Nieruchomość Nr 000/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Nieruchomość № 000
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom I
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wieku“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


VIII.

W ogródku była premiera. Pogoda sprzyjała, nowość nęciła, więc też o zmroku tłumy ludzi ciągnęły do teatru. Kassyer z wielką radością zamknął budkę, gdyż wszystkie miejsca numerowane rozkupiono, sprzedawano tylko bilety wejścia na dwóch stolikach.
Dyrektor teatrzyku z rozkoszą spoglądał na tłok, a właściciel restauracyi miał taką minę, jak gdyby wygrał wielki los na loteryi. Służba rady sobie dać nie mogła; pod werendami ustawiono dwa prowizoryczne bufety, parobcy wtaczali antałek za antałkiem, gdyż publiczność miewa duże pragnienie.
Było to już prawie na schyłku sezonu, we wrześniu; piękna jesień uśmiechała się do Warszawy, w której robiło się już ludniej, aniżeli latem, wiele osób powróciło już z letnich mieszkań, z zakładów kąpielowych; rok szkolny się rozpoczął, życie miejskie, do pewnego stopnia podczas wakacyi uśpione, do normalnego powracało trybu.
W takim czasie premiery w ogródkach miewają powodzenie, zwłaszcza gdy zdobią je tańce, ognie bengalskie, strzały i okropności nadzwyczajne.
Publiczność, zwłaszcza po za krzesłowa, bywa w usposobieniu doskonałem, i każda piosenka, każdy koncept wywołuje oklaski, a tańce budzą entuzyazm.
Dyrektor przechadzał się po ogródku, patrzał na zwarte szeregi widzów cisnących się do baryery i szeptał:
— Boże Wielki! czemuż codzień tak nie jest? Kupiłbym sobie kamieniczkę i żył jak pan, nie kłopocząc się o nic. O sto kroków omijałbym każdy teatr...
Faramuziński z kilku piwoszami siedział w loży. Jako stałym bywalcom i protektorom sztuki, ofiarowano im bilet za pół ceny.
— Utwór piękny — mówił jeden z piwoszów, — bardzo piękny, w miarę moralny i w miarę wzruszający, a niektóre koncepta są niezrównane, pić się po nich chce.
— Zapewne dla tego, że pieprzne — zauważył Faramuziński.
— Publiczność nasza paprykę lubi: słyszysz pan, jakie brawa! Smak się wyrabia, nie ma co mówić.
— Cywilizacya.
— Spodziewać się! Świat w miejscu nie stoi, lecz idzie wciąż naprzód. Temu lat czterdzieści pijaliśmy piwo owsiane z butelek; dziś mamy bawara na kufle, prosto z lodu. Mówią Niemcy, że barbarzyńcy jesteśmy; niechże który spróbuje wypić tyle kufli, ile naprzykład pan Ignacy!
— То pompa!
— Nie, to postęp. Postęp we wszystkiem i na każdym kroku. Oto choćby naprzykład teatr. Dawniej siedziałeś w krześle, lub w loży, jak zamurowany, patrzałeś na scenę i słuchałeś co śpiewają lub mówią. Musiałeś być ubrany elegancko, w rękawiczkach; a dziś, skrępowania żadnego, swoboda! Siedzisz w kapeluszu na głowie, gawędzisz, śmiejesz się, jesz, pijesz, palisz, zabawiasz się z przyjaciółmi, i jednocześnie jesteś w teatrze. Rubla dam temu, kto co mądrzejszego wymyśli.
Faramuziński przytwierdzał, głową kiwał, lecz myślał o czem innem. Czekał z niecierpliwością końca widowiska, ażeby się z Kalskim zobaczyć.
Zdradę dziad knuł i myśli o niej pochłaniała całą jego uwagę.
Pani Klejnowa z Andzią, przed dwoma dniami, wyjechała do Ciechocinka. Andzia nie była z tego zadowolona, ale oponować nie mogła, zwłaszcza, że wyjazd miał na celu polepszenie zdrowia matki, a doktór wyraźnie zalecił, żeby pomimo kończącego się już sezonu, do Ciechocinka się udać. Samo powietrze tamtejsze, nie mówiąc już o wodach, miało wzmocnić nadwątlone siły pani Michaliny i przywrócić jej zdrowie na długie lata. W obec takich argumentów Andzia musiała ustąpić. Odjechała z Warszawy smutna, bo tak się jakoś złożyło, że nawet z daleka zobaczyć nie mogła tego, kogo widzieć pragnęła. Tyle było zajęcia przed wyjazdem.
Faramuziński odprowadził panie na kolej, a prawie przed samem już odejściem pociągu przyszedł pan Franciszek i ofiarował Andzi bardzo ładny bukiet. Podziękowała obojętnym ukłonem i położyła kwiaty na ławce w wagonie. Faramuziński przyrzekł, że panie odwiedzi, i że od czasu do czasu doniesie co w domu słychać.
Gdy pociąg ruszył, wujaszek z siostrzeńcem powrócili do miasta. Nie wiele rozmawiali z sobą, gdyż młodzieniec był smutny i do gawędki wcale nie ochoczy. Zdawało mu się, że z chwilą odjazdu Andzi, cały świat sposępniał, że zrobił się szary i pusty.
Faramuziński żartował, śmiał się i pocieszał zakochanego:
— Nie zwieszaj głowy — mówił, — nie upadaj na duchu, czekaj. Nieboszczyk twój dziadek, a mój ojciec, mówił, że mam zdolność do dyplomacyi, i zdaje mi się, że nie był w błędzie. Przekonasz się o tem w krótkim czasie. Robię co mogę, zabiegam, toruję ci drogę do szczęścia. Jeżeli się uda, będziemy tryumfowali obadwaj. Ty i ja; przekonasz się.
Proszony, aby bliżej plany swoje określił i powiedział na czem mianowicie owe dyplomatyczne zabiegi polegają, uczynić tego nie chciał.
— Dowiesz się w swoim czasie — odrzekł, — słowa do rezultatu nie prowadzą, trzeba czynu. Podobno tak powiedział Napoleon I, którego prześliczną figurkę z bronzu widujesz u mnie na biurku. On nie lubił dużo mówić, i ja tak samo. Czyn to grunt.
Chcąc wielkiego czynu dokonać, Faramuziński zaraz do ogródka się udał i z przyszłym wspólnikiem konferował; na premierę stawił się również.
Kurtyna zapadła wśród burzy oklasków, publiczność opuściła teatr, a chociaż przy stolikach i pod werendami jeszcze dość osób siedziało, jednak po ogródku można już było chodzić swobodnie.
Faramuziński pożegnał swoich przyjaciół piwoszów i przechadzał się blizko bramy, przez którą za kulisy wchodzono. Wiedział, że Kalski ztamtąd wyjdzie, i oczekiwał na niego.
— Ach, jesteś pan nareszcie! — zawołał, ujrzawszy go, — czekam na pana.
— Na mnie?
— Spodziewam się! Chodź że pan gdzie na osobność, musimy się rozmówić.
— Jestem strasznie zmęczony, taka rola...
— Domyślam się, jesteś pan zmęczony i głodny. Racya, zjemy co. Ot, tam jest stolik wolny na uboczu. Chodźże pan.
Przy kolacyi Faramuziński ciągle zafrasowanego udawał.
— Co panu jest? — spytał aktor.
— Źle jest i basta. Oto namówiłeś mnie pan na spółkę, i do tej pory nie zrobiliśmy nic. Już jest czas, wielki czas, i jeżeli nie weźmiemy się teraz gorąco do rzeczy, to wszystko przepadnie... Artyści rozjadą się i gdzie którego szukać! Trudnoż jeździć po prowincyi, od miasta do miasta i zbierać towarzystwo.
— Możemy angażować teraz.
— I dawać zaliczenia! Ja wiem, ale gdzie są fundusze?
— Tymczasem — odrzekł aktor — mógłby pan dobrodziej forszusować na to ze swoich. Przecież ja jestem odpowiedzialny i mój wkład opieram nie na czczem słowie, lecz na nieruchomości. Jest to prawie tak jak hypoteka. Choćby od jutra zbierać możemy personel, byleby pan mnie chwilowo zastąpił; ale, jak uważam, pan szanowny uczynić tego nie chce.
— Mylisz się pan, chcę i uczynię, lecz niechże wiem wpierw, jak dalece zaawansowałeś pan w tej sprawie?
— Jestem pewny swego, jak najpewniejszy.
— Być może, ale coś pan zrobił, jakie środki przedsięwziąłeś, żeby się przybliżyć do celu?
— Proszę pana — odrzekł — przecież nie mogę jak tatar wpaść do czyjego domu, porwać pannę i uciec z nią, tembardziej, że nie o pannę głównie idzie.
— Rozumiem, ale chciałbym wiedzieć przynajmniej czy porozumiałeś się z ową gąską, i czy ona się zgadza?
— Pisałem do niej przed trzema dniami, ale odpowiedzi nie mam.
— Liścik! mógł nie dojść.
— Niezawodnie doszedł, oddano go jej na ulicy.
— I cóż odpowiedziała?
— Nic.
— To nie wiele. Czy wolno wiedzieć, co w nim było? Przepraszam panie Aleksandrze kochany, że cię tak indaguję, ale jako wspólnik, muszę wiedzieć czego się trzymać.
— O, bardzo proszę, ja przed panem nie mam sekretów. Napisałem w kilku słowach, że mi bardzo tęskno, że umieram ze smutku — wiesz pan dobrodziej, takie zwyczajne zawracanie głowy — i prosiłem, żebym ją mógł spotkać rano, jak będzie wracała z kościoła.
— I cóż?
— Nie była w kościele ani nazajutrz, ani następnego dnia. Gdzieindziej nie mogłem jej spotkać, z powodu tej przeklętej premiery; ale od jutra będę wolniejszy, zacznę też krążyć w tamtej stronie miasta i wypatrzę ją. Trudno przypuścić, żeby wcale nie wychodziła z domu.
— No, tak.
— A idzie tylko o to ażeby ją spotkać i rozmówić się; o skutku nie wątpię, bo ona za mną szaleje, i na ślub potajemny się zgodzi. W obec tego myślę, że pan dobrodziej śmiało może forszusować...
— Abyście się tylko rozmówili, to i owszem.
— Dobrze panie, ja od jutra zaczynam krążyć.
— Życzę powodzenia, i pamiętaj kochany panie Aleksandrze, że już czas. Zwłóczyć, odkładać nie można, a skoro się jest na drodze do zdobycia fortuny, należy działać energicznie, stanowczo i szybko.
Pan Aleksander podzielał najzupełniej to zdanie i przyrzekł, że gruszek w popiele nie zaśpi.
Długo jeszcze rozmawiali w najlepszej harmonii, obmyślali ogólny program działania, marszrutę wędrówek po prowincyi, układali repertuar, tak, jakby już mieli trupę zorganizowaną i każdej chwili do wyjazdu gotową.
Rozstali się dopiero koło drugiej po północy.
Nazajutrz Faramuziński obudził się późno. Wstawszy z łóżka, nie zasiadł jak zwykle przed lustrem, aby nad powierzchownością swoją pracować, lecz w szlafroku i w czapce paciorkami wyszywanej, chodził po pokoju z fajką na długim cybuchu, puszczał gęste kłęby dymu i miał minę człowieka używającego spoczynku po dokonaniu jakiegoś nadzwyczajnego dzieła...
Przyrządził sobie kawę na maszynce, a następnie zajął się przejrzeniem książek meldunkowych, powypisywał kwity na komorne, odbył z Mateuszem konferencye co do kupna nowych mioteł, zreparowania blaszanej polewaczki, oraz co do innych ważnych kwestyj jak przystoi gospodarzowi, dbałemu o porządek w swojej realności.
Obiad kazał sobie przynieść do domu, po obiedzie drzemał, następnie czytał „Kuryera“, zdmuchiwał pył z figurek porcelanowych, których było mnóstwo na konsolce i dopiero wieczorem z domu wyszedł.
Nie udał się, jak zwykle, do teatrzyku, lecz dawnym obyczajem, ulicą Zakroczymską i placem, poszedł na most pod cytadelę, popatrzył na ruchliwe fale Wisły, na łódki, na cierpliwych rybaków, podnoszących co parę minut próżne podrywki; na długą linię domów ciągnących się nad rzeką, popatrzył, pomedytował, potem przeszedł się wzdłuż plantu kolei i przed godziną dziewiątą był już z powrotem w domu.
Mateusz, zobaczywszy go tak wcześnie, domyślił się zaraz, że już dyabeł z dziada wystąpił i zapanowanie złego ducha nad porządnym obywatelem skończyło się nareszcie.
Nazajutrz, skoro świt, zakomunikował tę wiadomość Józefowi — i obadwaj byli zadowoleni bardzo z tego faktu gdyż chociaż Faramuziński był dziad nudny, jednak ludzie od niego krzywdy nie mieli, a nawet nie jeden biedak wsparcie mu zawdzięczał.
Drugi dzień przepędził stary kawaler tak samo jak poprzedni. Wszystkie laleczki i figury oczyścił, okurzył, zegary naregulował i ponakręcał, w książkach rachunkowych porządek zaniedbany chwilowo przywrócił, srebra i kosztowności obejrzał i przeliczył. Wieczorem znów na most poszedł, a o dziesiątej już spał.
Widocznie pragnął powetować czasy hulanki i niespanych nocy.
Trzeciego dnia koło południa zasiadł przy biurku i wysztychował bilecik następującej treści:
„Kochany mój przyjacielu! Od paru dni jestem niezdrów i nie wychodzę z domu — ogólna niedyspozycya mnie trapi i katar. Mam nadzieję, że to niedługo przejdzie i że się wkrótce zobaczymy. Tymczasem chciej chociaż kilku słowami zaspokoić moją ciekawość, jak ci się wiedzie w miodowych zamiarach i co powiedziała gąska? Czekam z niecierpliwością... Przyjaciel F.“
Liścik wysłany został przez komisyonera.
Czekając na odpowiedź, stary kawaler zdradzał pewny niepokój i zniecierpliwienie. Zdawało mu się, że posłaniec siedzi za długo, że prawdopodobnie list zgubił, że może nogę złamał idąc, albo został przejechany przez dorożkę.
Po całej godzinie męczącego oczekiwania, komisyoner zjawił się nareszcie i podał upragnione pismo.
Faramuziński rozdarł kopertę i rzucił okiem na list.
Zawierał on te słowa:
„Szanowny panie dobrodzieju!
Jestem w rozpaczy: moja gąska wyjechała z matką niewiadomo dokąd i podobno dopiero za parę tygodni powróci, jeżeli więc pan na koszta organizacyi trupy nie zaforszusuje, o własnej budzie nie ma co myśleć. Wie pan, że to tylko kwestya czasu, bo zawróciłem pannie głowę i prędzej czy później № 000 będzie mój; spełnienie więc naszych zamiarów tylko od pana dobrodzieja zależy, i nie wątpię, że na taką ewikcyę, jaką przedstawiam, zechce pan marne parę tysięcy zaliczyć. Z niepokojem oczekuję chwili, w której będę mógł pana dobrodzieja zobaczyć.

Aleksander Kalski,
art. dr.“

Przeczytawszy ten list, Faramuziński poczerwieniał jak burak, oczy mu się zaiskrzyły, sięgnął do kieszeni i dał posłańcowi rubla.
— Na co czekasz? — zapytał, widząc, że komisyoner nie wychodzi.
— Wielmożny panie, nie mam reszty — odrzekł.
— Nie potrzeba, możesz ją sobie przepić, mój przyjacielu.
Zdumiony tą hojnością posłaniec, pobiegł spełnić to polecenie, a Faramuziński zadzwonił na Mateusza, kazał wydobyć walizkę i z wielkim pośpiechem rzeczy układać w nią zaczął.
W parę godzin później, wyelegantowany i wygolony starannie, siedział już w wagonie pociągu kuryerskiego, dążącego do Aleksandrowa.
Od lat kilkunastu Faramuziński nie opuszczał Warszawy i nieodbywał dalszej podróży niż na Saską Kępę, lub do Wilanowa — więc też widok szerokich pól i łąk robił na nim najprzyjemniejsze wrażenie.
Wychylił głowę z wagonu i rozkoszował się, upajał świeżem powietrzem.
Kuryer pędził jak strzała, wiatr chłodził skronie starego kawalera, muskał go po twarzy; przed oczyma jego roztaczały się szerokie, rozległe płaszczyzny, niby jednakowe, a przecież ciągle rozmaite. Po polach, ogołoconych już ze zbóż, pasło się bydło, chłopi orali, a przyświecało im słońce z pogodnego nieba, na którem ani jednej chmurki nie było. Bociany zbierały się stadami na zwykłe swoje sejmy przed odlotem, w stronę lasów ciągnęły wrony, kracząc.
Faramuziński był zachwycony — patrzył na wioski, kościołki, miasteczka, na kępy drzew, na łąki i rzeczułki wijące się wśród zieleni, radował się z widoków pięknej natury, a bardziej jeszcze z tryumfu swej dyplomacyi.
Wyobrażał sobie, że jest wielkim mężem stanu i jedzie z misyą, której przeprowadzenia jest pewien, bo grunt do niej przygotował wybornie...
Wyobrażał sobie, jak przez ten czyn urośnie w oczach kobiety, do której przez lat tyle wzdychał napróżno, i nie wątpił, że go nie minie nagroda.
Wieczorem stanął na miejscu. Ulokował się w hotelu i już tego dnia Klejnowej nie szukał. Powietrze rozmarzyło go, podróż utrudziła, pył zakurzył mu włosy uczernione starannie. Postanowił wywczasować się i dopiero rano, na promenadzie, spotkać panią swych myśli.
O godzinie szóstej w modnym paltocie jesiennym, w błyszczącym kapeluszu, w jasnych rękawiczkach i z cieniutką laseczką spacerował koło źródła, słuchając muzyki i przypatrując się damom.
Pani Michalina z córką nadchodziła z bocznej alei. Andzia, wyborny wzrok mająca, poznała sąsiada z Warszawy...
— Mamo — rzekła zdumiona, — widzi mama kto idzie?
— Nie.
— Pan Faramuziński!
— Nie może być!
— Jak mamę kocham, on. Wygląda jak z żurnalu wycięty, a ma taką minę, jak gdyby świat podbił. Poznał nas, kłania się.
Stary kawaler szedł ku paniom, kłaniając się błyszczącym kapeluszem.
— Widzi pani — rzekł, — dotrzymałem słowa: powiedziałem, że panie odwiedzę i jestem! Jakże się droga pani miewa? jak zdrowie ślicznej Andzi? Zdaje mi się, żem odmłodniał, jakem panie zobaczył!... Warszawa bez was pusta, słowo honoru daję.
Zarzucał obie pytaniami, odnoszącemi się do ich zdrowia i pobytu w Ciechocinku, mówił im komplementa, że wyglądają prześlicznie, że obie, matka i córka, wypiękniały, że są ozdobą świata. Opowiadał im też, co się dzieje w domu i w Warszawie.
— A jakże się miewa pan Franciszek? — zapytała Klejnowa.
— Pan Franciszek — odrzekł Faramuziński niechętnie, — to mazgaj, proszę pani. Nie lubię go.
— A to dla czego?
— Od niejakiego czasu, a właściwie od czasu, kiedy panie wyjechały, był u mnie tylko raz, a wyglądał jak z krzyża zdjęty. Dogadać się z nim nie mogłem. Mówię pani, że jest to mazgaj, w najgorszym gatunku, bo cichy. Jak mu co dolega, nie skarży się, ani wyrzeka, lecz stroni od ludzi, przesiaduje w swojej kochanej fabryce i zapracowywa się na śmierć.
Andzia słuchała relacyi tej obojętnie, kreśląc końcem parasolki jakieś figurki na piasku.
— Niechże pan wstąpi do nas — rzekła Klejnowa, — niech pan zobaczy nasze mieszkanko. Jest co widzieć... Dom drewniany i bez pieca! Jak żyję nie mieszkałam w takiej klatce. Pobiegnij no Andziu naprzód — dodała zwracając się do córki, — przygotuj kawę.
Gdy Andzia odeszła, pani Klejnowa spytała starego kawalera.
— Z czem pan przyjeżdżasz? Czy ten nieszczęsny teatr jeszcze jest w Warszawie? Czy pański siostrzeniec istotnie tak rozpacza?
Faramuziński roześmiał się.
— Tyle pytań — odrzekł, — że nie sposób odpowiedzieć na wszystkie. Teatr jeszcze jest, ale za parę tygodni już go nie będzie. Co się tyczy mego siostrzeńca, rzeczywiście bardzo posmutniał. To chłopak z sercem, i Andzię szczerze kocha. Pytasz pani, z czem ja przyjeżdżam? Niedługo to pokażę; proszę tylko, niech pani, choćbym największe niedorzeczności mówił, nie zaprzecza mi, lecz owszem przytakuje. Jest to konieczne, bo inaczej cała moja praca i zabiegi na nic się nie przydadzą.
— Nie rozumiem.
— To bardzo dobrze, właśnie główną zaletą wyższej dyplomacyi jest niezrozumiałość. Powiedział to, o ile sobie przypominam, jakiś uczony Holender.
— Ach Boże! — zawołała, — cóż mnie obchodzi pański Holender i dyplomacya!? Ja się na takich rzeczach nie znam. Obiecałeś mi pan pomódz i o tę pomoc zapytuję, a zamiast odpowiedzi słyszę niezrozumiałe zagadki.
— Cierpliwości, kochana pani, trochę cierpliwości. Jedno z dwojga: albo mi pani ufa, albo nie... jeżeli tak, trzeba mnie słuchać; jeżeli nie — powiedzieć, żebym sobie poszedł.
— Zkąd taka stanowczość, panie Faramuziński?
— Chwilowa, pani dobrodziejko; mam nadzieję, że po niejakim czasie będę znowu pokornym barankiem i uległym służką, jak zawsze...
Pani Klejnowa z córką zajmowała dwa pokoje w willi na uboczu położonej; z jednego z nich wychodziło się na werendę, zacienioną dzikiem winem, — tam Andzia oczekiwała przy nakrytym stole.
— Ślicznie panie mieszkacie — zawołał Faramuziński, — bardzo ładnie! Co za wspaniała altana! Tak to rozumiem, siedzieć sobie na świeżem powietrzu, kawkę popijać i o niebieskich migdałach marzyć. Prawda, Andziu?
— Istotnie ta altanka jest bardzo przyjemna, zwłaszcza w południe, kiedy słońce dokucza.
— Braknie tu jednak czegoś, — zauważył Faramuziński.
— Naprzykład?
— Warszawy, droga pani, Warszawy!... Ja nie powiadam, żeby tu było źle; owszem, tu jest wcale dobrze, ale za cicho. Nie ma gwaru, do którego przywykliśmy od dzieciństwa, ruchu, turkotu. Ja w domu u siebie, pomimo że na ulicy od samego świtu ruch ogromny i turkot, że aż szyby w oknach drżą, sypiam doskonale — tu, chociaż zmęczony podróżą, obudziłem się bardzo wcześnie, dla tego właśnie, że była cisza. Mówcie państwo co chcecie, Warszawy nic nie zastąpi — to jedyne miasteczko. A jednak — dodał, głos zniżając, — zachodzą takie okoliczności, że będę ją musiał opuścić.
— Pan?!
— Ja... Rzeczywiście, powziąłem taki zamiar.
— Wybiera się pan w podróż — spytała Andzia.
— Zapewne. Zawód, któremu pragnę się poświęcić, wymaga i podróżowania.
— Jakiż to zawód?
— Prawda, że panie nie wiecie o niczem. Nie chciałem mówić przed czasem. Nie wiem, jak długo jeszcze będę się kołatał na tym świecie, lecz bądź co bądź, postanowiłem resztkę życia przepędzić w sposób pożyteczny dla społeczeństwa. Chcę, ażeby po mojej śmierci powiedziano, że niejaki Faramuziński życia nie zmarnował i zasłużył się swoim rodakom.
— Więc cóż pan zamierzasz robić? — zapytała Klejnowa.
— Poświęcam się sztuce.
— Czy pan obrazy kupować będziesz, w celu założenia muzeum?
— Nie. Obrałem inny rodzaj artyzmu, żywszy, skuteczniej przemawiający do duszy, aniżeli najpiękniejsze płótno mistrzów — obrałem teatr.
— Teatr!? — zawołała Andzia, — pan?! teatr?
— Czy to Andzię dziwi? czy Andzia nie podziela mego zdania, że ze wszystkich rodzajów sztuki, teatralna stoi najwyżej? Może Andzia przekona mnie, że się mylę, co?
— Przekonywać nie będę, gdyż sama tak myślę jak pan; ale pojąć nie mogę, w jaki sposób możesz pan pracować dla teatru? Przecież artystą nigdy nie byłeś?
— Gdyby mi to było wcześniej na myśl przyszło, to dla czego nie? Czuję, że mam zapał, siłę, a może i talent; ale są to aspiracye spóźnione. Nie będąc aktorem, mogę jednak pracować użytecznie, jako dyrektor teatru.
Pani Klejnowa zerwała się z krzesła.
— Pan?! dyrektorem teatru! Panie Faramuziński, co też panu do głowy przychodzi?
Stary kawaler spojrzał na nią znacząco i rzekł:
— Nic w tem szczególnego nie będzie, a skoro wykażę, jakie to jest piękne i korzystne stanowisko, to nietylko przyznasz mi pani słuszność, lecz sama zachęcać mnie będziesz, żebym co prędzej to uczynił.
Szeroko i z wielkim zapałem opowiadać zaczął, jak to on teatr urządzi, jakie znakomite sztuki wystawiać zamierza, jakich artystów zaangażuje, i szczególny nacisk kładł na to, że będzie miał głównie na celu wyszukiwanie, rozwijanie i popieranie świeżych, młodych talentów, których tyle się marnuje z powodu braku odpowiedniego kierownictwa.
— Ja postanowiłem sobie — mówił, — że mój teatr będzie, do pewnego stopnia, szkołą dramatyczną, w której kształcić się i rozwijać będą prawdziwe talenta. To będzie mojem głównem zadaniem. Gdy spostrzegę, że w młodym człowieku, czy też w młodej osobie, jest, że tak powiem, iskra, to nie będę żałował kosztów, żeby z tej iskry pierwszorzędną gwiazdę uczynić. Nie prawdaż, pani, że to jest wzniosłe?
— Zapewne — odrzekła pani Klejnowa, — nie mogąc pomimo najszczerszej chęci zdobyć się na gorętsze słowo uznania.
Andzia słuchała ze zdumieniem; wszystko co mówił Faramuziński, było dla niej niespodzianką, a on sam, którego uważała dotąd za najpospolitszego nudziarza i mantykę, wydał jej się człowiekiem niezwykłym, rozumnym, energicznym i pełnym zapału dla sztuki. Zdumienie to było jeszcze większe, gdy matka, zdeklarowana przeciwniczka teatru, nie odwodziła Faramuzińskiego od powziętego zamiaru.
— Niech pani sama powie — mówił stary kawaler, — czy nie mam racyi? Zamiast wegetować w swojej kamieniczce, wystąpię na szeroką widownię, stanę się pożytecznym i głośnym. Jak to będzie przyjemnie, przeczytać na afiszu: „pod dyrekcyą Faramuzińskiego,“ uważa pani? nietylko na afiszu, lecz i w kuryerach, w gazetach, we wszystkich czasopismach „towarzystwo artystów dramatycznych pod dyrekcyą p. Faramuzińskiego,“ „truppa p. Faramuzińskiego!“ Przynajmniej świat się dowie, że żyję. Wierzcie mi panie, że za rozgłosem gwałtownie nie ubiegam się, chwały próżnej nie szukam, ale jeżeli będą ludzie o mnie mówili, to i owszem, nie uniosę się fałszywą skromnością i nie zamknę im ust... Powiadają, że przedsiębiorstwo teatralne nie opłaca się, że aktorowie, szczególniej na prowincyi, ledwo wyżyć mogą; zapewne! jeśli kto zakłada towarzystwo nie mając grosza w kieszeni i prowadzi interes byle jak, bez nakładu, to rzecz naturalna, że mu się powodzić nie może. Ze mną zupełnie co innego; fundusze mam, mogę najpiękniejsze sztuki kupować i wystawiać, mieć najlepszych aktorów, więc nie lękam się fiaska, ale jestem najzupełniej przekonany, że w krótkim czasie zbiję pieniądze.
— Tak pan sądzisz? — spytała Andzia.
— Powtarzam, że jestem najmocniej przekonany.
— Kto wie? — wtrąciła matka, — może pan masz słuszność; ja zdania o tem mieć nie mogę, nie znam się.
— Zobaczysz pani.
— Zkąd panu postanowienie to na myśl przyszło? — zapytała Andzia, — nie zdarzyło mi się słyszeć, żeby pan kiedykolwiek mówił o sprawach teatralnych, i żeby one pana zajmowały.
— Niech Andzia mnie na swój łokieć nie mierzy, bo ja ważnych spraw nie mam zwyczaju traktować po damsku.
— Nie wiem, co pan chcesz przez to powiedzieć...
— Widzi Andzia, niech to pań nie obraża, nie mówię bowiem osobiście, lecz ogólnie, po damsku to jest tak: Jeżeli jaka pani, czy też panna, chce sobie kupić kapelusz, to opowiada o tym zamiarze siostrom, krewnym, przyjaciółkom; całemu światu. Dopieroż gawędy: a co to będzie za kapelusz? a jaki? a czy modny? a ile ma kosztować?... Tak się robi po damsku; po męzku zaś: jeżeli ja naprzykład, chcę sobie zafundować teatr, to nie mówiąc nikomu, czekam aż nadejdzie stosowna chwila, i — funduję teatr...
— Kiedyż będziemy mogły nazwać pana dyrektorem? — zapytała Klejnowa.
— Niezadługo, może za kilka tygodni. Jedno mnie tylko bardzo martwi... to mianowicie, że wyjechawszy na prowincyę, nie będę mógł często bywać pod Nr. 000. Smutno mi będzie bez pań, i w tem właśnie jest cała gorycz mego przyszłego zawodu. Chociaż... — dodał po chwili namysłu, — wiesz pani co? przyszła mi świetna myśl... Andzia podobno ma chęć zostać artystką...
Pani Klejnowa, usłyszawszy to, nie mogła powstrzymać się od okrzyku:
— Nigdy, przynajmniej dopóki ja żyję, nigdy!
Faramuziński spojrzał na nią znacząco. Andzia zarumieniła się, spuściła oczy i z biciem serca oczekiwała rezultatu tej rozmowy.
— Może, droga pani — zaczął Faramuziński łagodnie, — wysłuchawszy moich motywów, zmienisz zdanie.
— Po co pan tę kwestyę poruszasz? — odrzekła z wymówką. — Pan dobrze wiesz, że mi to nie sprawia przyjemności.
— Tak trzeba, tak trzeba — powtórzył z naciskiem, — decyzya naturalnie od pani zależeć będzie. Ja wiem, że Andzia lubi teatr, prawda? Niechże sama powie.
— O tak, — szepnęła dziewczyna.
— I to także wiem, że gdyby tylko znalazła sposobność spróbowania sił swoich na tem polu, to skorzystałaby z niej niezawodnie. Ostatecznie, jeżeli ma talent...
Pani Klejnowa nie odpowiedziała, patrzała na zwieszające się festony dzikiego wina, jak gdyby w nich było coś niezwykle ciekawego i zajmującego.
Przez jakiś czas trwało milczenie. Faramuziński spoglądał to na matkę, to na córkę, i uśmiechał się pod wąsem.
— Nie odpowiadasz pani — rzekł wreszcie, — to dobry znak. Widzę, że się pani zastanawiasz nad mojemi słowami; to też nie nalegam. Wiem, że jak pani dobrze rozważysz propozycyę, to rezultat po mojej myśli wypadnie. Przyjdzie czas, w którym poproszę o odpowiedź stanowczą; dziś już o tej kwestyi nie mówmy.
— Masz pan słuszność — odrzekła matka. — W ogóle cały ten teatr... ja nie wiem, nie mogę sobie zdać sprawy... tyle niespodzianek nam pan przywiozłeś! Gdyby mi kto przed chwilą powiedział, że pan jesteś dyrektorem teatru.
— No, jeszcze aktualnie nie jestem, ale niezadługo będę miał wszelkie prawa do tego tytułu.
— Kiedyż mianowicie?
— To, proszę pani, zależy od mego wspólnika.
— Ach, więc pan masz wspólnika.
— Tak jest. Obawiałem się, że sam jeden nie podołam zadaniu, i wszedłem w stosunek z człowiekiem, który tak znajomością rzeczy, jak i własnym talentem będzie mi bardzo pożyteczny.
— Któż jest ten pan?
— Artysta.
— Więc aktor? — zapytała pani Klejnowa.
— Tak.
— Teraz rozumiem — odrzekła, — spółka polegać ma na tem, że pan dasz pieniądze, a on znajomość rzeczy. W takim razie będzie daleko właściwiej, jeżeli zrobisz go pan nie wspólnikiem, lecz sekretarzem, czy jak tam.
— Kiedy on daje także i kapitał.
— Alboż są na świecie aktorowie posiadający kapitały?
— Widocznie są.
— To ciekawe. Mnie jednak trudno zrozumieć zkądby? Chyba wygrał na loteryi, albo skarb znalazł.
— Cała historya. Można powiedzieć o nim, że i na loteryi wygrał, i skarb znalazł, ponieważ zakochał się w jakiejś bardzo ładnej pannie, i o ile mi wiadomo, ze wzajemnością.
— A panna bogata?
— Zdaje się, przecież tak sprytny chłopiec, jak przyszły mój wspólnik, nie traciłby czasu na zalecenie się do bezposażnej dziewczyny. Osoba, na którą poluje, a właściwie, którą już jakby upolował, jest jedynaczka, a matka jej posiada dom w Warszawie.
— Czyż matka — rzekła pani Klejnowa — zgodzi się na ten związek? a chociażby się zgodziła nawet, to czy zechce się wyzuć z całego mienia dla jakiegoś tam...
— Kto wie, droga pani — odparł Faramuziński, — mój artysta umie brać się do rzeczy. Panna za nim szaleje, a matka? Niech pani nie zapomina, że o jedyne dziecko chodzi. Z początku będzie się spierała, ale ostatecznie... Mówię pani, że to cały romans. Pękałem ze śmiechu, gdy mi przyszły mój wspólnik opowiadał rozmaite szczegóły, w jaki sposób czarował swoją gąskę.
— Gąskę?
— W rozmowie ze mną zwykle tak pieszczotliwie ukochaną swoją nazywa...
Andzia wstrząsnęła się nerwowo; ogarniać ją zaczął niepokój, obawa. Ona także kocha artystę, jest jedynaczką i matka jej posiada dom w Warszawie. Co za dziwny zbieg okoliczności podobnych! A może Faramuziński o niej samej mówi? może.... ale nie, to niepodobna!
Spojrzała na starego kawalera, pragnąc wyczytać z jego oczu myśli ukryte, lecz Faramuziński spojrzenie wytrzymał. Nie zarumienił się, nie spuścił oczu, nie zmienił wyrazu twarzy. Na ustach jego błądził uśmiech zadowolenia i dumy z wielkich zamiarów — i ten uśmiech wydał się Andzi zupełnie naturalnym. Człowiek, mający zostać dyrektorem i kierownikiem teatru, może być uśmiechniętym...
Faramuziński opowiadał dalej, recytował, jak gdyby doskonale wyuczoną rolę, wszystkie szczegóły, tak dobrze znane Andzi, historyę jej własnej miłości i odprowadzenie z teatru, przypadkowe nibyto spotykanie się w mieszkaniu ciotki, przed kościołem, na ulicy... zachęcanie do teatru, wreszcie liścik, na który odpowiedzi nie było. Chwalił spryt swego wspólnika i naiwność gąski, która z taką łatwością olśnić się dała; wspomniał o zamiarze wzięcia potajemnego ślubu i wymożenia na matce posagu...
Pani Klejnowa ani jednem słowem nie przerwała tego opowiadania, teraz zaczęła rozumieć taktykę swego starego przyjaciela.
Na twarzy Andzi malowało się wielkie wzruszenie. Znać było, że przechodzi ciężkie chwile; to kraśniała, to bladła, i ledwie mogła powstrzymać łzy oburzenia i żalu, cisnące się gwałtem do oczu. W sercu jej niewinnem, które dopiero poznało uczucie miłości i tęsknoty, budzić się zaczął gniew, żal, obrażona godność własna.
Gwałtownym wysiłkiem woli zachowała pozorny spokój i siląc się na uśmiech rzekła:
— Czy nie mógłby pan powiedzieć, jak się pański wspólnik nazywa?
— Owszem, moja Andziu, nazywa się Kalski, a na imię mu Aleksander... Oto własnoręczny jego list, w którym donosi, że jego gąska uciekła. Może Andzia zechce przeczytać?
— Cóż ją to może obchodzić? — wtrąciła matka.
— Owszem, mamo, obchodzi mnie, choćby dla samej ciekawości; niech mi pan pozwoli przeczytać ten list.
Faramuziński wydobył z pugilaresu dokument i podał Andzi.
Przeczytała go, zmięła, rzuciła na stół, i z głośnym płaczem wybiegła z werendy.
Klejnowa zerwała się z krzesła.
— Panie — rzekła z żalem, — mogłeś zabić mi dziecko!
— Niech się pani nie lęka: ja wyleczyłem Andzię; teraz idź pani do niej, niech się wypłacze przy tobie. Ja niepotrzebny już jestem, odchodzę, powrócę przed wieczorem, dowiem się...
Pani Klejnowa nie słyszała ostatnich wyrazów przyjaciela, była już przy córce. Andzia oparła główkę na jej ramieniu i obie w uścisku serdecznym długo płakały.
Gdy przed wieczorem Faramuziński nadszedł, zastał obie na werendzie. Andzia była bledsza niż zwykle, lecz spokojna; matka uskarżała się na ból głowy.
— Proponowałbym spacer pod tężnie — odezwał się nieśmiało.
— Idź pan z Andzią — odrzekła Klejnowa, — ja zostanę tu. Andziu — dodała, — powietrze cię orzeźwi, przejdź się.
Zgodziła się chętnie. Szli w milczeniu; pod tężniami dopiero Faramuziński zapytał nieśmiało:
— Andzia gniewa się na mnie?
— Nie.
— Szczerze to mówisz?
— Ja zawsze jestem szczera — odrzekła, — kłamać nie umiem.
— Ja kłamałem, Andziu, ale dla twego dobra; dla tego, żeby cię ocalić.
— Kłamałeś pan! — zawołała z uniesieniem, — a więc on nie jest...
— On jest taki, jaki jest, moja Andziu, przecież, miałaś w ręku dowód.
— Więc gdzież kłamstwo?
— O teatrze... Ani myślę być dyrektorem, ani mi się śni wchodzić w spółkę z Kalskim; całą tę komedyę odegrałem dla ciebie, Andziu.
— Dla mnie?
— A no, bo gdybym, wiedząc co się świeci, przyszedł wprost i perswadować ci zaczął, nie chciałabyś mnie słuchać, pomyślałabyś sobie: „Faramuziński uprzedza się, nie ma racyi...“ a tak, zdobyłem dowód i przekonałem cię chyba.
Andzia westchnęła.
— Jam cię żałował, Andziu, — mówił dalej, — bo kocham cię jak własne dziecko. Na rękach cię nosiłem, a gdy twój ojciec umierał, przyrzekłem, że opiekunem ci będę. Więc nie gniewaj się na starego przyjaciela, że ci oczy otworzył; nie miej do niego żalu. Lepiej rozczarować się wcześniej, lepiej doznany zawód przeboleć, niż chwilę złudzenia nieszczęściem całego życia przypłacić. Wierz w moją szczerość... Powiesz może, że jestem interesowany, że chodzi mi o mego siostrzeńca Franka? Prawda, nie zapieram, że pragnąłbym go widzieć twoim mężem; ale choćbyś za niego nie wyszła, choćbyś kogoś lepszego i odpowiedniejszego dla siebie znalazła — zawsze będę szczęśliwy, że cię teraz od wielkiego niebezpieczeństwa ocaliłem. Pomyśl tylko co cię czekało!
Andzia szła w milczeniu z pochyloną głową. Faramuziński mówił dalej, głosem niepewnym i drżącym:
— Andziu, powiedz szczerze, czy nie czujesz do mnie żalu? czy mi przebaczasz przykrość, jaką ci musiałem wyrządzić?
— Wdzięczna panu jestem — odrzekła.
— I zapomnisz o tamtym?
— Nigdy!
— Biedne dziecko! więc tak go kochasz?
— Tak go... nienawidzę, — rzekła z mocą.
— Podajże mi rączkę na zgodę.
Wrócili do domu, Andzia była smutna, ale spokojna; Faramuziński o teatrze już nie wspominał.
Nazajutrz zamierzał powracać do Warszawy, ale pani Klejnowa zatrzymała go.
— Zostań pan — rzekła, — dopóki my tu będziemy. Nie stracisz na tem nic, owszem zyskasz na zdrowiu, a my nie będziemy pozbawione opieki. Andzi, po tych przejściach smutnych, trzeba rozrywki. Jeszcze jest kilka zabaw w tym sezonie; będziesz nam pan towarzyszył.
— Żeby na całe życie...
— Niepoprawny pan jesteś, zawsze do jednego powracasz.
— Zawsze, droga pani, zawsze; a doprawdy sądziłem, że teraz nareszcie marzenia moje się spełnią... Zmiłujże się pani nademną!
— Zobaczymy, zobaczymy — odrzekła, — w Warszawie. Tymczasem zostajesz pan z nami.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.