Nieruchomość Nr 000/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Nieruchomość № 000
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom I
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1891
Druk Drukarnia „Wieku“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron


IX.

Posępna, szara jesień, rozpoczęła swe panowanie. Po nad wieżycami Warszawy wlokły się ciężkie chmury, drobny deszczyk mżył bez przerwy, prawie od tygodnia.
Domy były mokre i brudne, na ulicach błoto, dorożki z podniesionemi budami toczyły się po bruku, a nad przechodniami pieszymi, którzy bez względu na niepogodę biegli po oślizgłych chodnikach, unosiły się parasole, niby stada czarnych nietoperzy z rozpostartemi skrzydłami.
Od tygodnia nie widziano słońca; deszcz, niby mgła gęsta, trzymał miasto w półmroku; o trzeciej po południu już zapalano światła. Był czas nieznośny, w którym opuszcza ludzi energia i humor, a natomiast znudzenie i senność panuje.
Dom № 000, z wiosną pomalowany na szaro, teraz zmoczony przez deszcz, zdawał się prawie czarnym; na dole szewcy pracowali przy lampie, sklepiczarka również światło musiała zapalić. Zrobiła to jęcząc, narzekając na złą jesień, złe czasy, złe obyczaje, a najbardziej na zdrajcę tokarza.
— Bo żeby nie ten cygan — mówiła do siebie — mogłabym była mieć sklep porządny, widny, z oknami i nie ponosiłabym kosztu na światło wśród dnia... a tak... muszę lampkę świecić, bo ciemność jak w piwnicy, i mogłabym komu, zamiast serdelka, podać drzazgę, lub nalać nafty zamiast octu. A przez co wszystkie te nieszczęścia?... przez mężczyzn! przez tych smoków, stworzonych na utrapienie wdów statecznych!...
Pani Kubikowa i jej blade córeczki powróciły do dawnego trybu życia i biegały, jak zwykle, od domu do domu, rozdzielając na tanie porcyjki umiejętność bębnienia gam zwyczajnych i chromatycznych; na górze emeryt drzemał nad starym, sto razy już przeczytanym kalendarzem: kawalerowie na facyatce spali, bo się im w letnich okrywkach wychodzić na zimno nie chciało.
Pani Klejnowa siedziała zamyślona przy oknie; Andzia usiłowała czytać książkę, przy skąpem świetle posępnego dnia.
Od pierwszej chwili, w której pierwszego w życiu zawodu i rozczarowania doznała, zmieniła się dużo. Nie śmiała się tak często jak przedtem, spoważniała i nie lubiła o teatrze mówić.
Pan Franciszek bywał dość często, ale zamiarów swoich nie objawiał, z obawy, ażeby odrzucone nie były. Wolał czekać, pomimo nalegań wujaszka, który codzień mu przypominał, że należy żelazo kuć póki gorące i brać się ostro do rzeczy.
Przychodził czasem z Faramuzińskim, częściej sam, przynosił książki, rozmawiał... Pani Klejnowa z każdym dniem lubiła go więcej, a Andzia witała go uśmiechem pełnym życzliwości.
O artyście starała się zapomnieć, ale pomimo tego, a może właśnie dla tego, ciągle jej na pamięć przychodził. Nienawidziła go teraz, pogardzała nim, ale z myśli wypędzić nie mogła.
Nieraz, gdy matka mówiła z nią o przyszłości, odpowiadała, że za mąż nie pójdzie, że w szczerość uczuć nie wierzy. Co do pana Franciszka, szanuje go, lubi jego towarzystwo, ale nad przyjaźń nic więcej ofiarować mu nie może.
Swoją drogą, gdy wieczór nadchodził, często zwracała spojrzenie ku drzwiom, jak gdyby oczekując kogoś. Czyniła to zapewne mimowoli.
Mrok się już zrobił zupełny, trzeba było światło zapalić.
— Ty się nudzisz, Andziu, — rzekła matka.
— O nie, mam książkę.
— Siedzimy samotne jak w więzieniu, nawet przejść się nie można.
— Przecież kiedyś ten utrapiony deszcz ustanie...
— Szczególna rzecz — rzekła pani Klejnowa — od trzech dni pana Franciszka nie widać, obawiam się, czy nie chory.
— Nie chce mu się wychodzić w deszcz — rzekła Andzia.
— Zdawałoby się jednak, że powinienby...
Nie dokończyła zdania. Andzia ramionami wzruszyła.
— Co za obowiązek! zresztą mnie wszystko jedno, czy bywa kto u nas, czy nie.
Wnet zarumieniła się, jak gdyby kłam własnym słowom zadając. Ktoś zadzwonił.
— A widzisz — rzekła matka — to on.
Do pokoju wszedł Faramuziński: miał minę zafrasowaną, a całe jego zachowanie się zdradzało niepokój. Nie uszło to oka pani Klejnowej.
— Co pan dziś taki nie swój? — zapytała.
— O, pani kochana, czy człowiek może przewidzieć co i zkąd na niego spadnie!...
— No? cóż takiego?
— Zmartwienie mam. Niechże pani sobie wyobrazi, że ten urwis, Franek, nie uprzedziwszy mnie, nie powiedziawszy ani jednego słowa, wyjechał z Warszawy...
— Wyjechał? pan Franciszek? dokąd? — pytała zaniepokojona matka.
— Bez pożegnania, proszę pani, nie powiedział mi nawet: bądź zdrów wujaszku... nic, tak jak gdyby mnie na świecie nie było.
Andzia, usłyszawszy tę wiadomość, doznała przykrego wrażenia. Wyjechał bez pożegnania z wujaszkiem, o to mniejsza, ale dla czego nie przyszedł pożegnać się z... nami — pomyślała. — Ostatecznie, jej na tem nie zależy, ją to nic a nic nie obchodzi... ale zawsze przykro. Nie spodziewała się tego. Gdyby przyszedł w tej chwili, zrobiłaby mu wymówkę.
Faramuziński mówił dalej:
— Ja o niczem nie wiem, siedzę sobie spokojnie, piję kawę, wtem przychodzi posłaniec i oddaje mi kartkę. Patrzę — od Franciszka, czytam — cóż to jest? „Kochany wujaszku, pisze, za dwie godziny wyjeżdżam i nie wiem jak prędko wrócę, może za kilka tygodni, może za miesiąc.“
— Za miesiąc!
— A tak, pani moja, tak pisze, a dalej: niech kochany wujaszek przeprosi panie, że nie mogłem ich po żegnać przed wyjazdem. Udaję się zagranicę.
— Po co? — spytała pani Klejnowa.
— A właśnie i mnie to zastanowiło; a że, jak pani wiadomo, jestem energiczny i skoro co pomyślę, to, panie dobrodzieju, wykonywam piorunem, więc tedy ubrałem się, kazałem sprowadzić dorożkę i pojechałem do fabryki. Myślę sobie: może pryncypał co wie, może który z Franka kolegów. Przyjeżdżam — powiadają: pan pryncypał słaby — przesyłam bilet wizytowy — przyjął mnie zaraz i mówi z miejsca: „Widzi pan dobrodziej, chory jestem, ruszyć się z domu nie mogę, a tu interes fabryki wymaga niezwłocznego wyjazdu za granicę. Potrzebowałem człowieka, któremu mógłbym zupełnie zaufać i powierzyć mu znaczne pieniądze. Takim właśnie jest pański siostrzeniec, więc prosiłem, żeby mnie zastąpił. Nie lękaj się pan o niego, wróci zdrów. Mówił mi on, że chciałby kogoś pożegnać, jakąś panią, czy pannę. Wyperswadowałem mu, że jak wróci, to ją dwa razy czulej powita i będą skwitowani.“ Ostatecznie, takie zaufanie bardzo jest pochlebne dla młodego człowieka, ale... dla czegoż tak nagle? Byłbym go odprowadził na kolej, jak się należy, pożegnał uczciwie... a tak, proszę pani, łap! cap! do czego to podobne?! Właściciel fabryki dał mi do zrozumienia, żebym o przyszłość Franka był spokojny, że może go zrobi zarządzającym, może do spółki przypuści.
„Ja — powiada fabrykant — kocham go jak syna i chciałbym, żeby on mnie za ojca uważał.“
— To bardzo dobrze rekomenduje pana Franciszka — rzekła Klejnowa; — znać że zacny jest człowiek, skoro potrafi wzbudzić takie zaufanie i życzliwość...
— Pani dobrodziejko — przerwał Faramuziński — to więcej znaczy. Fabrykant ma córkę, a z tego co do mnie mówił, łatwo wyprowadzić wniosek, że wziąłby chętnie Franka za zięcia. Przemysłowcy miewają takie fantazye i wolą wydawać córki za ludzi uzdolnionych w fachu i pracowitych, niż za paniczyków, którzy tylko trwonić umieją.
— To prawda.
— Ostatecznie, pani dobrodziejko, Franek i pod względem materyalnym źle nie stoi. Wiedzą dobrze w Warszawie, że ma wuja Faramuzińskiego... Małżeństwo byłoby dość dobrane, i łaska pana fabrykanta nie jest tak wielka, jak się zdaje.
— W każdym razie — odezwała się Klejnowa — pan Franciszek zrobiłby karyerę...
— Phi! alboż jej nie wart?...
— Czy pan zna tę panienkę? — zapytała Andzia.
— Znam, wprawdzie tylko z widzenia, ale znam.
— Ładna?
— To zależy... Mnie wydaje się bardzo ładną, a Franek twierdzi, że jest wykształcona i ma bardzo zacny charakter.
— Skarb — odrzekła, rumieniąc się dziewczyna — i dla czego pan Franciszek zwłóczy?
— Niechże go Andzia sama o to spyta... jeżeli nie wie dla czego? Słowo honoru daję, kobiety to są istne zagadki. Andzia pyta dla czego? niby Andzia nie wie!
— Nie wiem.
— No, to ja Andzi powiem: dla tego, że jest ciemięga i mazgaj, dla tego, że się w wujaszka wdał... Widzi Andzia, szczęście samo idzie mu w rękę, szczęście, los! Dobra żona, stanowisko, bogactwo, a on to wszystko odrzuca. Dla czego odrzuca? ponieważ pokochał jedną grymaśnicę, pełną kaprysów, która myśli tylko o niebieskich migdałach i sama nie wie do czego dąży... Tak; chciała Andzia prawdy, ma Andzia prawdę; jest ona gorzka, ale szczera... Nie zawadzi, że jeszcze oprócz Andzi, ktoś ją usłyszy. Tak się postępować nie godzi; poczciwe serce nie jest piesek, żeby z nim igrać, nie piłka, żeby je odrzucać. Jak mi Bóg miły, wzburzony jestem, kipi we mnie, i każcie mnie panie coprędzej za drzwi wyrzucić, bo wypowiem wszystko co mam na sercu, a mam tyle, żeby we trzy wagony nie zabrał... Szczęśliwe jesteście. Serca do was się garną, miłość za wami goni, i nie byle jaka miłość, ale poczciwa, silna, taka co na śmierć i na życie, a wy to obracacie w żarty, uważacie za głupstwo...
— Ależ panie...
— Co tam! niech pani nie przerywa! niech powiem: Nie dobre jesteście, niewdzięczne! Żebym ja wiedział, że mnie kto kocha, tobym mu oddał duszę, oszalałbym chyba ze szczęścia. A panie co? Pogardzacie, odpychacie, kamienie jesteście poprostu, głazy, marmury. Piękne bo piękne, ale zimne i bezlitosne — a my cierpimy; ale wszystko ma granice. Przeciw tyraństwu waszemu zrobimy bunt, my z Franciszkiem. Niech się co chce dzieje, dość już tych utrapień!
Stary kawaler zaczerwienił się i zaperzył. Zdawało się, że w samej rzeczy bunt zrobił, a przynajmniej panią swych myśli groźbą przeraził; ale pani Klejnowa do podobnych wybuchów przyzwyczajona, słuchała z pobłażliwym uśmiechem, Andzia zaś śmiała się bez ceremonii.
— Otóż to — rzekła — jak wygląda wasza tak zachwalana wierność, moi panowie... Grozicie buntem; a i owszem! buntujcie się, tem swobodniej, że nikt was poskramiać, ani walczyć z wami nie będzie... Od kiedyż wypowiadacie nam przyjaźń.
— Ja Andzi nic nie wypowiadam — odrzekł — Andzia nie jest moja pani, Andzia jest dzieciak — dodał nadąsany; — ja jestem Andzi opiekun, mnie Andzia powinna słuchać...
— Niech-no się pan uspokoi — wtrąciła Klejnowa — zrobicie jak wam się podoba; ale, mówię to wyłącznie do pana, mienisz się pan naszym przyjacielem, opiekunem Andzi, a...
— No, bo widzi pani, w takich okolicznościach to człowiek wybucha; co się dziwić? Jak kogo boli, to krzyczy...
— Niech pana nie boli, bo nie ma do tego żadnego powodu.
— Nie ma?
— Sądzisz pan, że jest?
— Zdaje się.
— A, panie! jesteś w błędzie. Mienisz się moim przyjacielem i powiadasz, że cofasz tę przyjaźń. Ja jestem lepsza, ponieważ byłam, jestem i będę zawsze pańską przyjaciółką, chociażbyś pan nawet spełnił swoją pogróżkę i domu naszego unikał.
— Alboż ja to powiedziałem? — zapytał przerażony Faramuziński.
— Słyszałyśmy obie.
— To nie może być, droga pani!... to niepodobna! a jeżeli takie słowo wymknęło się z moich ust, to nie ja mówiłem, nie ja, protestuję uroczyście.
— A więc kto za pana?
— Żal.
— Kto?
— Żal, jak panią poważam. Żal, smutek, przykrość, zawiedziona nadzieja. Niech się pani nie dziwi.
— Dajmy pokój sprzeczkom, panie Faramuziński. Nie gniewaj się na mnie, ani na Andzię; dla czego mamy się kłócić?
Faramuziński, który pod wejrzeniem pani Klejnowej topniał jak wosk, pochwycił rękę swej przyjaciółki i pocałunkami osypywać ją zaczął.
— No, dobrze, dobrze — mówił wzruszony, przerywanym głosem — dobrze: ja się już nie buntuję, ja nawet gotów jestem przeprosić, ale niech pani pamięta, powtarzam, niech pani pamięta...
— O czem?
— Przypominasz sobie pani, w Ciechocinku, wtedy...
— Ach!...
— Powiedziałaś pani, że zobaczymy w Warszawie... no, a przecież tu jest Warszawa. Czy pani tego nie cofa?
— Nie...
— Więcej nie pragnę. Andziu, pogódźmy się, niech Andzia da rączkę, pocałuję w imieniu mego siostrzeńca.
— Ależ panie!
— Przepraszam, niech Andzia nie wydziwia. Mam wyraźne upoważnienie, abym panie w jego imieniu pożegnał, więc spełniam polecenie. Tego mi Andzia nie zabroni.
Faramuziński uspokoił się, zaczęto rozmawiać o tem, o owem, o różnych nowinkach. Naraz stary kawaler coś sobie przypomniał, uderzył się w czoło i rzekł:
— Najciekawszej nowiny nie powiedziałem.
— No?
— O panu Kalskim.
Andzia zarumieniła się na wspomnienie tego nazwiska.
— Cóż on nas obchodzi? — zapytała pani Klejnowa.
— Zapewne, że nie, ale, bądź co bądź, znajomy, kuzyn najbliższej pani sąsiadki. Miałem od niego list.
— List?
— Tak, pisze właśnie z Kalisza, bo tam znajduje się trupa, w której on jest; pisze, że ma powodzenie, że dostał od publiczności bukiet, że przepadają za nim...
— Jest też za czem! — wtrąciła Klejnowa, ramionami wzruszając.
— Widać że jest, skoro szaleją.
— Zkąd tytuł do korespondencyi z panem?
— Trwa ciągle w tej myśli, że założymy dyrekcyę i właśnie donosi mi, że będzie miał fundusze.
— Żeni się bogato?
— Tak. Jest to sposób stary, ale dobry. Mój niedoszły wspólnik trzyma go się stale. Obecnie znalazł znowu kandydatkę, którą zamierza uszczęśliwić.
— Proszę!
— Jest to wdówka, osoba niemłoda, ale w pełni sił... podobno ma kapitał i sklep wcale nieźle procentujący.
— A czy zechce wyjść za niego?
— Już są po słowie, w karnawale ma być ślub; właśnie zaprasza mnie na wesele, i życzy sobie, żebyśmy przy tej sposobności zawarli kontrakt.
— Pojedziesz pan? — zapytała Andzia.
— Ani mi się śni. Ciekawym po co? Odpiszę, że projekt zmieniłem, że podupadłem na zdrowiu, i zakończę życzeniami szczęścia i powodzenia...
— Najlepiej pan zrobi.
— Niech go tam! — rzekł stary kawaler. — W gruncie rzeczy mało mnie jego losy obchodzą; nie myślę też o nim, zwłaszcza teraz, gdy o Franka niespokojny jestem.
— A cóż się panu Franciszkowi stać może? — rzekła Klejnowa.
— O nieszczęście nie trudno. Pieniądze znaczne ma przy sobie, mogą źli ludzie wypatrzyć, okraść go, ograbić, może i zamordować.
— Cóż znowu! niechże Bóg broni! Człowiek tak rozważny jak pan Franciszek, będzie się miał na ostrożności. Polecenia załatwi jak najlepiej, i powróci do Warszawy szczęśliwie.
— Jednak ja się obawiam.
— Bo też pan, panie Faramuziński — rzekła Klejnowa, — kobiece serce masz, doprawdy.
— A przepraszam! protestuję! ja, pani dobrodziejko, mam prawdziwe serce, kobiety zaś... mają serca z kamienia.
— Dziękujemy za komplement, — rzekła Andzia.
Po odejściu Faramuzińskiego Andzia zamyśliła się poważnie. Porównania pomimo woli cisnęły jej się do głowy... Artysta wydawał jej się teraz marnym, lichym spekulantem; tamten zaś cichy i skromny rzemieślnik, człowiekiem w całem tego wyrazu znaczeniu. Nie narzucał jej się, nie mówił nigdy o swoich uczuciach, a przecież nie mogła wątpić, że jest do niej przywiązany szczerze i bezinteresownie.
Człowiek taki zasługuje na szacunek i sympatyę... Czemuż nie poznała go wcześniej! Pokochałaby go niezawodnie... a dziś! Dziś to niemożliwe. Zawiedziona i rozczarowana, postanowiła, że nikogo kochać nie będzie, że przejdzie przez życie zamknięta w sobie, samotna, z goryczą w sercu i żalem... Postanowienie to ma być silne i niewzruszone, jak opoka. Tak sobie przyrzekła i przyrzeczenia dotrzyma, choćby się świat miał zapaść. Wprawdzie myśli niekiedy o panu Franciszku, myśli nawet bardzo często, ale od myślenia do kochania daleko. Lubi jego towarzystwo, to prawda, jest mu życzliwa, smutno jej gdy go nie widzi, ale to wszystko nie jest miłość, nie! Swoją drogą przykro jej, że odjechał; miała mu za złe, że z pożegnaniem nie przyszedł; radaby, żeby jak najprędzej powrócił: myśli o nim... Cóż to znaczy? Nic, przyzwyczajenie; kto wie, czy nie byłoby jej równie przykro, gdyby Faramuziński na długo odjechał. Zapewne, ale łatwiejby to zniosła; dla tego, że Faramuziński jest czasami nudny i lubi zrzędzić, a pan Franciszek, zawsze ma humor pogodny i przyjemny sposób mówienia; głos bardzo mile brzmiący, i powierzchowność...
Wzięła książkę do ręki i zaczęła czytać, ale nie szło jakoś; myśl wracała znowu do pana Franciszka.
Fabrykant radby oddać mu córkę, dla czegożby nie? Faramuziński powiedział, że ta córka jest bardzo ładna i wykształcona, o majątku zaś nie ma co mówić. Doskonała partya. Czy też ta córka go kocha? Andzia zastanawia się nad tem pytaniem, i przychodzi do wniosku, że to jest bardzo prawdopodobne. Tego człowieka pokochać można... Szczególna rzecz, Andzia o tem myśli z przykrością. Dla czego? nie wie, nie zdaje sobie sprawy, ale ją to boli. Właściwie nie zależy jej nic na tem, czy się pan Franciszek ożeni, lub nie; ale owa córka fabrykanta wydaje jej się osobą antypatyczną... Bezwątpienia musi to być bardzo pospolita Niemeczka, która nie potrafi uszczęśliwić człowieka...
— O czem Andziu myślisz? — zapytała matka.
Dziewczyna zarumieniła się.
— O niczem... czytam książkę.
— Opowiedz mi więc coś przeczytała.
— Nie potrafię, mamo, takie jakieś niezrozumiałe i dziwne.
— Nieszczera jesteś i nie chcesz matce prawdy powiedzieć.
— Ależ...
— Nie zaprzeczaj, patrzałam ja na ciebie uważnie... Książkę trzymałaś w ręku, a oczy twe zwrócone były na drzwi. Widziałam doskonale.
— Czyż nie można zamyślić się?
— Można, moje dziecko, ale matce odpowiadać należy szczerze. Nie masz nikogo na świecie, ktoby ci był życzliwszym niż ja.
Andzia przybiegła do matki i okryła pocałunkami jej ręce.
W nocy miała bardzo przykre sny. Zdawało jej się, że widzi drogę wśród lasu, że po tej drodze jedzie pan Franciszek. Wtem, z za drzew wyskakują uzbrojeni złoczyńcy i rzucają się na niego ze strasznym okrzykiem. Zawiązuje się walka, krew płynie, młodzieniec broni się ostatkiem sił, lada chwila polegnie, gdy ni ztąd, ni z owąd, jak z pod ziemi, zjawia się kareta, taka z remizy, jakiemi w Warszawie państwo młodzi do ślubu jeżdżą. Z tej karety wyskakuje tryumfująca, uśmiechnięta Niemeczka, porywa młodzieńca, zabiera go z sobą i uwozi... Rozbójnicy, las, kareta, wszystko niknie w ciemnościach, zapada się, ginie... Sen dziwaczny i przykry.
Andzia przebudziła się niespokojna, przestraszona, z silnym bólem głowy.
Nazajutrz była jak nieswoja. Coraz mniej myślała o swojem niewzruszonem postanowieniu. Zdawało jej się, że w domu jest dziwnie pusto i smutno.
Kiedy Faramuziński przyszedł z wiadomością, że otrzymał list z zagranicy, i że siostrzeniec jego za parę tygodni powróci, Andzia ucieszyła się niezmiernie. Była tego dnia bardzo wesoła, śmiała się, żartowała, wrócił jej dawny dobry humor i swoboda.
Później, codziennie zaglądała do kalendarza i wykreślała ołówkiem dni już minione; daty zajmowały ją tak dalece, jak gdyby była kupcem i miała terminowe zobowiązania. Ażeby skrócić czas, który jej się nieznośnie długim wydawał, wynajdywała sobie rozmaite zajęcia. Robiła porządki w domu, szyła, śpiewała, byle dzień prędzej przeszedł. Tłómaczyła sobie, że pana Franciszka nie kocha, że jest on dla niej obojętny, pomimo tego jednak, pragnęła, żeby przyjechał, żeby przyszedł. Miała mu bardzo wiele do powiedzenia.
Wreszcie oczekiwany dzień nadszedł. Faramuziński, który z siostrzeńcem swoim stale utrzymywał korespondencyę, dał znać, że Franek przyjedzie rano, a wieczorem przyjdzie panie powitać.
Już od samego południa Andzia coraz to spoglądała w lustro, pragnęła ładnie wyglądać, ładniej niż jakaś tam córka fabrykanta! Właściwie nie zależało jej na tem, ale miała taką fantazyę, na złość Niemeczce.
Gdy o godzinie szóstej wieczorem, jak zapowiedział Faramuziński, brzęknął dzwonek, twarz Andzi pokryła się żywym rumieńcem.
Siostrzeniec wszedł z wujaszkiem swoim, przywitał się z matką i rękę do Andzi wyciągnął, przepraszając, że przed wyjazdem nie mógł pań, pomimo chęci najszczerszej, pożegnać... Przebaczenie łatwo uzyskał, a Andzia spojrzawszy na niego, zauważyła, że zmienił się bardzo na korzyść. Wyładniał. Powitała go szczerem ściśnieniem dłoni i uśmiechem pełnym życzliwości; wypytywała o szczegóły podróży, o miasta i kraje, jakie zwiedził.
Młodzieniec odpowiadał bardzo treściwie i krótko, o sobie mówić nie lubił, zarzucił więc panie pytaniami, co przez czas jego nieobecności robiły?
Andzi, pomimowoli, przypadkowo, wyrwało się niebaczne słówko, że często o nim myślała... Podziękował jej za to wejrzeniem niezmiernie wymownem.
Po tygodniu przyszedł i usłyszał wymówkę, że o dobrych znajomych zapomina; obiecał więc poprawę i przyszedł za trzy dni, a potem bywał już regularnie codzień.
Andzia zapomniała o swoich postanowieniach niewzruszonych, i coraz mniej myślała o człowieku, który był ich przyczyną.
Nareszcie przed samemi świętami Bożego Narodzenia, pan Franciszek, w kilku słowach pełnych szczerości i prostoty, wyznał jej swoje uczucia i o wzajemność prosił.
Stało się to tak szybko i niespodziewanie, że Andzia sama nie wiedziała co odpowiedzieć; podała mu tylko obie ręce i pozwoliła je całować. Zdawało jej się, że jest bardzo szczęśliwa, że otwiera się przed nią świat nowy, nieznany, a dziwnie jakoś piękny i ponętny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.