
Sokole Oko uniósł strzelbę do ramienia, celując uważnie, gdy nagle opuścił ją ze śmiechem.
— Ależ, Unkasie — zawołał strzelec — przecież to jest nasz śpiewający przyjaciel Dawid. Kiedy zacząłem wyszukiwać na jego ciele miejsca na moją kulkę poznałem go. Będzie mógł nam napewno powiedzieć dużo ciekawych rzeczy.
Mówiąc to strzelec wyszedł z ukrycia i wziąwszy zdumionego Gamuta za rękę, wprowadził pomiędzy delawarów.
Gdy Dawid ochłonął nieco ze strachu, mógł dać cenne wiadomości o huronach. Ze słów jego wynikało, że Magua powróciwszy do wsi w towarzystwie Kory ukrył ją w jaskini, a sam na czele wojowników udał się do lasu, i zajmuje stanowisko przed wsią. W obozie huronów powstał przytem taki alarm, jakiego biedny śpiewak jeszcze nigdy nie słyszał, to też wystraszony postanowił zbiec do delawarów, gdzie, jak przypuszczał, znajdują się jego przyjaciele.
— Czy nie możemy pośpieszyć wprost do jaskini i wyzwolić Korę? — zawołał major, którego wszystkie myśli skierowane były ku oswobodzeniu biednej dziewczyny.
— Co o tem myśli Sokole Oko? — spytał Unkas.
— Daj mi moich dwudziestu ludzi — odpowiedział strzelec — a udam się wzdłuż strumienia w kierunku osiedla bobrów, gdzie przyłączę do siebie Czingaszguka i pułkownika. Gdy usłyszysz nasz okrzyk wojenny napadnij na łotrów od frontu i gnaj na nas, a my już ich tak serdecznie przyjmiemy, że żywa noga nie ujdzie. Potem dopiero zaatakujemy wieś i wyzwolimy dziewczynę. Co myślicie o takim planie, przyjaciele?
— Wspaniale! — wykrzyknął major.
Unkas, po chwili namysłu, zgodził się też na plan Sokolego Oka i przystąpiono natychmiast do jego wykonania.
W głębokiej ciszy prowadził strzelec swój niewielki oddział przez gęstwinę do strumienia, o którym wiedział, że wpada do jeziorka bobrów. Dopiero, gdy osiągnięto rzeczkę, Sokole Oko ze zdumieniem spostrzegł kroczącego w oddziale Dawida.
— Czy wiesz, przyjacielu — zwrócił się do niego — że idziemy na krwawą bitwę? Nie minie godzina, jak nogi nasze zaczną deptać po trupach huronów. To nie dla ciebie sprawa; radzę ci: zawróć do wsi delawarów.
— Pozwól mi — odpowiedział śpiewak, opuszczając głowę — iść z tobą. Tyle dni znajdowałem się obok panny Kory w chwilach nieszczęścia i niebezpieczeństwa, że nie chcę i teraz, gdy znajduje się w potrzebie, opuścić jej.
— Nie umiesz przecie, przyjacielu, obchodzić się z bronią. Jakiż możemy mieć z ciebie pożytek?
— Mam z sobą procę i będę jej używał, jak to czynił młodzieniec, którego imię noszę.
— Nie wiele bohaterskich czynów dokażesz tą bronią, ale jeśli gotów jesteś swym potężnym głosem wesprzeć nasz okrzyk wojenny, to chętnie zezwalam, abyś nam towarzyszył.
Dłuższą chwilę maszerował oddziałek brzegiem strumienia, którego wysokie brzegi, jak i gęste zarośla rosnące po obu jego stronach, dawały doskonałą osłonę. Ale gdy zbliżono się do jeziorka bobrów, brzegi stały się gołe, gdyż przemyślne zwierzątka, które zamieszkiwały tu od setek lat ogołociły je zupełnie z drzew. Trzeba było maszerować przez otwartą przestrzeń. Sokole Oko poprowadził swoich wojowników w ten sposób, że stąpając jeden w ślady drugiego, pozostawili jedynie jeden odcinek, tak, że ktoś niewtajemniczony w podstępy wojenne indjan mógłby łatwo pomyśleć, że przeszedł tamtędy zaledwie jeden człowiek.
Nagle z gęstwiny buchnęły strzały i jeden z ludzi Sokolego Oka padł martwy ugodzony celną kulą w serce.
— Kryjcie się wojownicy i ognia! — rozkazał strzelec, dając przykład swym ludziom.
Krok za krokiem, strzelając bez przerwy, posunęli się delawarowie naprzód, prąc huronów, lecz ci szybko zorjentowali się w słabych siłach przeciwnika i po otrzymaniu posiłków zaczęli zwolna okrążać oddział Sokolego Oka. Niebezpieczeństwo osaczenia i wycięcia w pień zawisło nad głową garstki wojowników, zwiększając się z minuty na minutę.
Nagle odezwał się bojowy okrzyk delawarów i salwy karabinowe na tyłach wroga. To Unkas przychodził z pomocą swym przyjaciołom. Huroni, zaskoczeni z dwóch stron, musieli podzielić swe siły i nie będąc w stanie powstrzymać impetu natarcia delawarów, zwolna cofali się w kierunku swej wsi. W gęstwinie obok osiedla bobrów doszło do walki wręcz i huroni mieli już nadzieję powstrzymać zwycięski marsz wrogów, gdy nagle tuż za ich plecami rozległy się strzały.
— To Wielki Wąż! — wykrzyknął Sokole Oko. — Teraz zwyciężymy napewno.
Rzeczywiście, zdezorjentowani mingowie, słysząc wystrzały za sobą, pomyśleli, że są okrążeni i w dzikim popłochu rzucili się do ucieczki. W tejże chwili Czingaszguk i pułkownik spotkali się z Sokolem Okiem i Dunkanem. Powitanie było radosne, lecz warunki walki nie pozwalały na dłuższą rozmowę. W kilku zdaniach wyjaśnił strzelec swym przyjacielom sytuację i zdał komendę nad oddziałem w ręce Czingaszguka, jako wodza delawarów.
Jeszcze raz usiłowali huroni stawić opór przy wejściu do wsi, ale potężne natarcie lenapów pod wodzą mohikan, rozbiło ich i na ulicach obozowiska rozszalała krwawa rzeź.
Magua, widząc klęskę swych ludzi, skoczył w zarośla wraz z dwoma wiernymi wojownikami, dążąc w kierunku jaskini, w której była ukryta Kora. Unkas, który w rozgwarze walki starał się nie spuścić z oka swego wroga, spostrzegł jego manewr i pobiegł za nim wraz z Heywardem i strzelcem. Biegiem dopadli groty i wskoczyli w wąskie przejście obok płonących chat hurońskich.
— Kora! Kora! — krzyczał Dunkan. — Odwagi! Idziemy z pomocą!
— Kora! — wykrzyknął Unkas, skoczywszy naprzód, gdyż w oddali zabieliła się suknia porwanej.
Korę uprowadzał tymczasem Magua wraz z dwoma huronami, niosąc ją tak, że w wąskiem przejściu stanowiła tarczę przed strzałami goniących. Widząc to i chcąc zyskać na szybkości, Unkas rzucił swą strzelbę, która w tej chwili zawadzała mu jedynie, a za jego przykładem poszedł Dunkan. Niestety, nieostrożność ta kosztowała ich zbyt drogo.
Magui i jego ludziom udało się dopaść drugiego wyjścia z groty i gdy prześladowcy znaleźli się znowu na otwartej przestrzeni, ujrzeli Przebiegłego Lisa jak stał nad klęczącą Korą na niewielkiej płaszczyźnie, pod którą rozwierała się głęboka przepaść.
— Dalej nie pójdę! — krzyknęła Kora. — Możesz mnie zabić, huroński łotrze, ale dalej z tobą nie pójdę.
Jeden z towarzyszących Magui dzikich chwycił nóż, chcąc ugodzić Korę, lecz Przebiegły Lis wyrwał mu go z ręki i rzucił w przepaść.
— Kobieto — zwrócił się następnie do Kory — wybieraj: albo śmierć, albo ucieczka ze mną.
Nieszczęśliwa dziewczyna wzniosła ręce ku niebu i zawołała:
— Twoją jestem, Boże! Niech się stanie wola Twoja!
— Wybieraj, kobieto! — wykrzyknął Magua, chwytając dziewczynę za rękę.
Ale Kora nie zwracała na niego uwagi; wpatrzona w niebo, szukała w niem ratunku. Huron wzniósł swój nóż, i opuścił go bezwolnie. Nagle rozległ się nad nim głośny okrzyk. Magua obejrzał się, aby przekonać się kto krzyczy; chwilę tę wykorzystał jeden z jego wojowników, wbijając nóż w piersi Kory. Oszalały z wściekłości Magua usiłował się rzucić na mordercę, gdy w tejże chwili pomiędzy nich skoczył z wielkiej wysokości Unkas, padając na kolana. Przebiegły Lis skorzystał z chwili i wbił swój nóż w jego plecy. Ostatkiem sił skoczył Rączy Jeleń i zepchnął mordercę dziewczyny w przepaść, ale natychmiast siły opuściły go, i blady śmiertelnie zwrócił się do Magui, który kilkakrotnie zatopił nóż w jego piersiach. Z głośnym okrzykiem padł mohikanin na skałę obok martwej Kory i wyzionął ducha.
— Przeklęty huronie! — zawołał z rozpaczą major, który właśnie ukazał się nad platformą. — Nie ujdziesz przed naszą zemstą.
W odpowiedzi na to Przebiegły Lis wzniósł w górę swój okrwawiony nóż, wydając jednocześnie tak straszny okrzyk, że walczący w dolinie usłyszeli go. W chwilę potem obaj huroni — wódz i jego wojownik pięli się po zboczu skały, usiłując ujść przed pogonią. Sokole Oko, który dopiero teraz nadbiegł z pomocą, ujrzał już jedynie trupy najdroższych mu istot i uchodzących w oddali dzikich. Nagle ze szczytu skały stoczył się kamień, spadając na uciekających huronów. Towarzysz Magui nie zdążył usunąć się i z strzaskaną czaszką runął w przepaść. Strzelec ze zdumieniem ujrzał Gamuta, który strącił kamień i czekał teraz na okazję, by wywrzeć zemstę na mordercy. Ale Przebiegły Lis długim skokiem przedostał się przez rozpadlinę, dzielącą dwie skały i piął się szybko w górę.
— Biali to psy — zawołał huron, zwracając się do Sokolego Oka, — a delawarowie to baby! Magua jest wielkim wodzem. Pozostawiam trupy na pożarcie krukom!
Jeszcze kilka skoków i Przebiegły Lis znalazłby się na wolności, gdy nagle gruchnął strzał i morderca, szeroko rozrzuciwszy ręce, runął głową wdół. To długa strzelba, której huron tylekroć szczęśliwie uchodził, znalazła wreszcie drogę do niego.


∗             ∗

Następnego dnia żałoba panowała we wsi delawarów. Pomimo odniesionego wspaniałego zwycięstwa, żaden okrzyk tryumfu nie rozległ się w obozie Lenapów. Wszyscy mieszkańcy wsi zebrali się na wielkim placu, gdzie w skupieniu uformowali wielki krąg. Wszystkie oczy zwrócone były na środek koła, w którem dziewczęta delawarów odprawiały modły żałobne nad ciałem Kory. U nóg zmarłej siedział jej zbolały ojciec, obok niego na powalonem drzewie spoczywał major, który z trudem jedynie panował nad wielkiem wzruszeniem. Dawid Gamut z książką psalmów stał za pułkownikiem, zbolały tak, że nie był nawet zdolny do śpiewu. W niewielkiej odległości od tej grupy w tłumie indjan stał oficer francuski, który, wysłany przez gubernatora Kanady, miał za zadanie przeszkodzić walkom pomiędzy plemionami czerwonoskórych, lecz spóźnił się. W oddali stał jego oddział, oczekując na zakończenie uroczystości.
Jeszcze boleśniejsze wrażenie czyniła druga grupa, którą stanowili czerwoni wojownicy. Pośrodku niej siedział w wykopanym dole, twarzą na wschód, w pozycji, jaką zwykł był zajmować przy ognisku, Unkas, ostatni mohikanin. Ciało jego było bogato ustrojone, a we włosy wpięte były trzy wspaniałe strusie pióra. Obok niego leżała broń, którą według wierzeń indjan, miał użyć, polując w krainie wieczności. Nawprost niego siedział skamieniały z bólu Czingaszguk, Wielki Wąż delawarów, bez broni i bez żadnych ozdób. Na nagim i pozbawionym rysunku ciele jego widniał jedynie znak rodowy — niebieski żółw. Tuż obok, wsparty na swej strzelbie, stał Sokole Oko ze łzami wpatrując się w postać umiłowanego młodzieńca.
— Mężowie plemienia Lenapów! — odezwał się uroczyście Tamenund, który kazał się zawieść do grobu Unkasa — Wielki Duch skrył swoje oblicze za chmurami! Jego oczy odwróciły się, jego uszy zamknęły i jego usta nie odpowiadają na głos jego dzieci. Nie widzimy go, ale jego wyroki ciążą nad nami! Otwórzcie swe serca dla głosu prawdy! Dzieci plemienia Lenape! Oblicze Manitu skryło się przed nami!
Po słowach tych nastąpiła głęboka cisza, poczem odezwał się cichy śpiew. W słowach prostych wojownicy opiewali czyny i życie Unkasa. Dziewczęta i kobiety wychwalały zalety i słodycz swej białej siostry, która zginęła w kwiecie wieku.
Zwolna powstał najstarszy z wojowników i, zwracając się do Unkasa, rzekł:
— Dlaczego opuściłeś nas, chlubo Lenapów? Twoje życie było krótkie, ale sława twa błyszczy niczem promienie słońca. Stopy twe podobne były do skrzydeł orła, a ramie potężne, jak konar dębu. Słowa moje są słabe, bo serce jest przepełnione bólem. Chlubo Lenapów, dlaczegoś nas opuścił?
Jeden za drugim wstawali wodzowie, sławiąc czyny Unkasa, a gdy ostatni z nich zamilkł, długo panowała głęboka cisza. Wreszcie ozwały się ciche słowa ostatniego pożegnania. To Czingaszguk przemówił poraz ostatni do swego syna. Gdy zamilkł, dziewczęta ujęły, na znak wodzów, ciało Kory i z pieśnią pogrzebową poniosły ją do przygotowanego grobu, obok mogiły Unkasa. Z bólem szedł za ciałem ukochanej córki stary pułkownik, starając się zachować postawę godną żołnierza. Gdy ciało złożono do grobu, Sokole Oko podziękował dziewczętom za trud, polecając zabrać z grobu naczynia z jedzeniem, gdyż duszy białej dziewczyny są one niepotrzebne. W ciszy zasypano ciało ziemią, zdobiąc świeżą mogiłę kwieciem. W tej chwili rozległ się uroczysty śpiew. To Gamut wzniosłym psalmem żegnał swoją ulubienicę.
Oficer francuski zbliżył się do pułkownika, prosząc, aby zechciał pośpieszyć z odjazdem.
— Koro, dziecko moje — zawołał pełen bólu Munro — żegnaj na zawsze.
Ręce przyjaciół ujęły złamanego rozpaczą pułkownika i doprowadziły do czekających koni. Smutna kawalkada ruszyła natychmiast żegnana serdecznie przez delawarów. Na czele jechał pułkownik w towarzystwie Gamuta, za nim podążał Heyward u boku płaczącej Alicji. Pochód zamykał oficer francuski z swoim oddziałem. Wkrótce biali zniknęli w puszczy, udając się do twierdzy angielskiej.
Sokole Oko powrócił po czułem pożegnaniu z Dunkanem do obozu delawarów, aby rzucić ostatnie spojrzenie na oblicze swego młodego druha.
Czingaszguk czekał póki ostatnia grudka ziemi nie padnie na świeżą mogiłę, poczem odezwał się do zgromadzonych:
— Dlaczego smucą się moi bracia? Dlaczego płaczą moje siostry? Czy dlatego, że młody wojownik odszedł w krainę wiecznych łowów? Czy dlatego, że wódz swą drogę życiową zakończył z honorem? Był dobry, był wierny, był odważny! Wielkiemu Duchowi potrzebni są tacy wojownicy i dlatego powołał go do siebie. Ale ja syn i ojciec Unkasa, jestem teraz jak złamane drzewo. Mój ród zginął i pozostałem sam...
— Nie, nie — przerwał mu Sokole Oko. — Nie pozostałeś sam. Jeśli nawet kolor naszej skóry jest różny, Bóg kazał nam stąpać po jednej ścieżce. Młodzieniec porzucił nas na krótki czas, ale, Sagamoro, nie pozostałeś sam!
Czingaszguk uścisnął dłoń, którą wyciągnął doń Sokole Oko ponad świeżą mogiłą; obaj starzy wojownicy opuścili głowy i łzy, płynące z ich oczu zmieszały się z ziemią, pod którą spoczywał Unkas.
— Dość! — zawołał drżącym głosem Tamenund. — Idźcie, dzieci Lenapy. Gniew Manitu spadł na nasz lud. Blade twarze panują nad światem. Życie Tamenunda trwało zbyt długo. W poranku dni swoich widziałem szczęście i wielkość mego ludu, a zanim zapadła noc mego żywota, ujrzałem grób ostatniego mohikanina!

KONIEC





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: James Fenimore Cooper.