Lispeth

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Lispeth
Pochodzenie Nowele
Wydawca Księgarnia Br. Rymowicz
Data wydania 1892
Drukarz Drukarnia «Kraju»
Trenke i Fusnot
Miejsce wyd. Petersburg
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. Lispeth
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Lispeth [1].



Look, you have cast out Love! What Gods are these
You bid me please?
The Three in One, the One in Three? Not so!
To my own Gods I go.
It may be they shall give me greater ease
Than your cold Christ and tangled Trinities.
«The Couvert».


Była córką indjanina Sonoo i żony jego Jadéh. Gdy pewnego lata zawiódł ich zbiór kukurydzy, a nadto para niedźwiedzi splądrowała doszczętnie jedyny łan konopi, jaki posiadali pod doliną Sulley, po stronie Kotgarhu, zaraz na rok następny przeszli na chrześcjanizm i dziecko swe ponieśli do chrztu do misji. Kapelan miejscowy dał mu imię Elżbieta, co w miejscowem narzeczu «pahari» brzmiało: Lispeth.
I czy to pod wpływem chrześcjanizmu, czy też i w odmiennych warunkach, właśni jej, ojczyści bogowie, wyposażyliby ją zarówno hojnie, dość, że Lispeth wyrosła na ładną dziewczynę. Już to kiedy indjanka bywa ładną, nie żal, doprawdy, nałożyć sobie piętnaście mil złej drogi, by ją oglądać. Lispeth miała rysy greckie, które tak chętnie malują malarze, a z któremi w życiu spotykamy się tak rzadko! Płeć miała barwy jasnej kości słoniowej i jak na kobietę swej rasy, niezwykle słuszną była. Miała przytem pyszne oczy i gdyby nie ohydne szatki bawełniane drukowane, w których się szczególnie lubują misje, spotkana w górach zdać się mogła żywym oryginałem dążącej na łowy Djany.
Lispeth zdawała się dostatecznie przejętą chrześcjaństwem i nie porzuciła go dorósłszy, jak to się tam często zdarza. Ziomkowie znienawidzili ją, gdyż została, jak tam mówią, «memsahib» i myła się codziennie. Z drugiej znów strony, żona kapelana nie wiedziała co z nią począć. Nie raźnie jakoś kazać obmywać talerze i szorować rądle bogińce o królewskiej postaci. Bawiła się zatem Lispeth z dziećmi na plebanji, uczęszczała do niedzielnej szkółki, czytała wszystkie książki jakie jej wpadły w rękę i jak zaczarowana księżniczka w bajce, stawała się z każdym dniem piękniejszą. Żona kapelana namawiała ją by została niańką, lub czemś podobnem, w Seinla, ale Lispeth nie chciała iść służyć, czuła się zupełnie zadowoloną z dotychczasowego swego położenia.
I gdy podróżni, nieliczni podówczas, przybywali do Kotgarhu, zamykała się na klucz w swym pokoiku, ze strachu by ją nie uwiedli do Seinli, lub gdziebądź w świat nieznany.
Pewnego dnia, wkrótce po skończeniu lat siedmnastu, wyszła na przechadzkę. Lispeth nie przechadzała się jak nasze panie, pół wiorsty tam i napowrót. Chodziła prędko i dużo, precz, aż do Narkundy i dalej. Tego dnia wróciła o samym zmroku, po karkołomnym spadzie góry, niosąc coś ciężkiego. Z przyspieszonym oddechem weszła do bawialnego pokoju, gdzie właśnie drzemała żona kapelana, a składając ciężar na sofie, rzekła wprost:
— Oto mój mąż! Znalazłam go na drodze do Bagi. Skaleczył się widocznie. Będę go pielęgnowała, a gdy wyzdrowieje, kapelan nas zaślubi.
Po raz to pierwszy Lispeth wspominała o małżeństwie i żona kapelana wzdrygnęła się zgorszona. Tymczasem jednak trzeba było nieść pomoc nieznajomemu. Był to młody anglik, głowę miał rozbitą do kości jakiemś tępem narzędziem. Lispeth wyjaśniła, że go znalazła powalonego na ziemię, więc go tu przyniosła. Oddychał ciężko i był nieprzytomny.
Położono go do łóżka. Opatrzył go, znający się nieco na medycynie, kapelan; Lispeth czuwała u progu, na każde gotowa skinienie. Powtórnie oświadczyła misjonarzowi swe matrymonjalne zamiary. I kapelan i jego żona ostro ją zganili, przedstawiając całą gorszącą nieprzyzwoitość jej postępowania. Wysłuchała spokojnie i — została przy swojem. Nie łatwo bo przychodzi chrześcjaństwu ścierać barbarzyńskie instynkty dalekiego Wschodu, jako to naprzykład miłość od pierwszego wejrzenia. Lispeth spotkawszy, czyli raczej znalazłszy mężczyznę godnego czci jej, nie wiedziała, doprawdy, dlaczego miałaby się z tem taić? Nie życzyła też sobie bynajmniej, by ją wydalono. Owszem, życzyła pielęgnować aż do wyzdrowienia przyszłego swego małżonka. Takie a nie inne były jej zamysły.
Po dwutygodniowem zapaleniu i gorączce, nieznajomy oprzytomniał i dziękował kapelanowi, jego żonie i Lispeth — tej ostatniej zwłaszcza — za ich dobroć. Podróżnym był, zwiedzał Wschód i wyszedł był właśnie z Dehra-Dou, dla zbierania roślin i motyli w górach Seinli. W Seinli nikt go nie znał. Musiał się poślizgnąć zrywając jakąś trawę i rozbił głowę o skałę... Przewodnicy uciekli zapewne, przywłaszczywszy sobie jego tłomoki. Wróci do Seinli skoro odzyska siły, dość miał tych wycieczek w góry.
Nie spieszno mu jednak było do Seinli i pomału do sił wracał. Lispeth nie słuchała tymczasem mądrych rad kapelana, ani jego żony, tak, że wreszcie ta ostatnia czuła się w obowiązku ostrzeżenia młodego człowieka. Smiał się szczerze, podziwiał świeżość i romantyczność tej istnej himalajskiej sielanki... cóż, był zaręczony w Anglji i wszystko to było na marne... Dyskretnym będzie, o, tak! najpewniej! Był nim też, lecz nie zdołał oprzeć się miłej pokusie rozmawiania z Lispeth, i spacerowania z Lispeth, i mówienia jej wdzięcznych słówek i słówek pieszczonych, gdy mu wracające siły pozwalały używać długich z nią przechadzek. Wszystko to niczem było dla niego, wszystkiem dla Lispeth! Czuła się ona bardzo szczęśliwą, bo miała kogo kochać.
Należąc z urodzenia do dzikich i niecywilizowanych, nie zadawała sobie trudu ukrywania wzrastających uczuć. Bawiło to nieskończenie anglika. Gdy się już miał oddalić, Lispeth odprowadzała go w góry aż do Narkundy; czuła się zmieszaną i bardzo smutną. Żona kapelana, jako dobra chrześcjanka, brzydząca się cieniem skandalu i hałasem wszelakim, skłoniła anglika do zapewnienia Lispeth, że wróci i z nią się ożeni. «Takie to jeszcze dziecko! — mówiła — w głębi serca została poganką». Tak mówiła żona kapelana, to też anglik przez całą drogę, wpół ujmując Lispeth, upewniał ją, że wróci i tak dalej. Dziewczę mu tysiąckrotnie słodkie kazało powtarzać obiecanki. Płakała u Narkundy szczytu, patrząc za nim aż znikł w oddali na drodze do Muttiani.
Otarłszy oczy, wróciła do Kotgarh, mówiąc żonie kapelana: «Wróci i ożeni się ze mną, tylko pojedzie do domu oznajmić to swej rodzinie». I żona kapelana, pocieszając Lispeth, twierdziła: «Ależ wróci, wróci!» Po dwóch miesiącach wyczekiwania, Lispeth zaniepokoiła się. Powiedziano jej wówczas, że Anglja daleko, za morzem... Wiedziała przecie gdzie leży Anglja, gdyż uczono ją początków geografji, tylko o mórz obszarach nie miało pojęcia to górskie dziewczę. W domu kapelana był porwany atlas. Lispeth bawiła się nim, dzieckiem będąc. Wyciągnęła go znów z kąta, rozkładając co wieczór i zlewając gorącemi łzami. Szukała śladów anglika, nie mając zaś wyobrażenia o przestrzeni i o parostatkach, błądziła co wieczór — zresztą, co tam! wszak anglik nie zamierzał wcale wrócić, by pojąć w małżeństwo małą pogankę... zapomniał już o niej, łowiąc motyle w Arsam. W dziele, które wydał potem o Wschodzie, imię Lispeth nie było wzmiankowane.
Po trzech miesiącach, Lispeth codziennie wchodziła na szczyt Narkundy, wyglądając powrotu anglika. Uspakajało to ją, a żona kapelana, widząc ją weselszą, sądziła, że się pozbywa «swego szaleństwa». Z czasem zaprzestała swych wycieczek, a charakter jej się zepsuł. Żona kapelana uważała chwilę tę za stanowczą właśnie, by otworzyć oczy zaślepionemu dziewczęciu, przedstawić jej istotny stan rzeczy, jako to anglik obiecywał jej powrót li tylko by ją na razie uspokoić, nie myśląc wcale z nią się żenić; jako to «złem było i nieprzyzwoitem» roszczenie przez Lispeth pretensji do wyjścia za mąż za anglika, z innej przecie niż ona ulepionego gliny, zaręczonego z dziewczęciem równem sobie. Wszystko to nie trafiało do przekonania Lispeth! Wszak mówił jej, że ją kocha, a czyż żona kapelana własnemi usty nie zapewniała jej, że wróci.
— Jakżeby nieprawdą być mogło to, coście oboje mówili? — pytała Lispeth.
— Mówiliśmy to, by cię uspokoić — odrzekła żona kapelana.
— Kłamaliście zatem oboje! — wołała Lispeth.
Żona kapelana skłoniła w milczeniu głowę. Lispeth też zamilkła. Wkrótce potem odeszła, a gdy wróciła, odzianą była jak tuziemcy, w strasznie brudne szmatki, tylko że bez obrączek u nozdrzy, włosy miała splecione w harcap związany czarną strzępką, tak, jak je miejscowe noszą kobiety.
— Wracam do swoich — rzekła. Zabiliście Lispeth. Została jedynie córka starej Jadéh, córka «pahari», sługa Tarka Devi. Wszyscyście anglicy łgarze!
I zanim żona kapelana odzyskała przytomność, by zdać sobie sprawę, że Lispeth wraca do swych ojców i bogów, dziewczę odeszło i nie wróciło już więcej.
Przylgnęła duszą całą do ziomków swych nędznych, jak gdyby zatrzeć chciała przeszłość swą. Wkrótce też wyszła za mąż za drwala. Bił ją, zwyczajem rozpowszechnionym śród parjasów. Piękność jej szybko więdła.
— Nie ma granic pogańska niestałość — utrzymywała żona kapelana, dodając:
— Zawszem posądzała Lispeth o przechowaniu w głębi serca zasad poganizmu.
Twierdzenie to zasługiwało na uwagę tem bardziej, że Lispeth wprowadzoną została na łono anglikańskiego kościoła w piątym tygodniu swego życia.
Lispeth długie żyła lata. Do końca władała angielskim językiem i czasem, podpiwszy sobie, opowiadała historję pierwszej swej miłości.
Patrząc na starą, zwiędłą, pomarszczoną babę, podobną do kupy gałganów, trudno było wyobrazić ją sobie jako «Lispeth z kotgarhskiej misji».





Przypisy

  1. Rudyard Kipling, oficer angielski w Indjach, wydał przed dwoma laty tom opowiadań, osnutych na tle życia anglików, p. t. «Plain tales from the Hills», które krytyka angielska przyjęła pochlebnie. Dajemy tu parę próbek talentu młodego, dwudziestoparoletniego nowelisty.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.