Nowele (Kipling, 1892)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Nowele
Wydawca Księgarnia Br. Rymowicz
Data wydania 1892
Drukarz Drukarnia «Kraju»
Trenke i Fusnot
Miejsce wyd. Petersburg
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
NOWELE
RUDYARD'A   KIPLING'A
W PRZEKŁADZIE Z ANGIELSKIEGO
WILI ZYNDRAM-KOŚCIAŁKOWSKIEJ.
Rudyard Kipling - Nowele ornament.png





PETERSBURG.
SKŁAD GŁÓWNY W KSIĘGARNI BR. RYMOWICZ.

1892.




SPIS RZECZY
str.
 3
 25



Дозволено Цензурою. С.-Петербургъ, 15 іюня 1892 года.

W druk. «Kraju» Trenke i Fusnot. Maksymiljanowski zauł. 13.





Lispeth [1].



Look, you have cast out Love! What Gods are these
You bid me please?
The Three in One, the One in Three? Not so!
To my own Gods I go.
It may be they shall give me greater ease
Than your cold Christ and tangled Trinities.
«The Couvert».


Była córką indjanina Sonoo i żony jego Jadéh. Gdy pewnego lata zawiódł ich zbiór kukurydzy, a nadto para niedźwiedzi splądrowała doszczętnie jedyny łan konopi, jaki posiadali pod doliną Sulley, po stronie Kotgarhu, zaraz na rok następny przeszli na chrześcjanizm i dziecko swe ponieśli do chrztu do misji. Kapelan miejscowy dał mu imię Elżbieta, co w miejscowem narzeczu «pahari» brzmiało: Lispeth.
I czy to pod wpływem chrześcjanizmu, czy też i w odmiennych warunkach, właśni jej, ojczyści bogowie, wyposażyliby ją zarówno hojnie, dość, że Lispeth wyrosła na ładną dziewczynę. Już to kiedy indjanka bywa ładną, nie żal, doprawdy, nałożyć sobie piętnaście mil złej drogi, by ją oglądać. Lispeth miała rysy greckie, które tak chętnie malują malarze, a z któremi w życiu spotykamy się tak rzadko! Płeć miała barwy jasnej kości słoniowej i jak na kobietę swej rasy, niezwykle słuszną była. Miała przytem pyszne oczy i gdyby nie ohydne szatki bawełniane drukowane, w których się szczególnie lubują misje, spotkana w górach zdać się mogła żywym oryginałem dążącej na łowy Djany.
Lispeth zdawała się dostatecznie przejętą chrześcjaństwem i nie porzuciła go dorósłszy, jak to się tam często zdarza. Ziomkowie znienawidzili ją, gdyż została, jak tam mówią, «memsahib» i myła się codziennie. Z drugiej znów strony, żona kapelana nie wiedziała co z nią począć. Nie raźnie jakoś kazać obmywać talerze i szorować rądle bogińce o królewskiej postaci. Bawiła się zatem Lispeth z dziećmi na plebanji, uczęszczała do niedzielnej szkółki, czytała wszystkie książki jakie jej wpadły w rękę i jak zaczarowana księżniczka w bajce, stawała się z każdym dniem piękniejszą. Żona kapelana namawiała ją by została niańką, lub czemś podobnem, w Seinla, ale Lispeth nie chciała iść służyć, czuła się zupełnie zadowoloną z dotychczasowego swego położenia.
I gdy podróżni, nieliczni podówczas, przybywali do Kotgarhu, zamykała się na klucz w swym pokoiku, ze strachu by ją nie uwiedli do Seinli, lub gdziebądź w świat nieznany.
Pewnego dnia, wkrótce po skończeniu lat siedmnastu, wyszła na przechadzkę. Lispeth nie przechadzała się jak nasze panie, pół wiorsty tam i napowrót. Chodziła prędko i dużo, precz, aż do Narkundy i dalej. Tego dnia wróciła o samym zmroku, po karkołomnym spadzie góry, niosąc coś ciężkiego. Z przyspieszonym oddechem weszła do bawialnego pokoju, gdzie właśnie drzemała żona kapelana, a składając ciężar na sofie, rzekła wprost:
— Oto mój mąż! Znalazłam go na drodze do Bagi. Skaleczył się widocznie. Będę go pielęgnowała, a gdy wyzdrowieje, kapelan nas zaślubi.
Po raz to pierwszy Lispeth wspominała o małżeństwie i żona kapelana wzdrygnęła się zgorszona. Tymczasem jednak trzeba było nieść pomoc nieznajomemu. Był to młody anglik, głowę miał rozbitą do kości jakiemś tępem narzędziem. Lispeth wyjaśniła, że go znalazła powalonego na ziemię, więc go tu przyniosła. Oddychał ciężko i był nieprzytomny.
Położono go do łóżka. Opatrzył go, znający się nieco na medycynie, kapelan; Lispeth czuwała u progu, na każde gotowa skinienie. Powtórnie oświadczyła misjonarzowi swe matrymonjalne zamiary. I kapelan i jego żona ostro ją zganili, przedstawiając całą gorszącą nieprzyzwoitość jej postępowania. Wysłuchała spokojnie i — została przy swojem. Nie łatwo bo przychodzi chrześcjaństwu ścierać barbarzyńskie instynkty dalekiego Wschodu, jako to naprzykład miłość od pierwszego wejrzenia. Lispeth spotkawszy, czyli raczej znalazłszy mężczyznę godnego czci jej, nie wiedziała, doprawdy, dlaczego miałaby się z tem taić? Nie życzyła też sobie bynajmniej, by ją wydalono. Owszem, życzyła pielęgnować aż do wyzdrowienia przyszłego swego małżonka. Takie a nie inne były jej zamysły.
Po dwutygodniowem zapaleniu i gorączce, nieznajomy oprzytomniał i dziękował kapelanowi, jego żonie i Lispeth — tej ostatniej zwłaszcza — za ich dobroć. Podróżnym był, zwiedzał Wschód i wyszedł był właśnie z Dehra-Dou, dla zbierania roślin i motyli w górach Seinli. W Seinli nikt go nie znał. Musiał się poślizgnąć zrywając jakąś trawę i rozbił głowę o skałę... Przewodnicy uciekli zapewne, przywłaszczywszy sobie jego tłomoki. Wróci do Seinli skoro odzyska siły, dość miał tych wycieczek w góry.
Nie spieszno mu jednak było do Seinli i pomału do sił wracał. Lispeth nie słuchała tymczasem mądrych rad kapelana, ani jego żony, tak, że wreszcie ta ostatnia czuła się w obowiązku ostrzeżenia młodego człowieka. Smiał się szczerze, podziwiał świeżość i romantyczność tej istnej himalajskiej sielanki... cóż, był zaręczony w Anglji i wszystko to było na marne... Dyskretnym będzie, o, tak! najpewniej! Był nim też, lecz nie zdołał oprzeć się miłej pokusie rozmawiania z Lispeth, i spacerowania z Lispeth, i mówienia jej wdzięcznych słówek i słówek pieszczonych, gdy mu wracające siły pozwalały używać długich z nią przechadzek. Wszystko to niczem było dla niego, wszystkiem dla Lispeth! Czuła się ona bardzo szczęśliwą, bo miała kogo kochać.
Należąc z urodzenia do dzikich i niecywilizowanych, nie zadawała sobie trudu ukrywania wzrastających uczuć. Bawiło to nieskończenie anglika. Gdy się już miał oddalić, Lispeth odprowadzała go w góry aż do Narkundy; czuła się zmieszaną i bardzo smutną. Żona kapelana, jako dobra chrześcjanka, brzydząca się cieniem skandalu i hałasem wszelakim, skłoniła anglika do zapewnienia Lispeth, że wróci i z nią się ożeni. «Takie to jeszcze dziecko! — mówiła — w głębi serca została poganką». Tak mówiła żona kapelana, to też anglik przez całą drogę, wpół ujmując Lispeth, upewniał ją, że wróci i tak dalej. Dziewczę mu tysiąckrotnie słodkie kazało powtarzać obiecanki. Płakała u Narkundy szczytu, patrząc za nim aż znikł w oddali na drodze do Muttiani.
Otarłszy oczy, wróciła do Kotgarh, mówiąc żonie kapelana: «Wróci i ożeni się ze mną, tylko pojedzie do domu oznajmić to swej rodzinie». I żona kapelana, pocieszając Lispeth, twierdziła: «Ależ wróci, wróci!» Po dwóch miesiącach wyczekiwania, Lispeth zaniepokoiła się. Powiedziano jej wówczas, że Anglja daleko, za morzem... Wiedziała przecie gdzie leży Anglja, gdyż uczono ją początków geografji, tylko o mórz obszarach nie miało pojęcia to górskie dziewczę. W domu kapelana był porwany atlas. Lispeth bawiła się nim, dzieckiem będąc. Wyciągnęła go znów z kąta, rozkładając co wieczór i zlewając gorącemi łzami. Szukała śladów anglika, nie mając zaś wyobrażenia o przestrzeni i o parostatkach, błądziła co wieczór — zresztą, co tam! wszak anglik nie zamierzał wcale wrócić, by pojąć w małżeństwo małą pogankę... zapomniał już o niej, łowiąc motyle w Arsam. W dziele, które wydał potem o Wschodzie, imię Lispeth nie było wzmiankowane.
Po trzech miesiącach, Lispeth codziennie wchodziła na szczyt Narkundy, wyglądając powrotu anglika. Uspakajało to ją, a żona kapelana, widząc ją weselszą, sądziła, że się pozbywa «swego szaleństwa». Z czasem zaprzestała swych wycieczek, a charakter jej się zepsuł. Żona kapelana uważała chwilę tę za stanowczą właśnie, by otworzyć oczy zaślepionemu dziewczęciu, przedstawić jej istotny stan rzeczy, jako to anglik obiecywał jej powrót li tylko by ją na razie uspokoić, nie myśląc wcale z nią się żenić; jako to «złem było i nieprzyzwoitem» roszczenie przez Lispeth pretensji do wyjścia za mąż za anglika, z innej przecie niż ona ulepionego gliny, zaręczonego z dziewczęciem równem sobie. Wszystko to nie trafiało do przekonania Lispeth! Wszak mówił jej, że ją kocha, a czyż żona kapelana własnemi usty nie zapewniała jej, że wróci.
— Jakżeby nieprawdą być mogło to, coście oboje mówili? — pytała Lispeth.
— Mówiliśmy to, by cię uspokoić — odrzekła żona kapelana.
— Kłamaliście zatem oboje! — wołała Lispeth.
Żona kapelana skłoniła w milczeniu głowę. Lispeth też zamilkła. Wkrótce potem odeszła, a gdy wróciła, odzianą była jak tuziemcy, w strasznie brudne szmatki, tylko że bez obrączek u nozdrzy, włosy miała splecione w harcap związany czarną strzępką, tak, jak je miejscowe noszą kobiety.
— Wracam do swoich — rzekła. Zabiliście Lispeth. Została jedynie córka starej Jadéh, córka «pahari», sługa Tarka Devi. Wszyscyście anglicy łgarze!
I zanim żona kapelana odzyskała przytomność, by zdać sobie sprawę, że Lispeth wraca do swych ojców i bogów, dziewczę odeszło i nie wróciło już więcej.
Przylgnęła duszą całą do ziomków swych nędznych, jak gdyby zatrzeć chciała przeszłość swą. Wkrótce też wyszła za mąż za drwala. Bił ją, zwyczajem rozpowszechnionym śród parjasów. Piękność jej szybko więdła.
— Nie ma granic pogańska niestałość — utrzymywała żona kapelana, dodając:
— Zawszem posądzała Lispeth o przechowaniu w głębi serca zasad poganizmu.
Twierdzenie to zasługiwało na uwagę tem bardziej, że Lispeth wprowadzoną została na łono anglikańskiego kościoła w piątym tygodniu swego życia.
Lispeth długie żyła lata. Do końca władała angielskim językiem i czasem, podpiwszy sobie, opowiadała historję pierwszej swej miłości.
Patrząc na starą, zwiędłą, pomarszczoną babę, podobną do kupy gałganów, trudno było wyobrazić ją sobie jako «Lispeth z kotgarhskiej misji».





Wykolejony.


«And some are sulky, while some will plunge.
(So ho! Steady! Stand still, you!)
Some you, must gentle, and some you must lunge.
(There! There! Who wants to kill you?)
Some — there are losses in every trade —
Will break their hearts ere bitted and made,
Will fight like fiends as the rope cuts hard,
And die dumb-mad in the breaking-yard».
Toolungala Stockyard Chorus.












Wychować chłopca, jeśli ten chłopiec sam sobie ma torować drogę przez świat i życie, pod kloszem, jak to mówią, jest rzeczą arcy niemądrą. Dziewięćdziesiąt dziewięć razy na sto wpadnie w biedę, której mógł uniknąć, a sama nieświadomość istoty rzeczy pozbawi go równowagi i częstokroć przywiedzie do rozpaczy.
Niech szczenię gryzie mydło i liże świeżo wyszuwaksowane buty, i owszem. Gryźć będzie i lizać zanim się przekona, że mu to szkodzi i smakować przestanie. Pierwszy lepszy pies stary nauczy go niebezpieczeństwa targania uszu psom dużym i po przebytem doświadczeniu, po sześciu miesiącach, szczenię będzie wytresowane, o poskromionym apetycie. Gdybyśmy je aż do dojrzałości trzymali zdala od mydła, szuwaksu i psów starych, o wiele drożej musiałoby przypłacić spóźnioną naukę. Tak i z wychowaniem pod kloszem. Porównanie dosadne nieco lecz wierne.
Był razu pewnego chłopiec pod kloszem chowany aż do skutku, to jest aż go pedagogiczny ten system zabił na śmierć. Pod czujnem okiem rodziców pozostawał od urodzenia po dzień wejścia do Sandhurst. Prywatny piastun ćwiczył go we wszelkich dozwolonych naukach. To, czego się potem, w Sandhurst, po nad program nauczył, nie idzie w rachubę. Mydło i szuwaks pobudziły jego ciekawość i — apetyt. Skosztował ot tak, niby, trochę, troszeczkę i już do domu wrócił mniej — biały. Nastąpiła przerwa, gwałtowna scena z rodzicami, którzy mieli przecie prawo więcej od niego wymagać, zatem całoroczne rekolekcje zdala od świata i jego gorszących pokus, w zapadłej mieścinie, w garnizonie, gdzie wszyscy junkrowie byli nieletni, a władzę dzierżyły stare baby, wreszcie wyjazd do Indyj. Tu, sam już na sobie winien był w zupełności polegać.
Otóż tu, bardziej niż gdziebądź, nic nie warto brać do serca, nic — oprócz słonecznych w południu promieni. Tu praca i energja zabijają tak samo jak swawola i pijaństwo; flirt, wobec ustawicznych rozłączeń i bezpowrotnych odjazdów, mniej jeszcze niż gdzieindziej waży; praca na nic się nie zda, gdyż człek sądzony bywa z pozorów i wad swych wybitnych, gdy z cnót jego inni zbierają zasługę. Niedbałe wypełnianie obowiązków blednie przy ogólnem bardziej niedbałem tam, gdzie nieudolność raczej toruje drogi. Rozrywka sama, powtarzając się codziennie, powszednieje i wzmaga się tylko w stosunku do wygranej sumy. Choroba? Ależ tam ludzie chorują i padają jak muchy, a zanim członki zmarłego ostygną, już jego miejsce zajęte. Nie, nic tu nie waży, nic, oprócz urlopu i dodatkowej gaży — o! tym wagi dodaje nadzwyczajna ich rzadkość. Kraina to zapadła, opuszczona, kutcha. Ludzie posługują się tu przy pracy bardzo jeszcze niedokładnemi narzędziami. Pozostaje jeno, nie biorąc tu nic do serca, zmykać, gdy się tylko da, tam, gdzie rzecz każda na właściwem jest miejscu, rozrywka rozrywką i gdzie o dobre imię ubiegać się warto.
Lecz chłopak ten — historja zresztą stara jak szczyt Himalai — wszystko brał na serjo i wszystko do serca, a że był śliczny, więc go pieszczono. I to wziął na serjo, ubiegając się o względy kobiet, o które ubiegać się zbytecznem było. Swobodne życie w Indjach zachwycało go! Bawił się z całym zapałem podchorążego! Konie, wyścigi, tańce, biesiady pochłaniały go. Pożerał je, nieprzymierzając, jak szczenię mydło, tylko — zaczął zapóźno, nie znał miary i wagi, a przytem pojąć nie mógł, dlaczego nie spotyka go uznanie, uwaga, do jakich przywykł w domu? Dziwiło go to, trwożyło, dotykało, to też obrażał się na kolegów o lada co, a będąc bardzo wrażliwym, kłótnie te i obrazy brał do serca i chował w pamięci. Gry towarzyskie, gimnastyka, karty, rozrywki zdrowe po pracy, pociągały go jako nowość i jako nowość opłacał je — zadrogo.
Straty wziął do serca. Z góralskim jakimś konikiem związał więcej dumy i nadziei niż niejeden z pierwszą w Derby nagrodą. O mało nie oszalał, gdy go nadzieje zawiodły. Pochodziło to w części z braku doświadczenia, ot, poprostu, warczenie szczenięcia na cień padający od komina! Po części ze straty równowagi przy zderzeniu domowego klosza z życiem bez wędzidła. Nikt bo go nie ostrzegł o mydle i szuwaksach przeróżnych! Ojcowie wzdragają się zwykle przed ukrytemi w ostrzeżeniach samych zasadzkami. Aż żal było biedaka, tak się rozbijał i krwawił o lada przydrożne kamienie.
Gorączkowy szał trwał z pół roku, to jest przez chłodny sezon. Sądziliśmy, że upały, strata zdrowia i pieniędzy, okaleczenie stajni, uśmierzą go, jak to bywa dziewięćdziesiąt dziewięć razy na sto, o czem przekonać się łatwo — w Indjach zwłaszcza. Tym razem rachuba zawiodła, dzięki właśnie wrażliwości, o której mówiliśmy powyżej. Trudno nam tu orzec, jak go głęboko dotknąć mogły rzeczy w istocie swej nie tak znów ostatecznie nieodwołalne. Może tylko nadszarpnięty finansowo, fizycznie i moralnie, potrzebował nieco pobłażania i pieczołowitości. Może go uleczyć mogło jedno spokojne lato, a finansową równowagę przywrócić jedna wygrana. Nie wiem. Nie musiało mu się tak zdawać. Uważał się za zgubionego. Pułkownik, wedle swego zwyczaju, zburczał go ostro przy końcu zimy. I to, nieboże, wziął do serca!
To co nastąpi, stanowi ciekawy przyczynek, jak dalece zależymy jedni od drugich i jesteśmy wzajemnie odpowiedzialni. Jedno niebaczne, bezmyślne słówko pewnej kobiety przechyliło szalę. Było to w zwykłej rozmowie, której powtarzać nie warto. Pod słówkiem tem krew oblała mu czoło. Przez trzy dni nikt go nie widział, po trzech dniach prosił o parodniowy urlop. Wybierał się na polowanie o mil trzydzieści, w okolicy niezamieszkałego podówczas domu inżyniera wodnej komunikacji. Wieczorem, przy wspólnym oficerskim stole, weselszy był i rozmowniejszy niż kiedybądź. Opowiadał, że się wybiera na grube zwierzę i strzelać będzie celnie. Wyjechał około północy. Smieliśmy się i żartowali z niego. Kuropatwy! Piękna mi gruba zwierzyna! A wiedzieliśmy przecie, że w rzeczonej miejscowości nic nie ma prócz kuropatw.
Smieliśmy się jeszcze i żartowali, gdy nazajutrz rano jeden z majorów z krótkiego wrócił urlopu. Ale major nie śmiał się. Lubiał chłopca tego, kilkakrotnie usiłował przywieść go do porządku. Słuchając o tej wyprawie w odludną okolicę na «grube zwierzę», brwi ściągnął i natychmiast udawszy się do mieszkania nieobecnego towarzysza, całe je przetrząsnął.
Wróciwszy do klubu, mnie samego zastał w sali jadalnej.
— Wybrał się, mówicie, na polowanie — rzekł major. Potrzebneż są na polowaniu: rewolwer i przyrząd do pisania?
— Nie ma w tem sensu — rzekłem, domyślając się czegoś.
— Jest sens czy nie ma — ciągnął major — nie w tem rzecz. Niespokojny jestem i jadę wślad za nim natychmiast.
A po chwili spytał mię:
— Słuchaj — potrafiłbyś łgać?
— Wszak to mój zawód — odrzekłem.
— Więc zgoda — mówił major — będziesz mi towarzyszył. I my, rozumiesz! i my jedziemy na dzikie kozy. Spiesz się, bierz szynel i fuzję.
Znałem majora, wiedziałem, że słów na marne tracić nie lubi. Po chwili broń i zapasy były w zaprzężonym wozie.
Major odprawił stangreta. Wolał sam powozić. Przez miasto jechaliśmy zwolna, za miastem rozpuściliśmy konie. Indyjskie koniki słuchają bata i ostrogi; w trzy godziny przelecieliśmy trzydziestomilową przestrzeń[2], konie o mało nie padły.
Raz zauważyłem:
— Po co taki pospiech?
— Pomyśl — odrzekł rozważnie major — on tam sam, samusieńki, od dwóch, czterech, czternastu godzin! Straszny mię dręczy niepokój.
Niepokój udzielał się i mnie. Pomagałem majorowi gnać konie.
Przybywszy pod bramę domu, wołaliśmy na służbę. Nie było nikogo. Wchodząc, wołaliśmy głośno naszego towarzysza. Głuche milczenie!
— Eh! wyszedł na polowanie — mówiłem.
Wtem w jednem z okien dostrzegłem światło palącej się lampy. Godzina była czwarta popołudniu. Zatrzymaliśmy się na ganku, dech wstrzymując. Z wnętrza domu, jak z ula, dolatywało brzęczenie much. Major odkrył głowę, weszliśmy milcząc i ostrożnie.
Martwe zwłoki leżały zimne śród pustej, bielonej komnaty. Rewolwer rozsadził czaszkę. Fuzji nie wyjęto z futerałów, pościel była nietkniętą, na stole teka i rozrzucone fotografje... Ha! ukrył się ze śmiercią niby szczur zatruty.
Major mruczał pod wąsem: «Biedne dziecko! biedne djablątko!» — a zwrócony do mnie, rzekł:
— Liczę na twą pomoc.
Zrozumiałem w czem rzecz. Podszedłem do stołu, usiadłem, zapaliłem cygaro i zacząłem przeglądać papiery; major stał za mną i patrząc mi po przez ramię, powtarzał:
— Spóźniliśmy się! Biedne dziecko, biedne djablątko! Tak daleko od ludzi, jak szczur w norze.
Przybywszy tu, spędził zapewne resztę nocy na pisaniu listów: do pułkownika, do rodziców, do jakiegoś tam w ojczyźnie dziewczęcia. Natychmiast potem musiał się zastrzelić i leżał tak martwy od godzin kilku.
Czytałem kartę za kartą, w miarę jakem je kończył, podając majorowi.
Teraz dopiero widzieliśmy, jak dalece towarzysz nasz brał wszystko do serca i wszystko na serjo. Pisał o «hańbie, której przeżyć nie zdoła, o upadku bez powstania, o niestartej plamie, o zmarnowanem życiu». Były tam inne, jeszcze bardziej poufne zwierzenia dziecka przed rodzicami, których druk tykać nie powinien. Najbardziej rozdzierający był list do pozostałego w ojczyźnie dziewczęcia. Coś mię w gardle dusiło, gdym przedśmiertne to odczytywał pisanie. Major nie usiłował nawet łez powstrzymać, otwarcie ocierał oczy, co zresztą wzmagało mój dla niego szacunek. Listy to były zaprawdę straszne, rozdzierające, kamień poruszyć mogły. Naraz znikły nam z pamięci wady, wybryki szaleńca, a tylko leżały przed nami martwe jego zwłoki, a w ręku drgały nam zapisanego przezeń papieru ćwiartki. Możnaż było te listy wysłać pod wskazanym adresem? Przeszyłyby jak zatruta strzała ojcowskie serce i zabiły matkę, zdmuchując jedyną pozostałą jej pociechę: wiarę w syna.
Major ostatniej doczytał karty i otarł oczy.
— Niepodobna — rzekł — skalać poczciwe angielskie gniazdo. Pisanie to na nic! Co tu począć?
— Powiedzmy, że zmarł na cholerę — radziłem — żeśmy tu właśnie z nim byli. Nie ma czasu przebierać w środkach.
I rozegrała się najkomiczniej ponura scena, w jakiej kiedybądź uczestniczyłem: fabrykowaliśmy fałszywe, a na oczywistości jakoby oparte sprawozdanie z całego wypadku, aby złagodzić cios godzący w nieznaną nam rodzinę naszego towarzysza, a pamięć jego osłonić; układałem pracowicie całe szeregi kłamstw, nadając im pozór prawdopodobieństwa. Major dorzucał tu i owdzie słówko, a tymczasem zapisane przez samobójcę papiery rzucał w ogień. Wieczór zapadał ciężki, pochmurny, upalny. Lampa dogorywała. Udało mi się wreszcie z trudnego wybrnąć zadania. Dokument był gotów i stało, czarno na białem stało, jako to przedwcześnie zgasły towarzysz nasz wzorem był cnót i doskonałości wszelakich, chwałą swej chorągwi, towarzyszy ulubieńcem, jako otwartą i szczytną przed sobą miał karjerę. I czarno na białem stało, jakeśmy go w nagłej pielęgnowali chorobie i jako bez cierpień zgasł na ręku naszem. Sama myśl o tych, co dokument ten czytać mieli, przejmowała mię zimnem do szpiku kości. Musiało jednak być coś dziwacznego w tej pełnej ponurej grozy scenie, gdyż śmiech kurczył mi usta, z przebiegającemi mię dreszczami dziwnie się jakoś zlewając. Major zadecydował, że wypada się ogrzać.
Wyciągnęliśmy butelkę z whisky. Wstydzę się wyznać, ileśmy, zanim dokument ostatecznie zredagowanym został, wychylili kieliszków. Whisky nie działało jednak. Zdjęliśmy z trupa zegarek, dewizkę, pierścionki.
— Wypadałoby dodać pukiel włosów — zauważył major — kobietom zależy na tem.
Ha! Gdybyż to można było znaleźć choć jedno odpowiednie pasmo! Szczęściem i major był brunetem. Oderznąłem mu nad skronią scyzorykiem pukiel włosów. Ręka mi drżała, a śmiech mię dławił. Z majorem nie lepiej było, a obaj wiedzieliśmy, że najgorsze jeszcze nie załatwione. Opieczętowaliśmy wszystko: fotografje, zegarek, dewizkę, pierścionki, no — i pukiel włosów majora, wszystko lakiem, wyjętym z własnej teki zmarłego.
Teraz dopiero major chciwie zaczerpnął powietrza.
— Na Boga! — rzekł zdławionym głosem — wyjdźmy ztąd choć na chwilę. Zastanówmy się, co dalej począć.
Wyszliśmy i przez godzinę chodziliśmy nad kanałem. Potem, zanim się wzniósł księżyc, jedliśmy i pili... Niech mię kto spyta, jak się czują zbójcy po dokonanem morderstwie, a odpowiedzieć potrafię chyba! Ostatecznie wróciliśmy do pokoju z płonącą w nim lampą i tą drugą rzeczą. Trzeba się było wziąć do drugiej połowy naszego zadania. Szczegóły wolę przemilczeć — za okropne — dość, żeśmy zmuszeni byli spalić i łóżko i wyściełającą pokój matę, a popioły wsypać do kanału. Zanim major dokonywał reszty, pobiegłem do poblizkiej wioski po dwie motyki. Ludziśmy nie przyzwali. Kopiąc pracowicie dół, przypominaliśmy sobie z majorem wszystko, cośmy przypomnieć mogli z rytuału żałobnego. Nie wiem, o ile pamięć nas nie zawiodła w nim, że do modłów, nie tak to znów bardzo prawidłowych zapewne, dodaliśmy, w żadnym rytuale nie umieszczone, westchnienie o spokój dla tej młodej, a tak okrutnie poszarpanej duszy.
Zasypawszy dół, wróciliśmy — nie do domu, o, nie! na werandę tylko, by spocząć nieco. Upadaliśmy ze zmęczenia.
Gdy rano zbudziliśmy się, rzekł major:
— Musimy tu, widzisz, pozostać jeszcze do jutra. Trzeba mu przecie dać czas przyzwoicie umrzeć. Powiemy, że umarł dopiero dziś rano. Prawdopodobniej to będzie wyglądać.
— W takim razie — odrzekłem — zarzucić nam mogą, żeśmy jego zwłok nie odwieźli do garnizonu.
Major zastanowił się.
— Aha! Umarł na cholerę. Okoliczni mieszkańcy, wystraszeni, nie chcieli dostarczyć nam wozu.
— Prawda! Zapomnieliśmy byli o naszym, i konie, zostawione same sobie, musiały dawno zawrócić do domu.
I tak cały jeden jeszcze dzień długi, duszny, spędziliśmy w domku Spoczynku nad kanałem. Popołudniu zaszedł był jakiś indjanin. Usłyszawszy, że sahib zmarł z cholery, drapnął ile mu sił stało. O zmroku major mówił mi, że go nieraz zdejmował niepokój o naszego chłopca. Opowiadał o doszłych i niedoszłych samobójstwach historje, od których włosy na głowie powstawały. Wszak sam, w młodości, wkrótce po przybyciu do Indyj, zanim się zżył z psiem tem życiem, stawał u samych nieodwołalnych wrót, które wczoraj towarzysz nasz przekroczył. Dlatego też rozumiał, co się w jego duszy dziać mogło! I mówił, jak to młodzież zdjęta skruchą, przesadza doniosłość win spełnionych i upadków przebytych. Rozmawialiśmy tak późno w wieczór, powtarzając ustawicznie smutną historję naszego towarzysza. Skoro księżyc wszedł, zabraliśmy się z powrotem do garnizonu. Szliśmy noc całą i doszliśmy zaledwie o szóstej rano. Upadając ze zmęczenia, udaliśmy się wprost do mieszkania zmarłego, by rewolwer, z odpowiednią i kompletną ilością nabojów, jako też tekę i przybory do pisania odłożyć na miejsce. Potem składaliśmy raport pułkownikowi, przyczem doświadczaliśmy takiego wrażenia, jak gdybyśmy byli zabójcami naszego towarzysza. Teraz dopiero mogliśmy się położyć i spaliśmy jak zabici dobę całą.
W opowieść naszą uwierzono na tak długo, jak tego była potrzeba, bo po dwóch tygodniach nikt już o nieboszczyku nie myślał. Ten i ów zarzucał wprawdzie majorowi, czemu nie przywieziono zwłok do garnizonu, by uczcić je pysznym pogrzebem ze wszystkiemi oficerskiemi honorami.
Najsmutniejszem następstwem były listy jego matki do majora i do mnie. Listy, ot z takiemi wysiękami łez nad niemi przelanych. Pisała nam nieboga, że «wdzięczność» za naszą «dobroć» do grobowej przechowa deski.
Co prawda, miała za co być nam wdzięczną — nie w tym jednak, nie w tym kierunku, jak sądziła.





W jarzmie z niewiernym.


I am dying for you, and you are dying
for another.
Punjabi Proverb.

Wiele łez płynęło przy odpływie do Bombaju małego parostatku. Najbardziej i najgłośniej płakała miss Agnieszka Laiter. I miała czego. Jedyny człowiek, którego kochała, jedyny, którego pokochać mogła — tak przynajmniej utrzymywała! — odpływał do Indyj, a w Indjach — a któż o tem nie wie! — grasują dżungle i tygrysy, cobrasy i krodyle, nie licząc w to cholery i rodowitych sepoisów.
I Phil Garron, stojąc pod ulewnym deszczem na pokładzie, czuł się głęboko zasmuconym, chociaż nie płakał. Miał przed sobą w perspektywie herbaciane jakieś przedsiębiorstwo, o którem nie posiadał jasno wyrobionych pojęć, ani stanowczych danych. Wyobrażał sobie, że się przejeżdżać będzie na dzielnym koniu, po wzgórzach i dolinach pokrytych herbacianem kwieciem, za co sowite pobierać będzie wynagrodzenie. Wdzięczny był wujowi za umieszczenie go w tak korzystnym interesie. Stanowczo zamierzał zmienić dotychczasowy swój, nieco lekkomyślny, bezczynny nieco tryb życia. Znaczną część dochodów odkładać będzie i wkrótce wróci, by poślubić Agnieszkę Laiter. W ostatnich trzech latach nadto polegał na swych przyjaciołach, żył z nich i w braku zajęcia zakochał się po uszy. Ładny to był chłopiec i dobry chłopak, tylko — chwiejny w zasadach i poglądach. Wprawdzie nie wypłatał jeszcze żadnego nazbyt dotkliwego figla swym przyjaciołom, z nietajoną jednak przyjemnością życzyli mu «szczęśliwej drogi», a chociaż nie dodawali w głos: «jedź do licha i nie wracaj więcej», można się już było domyślać skrytego w pożegnaniu zadowolenia.
Phil Garron odpływał ze stałem i mocnem postanowieniem przekonania wszystkich o ile więcej wart był niż sądzono. Tak, pracować będzie jak wół i wróci pełen zasług i chwały, by poślubić Agnieszkę Laiter. Oprócz bo ładnej twarzy, niejedną jeszcze istotną posiadał zaletę: tylko, słabego był charakteru, nader słabego. O oszczędności wiedział tyle, co nowonarodzone dziecię, chociaż zkądinąd trudno by mu było dowieść rozrzutności, tak jak nie łatwo przyszłoby określić i nazwać po imieniu szczególne jakieś jego wady. Ot, tak, poprostu, brakło mu czegoś. Do pracy i wysiłku zupełnie był niezdolny.
Agnieszka Laiter wróciła z przystani z zaczerwienionemi od płaczu oczyma. Rodzice nie pochwalali jej wyboru. Phil płynął do Dardzylingu — przystani na oceanie Bengalskim, wedle objaśnień udzielanych przyjaciółkom przez matkę Agnieszki. Płynął, lubiany przez towarzyszy podróży, łatwy do zawiązania znajomości, wiodąc umiarkowany rachunek z dostarczycielem trunków na okręcie, z każdej przystani wysyłając sążniste listy do narzeczonej. Po przybyciu na miejsce — gdzieś pomiędzy Dardzylingiem a Kangra, wziął się raźno do pracy, a chociaż i wynagrodzenie, i koń pod siodłem i rodzaj zajęcia niezupełnie odpowiadały wysnutym ideałom, chlubił się zgóry swą wytrwałością.
Z czasem, w miarę jak się wciągał w swe jarzmo i w nowe życie, obraz Agnieszki mroczyć się począł w jego pamięci, wywoływany umyślnie w rzadkich chwilach wytchnienia. Czasem, w ciągu dwóch tygodni i więcej, nie zdarzało mu się wspomnieć o niej ni razu i nagłe przypomnienie upodobniało się wspomnieniu o  niewykonanem zadaniu, powstającem w umyśle rozbawionego ucznia. Agnieszka natomiast wspomnienie o narzeczonym przechowywała głęboko, należąc do nielicznych, które zapomnieć nie są w stanie. Tylko... zjawił się inny, wcale pokaźny, partja nie do odrzucenia... tylko... nadzieja połączenia się z Philem słabła, listy z Indyj nadchodziły coraz krótsze, coraz rzadsze... nacisk rodziców był coraz silniejszy... więc wyszła za mąż za innego Agnieszka Laiter, przed ślubem wysławszy do pustyni Dardzylingu list długi, spłakany, upewniający Phila, jako to bez niego nie zazna już szczęścia... Tak też było.
Phil po otrzymaniu listu, uczuł się dotkniętym. Dwa lata upłynęło, odkąd Anglję opuścił, lecz wywołując wspomnienie Agnieszki, wpatrując się w jej fotografję, a zwłaszcza zastanawiając się nad własną stałością, uczuł się dotkniętym. Odpisał na list Agnieszki patetycznie, ogólnikowo! Tak więc, wszystko skończone!... Wszak on jej wieczną zaprzysiągł był miłość, a ona... Takie to, takie bywają kobiety! Nie pozostawało mu nic, jeno usunąć się z jej drogi, rozbite przechowując serce... I jeśli kiedy... wypadkiem... może... nic go nie zmieni... na wieki przechowa... i tak dalej i tak dalej, ośm bitych stronic! Pod względem literackim był list zupełnie zadawalniający, lecz ktoby wniknął w głąb serca piszącego, ktoby widział jak się brał do dzieła, wiedziałby też jak dalece pusty i próżny był ten list egoisty o słabej woli. Wstrzymajmy się jednak z potępieniem Phila. Policzmy mu za zasługę, że przez dni dwa, a może i trzy nosił w sercu to, co był napisał: ostatni wybuch dogasającego płomienia.
List Phila unieszczęśliwił Agnieszkę. Długo płakała nad nim, schowała potem do biurka i... ulegając woli rodziców, co przecie pierwszym jest córek obowiązkiem, poszła za tamtego.
Phil o liście zapomniał prędko, a jeśli przypominał kiedy, to nie bez autorskiego zadowolenia. Wiodło mu się i tak i owak, aż się zaznajomił z niejaką Duumają, córką niejakiego Rajputa, majora, czy tam coś podobnego, w oddziale krajowców. Duumaja, mając w żyłach pewną co najmniej przymieszkę krwi... a no, krwi miejscowej, jak i inne miejscowe dziewczęta, nie była purdah nashin, niedostępną. Mniejsza o to zresztą, gdzie i jak Phil się z nią poznał. Dość że ładną była, łagodną, niegłupią, owszem sprytną w swoim rodzaju, nieokrzesaną tylko może nieco. Dodać przytem wypada, że Phil żył dostatnio, niczego sobie nie odmawiając, nie odkładał złamanego szeląga, a zaniechawszy wszelkiej z Europą korespondencji, przywykał jak do ojczyzny do ziemi wygnania. Klimat tu był dobry — i po cóżby tam, z czem wracał?
Począł tedy sobie tak, jak poczyna niejeden z plantatorów: pojął w małżeństwo indjankę i osiedlił się tam na dobre. Zaledwie miał lat 27 i długą przed sobą przyszłość; cóż, siły woli nie miał przyszłości stawić czoło. Pojął Duumaję wedle obrządku kościoła anglikańskiego. Śród sąsiadów-plantatorów jedni chwalili to, ganili drudzy. Duumaja, pomimo łagodną swą bierność i całe uznanie narodowej wyższości swego męża, poznała się na słabości jego charakteru. Ani się spostrzegł, jak łagodną dłonią ujęła go w cugle. W rok niespełna, z wyglądu i szat została wcale niezłem naśladowaniem angielki. Rzecz ciekawa: indjanin, nie wiem pod jak długiem i skutecznem angielskiem ćwiczeniem, zwykł pozostawać indjaninem, gdy indjanka w pół roku nieraz przedzierzga się niby w angielkę. Znałem właśnie jedną... Ale to inna historja! Duumaja po roku nosiła same czarne i żółte barwy, z czem było jej do twarzy.
List Phila spoczywał nietknięty w biurku Agnieszki, lecz w sercu jej i pamięci trwał biedny jej, skrzywdzony, zawiedziony niezmiernie Phil, wyczekujący jej daremnie śród dzikiej indyjskiej puszczy. Mąż jej wprawdzie pod każdym względem wart był stokroć więcej od Phila. Jeden wszelako miał niedostatek: reumatyzm około serca. Gdy mu nie pomogła Nicea i Algier, udał się w trzy lata po ślubie do Bombaju, gdzie wkrótce zmarł, zwracając żonie swobodę. W dziwnym tym zbiegu okoliczności pobożna Agnieszka widziała wyraźne opatrznościowe zrządzenie i ochłonąwszy z pierwszego po zmarłym żalu, jęła się wczytywać w pamiętne kropki, linijki, jeszcze kropki ostatniego listu Phila. Nikt jej tu nie znał, zmarły mąż pozostawił jej znaczny fundusz, a Phil musiał być w pobliżu. Nie uchodziło to może... nie wypadało... Co tam! odszuka go, tak jak wiernych kochanków wierne kochanki odszukiwać zwykły — w romansach. Uszczęśliwionemu odda serce i rękę, resztę dni swoich spędzając z nim razem zdala od świata, w uroczem ustroniu. Sama, samiusieńka, w obcem mieście, w hotelu układała sobie w myśli przez całe dwa miesiące plan spotkania. Słodkie marzenia! Urocze obrazy! Rozpoczęła wreszcie poszukiwania niejakiego Phila Garron’a, nadzorcy nad plantacjami herbaty w miejscowości o trudnej do wymówienia nazwie.


∗             ∗

Znalazła! Kosztowało to ją miesiąc czasu, gdyż rzeczone plantacje nie były wcale w pobliżu Dardzylingu, ale owszem, gdzieś bliżej Kangra. Phil wcale się nie zmienił, o! nie! Duumaja powitała ją serdecznie.
I w tem rzecz, grzech a hańba, że Phil, nie wart kochania, ubóstwianym jest dotąd przez Duumaję i więcej niż kochanym przez Agnieszkę, której jednak całe złamał życie.
Gorzej, że w ręku Duumai został wcale przyzwoitym człowiekiem i, dzięki jej, potępionym nie będzie.





Tamten.


When the Earth was sick and the Skies were grey
And the woods were rotted with rain,
The dead Man rode through the autumn day
To visit his love again.
Old Ballad.

Przed laty — zanim wzniesiono w Seinla gmachy rządowe, zanim zasypano na głównym gościńcu doły i wądoły, a przy przystankach murowane kamienice zastąpiły opuszczone szopy, rodzice miss Gaurey wydali ją za pułkownika Schreiderling’a. Zaledwie o lat trzydzieści pięć starszy był od żony, a przy osobistej fortunie, pobierając pokaźną pensję, mógł być uważany za świetną partję. Dobrego nazwiska, spokrewniony z majętnymi ludźmi, zimą cierpiał na płuca, latem na uderzenia krwi do głowy, nie do takiego wszelako stopnia, by go apoplektyczne ataki dobić mogły.
Zrozumiejmy się. Wcale nie zarzucano pułkownikowi nieco spóźnionego małżeństwa. Wiem, że ze swego punktu widzenia niezłym był mężem, łagodnym dopóki dopisywała mu ze zdrowiem cierpliwość, a że przez trzy czwarte miesiąca podlegał przeróżnym dolegliwościom, to już nie jego wina. Pieniędzy nie skąpił żonie i to coś znaczy. A jednak, mistress Schreiderling nie czuła się szczęśliwą! Wychodząc za mąż nie miała spełna lat dwudziestu, a serce oddała już była innemu, którego imienia nie pamiętam. Nazwijmy go tedy Tamtym. Tamten ubogi był, bez widoków na przyszłość. Służył, zdaje mi się, w jakiemś komisowem czy przewozowem Towarzystwie, mniejsza z tem gdzie. Kochała go z całego serca i kto wie czy nie była z nim po słowie, gdy się pułkownik Schreiderling zgłosił o jej rękę. Wówczas stare zrękowiny spełzły pod powodzią łez matczynych, a mistress Gaurey rej wiodła w domu właśnie przez łzy i wyrzekania na niewdzięczność córki, sponiewieranie swych siwych włosów i tak dalej i tak dalej. Pod tym jak i pod innemi względami mistress Schreiderling nie była podobną do swej matki: nie płakała nigdy — ani nawet na ślubnym kobiercu.
I Tamten los swój przyjął spokojnie i tylko się postarał o zmianę miejsca. Nowootrzymane gorsze było od poprzedniego. Całą dywersję stanowił klimat i febra, wracająca ustawicznie, odrywała go od smutków i żalu. Serce miał przytem, słyszę, chore. Klapy działały nieprawidłowo, febra nieprawidłowość wzmogła, jak się to następnie okazało.
Po upływie kilku miesięcy po ślubie, mistress Schreiderling straciła zdrowie. Nie gryzła się, nie wyrzekała jak inne, tylko wszelkie się jej czepiały choroby: od gorączek do najgwałtowniejszych przypadłości. Że zaś piękną nie była nigdy, zaczęła szybko brzydnąć, tak przynajmniej utrzymywał mąż jej, a pułkownik Schreiderling szczycił się prawdomównością. Zawsze i wszędzie samą mawiał prawdę.
Gdy poszpetniała, mąż dał jej pokój, wracając do swych starokawalerskich nałogów. Mistress Schreiderling miała zwyczaj przejeżdżać się co dzień samotnie, po gościńcu, konno. Nosiła popielaty kapelusz i miała nędzne siodło, gdyż wspaniałomyślność pułkownika nie sięgała po za wierzchowca. Utrzymywał on nawet, że nadłamane siodło zadobre dla tak nerwowej kobiety. Mistress Shreiderling na tańcujących zabawach nie bywała, źle bowiem tańczyła, a była tak nudną i monotonną, że zaprzestano składać jej wizyty. Oho! gdyby pułkownik mógł był przewidzieć w co się po ślubie jego żona zmieni, nie ożeniłby się z nią nigdy. Pułkownik szczycił się prawdomównością, szczycił niedarmo.
W sierpniu przywiózł żonę do Seinla, sam zaś wrócił do swego pułku. W Seinla zdrowie mistress Schreiderling poprawiło się nieco, lecz dobry wygląd nie wrócił. Dowiedziałem się wypadkiem, że i Tamten wybiera się do Seinla. W opłakanym, jak mówiono, w beznadziejnym stanie zdrowia. Febra i sercowe cierpienia dokonały swego. Mistress Schreiderling, musiała być o tem uprzedzoną, jako też i o dniu jego przybycia. Nie wiem, nie moja rzecz w to wchodzić. Może pisał do niej; nie wiem. Ostatni raz widzieli się na miesiąc przed jej ślubem. Tu się dopiero zaczyna tragedja.
Zabawiłem dnia pewnego dłużej na odwiedzinach w hotelu Dovedel. Ciemniało gdym wracał. Przez całe popołudnie, pani Schreiderling, pomimo deszczu, galopowała tam i napowrót po gościńcu. Wyminęła mię bryczka z podróżnymi i koń mój, długiem znudzony staniem, porwał się kłusa i tuż przy przystanku widziałem jak stała przemokła cała, wyraźnie wyczekując nadjeżdżającej bryczki. Cóż to mię obchodzić mogło! Pojechałem wtedy dalej, wtem, słyszę, krzyk rozdzierający! Zawróciłem nazad. Bryczka stała już u przystanku pod samą latarnią, a na rozmokłej drodze, tuż przy niej, klęczała mistress Schreiderling. Gdym się zbliżył, padła czołem na ziemię jak nieżywa.
Na bryczce, rozparty i sztywny, z ręką na poręczy, ze smugami deszczu spływającemi mu z kapelusza i wąsów, Tamten siedział — martwy. Snadź słabe klapy jego serca nie wytrzymały kilkadziesiątmilowej, kamienistej, po przez góry drogi. Woźnica objaśniał, że: «sahib zmarł zaraz, przy drugim przystanku, więc go przywiązał pasem do siedzenia by nie spadł i tak dowiózł».
— A czy mi sahib zapłaci? — kończył zwracając się do mnie. Tamten — tu wskazał na bryczkę — obiecał dać mi rupee.
Na wargach Tamtego zastygł był uśmiech. Zdawaćby się mogło, że stroi sobie z nas żarty. Mistress Schreiderling, leżąc w błocie, jęczała. Na drodze nie było nikogo. Deszcz lał jak z wiadra. Przedewszystkiem wypadało odwieźć nieszczęsną do domu, zapobiedz jakbądź, by jej imię nie było wmieszane w całe to zajście. Dałem woźnicy nie jedną, lecz pięć rupee, zlecając mu szybkie sprowadzenie jakiegobądź wózka z miasta. Potem dość będzie miał czasu donieść właścicielowi bryczki o całem tem zajściu, a ten już poradzi sobie.
Odwiodłem mistress Schreiderling pod szopę. Tu przez dobrą godzinkę wyczekiwaliśmy na wózek z miasta. Tamten pozostawał tymczasem gdzie i jak przybył. Mistress Schreiderling była jak obłąkaną, nie płakała jednak, a łzy przyniosłyby jej ulgę. Oprzytomniawszy nieco, zaczęła modlić się za Tamtego. Mniej uczciwa modliłaby się najpewniej i za siebie. Lecz darmom się wsłuchiwał w jej słowa: modliła się tylko za Tamtego.
Usiłowałem oczyścić nieco jej zbłocone suknie, a gdy wreszcie wózek z miasta nadciągnął, wsadziłem ją doń przemocą niemal. Zadanie nie łatwe było w początku, lecz najgorszą już była chwila, gdy wózek mijał tamtą bryczkę. Pod światłem latarni na poręczy bielała sztywna, chuda ręka.
W chwili gdym odwoził mistress Schreiderling do jej mieszkania, towarzystwo całe dążyło na tańcujący wieczór na wicekrólewskich salonach. Wezwany natychmiast lekarz zgodził się ze mną, że ją koń uniósł i wysadził z siodła, chwaląc przytem moją przytomność umysłu i spieszny na drodze ratunek. Mistress Schreiderling nie zmarła. Tacy jak pułkownik ludzie zwykli przeżywać swe żony, a takie jak pułkownikowa kobiety życie mają twarde — brzydną tylko strasznie.
Mistress Schreiderling nie wspomniała nigdy o swem ostatniem, jedynem odkąd za mąż wyszła, spotkaniu z Tamtym. Nigdy też, aż do odzyskania sił po przeziębieniu i upadku z konia, do wyjazdu z Seinla, nie zdradziła niczem swego ze mną wówczas spotkania. Kto wie czy pamiętała!
Codzień, na nędznem siodle, oglądając się tak jak gdyby spotkać miała kogo, przejeżdżała się konno po gościńcu. We dwa lata dopiero później wyjechała do Anglji, gdzie też, słyszałem, zmarła.
Schreiderling, gdy podchmieli sobie przy oficerskim stole, wspomina tkliwie «biedną swą, kochaną żonę». Prawdomównością bo szczyci się pułkownik Schreiderling, szczyci się prawdomównością.





Przypisy

  1. Rudyard Kipling, oficer angielski w Indjach, wydał przed dwoma laty tom opowiadań, osnutych na tle życia anglików, p. t. «Plain tales from the Hills», które krytyka angielska przyjęła pochlebnie. Dajemy tu parę próbek talentu młodego, dwudziestoparoletniego nowelisty.
  2. Mile angielskie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.