Strona:Jerzy Lord Byron - Poemata.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


II.

Otoczon tłumném niewolników gronem,
Lśniący od złota, i z kornym pokłonem
Gotowych służyć dworaczo czy zbrojnie,
Za orszak w domu, lub za straż na wojnie,
Jak się podoba ich Baszy i Panu:
Zasiadł Giaffir[1] śród swego Dywanu.
Z brwi nasępionych i groźnego oka,
Znać, że go trapi jakaś myśl głęboka.
I choć nie łatwo z twarzy muzułmana
Wyczytać duszę — nawykłą przed tłumy
Kryć wszystkie swoje uczucia, prócz dumy —
Twarz Giaffira mroczna, zadumana,
Zdradza coś więcéj, niżby wydać żądał,
Więcéj, niż ścierpi, aby dwór oglądał,

III.

„Chcę być sam!“ — skinął — skinieniu pańskiemu
Posłuszni tłumem ku drzwiom się cofali. —
„Zawołać do mnie dozorcę haremu!“ —
Już w głębi sali, sam na sam zostali.
Basza z swym synem: i w progu zdaleka
Wezwany murzyn na rozkazy czeka.
„Słuchaj, Harunie! skoro tłum ten cały
„Wyjdzie z pałacu za bramę i wały —
„Bo biada głowie, którejby źrenice
„Śmiały wzrok podnieść na Zulejki lice! —
„Córkę tu moję przywiedziesz z haremu.
„Dziś chcę na przyszłość ustalić jéj dolę. —
„Mów, niech pośpiesza: lecz nie mówiąc: czemu? —
„Sam chcę jéj pierwszy objawić mą wolę.“ —
— „Baszo! mém prawem są rozkazy twoje!“ —
Niewolnik innéj odpowiedzi niéma. —
I już wychodził za sali podwoje,
Kiedy go ramię wstrzymało Selima.
Selim z potrójnym, głębokim pokłonem,

  1. Czytaj: Gijaffir.