Orły podkarpackie/Rozdział VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Orły podkarpackie
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo „Pobudki“
Data wydania 1938
Druk Spółka Wydawniczo-Drukarska „Kadra“
Miejsce wyd. Przemyśl
Ilustrator Ary Sperski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.
I CO Z TEJ PRZYGODY WYNIKŁO?

Panowie Herburt i Kmita nie posiadali się z radości. Już trzy dni minęło od przygody chłopaków na Wiśle. Pan Herburt zwołał radę rycerzy swej chorągwi, by postanowić wspólnie, co robić z jeńcami?
— Obwiesić na wierzbie na rozstaju — i tyle psubratom się należy! — mruknął wydymając wargi Wierusz Tarło.
— Ja bym im kamienie do szyi uwiązał i do Wisły rzucił! — odezwał się Jan Dzieduszycki ze Smuchowa.
— Może końmi rozerwać takich synów? — doradził Janko Kulczycki.
Kary śmierci dla szpiegów żądali też Tatomir Bałaban, Jur Matkowski — Delatyński, Stefan Pieniążek i Spytko Suchy — Wilk.
Inni widząc zakłopotane oblicze wodza milczeli oczekując, co powie.
Wreszcie przemówił pan Paweł co chwila szablą o ziemię gruchając:
— Już ja bym im słodki obmyślił koniec, ino... nie mogę!
Wszyscy w zdumieniu spoglądali na pana Herburta. On zaś ciągnął:
— Sprawa mi się powikłała... Wiecie, panowie bracia, kogo to na Wiśle młode rycerzyki, te wilczęta cięte, wyłowiły?
Pomilczał trochę, by zwiększyć zaciekawienie, i nagle zakrzyknął:
— Albrecht hrabia Sajn, komtura toruńskiego brat, a z nim razem i kupiec niemiecki z Bydgoszczy, Ernst Tettlenbach, za ich tą sprawą w nasze dostali się ręce!
— No, to i co z tego? Powróz konopny i takich zdzierży, gdy na gałęzi zawisną... — mruknął Suchy Wilk.
— Zdzierżałby, słysz, wiem o tym, cny Spytku, ino pisma ważne przy nich znaleziono... tak ważne, że aż powiedzieć o nich nie lza. Królowi je onegdaj przez gońca szparkiego posłałem i teraz czekam, jak król tę sprawę rozsądzi....
— Tak byście z razu gadali, panie Pawle! — odezwał się srogi Wierusz Tarło. — Nijak nie lza takich synów obwiesić, bo z nich niejedno jeszcze wyciągnąć można, jeżeli z „prynuką“ popytać...
— Toteż i my z Kmitą — szwagrem takoż myślimy — kiwnął głową Herburt.
— Tedy jedno pozostaje — czekać aż goniec z Krakowa przybieży — powiedział ten i ów z rycerzy.
Narada się na tym skończyła, więc pan Marcin Kmita skinął na pachołków, a ci snadź już przygotowani byli, bo kubki wnosić poczęli i na stole ustawiać gąsiory i dzbany, na przygryzkę do węgrzyna podając świeże podpłomyki z przysuszoną na ogniu słoniną.
Gdy panowie w rozmowach o wszelakich sprawach i dochodzących do Tarnobrzegu słuchach zabawiali się kubkami, wbiegł do kwatery Jur z Rybotycz, chorąży i zawołał:
— Wojewoda sandomierski i dziedzic tutejszy do pana Herburta dążą!
Pan Paweł poszedł naprzeciwko gościom. Długo ściskali się z wojewodą Mikołajem z Michałowic, gdyż lubili się od dawna, a potem Herburt zwrócił się do Grzymality i rzekł:
— Cieszymy się wszyscy, żeście, rycerzu, szczęśliwie wnuczkę odzyskali, acz ciężką na mój huf obelgę rzuciliście wonczas, ino pojmuję, że było to z goryczy i troski. Prosimy w niskie progi, wojackie, obozowe! Czym chata bogata, tym rada!
Ale wojewoda powęszywszy swym długim nosem mruknął głośno:
— Hm... hm... Chata, słysz, jak widzę, zacnym winem bogata, no, to i dobra! Wejdźmy, ojcze Gniewoszu, w owe niskie progi!
— Chętnie — odpowiedział Grzymalita głaszcząc się po brodzie — ino proszę pozwoleństwa panów rycerstwa o przyprowadzenie wnuczki — Heleny, syna mego Wojciecha córy...
— Prosimy... prosimy! — rozległy się głosy. — Białogłowę jak to słońce zawsze radzi oglądamy!
Pan Kmita szybkim krokiem wyszedł natychmiast, by pannę do stołu zaprosić i po drodze syczał do pokojowców:
— A sprzątnijcie wszystko, chłystki, a makatkę jakąś na stół dla piękności zarzućcie, a kubki czyste podajcie i do srebrnej łagwi owej, u Ormianina kupionej malmazji utoczcie z małej kufy! A żywo, piorunem, na jednej nodze! Czuj duch!
W kilka minut potem w kwaterze obu rycerzy zapanowało milczenie. Wszyscy przyglądali się Helenie z możnego, prastarego rodu Grzymalitów.
Rycerzom zdawało się, że to boginka wiosny wkroczyła do przyciemnej izby z belek sosnowych i o niskiej, czarnej od dymu powale. Helena stanęła na progu w białej, prostej szacie ściągniętej srebrnym łańcuchem o turkusowej klamrze. Takaż niebieska zapinka widniała pod szyją; na ramiona opadały obfite sploty złotych włosów, na głowie srebrną opiętych siatką. Z piersi zwieszał się złoty łańcuszek z krzyżykiem, wysadzanym turkusami. Stała w słonecznej mgle, jak cudna zjawa, i każdemu z rycerzy zdawało się, że śni i że to wdzięczne widziadło pierzchnie nagle i rozwieje się bez śladu.
Stary Grzymalita spostrzegłszy zachwyt rycerstwa począł sapać z zadowolenia i głaskać się po brodzie, dumny z urodziwej wnuczki.
Pan Marcin usadowił gości na miejscach poczesnych, częstował winem, suszonymi, lepkimi daktylami, piernikami miodowymi z imbirem, zapraszał i rozmową bawił, bo układny był i do dworskich obyczajów nawykły, a uważający na wszystko.
Goście czuli się swobodnie w rycerskim gronie, chociaż niejeden z nich w domu prostacki prowadził żywot i na schedzie swojej przy stadzie tam czy przy orce boso chodził i tylko szablą od chłopa się różnił, fantazją i butą, — gdy ktoś mu do kaszy ważył się dmuchnąć.
W pewnej chwili Grzymalita trącając się kubkiem z rycerzami rzekł:
— Prosiłbym was, panie Pawle, byście nam owych młodych rycerzyków, co to mi wnuczkę uratowali, pokazać raczyli, jeśli łaska, bo widzę, że dziewczyna rozgląda się wokół, zbawcy swego wyglądając. Nie pomnę już, jak się zowie...
— Andrzej Zawisza... rycerza z Garbowa druh i familiant! — z wyrzutem podnosząc niebieskie oczęta na dziada wyszeptała wnuczka Gniewoszowa.
— Hej, pacholiki! — klasnął w dłonie pan Marcin. — Skocz no który do szopy pierwszego hufu i powiedz tym młodzikom, by duchem biegli do kwatery, a niech ino uważają, by z pośpiechu ścian nie rozwalili, bo dziedzicowe to dobro, nie nasze!
Na te słowa żartobliwe rycerze wybuchnęli wielkim śmiechem.
— Iste, takie osiłki tylko patrzeć rozwalą ściany choćby najmocniejsze! — poczęły rozlegać się wesołe głosy.
— Toż to tury — nie chłopaki!
— Niedźwiedzie karpackie...
— Orły podkarpackie! — poprawił wszystkie przezwiska Szymek Jaworski i groźnym wzrokiem potoczył po zebranych, zazdrosny bowiem był o honor swoich pobratymców, druhów i krewniaków.
Posłany pacholik z trudem odnalazł „orłów“, ale, gdy ujrzał ich wreszcie koło obory, na razie osłupiał, a potem usiadł na ziemi i jął się wić ze śmiechu.
Przed oborą stała jakaś babina i wrzeszczała, jakby ją ze skóry obdzierano:
— Oj, ubije! Oj, ubije!
Na błotnistym majdanie przed oborą odbywała się dziwna zabawa.
Bogdanko i Andrzejko trzymali ogromnego buhaja za rogi i za kark i, choć szamotał się, opierał i targał łbem, przemocą ciągnęli go od krów z pastwiska, skąd wcale nie zamierzał powracać do dusznej obory. Raszko z Waśką dosiadali buhaja i pokrzykiwali na rozwścieczone bydlę:
— Wista, wista! Prowadzim byczeczka, z trawki do żłobeczka!
Pacholik naśmiawszy się do syta spytał krzyczącej baby:
— Kto kogo ubije?
— Ta ten, co byka za kark wlecze! — wrzasnęła. — Najlepszy buhaj madziarski! A patrzcie no: tak go ucapił, że aż mu ozór z pyska wypada!
Chłopaki posłyszawszy, że pan Herburt woła ich do kwatery, bo z zamku goście przyjechali, puścili wreszcie zziajanego i oszołomionego byka i pomknęli do szopy, by się umyć nieco, kudły rozczesać i przyodziać się jako tako.
— Przyszła... przyszła wszakże! — krzyczało coś w sercu i głowie Andrzejka.
Już drugi bowiem dzień czekał na przybycie El, dręczył się i prawie rozpaczał.
— Cóż ja dla takiej Grzymalitki? Proch pod stopkami, suchy liść, wiecheć słomy! Kiej byś mnie obaczyła, dziewczyno, w sieczy albo w zapasach na topory, no, tobym może tak nie myślał...
Skończyła się teraz męka oczekiwania i jad zwątpienia zatruwający Andrzejka.
— Przyszła El, jak przyrzekła na zamku! El! El!
Śpieszyły się chłopaki okrutnie. Z pośpiechu wszystko im z rąk leciało, w mocnych łapskach rwały się i pękały rzemyki i pasy; w szwach trzeszczały portki i kurty łosiowe. W końcu byli gotowi i polecieli jak szaleni. Przodem pędził niby jeleń Andrzejko a za nim, ni to goniące go tropem wilki — bracia Komarniccy i Waśko.
Zawiszy wiatr czapkę zerwał i płowa a od wiatru i słońca jeszcze bardziej spłowiała czupryna opadła na ogorzałe czoło i uszy. Nie zważał już na nic. Pędził jak wicher halny i usta same szeptały w takt serca łomocącego w piersi:
— El! El! El!
I takim to pędem wpadła ta czwórka do izby panów i z tupotem skórzni stanęła w osłupieniu przy progu. Bowiem i ich olśniła cudna, słodka uroda Gniewoszowej wnuczki.
W izbie ucichła głośna rozmowa biesiadna.
Wszyscy w jednej chwili wyczuli, że ma się stać coś uroczystego i rzewnego.

Dziewczyna podniosła się z ławy i trzymając w ręku krzyżyk turkusowy zbliżyła się do Andrzejka.
On zaś przypomniał sobie w tej chwili opowiadanie Krystyna Chwaliboga o obyczajach rycerskich. Ukląkł....
Spojrzawszy w jego płonące, rozradowane oczy, obejrzała się na dziada i powiedziała przejętym głosem, który zabrzmiał jak przysięga:

— Przyszłam, by w obliczu dziadzia i tych oto rycerzy znamienitych podziękę ci złożyć, cny Andrzeju, oddać ci ów krzyżyk, od matuli na śmiertelnym łożu z błogosławieństwem mi dany, i rzec ci wedle sumienia i serca: ninie wojna rychło się rozgorzeje i niewiedzieć kiedy jeszcze raz się obaczymy, ino, wiaram się, iż czegobyś ode mnie nie zażądał — uczynię, jakem Helena z Grzymalitów na Tarnobrzegu i Bogorii, wiaram się na Bożyca rany i krzyż!
Rycerstwo wyciągając szyję wpatrywało się teraz w młodzika.
On zaś przypomniał sobie w tej chwili opowiadanie Krystyna Chwaliboga o obyczajach rycerskich. Ukląkł, pochylił głowę, a gdy Helena zawiesiła mu krzyżyk na piersi, ujął go w ręce, ucałował i z całą powagą przycisnął dłonie dziewczyny do ust. Stanąwszy znów wyprostował się dumnie i rzekł śmiałym głosem:
— Za wiaranie wiaranie się należy! Przeto mówię i obiecuję, że w bitwach się wsławię, nie ulęknę się, nie drgnę i nie ustąpię nikomu. A gdy zdrów powrócę — przyjadę do Tarnobrzegu i rodzicielom o ciebie się pokłonię!
— Oszalał głuptak czy jak? A to ci możny mąż dla Grzymalitki?! Ucieszy zacnych rodzicieli, cha-cha-cha! W swaty pośle chyba kudłaczy beskidskich i żubry o siwej kądzieli ten prostak! Hu-hu! — przeniosło się po izbie, ale te szepty, szuszukania i chichoty zagłuszył groźny syk Jaworskiego, Waśka Tureckiego i Zanka Kulczyckiego.
— Czy może to Zawisza gorszy od innych? „Sasem“ czy „Różą“, gdy zechce, swaty przypieczętuje albo i... stalą!
I jęli w szablice trzaskać i sapać okrutnie.
Słyszał to wszystko Andrzejko Zawisza i głowę jeszcze wyżej zadarł.
— Staruch Tatomir Sozański ongiś nam chłopakom taką bajkę opowiadał przy barciach. Był niegdyś kmieć, co córkę królewską przed smokiem ognistym obronił i za to królewnę za żonę sobie wziął i ludem rządził sprawiedliwie. A my tam w górach — nie kmiecie, ino dawnych bojowników wnuki i prawnuki i, kto tam wie, jaka najzacniejsza płynie w nas krew? Mamy i my tam różne klejnoty i stare wspominki, ino nie pysznimy się tym, bo i przed kim by na naszych rubieżach?! Ale teraz będzie inaczej — my sobie nowe klejnoty wykujemy na krzyżackich łbach. Ot co!
— Patrzcie no na takiego malca! Jakie to harde ziele! — aż poderwało pana Herburta, lecz pan Marcin bojąc się, żeby rozindyczony młodzik nie palnął coś niezacnego, podbiegł do niego i szepnął:
— Podziękuj przystojnie, brateńku, i idź już sobie, idź z Bogiem!
Zupełnie nieoczekiwanie sprzeciwił się temu stary Grzymalita, zwracając się do gospodarzy:
— Uczcijmy odwagę i zaprośmy młodzianków, by w naszym zasiedli gronie...
Herburt i Kmita nie mogli odmówić gościowi, tym bardziej, że i wojewoda Mikołaj ubawiony całą tą przygodą podtrzymał starca.
Usiedli tedy chłopcy i, choć wina nie tknęli, za to zajadali się słodyczami, nawet twarde jak krzemień pestki daktylowe krusząc mocnymi zębami. Nie jadł tylko Andrzejko. Siedział obok złotowłosej niewiastki i usta mu się nie zamykały, bo wszystko chcieli wiedzieć o sobie, by nie mieć żadnych tajemnic. Na pożegnanie Gniewosz Grzymalita obdarował chłopaków szablami i lekkimi pancerzami, które służbie z zamku przynieść kazał, a Wojewoda spiął Andrzejce rozchełstany kołnierz sprzączką z krwawnikiem zdjąwszy ją z własnej delii.
Gdy goście odjechali wreszcie, pan Kmita stanął przed Andrzejkiem i długo kręcił głową aż w końcu pokraśniał i rzucił jedno tylko słowo:
— Ty!... — nie dokończył i machnąwszy ręką wielkim krokiem powrócił do kwatery.
Za to pobratymcy znad Stryja, Sanu i Dniestru — starszyzna hufowa: Waśko Turecki, Jan Dzieduszycki, Zanko Kulczycki, Szymon Jaworski a nawet wymagający i surowy Jur z Rybotycz jeden po drugim podchodzili do chłopca i klepiąc go po ramieniu mówili:
— Dobrześ, godnie gadał! Poznali teraz jak my tamtejsi z Beskidu myślimy i o honor swój upomnieć się umiemy. Setny z ciebie chłop wyrośnie, brachu!
Gdy zaś o wszystkim od Jaworskiego dowiedział się Janko Łysy, odszukał syna i mruknął do niego:
— Słysz, ludzie bają, żeś mądry i honorny, no, to i zawsze bądź mądry i honorny, bo to najpierwsza rzecz!
Andrzejko nic nie odpowiedział, tylko ojca w rękę pucnął i odszedł, bo miał głowę i serce pełne ciepła i radości. Chciał z tym pozostać sam, więc zaszył się na strychu, gdzie złożone było siano i słuchał bicia swego serca, które wykuwało malutkim młoteczkiem:
— El... El... El...
A słowo to słodkie brzmiało w jego uszach niby kląskanie słowicze.
Tak minęły jeszcze dwa dni, a na trzeci przybył do wojewody sandomierskiego pan Wojciech z Makowa, podkanclerza Trąby poseł, z rozkazem aby schwytanych jeńców pod strażą ludzi pewnych i zaufanych nie zwlekając posłać do Bydgoszczy. Mieli oddać ich staroście Januszowi, gdyż starosta, mając w swym ręku brata komtura toruńskiego, owego wodza krzyżackiego szachował.
Wykonanie rozkazu wojewoda polecił panu Herburtowi, ten zaś naradziwszy się ze szwagrem całą sprawę obmyślił szybko. Właściwie obmyślił ją ostrożny zawsze i nielubiący waśni pan Kmita tak do Herburta mówiąc:
— Zważ, brateńku, jak ów młody Zawiszak do zamku Grzymality dzień w dzień się przekrada i z ową urodziwą Heleną grucha sobie jakby nigdy nic! Strach mnie oblata, gdy pomyślę, że taki głuptak dziewczyninę temu staruchowi jak nic umknie. Co tedy będzie? Co za skargi i lamenty, a z Grzymalitami toć trudna sprawa, brateńku! Toteż jabym owego Andrzejka i tych jego urwipołciów do Bydgoszczy z jeńcami pchnął, ze dwie glewiny im przydawszy a za starszego nad pocztem niech jedzie Spytko Suchy-Wilk...
Długo namyślał się i mruczał pan Paweł aż w końcu uległ szwagrowi i według jego rady rozkaz wydał nagle, tak, że w godzinę potem Andrzejko, Komarniccy i Popiel człapali już za Suchy-Wilkiem, a za nimi toczył się wóz z jeńcami, otoczony ośmiu kiryśnikami.
Jechali na Koło, Kleczew, Żnin i popasając krótko szybko do Bydgoszczy dojechali.
Pan Janusz z Brzozogłowy, starosta bydgoski, jeńców obejrzawszy, ręce rudym włosiem porosłe zatarł i zawołał:
— Dobrze wam u mnie będzie, sierdzista chmuro, w lochach zamkowych, ptaszęta moje najmilsze, nie bójta się, bo ja już wam dogodzę, a i wy mnie, sikoreczki, sierdzista chmuro!
Tą „sierdzistą chmurą“ pan starosta sypał niby z rozdartego worka makiem, bo miał taką przygaduszkę, to też załoga zamkowa inaczej go nie nazywała jak „sierdzistą chmurą“.
Suchy-Wilka i młodych kiryśników witał serdecznie starosta i hołubił za podarek, wołając tubalnym głosem:
— Za takie dzieło, sierdzista chmuro, jak pojmanie owych szpiegów, sierdzista chmuro, mało jest na rycerzy tych młodzieniaszków pasować!... Bóg pokarał Krzyżaków, sierdzista chmuro, że też taki szczwany lis jak ów Albert Sajn takowe ważne miał przy sobie pisma... W głowie mu się pomieszało — sierdzista chmuro — na nasz pożytek! Ojże, ucztę ja wam wyprawię — sierdzista chmuro!
I wyprawił istotnie huczną ucztę — taką, że, jak sam mówił z pychą, w Toruniu musiał jej echa usłyszeć komtur krzyżacki, Jan hrabia Sajn.
— Zawalidroga jestem dla Zakonu — chełpił się pan Janusz — zawalidroga i pies z łańcucha spuszczony, by warczał i gryzł!
Rzeczywiście też tak było. Król Władysław Jagiełło przejrzał był wonczas zamiary i dążenia Krzyżaków. Zrozumiał, że Zakon opasuje Polskę żelazną obręczą swych twierdz, obsadzonych silnymi załogami, odcina ją od Litwy i od morza, wdziera się na środkową Wisłę, niosąc pożogę, miecz i niewolę. Jak straszne widmo stanęła przed oczami króla polskiego i wielkiego księcia litewskiego groźna przyszłość — los podbitych już książąt pomorskich i oszukanych kneziów śląskich, wcielenie Polski do cesarstwa niemieckiego i — ostateczna zagłada. Pozostał jedyny ratunek — mieczem sprawę tę rozstrzygnąć.
Król przygotowując się w tajemnicy do walnej z Zakonem rozprawy i właściwie od dawna już prowadząc z nim przewlekłą małą wojnę, w której utracił Dobrzyń, Rypin, Lipno, Bobrowniki a sam wyparł Zakon z Bydgoszczy i upomniał się o Drezdenko, by odciąć Krzyżaków od ziem niemieckich, na granicę zachodnią miał baczne, nieusypne oko.
Najpewniejszych, i najrozsądniejszych posadził tam ludzi na straży, a więc: Noteckiej doliny i łuku Wisły, między Toruniem i Chełmnem pilnował Janusz z Brzozogłowy — zuchwały i przebiegły zarazem rycerz; krainy od Wełny do Pomorza strzegł wojewoda kaliski, Maciej z Wąsoczy Toporczyk, i rycerstwo na tych kresach osiadłe, a wśród nich najznakomitszy — Jarosław z Iwna Grzymalita, przezwany z łacińska „furor Maurorum“ — co znaczy „postrach Maurów“, bowiem ów rycerz wsławił się w Hiszpanii podczas walk z Arabami.
Wszystkich tych panów rubieżnych sprosił starosta bydgoski na ucztę, a w piśmie swoim zaznaczył, że zamierza tym uhonorować czterech młodych rycerzyków, którzy pojmali Albrechta Sajna, jak on sam porwie tak czy inaczej — podstępnego komtura toruńskiego, bo tyle krwi lechickiej ów wilk żelazny utoczył, niewiast nawet nie szczędząc, jak to było w Dobrzyniu, Lipnie i Rypinie.
Sam starosta z tym swoim pismem nie taił się wcale, toteż mieszczanin bydgoski, Hans Klamenhaus, doniósł zaraz o wszystkim komturowi w Toruniu, ten zaś zasmucił się bardzo, przeląkł i do wielkiego mistrza gońca pchnął.
W czasie uczty z zamku bydgoskiego z armat walono niby przy szturmie, a wiwatowano tak hucznie, że całe miasto się zbiegło, na niemieckich zaś mieszczuchach i przybyłych z poza rubieży kupcach skóra cierpła, gdyż dokoła nagromadziło się prochu bez liku, o iskrę zaś było łatwo. Jako też iskra padła. Rzucił ją młody kmieć, Wojtek Pastuszek, co to bydło dla załogi z Wiercięcic przygnał. Ten zwiedziawszy się o wszystkim łapska zatarł i mruknął:
— Łupił nas Niemiec, byśmy Ojczyzny odstąpili, to i my zaś Niemca połupimy, nieprawdaż?
Długo nie myśląc rozejrzał się po rynku a spostrzegłszy bogatego browarnika, Szmerlebena, znęcającego się zawsze nad polskimi kmieciami a teraz tchórzliwie przekradającego się do ratusza, gdzie czuł się bezpiecznie, dopadł go i bez słowa w pysk opasły gruchnął. To widząc chłopaki i młodzież skoczyli do sklepów kupców niemieckich, z Wrocławia i Magdeburga przybyłych, i poczęli turbować ich, wołając, że na przeszpiegi tu zjechali, na udręczenie ludu. Pobito też Niemców — pachołków miejskich, oberwał w tłoku sam burgrabia von Zirkenau i na pięciu radnych porwano na strzępy aksamitne kaftany.
Setnik obozowy, choć nierad, hałasującą ciżbę, co do obrony Polski zerwała się gwałtownie, obuszkami rozpędził i porządek ustalił, warty po ulicach i przed ratuszem wystawiwszy.
Podczas uczty zmuszono Bogdanka Komarnickiego, by po porządku opowiedział rycerskiej braci, jak to przyszło do owej pamiętnej na Wiśle przygody, a gdy wspomniał o wykradzeniu Heleny Grzymalitki i o jej uratowaniu z nurtu rzecznego, porwał się z zydla Jarosław z Iwna i ramiona mocarne rozłożywszy szedł ku Andrzejkowi, wołając:
— Taż to El — jedynaczka mego stryjecznego, Wojciecha z Bogorii! Oczko w głowie całego rodu, dziedziczka wszystkiej Grzymalitów ojcowizny, bo i ja owej niewiastce słonecznej Iwno i Bełsz przypiszę, jako że nieżeniaty i niedzieciaty do śmierci już ostanę!
Ściskał rycerz wzruszonego i zawstydzonego pochwałami Andrzejka, po policzkach go całował i tuż na sali opasał go pasem pięknej roboty snycerzy maurskich, obiecując, że mu przyśle zacny miecz zdobyczny z najprzedniejszej stali toledańskiej kuty. Pan Janusz i inni panowie poszli za przykładem Grzymality i poczęli obdarowywać chłopaków, a chwalić, a wyciągać ku nim kielichy z winem, a namawiać, by do ich hufców wstąpili.
To kuszenie odrzucił od razu starosta rzekłszy poważnie:
— Na nic to! W piśmie wojewody sandomierskiego stoi, jak wół: „Masz, cny Januszu, tych posłanych ci z jeńcami młodzików na strażnicy bydgoskiej przy sobie ostawić, bo oni ci się tam przydadzą, jako że rezolutne to mocne i odważne wilczęta i w sztukę orężną przez Chwaliboga Zawiszowego wprawieni“.
Nie dodał tylko pan starosta, że było też i drugie o tym samym pismo, a w nim znów pan Marcin Kmita pisał, że trza chronić Andrzeja Zawiszę przed wielką przygodą, bo inaczej na śmierć by się zapłakała młoda dziedziczka na Tarnobrzegu i Bogorii. Wspomniał też o tym, że umyślili ze szwagrem chłopaka zdala od Tarnobrzegu trzymać, bo „nie sposobnie jest ogień chować w słomę“.
Tak więc „orlęta podkarpackie“ ugrzęzły na zamku bydgoskim. Nie nudziło im się życie na strażnicy, gdyż chłopcy w ciągłych byli wypadach ku Koronowu, Drezdenku i Toruniowi, na zwiadach, na czatach i podsłuchach, a nieraz to i z krzyżackimi ścierali się podjazdami aż pod siedziby komturów zapędzając się w pogoni.
Bojowe, czynne, burzliwe wartko płynęło tam życie — najlepsze na nudy a nawet na troski serdeczne, bo pan starosta — śmiały, czujny i ruchliwy — tego też od swoich żądał wojowników i gnuśnieć im nie pozwalał.
Do Bydgoszczy tymczasem przychodziły wieści o sprawach wielkich. Wiedział więc pan starosta i rycerstwo, że wszystkie chorągwie miały ciągnąć do Wolborza, że w Czerwińsku, pod opactwem, uczeni Czesi przez Wisłę budowali szeroki most na łyżwach i że król posłał piętnaście lżejszych chorągwi, a w ich liczbie chorągwie ziemi przemyskiej, podolskiej i halickiej nad Narew, by pilnowały strony krzyżackiej, zanim książę Witold ze swymi Litwinami, Tatarami i drużyną smoleńską dokona przeprawy; doszły też słuchy, że do króla i wielkiego księcia litewskiego przyłączyli się kniaziowie mazowieccy — Ziemowit czerski i Janusz wyszogrodzki, którzy niedawno jeszcze za Zakonem się oglądali, wciąż jeszcze o stolcu krakowskim marząc, i że wreszcie znakomity rycerz czeski, Jan Sokół, ciągnął już do króla z hufcem wyborowych rycerzy.
W drugiej połowie czerwca Janusz z Brzozogłowy coś obmyślił, bo kazał przyjść do siebie najbardziej zaufanemu rycerzowi, Klemensowi Puchale, i długo się z nim naradzał. Klemens zaś do swej izby powróciwszy pachołka po Andrzejka z towarzyszami posłał. Gdy stanęli przed nim wyciągnięci jak struny, bo Puchała godność oboźnego piastował i surowy był dla wszystkich, rycerz marszcząc brwi powiedział:
— Uszy roztwórzcie szeroko, a gęby na trzy spusty zamknijcie, by słowo ani jedno z nich nie wyleciało, bo wokół szpiegów mamy moc! Podzieliwszy się jak tam chcecie pojedźcie dziś na noc pod Inowrocław i Kujawski Brześć, a chytrze to czyńcie, bo oko nieusypne dają na tamte strony komturowie ościenni. Macie stanąć na czele ludności, która pali się do zemsty nad Krzyżakami, ino wodzów nie ma. Nauczcie ją, by napad uczyniła na wsie pod bokiem krzyżackim i pohulała sobie za dawne krzywdy mnogie i ciężkie! Ino — jeśli się wam nie poszczęści i pochwycą was Krzyżacy — nic nie gadajcie, skąd przybyliście i kto was nasłał, bo król, słysz, rozejm na czas krótki ustalił z mistrzem Jungingenem, więc... pojmujecie... trza to zrobić tak jak gdyby jakowaś kupa swawolna sama się na takowe dzieło porwała bez nijakiego pozwoleństwa czy tam namowy i nakazu. Pojęliście li wszystko?
— Pojęlim! — odpowiedzieli chórem chłopcy i roziskrzonymi oczyma na rycerza patrzyli.
— Hej, wy... wilkołaki! — uśmiechnął się Puchała. — Ino baczcie, aby nie ten tego, nie... za bardzo...
Nie pytał jednak chłopców, czy aby pojęli owo „nie za bardzo“, bo wiedział sam, że nie pojęliby, choćby im ze dwie godziny tłumaczył, więc dodał tylko:
— Dam wam przewodnika pewnego, byście drogi nie zmylili i zastawy krzyżackie ominęli. No, idźcie już i przysposobcie wszystko, a po pierwszej nocnej warcie sam was do bramy odprowadzę. Skoczycie do Saniowiec i tam przy figurze ujrzycie Warchoła — owego przewodnika... Ruszajcie już a gęby na zaworach trzymajcie, malcy, bo inaczej bębny z waszych skór porobią zakonni bracia...
Chłopcy kopnęli się do koni, potem broń najpodręczniejszą wybierali, ladrowane kirysy lekkie pod kurty wdziewali i milczeli do siebie nawet nic nie mówiąc i tylko wzrokiem się porozumiewając.
W nocy Klemens Puchała za bramę ich wyprowadził i krzyżem przeżegnał szepcąc:
— Z Bogiem, chłopaki miłe! Oby się wam poszczęściło!
Oni zaś tak do serca wzięli rady oboźnego, że i tym razem nic nie rzekli i milcząc konie w skok puścili znikając w czarnym mroku.
W kilka dni po ich odjeździe Janusz z Brzozogłowy od pewnych ludzi dostał wieści ważne, że do Torunia przybył z hufcem komtur Ragnety, Eberhard von Wellenfels, i wraz z komturem toruńskim brzeg Wisły wojskiem obsadził i zasieki pobudował, a w ślad za nim do Świecia zjechał sam Wielki Mistrz, gdyż myśleli Krzyżacy, że królewskie wojska w tej właśnie okolicy na ziemie zakonu wkroczą i odetną Toruń.
— Przepadli chłopaki, bo nie przerwą się już przez wraże sieci! — utyskiwał Puchała z troską spoglądając ku wschodowi.
Aż na Jana Chrzciciela wieczorem przybiegł goniec z zastawy Jaksickiej z doniesieniem, iż na całej Wiśle dokoła Torunia widać dymy okrutne.
— Azaliż to oni? — rzucił pytanie starosta patrząc na uważnie słuchającego oboźnego, lecz Puchała tylko ręce rozłożył.
Tymczasem tam za Wisłą działy się rzeczy szalone sprawcami zaś ich byli Zawisza, Komarniccy i Popiel. Andrzejko z Waśkiem osobno w Inowrocławiu, Komarniccy na własną rękę w Brześciu Kujawskim przekonali uciśnionych przez komturów[1] chłopów, by za kłonice, kosy i topory się wzięli i pohulali z krzyżackimi braćmi służebnymi i „witingami“, jak nazywano Prusaków-pogan, w wojsku zakonnym służących z musu. Do chłopców przyłączyły się załogi obu miast i tak to spora kupa ludu zbrojnego idąc nocami dotarła do lasu Służewskiego i tam zrobiła zasadzkę przy drogach. Po zachodzie słońca kilku ludzi podpaliło naraz Nieszawę, Murzynowo, Glinie i inne osady, zagarnięte przez Zakon a ukryte pod skrzydłami groźnej twierdzy toruńskiej.
Komtur Jan hrabia Sajn wypadł na czele wyborowego hufca dopiero co przybyłych gości cudzoziemskich — rycerzy, wstępujących do wojska Zakonnego, gdyż myślał, że to król wojnę znienacka rozpoczyna i chciał pierwszym zwycięstwem wsławić się przed krwawym i zawistnym komturem Wallenfelsem. W płonących wioskach nie znalazł jednak żadnego wroga i tylko drogą ku lasowi pomykało pięciu jeźdźców.
W pościgu za nimi wpadł zapalczywy hrabia Sajn do Służewskiego boru i tu zaczajeni w haszczach i po naprędce pobudowanych zasiekach Polacy sypnęli mu z boków chmarę strzał a, gdy pomieszały się szeregi, wypadli i siec, kłuć, dźgać i prać poczęli mocno.
Komtur nie mogąc w konnym szyku walczyć w lesie, dał sygnał do odwrotu i wtedy to na jeźdźców jego runęło kilku toporników. Szli jak drwale przez las wyrąbując sobie drogę, a najtężsi ze służebnych braci i witingów wstrzymać ich nie mogli i ginęli pod ostrzami ciężkich toporów.
Wreszcie komtur zrozumiał, że jacyś zuchwalcy usiłują dotrzeć do niego.

— Christ! — zawołał w duchu i przeraził się, gdyż na wąskiej drodze jeźdźcy jego zbyt powolnie zawracali wylękłe konie.
...i z rozmachem opuścił ciężką kłonicę na zdobny w pióra hełm.

Przypomniał też sobie, że zaprosił wszak na tą pierwszą bitwę sławnego rycerza flamandzkiego, Gustawa van Gootborga, i że gościa, druha Wielkiego Mistrza, na takie wystawił niebezpieczeństwo. Schwycił więc natychmiast jego konia za cugle i starał się zawrócić, by ujść przez las, ale ten ruch jego spostrzegł niewysoki barczysty człowiek nacierający na witingów, którzy w przerażeniu cofali się przed nim. Zrozumiawszy zamiar krzyżackiego wodza, bo od razu go poznał po białym płaszczu z czarnym krzyżem, człowiek ów zakręcił nad głową toporem i wypuścił go ponad zbitą ciżbą ludzką. Ugodzony obuchem w pierś Gootborg spadł z konia i nie zdążył się już podnieść, bo przyskoczył doń jakiś kmieć i z rozmachem opuścił ciężką kłonicę na zdobny w pióra hełm.
— Got! — wrzasnął komtur, lecz nie było już czasu na rozmyślanie. Musiał uciekać, bo topornicy byli już coraz bliżej, obalali konie i ludzi i szli jak huragan, co z korzeniami najmocniejsze wyrywa drzewa.
Wreszcie krzyżacki huf zawrócił i ścigany furkoczącymi strzałami uchodzić począł szybko...
Tej samej nocy poniżej Torunia od brzegu Wisły odbiła łódź rybacka z podniesionym żaglem i szybko sunęła poprzez rzekę ku ujściu Brdy. Ledwie dobiła brzegu, otoczyli ją zbrojni ludzie z zastawy.
— Powoli... lekko — mówił barczysty chłopak — nieście pomału, bo ten rycerz srodze krwią pluje...
Drugi zaś ocierając rękawem pot z czoła dodał:
— Na zamek, do starosty!
Szli potem we czwórkę, Zawisza, Popiel i Komarniccy za niosącymi Gootborga ludźmi w milczeniu niby za konduktem pogrzebowym.
Bardzo chwalili chłopaków pan Janusz z Brzozogłowy i pan Klemens Puchała — oboźny, chociaż król o Służewskiej dowiedziawszy się wyprawie długo gniewny był na starostę bydgoskiego, że na takie harce zezwolenie dawał. Ale jak się potem okazało — dobre to było, bo Krzyżakom ducha odebrało.
Cicho siedzieli utrudzeni chłopcy w Bydgoszczy, bo wypoczynek im dał oboźny, a do Popiela medyka posyłał, bo Waśko oberwawszy po łbie szablicą osłabł i gorączka trawiła go w dzień i w nocy. Rozchorzał się wreszcie na dobre i musiał w izbie pozostać, podczas gdy przyjaciele na nową ruszyli wyprawę.
Zarządził ją i przygotował sam starosta i dumny z niej chodził potem jak paw, choć panowie z rady królewskiej sarkali na niego, osobliwie zaś Piotr Szafraniec z Pieskowej Skały. Ale ustały te pomruki, bo chociaż na przygodę puścił się pan Janusz z Brzozogłowy, wszelako uradowała ona króla i za dobrą przepowiednię przez rycerstwo została uznana.
A taką to obmyślił sobie przygodę niespokojny pan starosta, który szaleństwa nawet w najniestosowniejszej robił chwili, bo, choć nazywano go „Brzozogłowy“, głowę miał lepszą od wielu innych.
W Bydgoszczy wiedziano już, że wojsko króla połączyło się z Witoldowymi zastępami i że przeprawa przez Wisłę rozpocznie się jak tylko minie termin zawieszenia broni.
O tym to właśnie terminie mocno myślał pan Janusz, głowił się, tak i owak przymierzał, aż o północy z piątku na sobotę 3 lipca wyprowadził niemal wszystkich swoich kiryśników, niepostrzeżenie podkradł się aż pod Świecie i zapadł do lasów, mały zaś oddziałek na szczególnie „żartkich“[2] koniach pchnął naprzód z rozkazem by znosił drobne zastawy, palił wioski, chaty i pozostawione sterty w polu.
— Na wabia tych ludzi posłałem niby na wrony i krogulce puhacza! — śmiał się w kułak pan z Brzozogłowy.
Ujrzawszy łunę i posłyszawszy wrzawę komendant krzyżacki w Świeciu, Eberhard von Trollen, na czele pięciudziesięciu rycerzy zakonnych puścił się w pogoń, lecz w lesie wpadł na zasadzkę. Śmiały był to człek i bojowy, więc, choć otoczony przez Polaków, bił się jak wściekły zarąbawszy Klemensa Puchałę i trzech innych rycerzy, aż spotkał się z Andrzejkiem, który mieczem Jarosława Grzymality stal Niemcowi pokruszył, samego zaś życia pozbawił. Bogdanko Komarnicki swoim zwyczajem obuchem topora zwalił dwóch rycerzy, Raszkowi zaś, walczącemu krótką dzidą, poddało się trzech przerażonych Krzyżaków. Inni zaś polegli i nikt z oddziału Trollena do Świecia już nie powrócił.
Gdy pan starosta, nieco w ramię zacięty przez Krzyżaków, robił przegląd swoich ludzi, miał kamienną, surową twarz, dowiedziawszy się o zgonie Puchały i jeszcze bardziej sposępniał, posłyszawszy od chorążego, że razem z innymi do Bydgoszczy nie powrócił też Zawisza ani bracia Komarniccy.
— Ubici, czy co? — pytał stroskany pan Janusz.
Nikt nie mógł mu dać odpowiedzi na to pytanie. Ten i ów widział młodzików walczących w samym gąszczu bitwy i ciskających się na wrogów, ale co się z nimi w końcu stało — tego nikt nie wiedział.
Bardzo ta strata obeszła rycerskiego pana z Brzozogłowy i zaniepokoiła, bo przecież nie ustrzegł ich na tak niebezpieczną pchnąwszy przygodę.





Przypisy

  1. Komtur — dowódca chorągwi krzyżackiej.
  2. Śmigłych.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.