Narzeczona z Abydos (Byron, 1895)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor George Gordon Byron
Tytuł Narzeczona z Abydos
Pochodzenie Poemata
Data wydania 1895
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Edward Odyniec
Tytuł orygin. The Bride of Abydos
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


NARZECZONA Z ABYDOS.
w przekładzie
A. E. Odyńca.

Had we never loved so kindly,
Had we never loved so blindly,
Never met, or never parted,
We had ne’er been broken hearted.
BURNS.



Pieśń pierwsza.

I.

Znacie kraj, gdzie laur chwały i cyprys żałoby,
Godłem są dni obecnych i wieków minionych?
Gdzie żałośna turkawka, i sęp krwawo-dzioby,
Powtarza dzikość panów i jęk zwyciężonych?
Kraj cedrów w niebo rosłych, i winnic nektaru;
Kraj niewiędnącéj wiosny, i wiecznéj pogody
Kędy skrzydła Zefirów, od woni ciężaru
Słabieją, przelatując różane ogrody?
Gdzie śród gajów zieleni błyszcząca cytryna,
Dziś jeszcze hesperyjskie sady przypomina;
W jagodach złoty balsam oliwy dojrzewa,
A w cieniu drzew jéj słowik nie przestając śpiewa?
Kraj, gdzie ziemi zieloność i niebios lazury
Walczą o piękność barwy przed słońcem bez chmury,
A ocean gra ogniem najżywszéj purpury?
Gdzie dziewice jak kwiaty, co noszą do tańców?
Gdzie wszystko piękne, boskie — oprócz serc mieszkańców?
Kraj to Wschodu! kraj słońca, co mu naprzód świeci! —
Możeż się tak uśmiechać na zbrodnie swych dzieci? —
Dzikie, jak krzyk wiecznego rozstania boleści,
Są ich serca — i czyny — i o nich powieści.

II.

Otoczon tłumném niewolników gronem,
Lśniący od złota, i z kornym pokłonem
Gotowych służyć dworaczo czy zbrojnie,
Za orszak w domu, lub za straż na wojnie,
Jak się podoba ich Baszy i Panu:
Zasiadł Giaffir[1] śród swego Dywanu.
Z brwi nasępionych i groźnego oka,
Znać, że go trapi jakaś myśl głęboka.
I choć nie łatwo z twarzy muzułmana
Wyczytać duszę — nawykłą przed tłumy
Kryć wszystkie swoje uczucia, prócz dumy —
Twarz Giaffira mroczna, zadumana,
Zdradza coś więcéj, niżby wydać żądał,
Więcéj, niż ścierpi, aby dwór oglądał,

III.

„Chcę być sam!“ — skinął — skinieniu pańskiemu
Posłuszni tłumem ku drzwiom się cofali. —
„Zawołać do mnie dozorcę haremu!“ —
Już w głębi sali, sam na sam zostali.
Basza z swym synem: i w progu zdaleka
Wezwany murzyn na rozkazy czeka.
„Słuchaj, Harunie! skoro tłum ten cały
„Wyjdzie z pałacu za bramę i wały —
„Bo biada głowie, którejby źrenice
„Śmiały wzrok podnieść na Zulejki lice! —
„Córkę tu moję przywiedziesz z haremu.
„Dziś chcę na przyszłość ustalić jéj dolę. —
„Mów, niech pośpiesza: lecz nie mówiąc: czemu? —
„Sam chcę jéj pierwszy objawić mą wolę.“ —
— „Baszo! mém prawem są rozkazy twoje!“ —
Niewolnik innéj odpowiedzi niéma. —
I już wychodził za sali podwoje,
Kiedy go ramię wstrzymało Selima.
Selim z potrójnym, głębokim pokłonem,

Wrócił ku Baszy, i z okiem spuszczonem,
Nieśmiałym głosem rzekł, stojąc przed tronem:
Bo muzułmana nie ośmielić niczem;
Aby śmiał usieść przed ojca obliczem.
„Bojąc się, ojcze! abyś się nie gniewał,
„Czy na Haruna, czy na siostrę moję,
„Jeśli tak rychło, jakbyś się spodziewał,
„Nie zdąży przybyć na rozkazy twoje;
„Wyznam mą winę — jeśli w tém jest wina,
„Że we mnie jednym téj zwłoki przyczyna.
„Słońce dziś rano wschodziło tak jasno,
„Że — chyba starcy ujrzawszy to, zasną —
„Jam zasnąć nie mógł; — lecz w tak pięknéj porze,
„Patrzéć samemu na niebo, na morze,
„Gdy nikt nie słucha i nikt nie podziela
„Natchnionych myśli i uczuć wesela,
„Smutno jest — zwłaszcza mnie, com od powicia
„Nie nawykł znosić samotności życia. —
„Zulejkę zatém namówiłem z sobą. —
„Tyś sam dozwolił, aby każdą dobą
„Wstęp do haremu był dla mnie otwarty. —
„I w nim wpół senne ocknęły się warty,
„Już my ukryci w cyprysowym gaju,
„Pojąc się wdziękiem natury i kraju,
„Zapominali o obecnéj chwili
„W rymach Sadego i pieśniach Leili![2]
„Aż usłyszawszy głos bębna, postrzegłem[3]
„Że się zbliżyła godzina Dywanu,
„I wnet pamiętny twéj woli, przybiegłem
„Złożyć cześć winną i ojcu i panu.
„Ale Zulejka dotąd błądzi w gaju. —
„O! przebacz, ojcze! nie nasrożaj czoła!
„Wszakże prócz niewiast i stróżów seraju,
„Nikt się tam przedrzéć, ni zajrzéć nie zdoła.“ —

IV.

Gniew zawrzał w baszy: „Synu niewolnika,
„Z niewiernéj matki! — bo próżno od młodu
„Szukałem w tobie, godnych mego rodu,
„Uczuć człowieka albo wojownika! —
„Ty zamiast wprawiać do boju twe dłonie,
„Zawstydzać strzelców, wyzywać szermierze,

„Ciskać dzirytem, lub ujeżdżać konie:
„Ty, Greku w duszy, jeżeli nie w wierze!
„Gotów iść wzdychać całe dni i noce,
„Gdzie jakaś woda w strumieniu bełkoce,
„Kwiat jaki pachnie, albo ptak świergoce!... —
„Niechbyż przynajmniéj to słońce promienne,
„Co tak twe oczy zachwyca bezsenne,
„Wlało ci swego choć iskrę płomienia,
„By i twą duszę obudzić z uśpienia! —
„Lecz nie! ty okiem patrzałbyś nieczułem,
„Choćby tu przyszły psie wojska pogańskie;
„Choćby ich działa grzmiały pod Stambułem;
„Nie! choćby wszystkie państwa Ottomańskie
„Załeżéć miały od wsparcia twéj dłoni:
„Nie śmiałbyś dotknąć zaostrzonéj broni!... —
„Precz! — niech twa słabsza od niewieściéj ręka,
„Kręci wrzeciono, gdy się szabli lęka! —
„A ty, Harunie! śpiesz do córki mojéj!
„Ten raz przebaczam — dla starości twojéj.
„Lecz niech Zulejka raz jeszcze na nowo
„Wyjdzie z nim kiedy — odpowiesz mi głową!“ —

V.

Selim nie wyrzekł słowa — ale z twarzy,
Lecz z oczu jego łatwo myśli dociec. —
Wyrzuty Baszy i słowa szydercze
Przebodły duszę jak włócznie mordercze; —
„Syn niewolnika! — O podłość mię skarży! —
„Chce mię poniżyć! — najgrawać się waży! —
„Syn niewolnika! — Któż więc jest mój ojciec?“ —
Temi myślami wrzał w duszy, a lice
Pałały ogniem, a groźne źrenice
Błysły z pod powiek jak dwie błyskawice. —
Giaffir spojrzał — i zląkł się widoku
Gniewnego syna; — poznał, jak go drasło
Urągowisko — i w tym jego wzroku
Dostrzegł, lub przeczuł pierwsze buntu hasło.
„Pójdź, chłopcze! — Cóż to? nie chcesz odpowiadać?
„O! ja znam ciebie, umiem myśl twą zbadać —
„Szkoda, żeś bronią nie uczył się władać.
„Lecz niechno męska urośnie ci broda,
„A wiek odwagi, albo siły doda:

„Doczekam jeszcze pociechy, jak wróżę,
„Ujrzéć cię zbrojnym — albo spotkać może!“ —
I gdy to mówił z szyderczym przyciskiem,
Wzrok dumnéj wzgardy utopił w Selima. —
Selim nie zadrżał — i z urągowiskiem
Tak go nawzajem przejmował oczyma,
Że Basza z trwogą obejrzał się wkoło,
I ogniem wstydu oblało się czoło.
Dlaczego? — Basza dobrze czuł i wiedział
Przyczynę trwogi — lecz jéj nie powiedział.
„Nie próżne, myślał, przeczucia, jak widzę,
Żem nigdy jego nie ufał przyjaźni!
Zrozumiał, odgadł, że go nienawidzę, —
I... — lecz dłoń jego nie warta bojaźni!
Na łowach ledwo można go ośmielić
Potkać się z sarną, lub strzelbę wystrzelić;
Cóż gdyby z ludźmi miał toczyć bój krwawy,
Narażać życie dla zemsty lub sławy?...
Tak! — gdyżbym zwierzchniéj nie ufał pokorze,
Tém mniéj krwi związkom — krwi, co kiedyś może... —
Ha! lecz on nie wié o tém!... — Nic nie znaczy!
Muszę podwoić czujność dostrzegaczy! —
Giaur, pies pogański, Arab memu oku
Znośniejszy stokroć od jego widoku!“[4]

„Lecz otóż słyszę głos Zulejki mojéj! —
On mi wzburzoną duszę uspokoi:
Miły mym uszom jak hurysek pienia! —
W niéj widzę moje najsłodsze wspomnienia,
Pierwszéj, jedynéj miłości zadatki:
Droższa mi nawet, milsza od swéj matki!
Moja nadzieja, chluba, szczęście moje!
Jedna, co kocham — i co się nie boję!“ —

„Witaj, ty moja! ty Peri, bogini!
Chłodna fontanna w piaszczystéj pustyni
Mniéj miła ustom spragnionym pielgrzyma,
Niż tyś jest zawsze przed ojca oczyma! —
Pielgrzym nie może czuć wdzięczności więcéj,
Ni Prorokowi dziękować goręcéj,
Jak ja dlań w duszy za ciebie ją czuje,
Jak ja mu zawsze, i teraz dziękuję.“ —

VI.

Piękna, jak pierwsza ze stworzonych w raju,
Gdy z zaufaniem, z weselem dziewiczém,
Śmiała się patrząc w zakazanym gaju,
Jak ją wąż okiem urzekał zwodniczém,
I blask swych oczu zaszczepiał w jéj wzroku —
Źródło obłudy jéj płci, i uroku! —
Miła — jak sennéj pociechy widzenie,
Co łzy na jawie płynące osuza,
Gdy w nieśmiertelne ubrana promienie,
Duszę płaczących cieszy zmarłych dusza;
Tkliwa — jak pamięć miłości niewinnéj;
Czysta — jak wiara modlitwy dziecinnéj;
Była dziewica, cel ojca miłości;
Który ją witał ze łzami — radości.

Któż nie doświadczył, jak trudno słów dźwiękiem
Dać uczuć piękność, z jéj blaskiem i wdziękiem?
Kto nie czuł patrząc — nim niesyte oczy
Mgła upojenia albo łza zamroczy —
Jak wzbudzający cześć, i jak zwycięski
Jest niewinności urok czarnoksięski! —
Ona je łączy: — w niéj jednéj zebrane,
Kwitną powaby — jéj tylko nieznane:
Niebieskiéj łaski świętość tajemnicza,
Pogoda myśli, swoboda dziewicza,
Dusza — muzyka tchnąca z jéj oblicza![5]
I czułość, którą lada myśli wzruszą —
I ach! oko, co samo już zda się być duszą! —

Skromnie na piersiach krzyżując ramiona —
I pierwszém tkliwém słowem ośmielona,
Na szyję ojca zarzucając ręce,
Co jéj wesołe pieszczoty dziecięce
Dzielił i wzajem odpłacał, słowami,
Błogosławieństwy i całowaniami —
Zulejka przyszła. — Giaffir czuł w duszy,
Że zamiar jego miękczy się i kruszy.
Nie, by się troskał o przyszłém jéj szczęściu,
Czy je miéć może w wybraném zamęściu;
Lecz myśl rozstania zamysłem zachwiała —
Miłość ją wlała — Duma pokonała.

VII.

„Zulejko moja! dziecię méj miłości!
Dziś się przekonasz, jak cię kochać muszę,
Gdy niepamiętny tęsknot samotności,
W jakiéj twa strata pogrąży mą duszę,
Sam się ojcowskiéj pociechy wyrzekę,
Aby ci męża zapewnić opiekę:
Męża — którego, prócz chyba Padyszy,
Nikt w państwach jego w niczém nie przewyższy. —
Bo choć moślemin mało o ród bada,
Godna jest względu krew Kara-Osmana,[6]
Któréj potęga, z przodków przekazana,
Dzierżonym krajem, jak dziedzictwem włada,
I w razie wojny ma na swe skinienie
Tymaryjotów dzielne pokolenie. —
Z téj krwi Osmana wybrałem na zięcia;
Dziedzic i blizki Oglu-Beja krewny. —
O wiek nie będziesz dbała — jestem pewny —
Dzieckubym mego nie zwierzył dziecięcia!
Bogactwo twemu odpowiada wianu;
A temi śluby złączona moc nasza,
Urągać będzie ze śmierci firmanu,
Którego widok tak drugich przestrasza!
I gdy najśmielszy, najmożniejszy basza,
Śmie wprzód dać szyję, niż się oprzéć Panu;
My uczyć będziem sułtańskie Tatary,[7]
Jakiéj nagrody warte takie dary! —
Teraz, Zulejko! wiesz o woli mojéj,
Wiesz wszystko, co płci twéj wiedziéć przystoi. —
Do posłuszeństwa ojciec córkę skłania;
Sam mąż niech żonę nauczy kochania!“ —

VIII.

Zulejka milcząc skłoniła oblicze —
Czy żeby ukryć zmieszanie dziewicze,
Czy łzy, któremi czuła, że nie władła,
I twarz, co w kolej płonęła i bladła:
Gdy słowa ojca, jak strzały, przez uszy
Świszcząc leciały i więzły w jéj duszy? —
Lecz ten rumieniec, ta bladość, ta żałość,
Co oznaczają? — czy wstręt? czy nieśmiałość? —

Łza w piękném oku tak słodko porusza,
Że nawet miłość z żalem ją osusza;
Skromny rumieniec tak twarz piękną krasi,
Że nawet litość niechętnie go gasi! —
Czy to Giaffir czuł, czy nie obaczył
Łez i rumieńca; czy zważać nie raczył: —
Trzykroć w dłoń klasnął[8] — konia podać każe:
Rzucił z rąk cybuch oprawny w klejnoty,[9]
I szedł, gdzie zbrojne czekały go straże:
Jańczarów, spahów, mameluków roty.
I śród nich śpieszy na pole gonitwy,
Widziéć ich zręczność i wprawiać do bitwy. —
Sam Kizlar-Aga, na czele rzezańców,[10]
Został na straży haremu i szańców.

IX.

Selim na dłoni wsparł czoło, i okiem
Zdawał się toczyć po morzu szerokiem,
Gdzie prąc się między Dardanelskie skały
Z szumem w pieniste popiętrza się wały.
Nie widział jednak ni morza, ni brzegów,
Ni nawet baszy wojennych szeregów,
Co bliżéj przed nim tocząc bój udany,
To z koni twarde płatają turbany,[11]
To na dwie zręcznie rozbiegłszy się roty,
Biją na siebie stępionemi groty,
A wrzask ich „Ollah!“ powietrze rozdziera:[12]
Selim nie słyszy, nie widząc spoziera —
W myśli mu tylko — córka Giaffira.

X.

Zulejka nie śmie przerywać milczenia,
Lecz smutek myśli zdradzają westchnienia.
Selim wciąż z okna patrzał zamyślony,
Niemy, i blady, i nieporuszony.
Próżno nań siostra spogląda ciekawie:
Nic nie wyczyta w téj zimnéj postawie!
Smutek jéj równy, ale go pokrywa.
W sercu dla brata tchnie miłość tak tkliwa,
Że wstyd dziewiczy, sama nie wie czemu,
Nie dał jéj dotąd wyznać — nawet jemu.

Terazby chciała — chce mówić — daremnie!
„Tak smutny! tak się odwraca odemnie! —
Nie tak bywało za każdém spotkaniem;
Czyż się raz pierwszy tak zimno rozstaniem?“ —
Trzykroć komnatę obeszła dokoła,
Patrząc na niego; — on nie zwrócił czoła,
Ledwo nie płacząc, pochwyciła dłonią
Urnę stojącą z róż arabskich wonią,
I wonnym deszczem prysnęła z niéj wkoło
Na strop, na ściany — i Selima czoło!... —
Krople po twarzy stoczyły się zbladłéj,
I z szat złocistych na pierś jego spadły;
On się nie wzruszył, nie zwrócił baczenia,
Jak gdyby lice i pierś miał z kamienia.
„Co? jeszcze smutny? — ach! któż to wytrzyma!
Taka nieczułość — i to od Selima!...“ —
Wkrąg gmachu kwiaty najrzadsze na Wschodzie,
Kwitły w naczyniach, jak w sztucznym ogrodzie.
„On lubi kwiaty! — może z rąk mych przyjmie?... —
Musisz się rozśmiać, mój luby Selimie!“ —
Ledwo dziecinna myśl przyszła do głowy,
Kwiat był zerwany, i bukiet gotowy:
Z nim się po cichu zbliża niewidziana,
I u stóp brata ugięła kolana.
„Słowik tę różę przysyła za posła,[13]
By ci pociechę i radość przyniosła;
I sam prócz tego, jak jéj obiecywał,
Będzie noc całą dla Selima śpiewał.
I z wszystkich piosnek, co umie na wiosnę,
Wybierze same wesołe i głośne,
Z miłą nadzieją, że jak on swe tony,
Odmieni myśli Selim zasmucony.“ —

XI.

„Co? nie chcesz nawet przyjąć mego kwiatu? —
Jest-że gdzie siostra bardziéj nieszczęśliwa,
Coby nie mogła ulgi przynieść bratu,
Którego smutek serce jéj rozrywa? —
„O! nie patrz na mnie oczyma takiemi! —
Ktéż cię nademnie kocha na téj ziemi? —
Bracie mój drogi! — obym droższe imię
Wynaléźć mogła! — mój luby Selimie!

Podziel twój smutek ze mną! — lub przynajmniéj,
Jeśli się gniewasz — powiedz, że nie na mnie. —
Pójdź, usiądź! głowę skłoń na piersi moje!
Ja całowaniem twą boleść ukoję,
Gdy cię ni płochy żart mój nie rozśmieszył,
Ni mój zmyślony słowik nie pocieszył. —
„Wiem, że nasz ojciec niekiedy zbyt ostry:
Aleś ty takim nie bywał dla siostry!
Wiem, wiem, że ciebie nie kocha jak syna:
Ale czyż Selim o mnie zapomina?... —
„Ach! może zgadłam? — tyś jest nie rad z planu
Owego związku z Bejem Karasmanu?... —
Może ku niemu masz powód urazy?... —
Powiedz mi tylko! pomimo rozkazy
Ojca — przysięgam na Mekki ołtarze,
Jeśli się na nie przysięgać odważę —
Że bez porady, bez woli Selima,
Nikt mnie — sam nawet sułtan nie otrzyma! —
„Myślisz, że zniosę oddalenie twoje,
Lub mogę serce rozedrzeć na dwoje? —
Któżby nam został — jeśli się rozdzielem,
Mnie przewodnikiem, tobie przyjacielem? —
Nie, nie! dzień taki nie błyśnie na niebie,
Coby mą duszę oderwał od ciebie!
Nie! — sam Azrael[14] — on, którego ramię
Wszystko na świecie rozrywa i łamie.
Gdy się na jedno z nas dwojga zamierzy,
Uczuje litość — oboje uderzy!“ —

XII.

Ożył — odetchnął — z lic ogień wytrysnął —
Podniósł dziewicę — do piersi przycisnął.
Gniew, boleść znikła — z oczu niezwykła
Radość, jak jasność, błysła spojrzeniem,
Myśli promieniem, uczuć płomieniem.
Jak woda z gór lecąca,
Gdy ją ciasny brzeg zwęzi,
Wyrywa się iskrząca,
Z pod wierzbowych gałęzi;
Jako piorun, gdy z góry
Ogniem błyśnie w obłoku;
Tak z pod brwi téj ponuréj,
Dusza błyszczy w tém oku. —

Na dźwięk trąby koń wrzący,
Na wrzask łowów lew śpiący,
Na krzyk buntu szalony
Tyran ze snu zbudzony,
Mniéj gwałtownie się wzruszy,
Mniéj uczuje sił w duszy,
Jak Selim, słysząc przysięgę dziewicy,
Słysząc wyznanie uczuć tajemnicy! —

„Teraz tyś moją! tyś na wieki moją!
Bóg sam nas chyba, nie ludzie rozdwoją.
Mojąś na wieki! — ta święta przysięga,
Coś ty wyrzekła, oboje nas sprzęga. —
Dobrze zrobiłaś! bo przez to wyznanie
Niejedna głowa na karku zostanie! —
Lecz ty się nie trwóż! — póki miecz w méj dłoni,
Żaden włos nigdy nie spadnie z twéj skroni;
Strwożyć cię nawet nie miałbym zamiaru,
Za wszystkie skarby pieczar Istakaru!...[15]
„Z innych się przyczyn gniew w sercu mém warzył.
Giaffir dzisiaj zelżył mię, znieważył,
Nikczemnym prawie nazwać się odważył!...
Ha! teraz pora okazać mu w czynie,
Jaka krew w synu niewolnika płynie! —
Drżysz? — On tak nazwał! — lecz serce Selima,
Choć się nie chełpi przed ludzi oczyma,
Jeszcze mu w słowach i czynach dotrzyma! —
„Ja synem jego?.. — Lecz ukój twą trwogę! —
Przez ciebie jestem nim — albo być mogę, —
Tymczasem, pomnij! by przysięgi naszéj
Niebaczne słowa nie zdradziły baszy! —
„Znam ja nędznika, co u Giaffira
Ręki się twojéj i wiana napiéra;
Podlejszéj duszy, i skarbów niezmiernych,
Gorzéj zebranych, niéma kraj niewiernych,
Chciwszy od Greka, trwożliwszy od Żyda!
Gorszego nadeń Egripo nie wyda!...[16]
„Lecz dosyć o tém! — Okiem ni językiem
Pomnij, tajemnic nie zdradzić przed nikim!
Na resztę środek znajdziemy w potrzebie.
Osmana Beja ja biorę na siebie! —
„Słuchaj, Zulejko! — raz pierwszy wyznaję —
Słuchaj! — nie jestem, czém się być wydaję.

Tyś mi do szczęścia otworzyła drogę —
Mam broń, przyjaciół — zawady znieść mogę!“ —

XIII.

— „Co? ty nie jesteś, czém się być wydajesz? —
Dziwne mi dzisiaj zagadki zadajesz! —
O! mój Selimie! skąd ci ta odmiana? —
Byłeś tak dobry, tak wesół dziś z rana! —
Czém cię tak mogły wzruszyć moje słowa? —
Że ja cię kocham — czyż to rzecz ci nowa? —
Kocham! jak kochać nie można goręcéj,
Zawsze jednako — bo nie umiem więcéj! —
Innego szczęścia nie wystawiam sobie,
Jak by cię widziéć, słyszéć, być przy tobie —
I stąd dzień lubię, a nocą się brzydzę:
Że noc nas dzieli, a we dnie cię widzę. —
I gdybym mogła na przyszłość wybierać,
Z tobą chcę tylko i żyć i umierać;
Ciebie pocieszać, doglądać, piastować,
Bawić, usypiać, uściskać, całować...
Tak, tak! jak teraz — jak teraz!... — Już dosyć!
Dosyć, Selimie! — w twych ustach żar tleje! —
Nie, nie! nie mogę! — ach! przestań mię prosić! —
Ja sama nie wiem, co się ze mną dzieje!.. —
Obym tak zawsze być mogła przy tobie:
Strzedz twego zdrowia, doglądać w chorobie,
Rządzić twym domem — nie trwoniąc ci mienia,
Lub dzielić nędzę — bez łez, bez cierpienia:
I wszystko czynić i pełnić z pośpiechem,
I wszystko cierpieć i znosić z uśmiechem!... —
Jednéj ci tylko nie oddam posługi:
Oczy twe kiedyś niech zamknie ktoś drugi!... —
Bo wiem, że umrę, mając to oglądać, —
Mogę-ż co więcéj — ja zrobić — ty żądać?... —

„Lecz, mój Selimie, powiedz mi, dlaczego
Ty się tak ojca obawiasz naszego,
Aby się naszych uczuć nie dowiedział? —
Ja milczéć będę — boś ty mnie powiedział;
Lecz czemużbyśmy ojcu nie ufali? —
I to mi także powtórz zrozumialéj,

Coś wprzód namienił o sobie — o broni —
O przyjaciołach. — Kto są? gdzie są oni? —

„Jabym wolała ojcu się otworzyć!
Gniewby mię jego nie zdołał zatrwożyć. —
Lecz za cóż gniewy? — Ach! nie! on pozwoli,
On mię zostawi panią mojéj woli! —
Cóż w tém dziwnego, jeślibym życzyła
Być dla cię zawsze, jak-em dotąd była?
Że odłączona od ludzi i świata,
Świat i mąż obcy przeraża mnie trwogą?
Że nieznająca nikogo prócz brata,
Prócz niego kochać nie mogę nikogo?.. —
Czyżby te dotąd uczucia bez winy,
Grzechem dziś były? — lub z jakiéj przyczyny
Mybyśmy dzisiaj prawdy się wstydzili,
Cośmy jak cnotę kochali i czcili?... —

„Wiesz sam, Selimie! jak za fraszkę lada
Ojciec wnet na cię w zapalczywość wpada:
Cóż, gdybyś słuszne dał do niéj powody?...
Strzeż nas, Allahu! od takiéj przygody! —
Ta tajemnica, nie pojmuję czemu,
Jakby grzech jaki cięży sercu memu!...
Tyś ją narzucił — miéj litość nademną!
Zdejm ją — lub rozwiąż tę zagadkę ciemną!
Lecz nie zostawiaj w tych myślach i trwodze!... —

„Ach! Czokadera już widzę na drodze;[17]
Ojciec nasz wraca!... — Jak mi serce bije! —
Czuję, że wszystko z méj twarzy odkryje. —
Nigdym nie drżała na spotkanie jego —
Dziś drżę — i nie wiem — ty powiedz, dlaczego?!“ —

XIV.

— „Odejdź! ja sam tu spotkam Giaffira.
Będziem jak zwykle rozmawiać przy świadkach
O dżumie, wojnie, firmanach, podatkach,
I o złych wieściach z obozu Wezyra:
Jak stojąc mężnie nad brzegiem Dunaju,
Czas nieczynnością, a lud głodem traci;
Za co mu kiedyś giaur złotem zapłaci:

Jeśli wprzód jeszcze, za tę miłość kraju
Sułtan mu stryczka nie przyśle z seraju... —
To zwykły przedmiot rozmów — i w téj chwili
O niczém inném nie będziem mówili. —

„Ale pamiętaj! że skoro o zmroku
Bęben na hasło spoczynku uderzy,
Selim cię czeka u drzwi twojéj wieży! —
Zakryci nocą od dozorców wzroku,
Możem bezpiecznie do jutra, do wschodu,
Błądzić samotnie śród wałów ogrodu.
Strome — szpieg na nie nie wedrze się snadnie,
A choćby wdarł się — mam sposób, że spadnie.
Wtedy się dowiész o losach Selima,
Czego nikt o nim ani wié, ni mniéma. —
Ty się mnie nie bój! zawierz sercu memu!
Wiész, że mam klucze tajnych drzwi haremu...“ —
— „Ja się bać ciebie? — Z twych ust taka mowa?.. —
„O! mój Selimie!...“ —
— „Nie trać chwil na słowa!
Mam klucz haremu — straż rygle odsunie.
Umiałem wzbudzić przychylność w Harunie.
On nas nie zdradzi — zaufaj mu śmiele! —
Dziś ci odkryję mój los, moje cele. —
Ale, Zulejko! — pomnij, że nie taję,
Żem rzekł — nie jestem, czém się być wydaję.“






Pieśń druga.

I.

Wiatr hucząc wzdyma Hellespontu wody,
Jak w owéj strasznéj i pamiętnéj nocy,
Gdy urągając z fal i niepogody,
Piękny, szlachetny, odważny i młody,
Kochanek w bogów zaufał pomocy,
I sam zwiedziony nadzieją opieki,
Nadzieje lubéj omylił na wieki!

Lecz ach! gdy ujrzał, że z wieży jéj wierzchu,
Hasło jéj, lampa połyska się w zmierzchu:
Cóż, że mógł widziéć, jak niebo się chmurzy,
Że go krzyk ptastwa ostrzegał o burzy?
Że wiatry w górze, ryk wałów u dołu,
Zdały się grozić i radzić pospołu?
On, pełen uczuć i nadziei błogich,
Nie baczył znaków, ni głosów złowrogich;
Na światło tylko kochanki spoglądał,
Gwiazdę miłości! — i innych nie żądał,
Kochanki tylko śpiew słyszał z daleka:
„Śpiesz się, mój luby! kochanka cię czeka!“
Stara to powieść, lecz zawsze i wszędzie
Miłość ją lubić i powtarzać będzie.

II.

Wiatr dmie od morza, i w paszczę ciaśniny
Prze wał po wale, pieniący się, siny,
I noc ponurą rzuciła zasłonę,
Na pola niegdyś tylą krwi zbroczone,
Gdzie stare grody Pryjama świeciły: —
Dzisiaj pustynia, gruzy i mogiły!
Jedna znikłéj potęgi i chwały oznaka —
Prócz nieśmiertelnych marzeń ślepego żebraka!

III.

Oby mi jeszcze dano na te brzegi wrócić,
Gdziem raz już proch ich święty deptał stopą młodą;
Łamać się, jak-em łamał, z Hellespontu wodą,
I z tobą, wieszczu grecki! cieszyć się i smucić!
We wszystkiém widziéć ślady dzieł dawnych rycerzy,
Wierzyć, że w każdym grobie proch półboga leży;
Myśléć, że jako przed ich, przed memi oczyma,
Też góry błękitnieją, toż może się wzdyma;
Żyć ich myślą, ich czuciem, ich wiekiem! — któż z ludzi
Raz tak marząc, dla wieszcza wiecznéj czci nie wzbudzi?

IV.

Pomrok okrywa ziemię i morze — nim wznidzie,
Jako dziewicza jego bogini na Idzie,
Ów księżyc, co stąd niegdyś patrząc skróś ciemnoty,
Przeglądał mury Troi i Greków namioty. —

Nie klną mu dziś na zdradę śpieszący rycerze;
Lecz błogosławią dotąd spokojni pasterze.
Na zielonym pagórku pasą się ich trzody —
Grób to jest Achillesa! ołtarz jego chwały!
On, przed którym bił czołem Macedończyk młody![18]
Który króle wieńczyły, sławiły narody!
Grób, pomnik bohatera! — jak ciasny, jak mały!...
Dzieł jego i imienia zapomniał lud płochy;
Przez rozpadłe kamienie wiatr wydmuchał prochy;
Obcy chyba przychodzień, dumając w milczeniu,
Westchnie nad nim — i ducha wezwie po imieniu! —

V.

Późno dziś, poźno księżyc rozweseli
Smutny pasterza nocleg, i ośmieli
Błędną rybaka łódź — który inaczéj
Brzegów, ni drogi do nich nie zobaczy.
Chmurą się gwiazdy zakryły przewodnie,
Wzdłuż brzegów morskie pogasły pochodnie;
Z Zulejki tylko samotnéj komnaty
Mdle światło lampy miga się przez kraty.
W złotym kagańcu ta lampa się pali,
Z góry u stropu zwieszona śród sali,
Na sofach z tkani perskiego przędziwa,
Leżą w nieładzie, ale pełnym wdzięku,
Tu bursztynowe różańca kaliwa,
Z których woń cudna rozlewa się w ręku;[19]
Ówdzie, w szmaragdów promienie objęty —
(O! jak zła wróżba, że go zapomniała!)
Z tekstem Koranu amulet jéj święty,[20]
Co go jéj matka przed skonaniem dała,
By słów wyrytych mocą tajemniczą
Świecił jéj duszy gwiazdą przewodniczą,
I bliżéj przy nim, Alkoran otwarty,
Złotem barwnemi połyska się karty;[21]
I daléj nieco, zwoje lżejszéj treści,
Perskich poetów pieśni i powieści;
I na nich wsparta, brzmiéć niemi lubiąca,
Spoczywa lutnia — rzadko tak milcząca.
Śród izby, kwiaty świeżą tchnące wiosną,
Z japońskich naczyń, jak ze śniegu rosną,
I wszystkie zmysły czarują od razu
Barwą Kaszmiru i wonią Szyrazu. —
Wszystko, co tylko natura i sztuka
Pięknego stworzy, miłego wyszuka,
Wszystko się zbiegło w téj wdzięków świątyni —
I wszystko tylko smutniejszą ją czyni,
Gdy w niéj nie widać kapłanki — bogini! —
Gdzież ona? — mogłaż rzucić ją w téj porze,
Gdy taka noc, wiatr taki, i burza na dworze? —

VI.

W szacie czarniejszéj niż téj nocy cienie,
(Żadna z cór gminu równéj nie używa),
Którą ramiona i pierś swą okrywa,
Pierś, Selimowi droższą nad zbawienie:
Po krętych ścieżkach, krzewami zarosłych,
Drżąc na świst wiatru, na szum drzew wyniosłych,
Co wkoło z skrzypem chylą się ku ziemi;
W ciemności, mgłami zwiększonéj morskiemi,
Z wytężonemi przed siebie oczyma,
Niepewnym krokiem szła obok Selima.
I chociaż serce do powrotu radzi,
Choć w niém złych przeczuć potłumić nie może:
Czyż go samego zostawi w téj porze?
Czyż się ma lękać, gdy on ją prowadzi?

VII.

Doszli do groty, którą w łonie skały
Sztuka z naturą wspólnie wykowały;
Gdzie nieraz w chwilach wieczornych lub rannych,
Lub w skwar świeżego szukając powiewu,
Słuchała morza harmonij szklannych,
Lub głos swéj lutni budziła do śpiewu;
Albo się ucząc z Koranu miejsc świętych,
W marzeniach, wiary prostotą natchniętych,
Roiła obraz rozkoszy niezmiernych,
Jakie raj przyszły gotuje dla wiernych. —
Gdzie duszom niewiast przybytek oznaczył,
Prorok im o tém powiedziéć nie raczył;
Lecz jeśli Selim miejsce w nim otrzyma,
Czyż raj ten byłby rajem dla Selima,
Czyżby go przyjął, i w nim się weselił,
Gdyby z nią jego rozkoszy nie dzielił?... —
Jest-że huryska, któraby zdołała,
Kochać go tyle — jak ona kochała? —

VIII.

Od ostatniego niewidzenia groty
Zda się w niéj jakąś postrzegać odmianę;

Może to ciemność odmienia przedmioty,
Przy świetle tylko dnia dotąd widziane? —
Z wpół przygasłego na środku ogniska,
Mdłe ledwo światło na ściany odbłyska.
Patrzy ciekawie; — lecz czegóż tak zbladła?
Na dziwny widok źrenica jéj padła!
W głębi stos broni! — nie broń muzułmanów!
Zamiast jańczarek, łuków, ataganów,
Znać strzelbę obcą z kształtu i oprawy!
Proste pałasze — przebóg! jeden krwawy! —
Blask się od niego odbija czerwono. —
Na stole widzi czarę postawioną,
Ach! nie sorbetem zda się napełnioną!... —
Strach ją ogarnął — chce pytać Selima,
Zwraca się — Onże to przed jéj oczyma? —

IX.

Szat swych zasłonę rzucił na stronę —
Na skroniach jego, zamiast turbanu,
Szal okręcony, jak krew czerwony,
Dwoma końcami zwisa do stanu.
W pasie z rzemienia, z obojéj strony,
Zamiast nagłowia złotych sztyletów,
Zdobnych w kamienie godne korony,
Błyszczy żelazo dwóch pistoletów.
U boku prosty miecz przypasany;
Z ramienia krótki, w fałdy zebrany,
Z rozwieszonemi na dół wyloty,
Powiewa śnieżny płaszcz Kandyjoty.
Na piersiach kaftan — lecz z pod kaftana,
W srebrzyste łuszczki zręcznie łamana,
Zbroja od pasa sięga kolana;
Dalsza w poziomém świetle ogniska,
Greckim koturnem stopa połyska. —
Gdyby nie wyraz oczu i twarzy,
Gdyby nie ogień, co się w nich żarzy,
Rzekłbyś, że prosty galjongi grecki[22]
Lub, że na lądzie Arnaut zbójecki.

X.

„Widzisz! nie jestem, czém się być zdawałem! —
A teraz mojéj posłuchaj powieści! —
Jeżeli smutna, nie ja ją pisałem
Ogniem mych wstydów i łzami boleści;
Moja rzecz tylko — prawdę jéj okazać,
I krwią mych wrogów dopisać — i zmazać! —
„Tyś pierwsza na jéj słuchaczkę wybrana. —
Przysięgłaś nie być małżonką Osmana;
Lecz gdyby usta twe dziś nie zdradziły
Tajemnic serca, jak ci jestem miły:
I jabym strasznych nie rozwarł skrytości. —
Nie bierz słów moich za dowód miłości! —
Nie! — ja-ć jéj czynem dowiodę w potrzebie,
Życiem dla ciebie, lub śmiercią za ciebie! —
Tyś mi przysięgła nawzajem — dość na tem! —
Ja — ja, Zulejko! — nie jestem twym bratem!“ —

XI.

— „Ty nie mym bratem? — Boże! — O! ja biedna!...
Lecz nie! — ty możesz... — jeszcze czas zaprzeczyć!...
Milczysz? — Wiec mamże pozostać tak jedna,
I żyć, by płakać, bo nie śmiem złorzeczyć,
Że się sierotą na świat narodziłam?... —
Ale się zlituj nad niedolą moją!
Mnie pozwól zostać przynajmniéj, czém byłam,
Siostrą, Zulejką, przyjaciółką twoją!... —
„Lecz ty mnie kochać nie zechcesz już dłużéj! —
Zdawna mi serce coś jakby śmierć wróży. —
Może ty nawet masz zemsty zamiary?
Może mię zabić chcesz śród téj pieczary?
Ach! dobrze! zabij! — lepiéj raz być w grobie,
Niż żyć tak obcą, nienawistną tobie!... —
Ach tak! — bo teraz pojmuję, dlaczego
Giaffir zawsze był z tobą tak ostry;
On cię obraził, a jam dziecię jego! —
Nie! ty nie możesz kochać mnie jak siostry.
Ale miéj litość nad biedną dziewicą!
Pozwól przy sobie być choć niewolnicą!“

XII.

— „Ty niewolnicą? — O! nie! mnie to raczéj
Twym niewolnikiem pozostać na wieki! —
Ale pohamuj ten zapęd rozpaczy!
Klnę się na świętość Medyny i Mekki,
Nikt cię, nikt z mojéj nie wydrze opieki! —
I niech tak święty tekst na mém żelazie,[23]
Na twą obronę, w niebezpiecznym razie,
Kamieniu memu dodaje potęgi,
Jak ja téj święcie dochowam przysięgi. —
„Tak! bądź spokojna! — choć odmieniam imię,
Które tak było sercu twemu drogiem,
Miłości brata nie tracisz w Selimie.
Choć ojca twego zwać muszę mym wrogiem,
Bliższe, niż myślisz, łączą nas ogniwa:
Słuchaj, i zadrżyj! — bo powieść straszliwa.
„Abdalla było imię mego ojca,
Giaffir jego brat — i bratobójca!
Brat zajrzał bratu potęgi — i zabił,
By urząd jego i skarby zagrabił!
Lecz mnie sierotą zrobiwszy w powiciu,
Mnie — nie wiem czemu — zostawił przy życiu,
I dotąd zdradą uwodząc nikczemnie —
Czegóż prócz zdrady ma czekać odemnie? —
Kazał mi zwać się — i sam zwał mię synem,
Fałsz słowa każdym okazując czynem.
Strzegł mię, jak gdyby potomka Kaima,[24]
Lub jak lwię młode, co kto w klatce trzyma,
Upokorzeniem gnębiąc siłę ducha,
By ją uczuwszy nie zerwał łańcucha! —
„Krew ojca mego wre we mnie, i woła
O pomstę w duszy, jakby głos anioła!
Mógłbym się pomścić, lecz uśmierz twą trwogę!
Dla ciebie-m przebaczyć gotowy,
Wszystko — krew ojca, i moje okowy —
Lecz już w nich dłużéj pozostać nie mogę.
Nie! — Lecz wprzód słuchaj! — choć wbrew twéj boleści,
Muszę dokończyć ciąg strasznéj powieści. —

XIII.

„Skąd się w nich bratnia zawzięła nienawiść?
Co ją zrodziło? — łakomstwo czy zawiść?
Nie wiem; — lecz często pożar nieprzyjaźni
W gwałtownych sercach lada skra rozdrażni.
„Abdalla w męstwie nie znalazł równego.
W Bośni dotąd brzmi sława dzieł jego,
Gdzie mieczem jego zwycięsko ścigana,
Pierzchała przed nim dzicz Oglu-Paswana.
Lecz o tém zinąd możesz się dowiedziéć —
Śmierć tylko jego ja muszę powiedziéć,
I jak to rodu mojego odkrycie
Dało mi wolność — choć zatruło życie.

XIV.

„Gdy Paswan Oglu, z buntownemi tłumy,[25]
Naprzód z obawy śmierci, potem z dumy,
Wszczął bój z Padyszą: i po latach wielu
Morderczych bitew, bez skutku i celu,
Twierdze Widdynu owładał nareście:
Bracia baszowie oblegli go w mieście.
Równi znaczeniem i z władzą podobną,
Każdy swém wojskiem dowodził osobno.
Z dwóch stron do szturmu iść miały ich roty;
Już obu wojskom plac bitwy wskazano;
Dla obu wodzów rozbito namioty:
Lecz ach! napróżno Abdalli czekano!
Céż mówić więcéj? — Puhar z ręki brata,
Z jadem ukrytym, jak myśl jego serca,
Posłał Abdallę do lepszego świata —
Dóbr tego tylko zazdrościł morderca!
„Abdalla nie czuł podejrzeń bojaźni,
Znać, że o bratniéj nie wątpił przyjaźni.
I gdy po łowach, po dniu skwarnéj spieki,
Wieczorem w łaźni orzeźwiał się z znoju;
Brat przysłał czarę chłodnego napoju,
Skosztował kroplę — i zasnął na wieki![26]
Jeśli ci trudno zawierzyć méj mowie,
Spytaj Haruna! — on świadek! on powie!

XV.

„Czyn raz spełniony — i władza Paswana
Zachwiana z gruntu, choć niepokonana:
Urząd, paszalik, i skarby Abdalli,
Mordercy brata, jak bratu oddali!...
„Nie wiész, co w naszym Dywanie niecnota
Dokaże mocą intrygi i złota!
Wprawdzie zbyt drogo tę łaskę opłacił:
Rozsypał wszystko, czém go mord zbogacił,
Ale wnet umiał odzyskać, co stracił!
Jak? — spytasz może! — Patrz na te pustynie,
Patrz na te ludy konające z nędzy!
Z krwi, z łez ich tyran ładuje w swe skrzynie
Stosy klejnotów i wory pieniędzy!
Ale dlaczego mnie życie ocalił?
Czemu nie wygnał? z ócz swych nie oddalił?...
Nie wiém — i nawet zgadywać daremnie.
Może zgryzota dręcząca tajemnie,
Może nadzieja przebaczenia winie,
Gdy krzywdę ojca poprawi na synie,
I wzięte jemu, mnie wróci bogactwa,
Może cel jaki, lub powód dziwactwa,
Złączone z małém ważeniem méj siły,
Uśpiły bojaźń, i mnie ocaliły:
Nie wiém. Lecz przyszedł dzień zdawna żądany,
Że nas łączące czas zerwać kajdany!
Mściciela we mnie czuć musi zabójca,
I ja nie mogę przebaczyć krwi ojca!

XVI.

„W pałacu jego, śród haremu progów,
Z między tych nawet, z któremi chleb łamie,
Znam wielu tajnych Giaffira wrogów:
Mógłbym do zemsty uzbroić ich ramię.
Dość, bym rzekł słowo, i ród mój powierzył,
Każdyby mieczem lub nożem uderzył.
Lecz Harun dotąd jeden wié, lub wiedział
Tę tajemnicę; — on mi ją powiedział —

Nie dość — o prawdzie słów swoich przekonał.
Z młodu w pałacu Abdalli sprawował
Ten co tu urząd. Harun mię wychował,
Kochał Addallę — widział go, gdy konał!
Lecz cóż mógł biedny niewolnik poradzić?
Zemścić się pana? — czyn już był spełniony.
Czy mnie ocalić, chronić i prowadzić?
Wybrał ostatnie; — i gdy otoczony
Niewolnikami, którzy przed nim drżeli,
Lub pochlebcami, co łask jego chcieli,
Giaffir łupy rozdzielał zbrodnicze;
Przyniósł mię dzieckiem przed jego oblicze.
I nie napróżno znać, że się domagał
Łaski, o którą na kolanach błagał.
Przysięgą tylko związał się wzajemną,
Kryć mnie przed światem, i ród mój przedemną.

„Wkrótce Giaffir paszalik swój zmienił,
I z Rumelji, z nad brzegów Dunaju,
Gdy ją swém zdzierstwem wyssał i wyplenił,
Jak sęp przeleciał do świeżego kraju,
Tu, gdzie jesteśmy, w ten ogród rozkoszy,
Co go dziś własny lud klnie, on pustoszy!
Sam Harun, z dawnéj niewolników zgrai,
Przybył z nim tutaj — zyskał ufność pana:
Widząc, jak święcie tajemnicę tai,
Przestał się lękać, że mu była znana.
Lecz tajemnica zbrodniarza i zbrodni
Cięży jak łańcuch na sercu człowieka;
By się jéj pozbyć, pory tylko czeka.
Skorom wzrósł, Harun uwolnił się od niéj.
Tak Allah nieraz zbrodniarzom udziela
Sług, wykonawców — nigdy przyjaciela.

XVII.

„Com rzekł, Zulejko! dziko razi uszy,
Lecz dzikszą jeszcze być musi ma powieść.
Nie radbym głębiéj rozraniać twéj duszy,
Ale ci muszę szczerości méj dowieść.

„Widziałem drżenie, gdyś strój mój spostrzegła;
Noszę go zdawna, długo muszę nosić!
Ten, komuś dzisiaj na wiarę przysięgła,
Co cię o trwałość przysięgi śmie prosić:
Jest — hordą morskich korsarzów dowodzi;
Bez praw — prócz miecza: bez domu — prócz łodzi;
A których czyny i o nich powieści,
Nie są dla uszu i duszy niewieściéj!
„Broń tę, co widzisz, ich dłoń tu przyniosła,
Na znak mój blizko czekają ich wiosła:
I na nich czeka ta czara na stole.
Z niéj krzepią męstwo — mniejsza! jakim płynem —
Pijąc, nie pomną na Proroka wolę: —
Ach! gdybyż tylko kalali się winem!

XVIII.

„Jestem ich wodzem; — czémże miałem zostać?
Gnębiony w domu niewolą i sromem,
Znikąd pociechy niemogący dostać,
Wyśmiany, gdym jéj chciał szukać za domem:
W gnuśnéj się nudzie młody wiek mój trwonił.
Giaffir miecza i konia mi wzbronił!
Choć nieraz — Allah! ty wiész, ile razy! —
W pełnym Dywanie śmiał tyran urągać,
Jakbym ja ostrza lękał się obrazy,
Lub nie miał siły wędzidła zawściągać!
Na wojnę nawet brać z sobą nie raczył,
Na wieczną nicość, na wzgardę przeznaczył.
Bym bez nadziei, bez siły, bez chwały,
Śród niewolników przegnuśniał wiek cały!
Gdy ty — ty! któréj przychylność i wdzięki,
Choć słabiąc duszę, słodziły jéj męki —
Na zamek Brusy zasłana spokojny,
Gościć w nim zwykłaś do skończenia wojny!...
„Harun naówczas, widząc, jak mię nękał,
Jak mię bezczynny każdy dzień przywalał,
Wzruszył się — kary, śmierci się nie lękał,
Więźniowi użyć swobody pozwalał;
Puszczał samego — ufny memu słowu;
Że wprzód niż basza — w pęta wrócę znowu.

Próżnoby mówić, com czuł, com doświadczył,
Gdym po raz pierwszy na wolnym przestworze,
Wolném powietrzem odetchnął — obaczył
Błękitne niebo i szerokie morze!
Nawskróś ich dusza leciała jak strzała,
Wszystkie ich cuda pojęła, zbadała!...
Do czegóż wtedy nie czułbym się zdolny? —
Silny, szczęśliwy, równy bogom — wolny! —
Znikł z myśli obraz cierpień i katuszy —
Świat — o! nie! Niebo czułem w mojéj duszy!

XIX.

„Harun naraił sternika murzyna,
Biegłego w sztuce i wiernego panu,
Ster nasz zwabiła wysp greckich drużyna[27]
Pas szmaragdowy szaty oceanu!
Każdą z kolei zwiedziłem tajemnie.
Lecz gdzie, jak hordę spotkałem, i kiedy,
Obrany wodzem, przysiągłem wzajemnie
Żyć nim lub zginąć? — opowiem ci wtedy,
Gdy wszystko dzisiaj zamierzone skończym.
Odetchniem wolno, i z niemi się złączym.

XX.

„Wprawdzie, Zulejko! są to rozbójnicy.
Równie w uczuciach, jak zwyczajach dzicy;
I każda wiara, i różne plemiona,
Mają, lub mogą miéć wstęp do ich grona.
Lecz dzielna ręka i otwarta mowa,
I dusza śmiała, na wszystko gotowa,
Co na nic strachu nie spójrzy oczyma,
I przyjaźń, którą jeden z drugim trzyma,
I wspólna ufność, i wierność bez skazy,
I posłuszeństwo na wodza rozkazy,
Łatwoby mogły otworzyć im drogę
Do wyższych celów, niż ja wskazać mogę.
Wielu z nich nawet — a wszystkich zbadałem,
Znaczniejszych czucia lub myśli zapałem:
Chociaż do rady tych raczéj przyzywam,
W kim większą Franków przebiegłość odkrywam;

Wielu z nich nawet roi wyższe cele:
Są to greckiego Lambra przyjaciele.[28]
Dusza ich, zamiast używać swobody,
Jakiéj im żadne nie dadzą narody,
Niewolą tylko Grecyji zajęta:
I czy wkrąg masztu legną na pokładzie,
Czy wkrąg ogniska zasiądą w gromadzie,
Rozmowa zawsze: jak skruszyć jéj pęta?
Jak wskrzesić z grobu ducha dawnych Greków,
I w krwi tyranów zmyć wstyd tylu wieków?...
Pozwalam gwarzyć i słucham zdaleka,
Jak rozprawiają o prawach człowieka,
I o wolności, któréj świat wygląda,
I o równości, któréj próżno żąda!...
Słucham z uśmiechem, i marzę sam w sobie:
Ach! i ja kocham wolność, choć w różnym sposobie!

„Obym mógł bujać, jak ów patryarcha morza,
Lub koczować jak Tatar śród pustyń przestworza![29]
Lekki namiot na brzegu, lotna łódź nad wody,
Milsze mi są nad wszystkie pałace i grody.
Na grzbiecie wzdętéj fali, na dzikim rumaku,
Na otchłaniach bez brzegu, na stepach bez szlaku,
Nie dbam gdzie wiatr popędzi, gdzie koń zwróci wodze,
Ty tylko, gwiazdo moja! przyświecaj méj drodze!
Ty, gołąbko pokoju! przodkuj mojéj łodzi,
I gałązkę oliwną przynieś z nad powodzi!
Lub, gdy dla niéj pokoju niéma prócz rozbicia.
Świeć mi przynajmniéj tęczą w burzach tego życia!
Promieniem, który pomrok nocnych chmur rozgania,
I proroczo jutrzejsze zwiastuje zarania!

„Święte, jak muezzina wołanie z wież Mekki,
Na które ze czcią pielgrzym przyklęka daleki:
Miłe, jak nuta pieśni znana z lat dziecinnych,
Wspomnieniem ich słodząca gorycz wszystkich innych:
Drogie, jak wygnańcowi dźwięk ojczystéj mowy,
Będą mi wszystkie twoje słowa i rozmowy!
Dla ciebie na tych wyspach wynajdę schronienie,
Kwitnące jako w nowo stworzonym Edenie;[30]
Tysiąc rąk, tysiąc piersi, tysiąc serc uzbroję,
By cię strzegły, służyły na skinienia twoje!

Na ich czele, przy tobie, zbiegłszy ląd czy morze,
Łupy krajów i ludów u stóp twoich złożę!
Czyż się pieszczot haremu gnuśnych i jednakich,
Zrzec nie warto dla trudów, dla rozkoszy takich?
Cóż, że patrząc w mą dolę, widzę, lecz nie blednę,
Niebezpieczeństw tysiące, szczęście tylko jedne,
Miłość twoję? — ach! ona wszystko mi nagradza!
Niech mię los prześladuje, niech przyjaciel zdradza,
Najczarniejszy mrok duszy ta myśl rozpromieni:
Wszystko się odmieniło. Jéj nic nie odmieni;
Niech tylko moc twa — mocy duszy méj dotrzyma,
Niech twa miłość dorówna miłości Selima,
Potrafim zdwoić rozkosz, smutek rozweselić,
Pokonać, lub znieść wszystko, byle się nie dzielić!
„Raz stargawszy me pęta, z przyjacioły memi,
Bez trwogi wojnę całéj wypowiemy ziemi,
Wojnę ludziom! bo wojna przeznaczeniem ludzi;
Bo sama w nich natura żądzę wojny budzi.
Patrz! gdzież się nasycili łupem i rozbojem?
Kraj zamienią w pustynię, i to zwą — pokojem!
A ja-ż nie miałbym ufać méj sztuce lub sile?
Nie, by ziemie zdobywać! — dość, gdy jéj mam tyle,
Ile mi wkrąg potrzeba na zamach méj broni,
Lecz, by nie być ich łupem, muszę być jak oni!
Chcę władzy — nie co z trwogą przez niezgodę włada,
Któréj dwoistém berłem jest moc albo zdrada:
Nie! — ja w moc tylko ufam! — podstęp przyzwiem wreście
Jeśli się kiedy w ludném zniewolniczym mieście.
Tam to niebezpieczeństwo godne naszéj trwogi!
Tam twa nawetby dusza mogła zboczyć z drogi.
Ileż serc nierozdzielnych w niebezpieczeństw fali,
Obłudnicy zwaśnili, zdrajcy rozerwali!
A niewiasta im łacniéj niźli mąż ulegnie.
Gdy los lub świat kochanka poniży i zegnie,
Gdy szyderstwo lub potwarz utopią weń miecze:
Trwożna o siebie próżność wyprze się go, zrzecze,
I wstydzić się go będzie! Precz te podejrzenia!
Nie skażą one mojéj Zulejki imienia!
„Lecz życie jest grą losu! — Po cóż zwlekać dłużéj,
Tu, gdzie nam nic wygranéj, wszystko zgubę wróży:
Tak, zgubę! — czyż mi jutro nie masz być wyrwana
Wyrokiem Giaffira, przemocą Osmana?

Lecz dziś jeszcze na wieki zbędziem téj obawy.
Niech tylko wiatr swe skrzydła przypnie do méj nawy!
Raz złączonych na zawsze o cóż bojaźń wzruszy?
Błądząc bez odpoczynku, pokój znajdziem w duszy.
Przy tobie, silny w czynach, śmiały w przedsięwzięciach,
Ląd, morze dla mnie jedno! — świat mój w twych objęciach!

„O! niech wre wściekła fala, niech grom w maszty bije,
Skoro ty mi tém tkliwiéj rzucisz się na szyję!
Każda myśl, każde słowo, każde me westchnienie
Będzie tylko modlitwą za twe ocalenie!
Najdziksza waśń żywiołów mniejszą trwogę wzbudzi,
Niżbyśmy tu drżeć mieli przed przemocą ludzi.
To skały, wpośród których nie ujdziem rozbicia;
Tam chwile niebezpieczne — tu każdy dzień życia! —
Precz złowrogie przeczucia! — ta chwila rozstrzygnie,
Czy nas los wtrąci w przepaść, czy miłość podźwignie?...
„W niewielu słowach skończę powieść mojéj doli,
Twoje jedno — wnet z mocy wrogów nas wyzwoli.
Tak! wrogów! — Czyż Giaffir nie jest wrogiem moim,
Lub Osman — co nas chciałby rozłączyć — nie twoim?“

XXI.

„Głowę Haruna by ustrzedz od kary,
Wróciłem na czas, wierny słowu memu;
Mało kto wiedział, nikt nie złamał wiary,
Żem się śmiał wykraść za progi haremu.
Odtąd choć zdala od wiernéj gromady,
Rzadko omylić mogę czujne straże,
Wszystkie ich czyny, zamysły i rady
Ja rozporządzam, kieruję i ważę:
Ja daję plany, ja wskazuję cele,
Ja godzę spory, i zdobycze dzielę.
Czas, bym sam wreszcie walczył na ich czele! —
„Skończyłem powieść. — Zulejko! czas nagli;
Łódź moja blizko — w chwili ją miéć mogę;
I wnet pod skrzydłem opiekuńczych żagli
Rzucim za sobą nienawiść i trwogę!
Jutro przybywa Osman — my téj nocy
Ujść stąd musimy — lub uledz przemocy.

Jeśli więc pragniesz oszczędzić krwi beja,
Krwi droższéj może — nie zwlekaj daremno!
W pośpiechu dla nas jedyna nadzieja:
Zulejko moja! bądź moją! pójdź ze mną!... —
„Lecz jeśli słysząc tajemnic wyznanie,
Żałujesz przysiąg wyrzeczonych z rana:
Zostań! — lecz wtedy i Selim zostanie,
Ale cię żoną nie ujrzy Osmana!“

XXII.

Rzekł — ona blada, bez ruchu i tchnienia,
Jako ów posąg i pomnik cierpienia,
Gdy wszystko tracąc, wszystko czując razem,
Matka z rozpaczy skamieniała głazem: —
W równéj postawie i lica żałobie,
Stała i sercem podobna Niobie.
Lecz wprzód nim usty, nim nawet oczyma,
Wydać zdołała myśl — wyrok Selima:
Brzękły wrzeciądze u bramy ogrodu —
I z mrocznéj głębi sklepionego wschodu,
Wybiegła jasność pochodni iskrząca;
Druga, i trzecia — i szereg bez końca!
W różne się strony rój ogniów rozlata: —
„Uchodź, mój! — ach! nie bracie! — lecz droższy od brata!“

Śród drzew, w ciemnościach, iskrzące czerwono,
Rozpierzchłe światła migają się, wioną:
Nie same światła; — w każdéj prawéj dłoni
Lśni od ich blasku ostrz dobytéj broni.
Dzielą się, plączą, zbiegają się razem,
Świecący ogniem, grożący żelazem.
Wśród nich Giaffir zżyma się i dąsa,
Miecz bratobójczy nad głową potrząsa. —
Już w głąb jaskini sięgają oczyma...
Maż ona stać się grobem dla Selima?

XXIII.

On czekał śmiało: — „Co ma stać się, stanie! —
Zulejko! uścisk i pocałowanie!
Może ostatnie nasze pożegnanie! —

Blizko gdzieś jednak łódź mych towarzyszy;
Może da pomoc, gdy hasło posłyszy! —
I tak nas mało! — lecz ujrzym, co znaczy
Złączona siła męstwa i rozpaczy!“
Rzekł, i ku wyjściu groty skoczył śmiało.
Echo wystrzału w powietrzu zagrzmiało.
Zulejka z żalu jak martwa opoka,
Ani zadrżała, ni zmrużyła oka! —
„Nie słyszą może — lub chociaż przybędą,
Śmierci méj chyba mścić się tylko będą! —
Strzał zwabił ku mnie nieprzyjaciół roje.
Teraz, mój mieczu, pokaż dzielność twoję!
Ty ojca mego spuścizno jedyna,
Dziś za krew jego daj pomstę dla syna!
„Bądź zdrowa, luba! — uchodź! albo raczéj
Schroń się w głąb groty! — Chroń się! już są blizko. —
Ojciec cię kocha, i wszystko przebaczy. —
Chroń się! na krwawe nie patrz widowisko:
By czasem kula zbłąkana lub strzała,
Niewinnéj piersi za cel nie obrała! —
„Nie drżyj o niego! — choć mego zabójca,
Wolałbym zginąć, niż ci wydrzéć ojca!
Nie! — choćby z mieczem sam na mnie nastawał,
Choćby mi podłość na nowo zadawał!
Ale się zgrai nie poddam tak snadnie;
Prócz głowy jego — każda inna spadnie!“

XXIV.

Skoczył ku morzu; — jak błysk piorunowy,
Miecz jego z pochew na powietrzu błysnął.
Drgająca głowa i tułów bez głowy
Padł mu pod nogi, z tłumu co się cisnął,
Padają drudzy — lecz nakształt mrowiska,
Ruchoma ciżba otacza go, ściska.
On w lewo, prawo, tnąc ścieżkę krwawą,
Z falą już prawie spotyka się w biegu:
O strzał już ledwo towarzysze z nawą —
Łódź bliżéj jeszcze: — jak szybko, jak żwawo,
Z rozpaczną siłą wiosłują do brzegu!
Ach! chwila jeszcze — a zbawić go mogą!... —
On już fal morskich dotyka się nogą —

Korsarze z czółna rzucają się w morze,
Z szablami w zębach, ze strzelbami w górze:
Zapamiętali, rozżarci, zajadli,
Już skaczą na brzeg — na bitwę przypadli... —
Ach! — Zemsta chyba teraz sił im doda! —
Krwią serca jego rumieni się woda.

XXV.

Śród kuł, i mieczów, i grotów miotanych,
Bez ran, lub wcale nie czując zadanych,
Przedarł się Selim — i ku morskiéj toni
Biegł spotkać odsiecz, lub ujść od pogoni.
Już wpław ku łodzi miał rzucić się bratniéj,
Już podniósł ramię na zamach ostatni —
Czegóż się wstrzymał? — nieszczęsna przewłoka!
Próżno w głąb groty chciał sięgnąć oczyma. —
Ta jedna chwila, ten jeden rzut oka,
Może go zgubić, lub w więzach zatrzyma!
O! smutny dowód, jak serce człowieka
Trudno ostatniéj pociechy się zrzeka!!..
U stóp się jego już fala rozpryska —
Pomoc tuż przed nim — już widna, już blizka!... —
Wtém razem wystrzał i głos zagrzmiał srogi:
„Tak giną wszystkie Giaffira wrogi!“ —
Czyj głos, czyj wystrzał? czyja, śród tak wielu,
Kula, zbyt blizka, by chybić do celu,
Świsła w powietrzu, i plusła do fali? —
Twoja to, twoja, morderco Abdalli!
W mękach trucizny ojciec życie kończył;
Prędszą z nim śmiercią sierota się złączył! —
Wrząca krew pluszcząc wylewa się z rany,
Śnieżne nią wkoło zbroczyły się piany.
On padł bez jęku — próżno usty ruszył,
Głos śmierć stłumiła, lub szum fal zagłuszył.

XXVI.

Ranek — wiatr w kłębach rozwiewa mgły nocne. —
Gdziéż ślady bitwy, co tak krwawą była?

Strzały, co echa budziły północne,
Groźby, błagania, jęki niepomocne.
Ścichły — dym opadł — krew woda obmyła —
Powietrze, morze spokojne.
Na piasku tylko gdzieniegdzie rzucone
Szczątki orężów, lub w nim wytłoczone,
W rozpacznéj z wrogiem czy ze śmiercią walce,
Ślady stóp zbrojnych, i rąk krwawe palce,
Świadczą człowieka czyn — wojnę.

Z brzegu na wodzie — znać ledwo co zniosła —
Pływa pochodnia i łódka bez wiosła,
I daléj nieco, w zielska zaplątany,
Okryty pleśnią i morskiemi piany,
Z falą się biały płaszcz wznosił:
Z rozrzuconemi na wodzie wyloty,
Zwykła greckiego odzież Kandyjoty —
Gdzież jest ten, który ją nosił? —
Widzisz tę plamę? — czerwona, straszliwa!
Morze jéj dotąd nie zmyło — nie zmywa!...
Lecz kto chcesz płakać nad ciałem ofiary,
W kim los jéj litość ocuca:
Idź, kędy płócząc Sygejskie pieczary,
Podwodnym nurtem morze swe ciężary
Na brzegi Lemnu wyrzuca! —
Tam czarne ptaki nad swoją zdobyczą
Ciężkiemi skrzydły podlatują, krzyczą,
Ilekroć fala, co ku brzegom dysze,
Leżącą na niéj głową zakołysze;
Ilekroć, jakby strasząca ptastw chmury,
Stężała ręka, dłoń blada,
Z silniejszym wałem wzniesie się do góry,
I znów z nim razem opada!
Cóż ma obchodzić, czyli go w swém łonie
Ziemia pogrzebie, czy morze pochłonie?
Czy, że szarpiące już go dzioby ptaków
Pozbawią pastwy ryby lub robaków?...
Jedyne serce, coby się krwawiło,
Jedyne oko, coby łzę wylało
Nad jego ciałem, lub jego mogiłą:
Serce to pękło, oko się zaćmiło
Wprzód, niż śmierć jego ujrzało! —

XVI.

W haremie Giaffira płacz i narzekanie;
Oko niewiast zroszone, i mężczyzn twarz blada.
Czyjże to okrzyk rozpaczy?
„Zulejko! córko moja!“ — daremne wołanie!
Biada ci, tyranie, biada!
Ona ci nie odpowie — ba! i nie przebaczy!

∗             ∗

Zapóźno, oblubieńcze, przybywasz na gody!
Nie widziałeś, nie ujrzysz narzeczonéj wdzięków!
Czyżeś nie słyszał, wjeżdżając w te grody,
Smutnych pieśni derwiszów i płaczennic jęków,
Że się przybliżasz tak śmiele?
Czyż te skupione przy bramach haremu
Tłumy niewieście:
Ta niewolników postać nieruchoma,
Z założonemi na piersiach rękoma:
Żal w mieście:
Nie dosyć jeszcze mówią sercu twemu,
Jakie cię czeka wesele?

∗             ∗

Pokój sercu dziewicy! — Allah twemu oku,
Duszy twéj, najsroższego oszczędził widoku:
Śmierci twojego Selima!
W chwili, gdy z objęć twoich wydarł się, i w mroku
Znikł przed twojemi oczyma:
Rozpacz twe serce strętwiła.
On ci był wszystkiém! — szczęściem, nadzieją i chlubą
Myśl, że go tracisz, ustrzedz nie możesz przed zgubą:
Ta myśl — zabiła!
Usłyszano krzyk jeden — głośny, niedaleki —
Czyj? — On zgadł! — wstrzymał się chwilę;
Słucha, próżno! — Już wszystko ucichło — na wieki.
Pokéj dziewiczéj duszy, i wczesnéj mogile!

∗             ∗

Szczęśliwaś! — jak kwiat w pełni rannego rozwicia,
Serce zwiędło, nie piło gorzkich mętów życia!

Ból ten, srogi, śmiertelny, był pierwszy, jedyny!
Nie doznałaś, co gorycz żalu, wstydu, winy,
Pychy, zemsty, zgryzoty! ach! ni téj katuszy,
Co jak wieczne szaleństwo wre w mózgu i w duszy:
Jak robak lęgnie w sercu, i nawskroś je wierci,
I nie śpiąc sam, nie daje zasnąć, prócz snem śmierci;
Każdą myślą, jak żądłem zatrutém kaleczy,
Obawia się ciemności, a światłu złorzeczy;
Jak ogień w suchém oku i we krwi się pali,
I aż w popiół obróci, wprzód się nie oddali!

∗             ∗

Biada tobie, morderco! na dni i na lata,
W życiu, i w wieczności biada!
Darmo tarzasz się w prochu, i sinemi usty
Klniesz siebie, i z przestrachem błagasz o odpusty —
Pokuta, rozpacz nie nada!
Dłoń, z któréj legł Abdalla, Selim, brat, syn brata,
Próżno będzie targała włos i szaty darła:
Zbrodni nie minie zapłata!
Chluba twoja, rękojmia przyjaźni Osmana:
Godna, gdyby ją poznał, dzielić tron Sułtana,
Córka twoja — umarła!

∗             ∗

Zgasła u wschodu gwiazda dziewiczéj czystości,
Któréj blask noc twéj chmurnéj duszy rozweselał:
Jutrzenka twych nadziei, zorze twéj starości!
Któż ją zagasił? Krew, którąś Ty przelał! —
Biada ejcu-zabójcy! tyranowi biada!
Słyszysz ten okrzyk rozpaczy?
„Gdzie dziecię moje?“ — Echo mu „gdzie?“ — odpowiada.[31]
Ona mu nie odpowie — ha! i nie przebaczy!

XVIII.

Między pomników i grobów tysiące,
Lśniących się spodem, gdy z boków i z góry,
Cyprysy mroczne, choć zieleniejące
Zimą i latem, ścielą cień ponury,
Jak myśl rzucona na groby:

Jest jedno miejsce, osobne, kwitnące.
Wiecznie zielone, rozweselające
Nawet te gaje żałoby.
Tam jedna tylko, tchnąc samotną wonią,
Róża rozkwita, posępna i blada,
Rzekłbyś, rozpaczy zasadzona dłonią:
Tak mdła, tak słaba, że zda się wiatr lada
Liść jéj po polu rozproszy;
Jednak choć wicher, choć burza się wścieka,
Kwiat jéj trwa cało; choć ręka człowieka,
Co wszystko piękne w tym kraju pustoszy,
Kwiat jéj oberwie: niepojęta władza
Kwiat ten nazajutrz na nowo odradza:
Jakby duch jaki miał ją w swojéj pieczy,
Który jéj rany łzami niebios leczy,
I czarodziejską mocą swego śpiewu,
Co noc kwiat nowy wykołysze z krzewu!

Nie dziw, że dotąd helleńskie dziewice
Wierzą, że kwiat ten nie jest z tego świata,
Co mu ni szkodzić nie śmią nawałnice,
Ni szrony zimy, ani skwary lata;
On zawsze smutny, lecz piękny jak w maju,
Zdaje się tęsknić po kraju swym — raju.

Nad kwiatem co noc ptaszek jakiś śpiewa,
Ukryty w liściach poblizkiego drzewa:
Sam dotąd ludzkiém okiem niedojrzany,
Lecz głos ma wdzięczny, jak hurysek lutnie.
Nie jest to słowik w róży zakochany —
Słowik nie śpiewa tak czule, tak smutnie!
Ci, którzy słyszą śpiew ten tajemniczy,
Doznają w duszy tak rzewnéj słodyczy,
I czują w sercu taką tęskność tkliwą,
Jak gdyby czuli miłość nieszczęśliwą,
I choćby chcieli, łez wstrzymać nie mogą.
Lecz te łzy same tak słodko im płyną,
Żal ten tak z żadną nie zmieszany trwogą,
Że się im zdaje rozkoszą jedyną,
Że się lękają promienia poranku,
Chcieliby słuchać, płakać bez przestanku...
Taki jest urok w tym śpiewie!
Lecz skoro pierwszy świt niebo zapłoni,

Ptaszek, nie wiedzieć, znika, czy się chroni,
I śpiew zamilka na drzewie.

Są nawet — może urok przesłyszenia —
(Lecz ci, co czują, nie będą się śmieli),
Są, którzy mówią, że śród jego pienia,
W najtkliwszéj jego nucie dosłyszeli
Brzmienie Zulejki imienia![32]
Bo dla niéj zda się ten ptaszek tak śpiewa,
Z cyprysowego nad jéj grobem drzewa;
Bo z jéj to właśnie mogiły dziewiczéj
Wykwita róży ów kwiat tajemniczy.

Niegdyś kamienny grób stawiać jéj chciano —
Lecz postawiony wieczorem, znikł rano.
Ni dłoń to ludzka, co go w nocnéj porze,
Wyrwawszy z miejsca, przeniosła nad morze!
Bo go tam właśnie ujrzano o świcie,
Gdzie Selim w boju dał za nią swe życie,
I skąd go fale uniósłszy, zbawiły
Czci pogrzebowéj i ziemskiéj mogiła.

I odtąd co noc, gdy księżyc lśni w górze,
Widać na białym pomnika marmurze,
Wspartą, jak gdyby dumającą z żalem,
Głowę czerwonym okręconą szalem.
Powieści o niéj lud z trwogą powtarza,
I pomnik zowie „Wezgłowiem Korsarza.“
A na Zulejki mogile, jak pierwéj,
Zakwitła róża — i kwitnie bez przerwy;
Smutna i blada, jak lice piękności,
Gdy słucha dziejów nieszczęsnéj miłości!






Przypisy

  1. Czytaj: Gijaffir.
  2. Sadi, jeden z najsławniejszych poetów perskich. — Leila i Medżnun, para kochanków, sławna na Wschodzie, jak w Europie Romeo i Julia, lub Abelard i Heloiza.
  3. W Turcyi uderzenie w bęben ogłasza wschód, południe i zachód słońca.
  4. Turcy nienawidzą Arabów, którzy im w dzisięcioro odpłacają się wzajemnością, więcéj nawet niż chrześcijan.
  5. Wyrażenie to uległo zarzutom. Nie odpowiadając na nie krytykom „niemającym muzyki w duszy“ proszę tylko czytelnika, aby przypomniał w myśli na chwilę rysy najpiękniejszéj, jaką znał, kobiety. A jeśli wtenczas jeszcze nie zrozumie tego, co mój wiersz słabo wyraża, wyznaję, iż będę żałował nas obu.
    W dziele „O Niemczech“ (Tom III roz. 10), napisaném przez kobietę, przewyższającą gieniuszem kobiety wszystkich wieków, znajduje się bardzo wymowny ustęp, o podobieństwie zachodzącém między malarstwem a muzyką; i porównanie tych obu sztuk, wynikające z tegoż podobieństwa. Czyżby wiec podobieństwo muzyki nie miało być większe z oryginałem jak z kopią? z kolorytem natury, jak sztuki? wreszcie jest to rzecz, która się więcéj daje czuć niż wyrazić. Jestem pewny, iż znajdzie się zawsze kilka osób, które to wyrażenie moje zrozumieją, a przynajmniéj któreby zrozumiały, gdyby widziały twarz, któréj mówiąca harmonia tę myśl mi natchnęła. Wyrażenie to bowiem nie jest wzięte z wyobraźni; znalazłem je w mojéj pamięci — w tém zwierciadle, które smutek rzuca o ziemię, a patrząc na jego szczątki, widzi w nich tylko pomnożone odbicie.
  6. Karasman-Ogla, albo Kara Osman Ogla, jest najznakomitszym dzierżawcą dóbr ziemskich w Turcyi; a zarazem rządcą Magnezyi. Tymaryotami zowią się ci, którzy niejako lenném prawem posiadają ziemię, z obowiązkiem służenia wojskowo. Służą pospolicie w jeździe, jako spahi, i obowiązani są własnym kosztem uzbroić pewną liczbę żołnierzy, stosownie do rozciągłości posiadanéj dzierżawy.
  7. Jeśli basza czuje się dosyć potężnym, aby się oprzéć sułtanowi, rozkazuje pospolicie udusić posłańca, który mu rozkaz śmierci i stryczek przywozi. Niekiedy pięciu lub sześciu podobnych posłańców ginie jeden po drugim na rozkaz zbuntowanego baszy. Lecz jeśli przeciwnie basza czuje się słabym, lub nieposłusznym okazać się nie chce, natenczas schyla głowę, całuje podpis sułtana, i pozwala się udusić z pokorą. W r. 1810 wystawiono nad bramą seraju, głowy wielu razem baszów, którzy podobnego losu doznali; a między innémi głowę baszy Bagdadu, dzielnego młodzieńca, który po długim oporze przez zdradę nakoniec zamordowanym został.
  8. Turcy klaszczą w dłonie wołając na sługi. Nie lubią trwonić próżno głosu, a dzwonków nie znają.
  9. Cybuchy bogatych Turków, a często i same lulki, oprawne bywają w najdroższe kamienie. Munsztuczek jest tylko pospolicie z bursztynu.
  10. Kizlar-Aga jest to tytuł naczelnika czarnych stróżów seraju.
  11. W Turcyi do wypróbowania szabel używają pospolicie złożonych w kilkoro wojłoków z pilści, albo téż bardzo twardych turbanów; i żadna inna szabla, oprócz najlepszéj tureckiéj, nie zdoła ich przeciąć od razu. Walka na stępione dziryty, ulubione igrzysko jazdy tureckiéj, przedstawia bardzo ożywiony i malowniczy widok.
  12. „Ollah! Alla il Allah!“ są to zwykłe okrzyki tureckie, któremi na lud milczący, zanadto szczodrze szafują, zwłaszcza podczas walki na dziryty, na łowach, a najwięcéj śród bitwy. Ożywienie Turków w otwartém polu, z powagą ich w izbie, przy lulce lub różańcu, zabawną wystawia sprzeczność.
  13. Miłostki słowika i róży są ulubioném zmyśleniem poetów wschodnich.
  14. Azrael — anioł śmierci.
  15. Mają to być zaklęte skarby sułtanów, przed Adamem jeszcze żyjących.
  16. Egripo — tak Turcy nazywają Negropont. Podług krajowego przysłowia, Turcy z Egripo, Żydzi z Saloniki, a Grecy z Aten, są najgorszemi, każdy ze swego plemienia.
  17. Czokader — nazwisko sługi, poprzedzającego zwykle orszak znakomitych Turków.
  18. Aleksander W. przed wyprawą do Persyi zwiedził grób Achillesa, i uwieńczył laurem wystawiony przez siebie na cześć jego ołtarz. Naśladował go w tém Karakalla, cesarz rzymski. Jest podanie, że ten ostatni otruł umyślnie przyjaciela swego Festusa, aby miéć powód ponowienia igrzysk, jakie niegdyś Achilles na cześć Patrokla wyprawił. Widziałem pasące się owce na grobach Ezyetesa i Antylocha; pierwszy z nich leży w środku równiny.
  19. Różaniec turecki, zowie się w ich języku „kombolojo;“ składające go ziarna bywają u bogatszych z drogich kamieni, albo z bursztynu, który potarty lub w ręku rozgrzany, wydaje z siebie wonność, nie mocną, ale przyjemną.
  20. Wiara w amulety, rżnięte na drogich kamieniach lub w puszkach złotych zamknięte, jest dotąd powszechną na Wschodzie. Napis ich składa się z kilku wierszy Alkoranu. Noszą je zawieszone na szyi, lub zamiast bransoletek na ręku. Wiersze z drugiego rozdziału Alkoranu, opisujące własności Najwyższego, stanowią najskuteczniejsze amulety i są najczęściéj używane.
  21. Wszystkie rękopisma wschodnie, a mianowicie Alkoran, ozdobione są z wielkim przepychem i zbytkiem. Kobiety greckie są pospolicie trzymane w zupełnéj ciemnocie i niewiadomości; ale wiele młodych Turczynek odbiera bardzo staranne wychowanie; wprawdzie, nie mogące się równać z wychowaniem europejskich kobiet.
  22. Galjongi — majtek. Na flotach tureckich majtkami są Grecy, żołnierzami Turcy. Ubiór galjongich jest bardzo malowniczy; widziałem w nim nieraz samego Kapudana Baszę, który go nosił wychodząc incognito. Nogi ich jednak są nagie po kolana. Opis obuwia i zbroi w tekście jest podług stroju arnauckiego rozbójnika, u którego mieszkałem w Morei: ma się rozumiéć, że już był wtedy swojéj profesyi zaniechał.
  23. Na wszystkich prawie szablach tureckich znajdują się napisy, czasem wyrażające tylko nazwisko robotnika lub miejsca, gdzie były robione; ale częściéj jeszcze jaki tekst z Koranu, wypisany literami złotemi.
  24. Wiedziéć trzeba, że wszelkie alluzye tak do osób, jak do wypadków w Starym Testamencie opisanych, równie są powszechne u muzułmanów, jak u Żydów. Turcy nawet przechwalają się z tego, że wiedzą więcéj o życiu patriarchów, niż to, co nasze Pismo Święte o nich podaje: i nie przestając na Adamie, mają szczegółowe biografie patryarchów przed nim żyjących. Salomon jest przez nich uważany jako największy mędrzec, mający nawet władzę nad duchami, Mojżesz zaś jako prorok, niższy tylko od Chrystusa i Mahometa.
  25. Paswan-Oglu, basza Widdynu, podniósł bunt przeciw Sułtanowi, i przez wiele lat zagrażał całéj potędze Porty Ottomańskiéj.
  26. W r. 1811 Giaffir Basza Skutari został otruty przez Albańczyka Alego, sposobem opisanym w tekście. Trucizna była w sorbecie, którym muzułmani po wyjściu z łaźni ochładzać się zwykli. W kilka miesięcy po dokonanéj zbrodni, Ali pojął w małżeństwo córkę zamordowanego przez siebie Giaffira.
  27. Turcy nie znają prawie innych wysp, oprócz Archipelagu Greckiego.
  28. Lambro Canzani, sławny naczelnik powstania greckiego w 1789 — 90 r. w nadziei wybicia się z pod tureckiego jarzma, został korsarzem, i długo był postrachem Turków na Archipelagu. On i Riga, są najsławniejsi powstańcy greccy, przed ostateczném wybiciem się Grecyi.
  29. Noe. Sposób życia koczujących Arabów, Tatarów i Turkomanów opisany jest szczegółowo przez wszystkich podróżujących na Wschodzie, jako mający dla nich szczególniejszy powab. Młody jeden Francuz, renegat, opowiadał sam panu Chateaubriand, że ile razy, jako Farys, cwałował na koniu, sam jeden w pustyni, doświadczał zawsze niewypowiedzianéj rozkoszy, która się do zachwytu zbliżała.
  30. Januat-al-Eden, tak się zowie raj muzułmanów.
  31. „Przyszedłem na miejsce urodzenia mojego, i zawołałem: Przyjaciele młodości mojéj, gdzie są? — Echo odpowiedziało „gdzie są?“. (Wyciąg z rękopismu arabskiego).
  32. And airy tongues that syllable men’s name. Milton.
    (I powietrzne głosy, wymawiające imiona ludzi).
    Mniemanie, że dusze umarłych przybierają niekiedy kształt ptaków, nie na samym tylko Wschodzie jest znane. Powieść o księżnie Kendal, wierzącéj i przekonanéj, że dusza Jerzego I przylatywała do jéj okna w postaci kruka; jako téż wiele innych podobnych powieści, przekonywają nas, że to mniemanie znajduje się i u nas (w Anglii). Niejaka Lady Worcester, uroiwszy sobie, że dusza jéj siostry przeszła w jakiegoś śpiewającego ptaka, całe swoje oratoryum w kościele napełniła podobnemiż ptakami, zamkniętemi w klatkach. Ponieważ była to pani bogata i wiele na ozdobę kościoła łożyła, nie sprzeciwiano się jéj dziwactwu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: George Gordon Byron i tłumacza: Antoni Edward Odyniec.