Na werendzie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Na werendzie
Pochodzenie Na drodze
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Drukarz Wł. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
NA WERENDZIE.
OBRAZEK.
Siedliśmy właśnie do czarnej kawy na ślicznie ocienionej werendzie, kiedy wskróś szerokiej ciszy, jaka zwykle zalega pola w dnie świąteczne, dał się słyszeć silny i dźwięczny głos męski, śpiewający na nutę dziadowskiej, odpustowej pieśni. Nuta i głos przeciwiały się sobie w tak szczególny sposób, żem mimowoli nasłuchiwać zaczęła.

A nietylko ja sama. Przy pierwszych bowiem głosu tego dźwiękach gospodarz, bujający się w trzcinowym fotelu, drgnął, w pół ruchu się zatrzymał i nie doniósłszy do ust cygara, wpatrzył się przed siebie osłupiałym wzrokiem. Na całym wszakże widnokręgu nie było widać nikogo.
Z poblizkiej łąki dochodził upajający zapach świeżo zgrabionego siana; powietrze było jakby nalane złotem i lazurem, a tak ciche, że słychać było bicie gołębich skrzydeł gdzieś w oddali. Jedna tylko brzoza na skraju łąki, w pełnem słońcu stojąca, trzęsła drobnym liściem w ogniach cała, jakby iskry siejąc.
Tymczasem głos, prześpiewawszy strofę, umilkł. Gospodarz chwilę nasłuchiwał jeszcze, z ręką nerwowo na poręczy zaciśniętą, poczem, uspokojony ciszą, głębiej na siedzenie opadł i w ruch fotel swój wprawił. Bieguny wszakże nie mogły jakoś odzyskać straconego rytmu; stuknęły raz i drugi niesfornie i zatrzymały się znowu.
Znowu bowiem, tym razem bliżej już znacznie, odezwała się owa pieśń dziadowska, widocznie przez idącego dość śpiesznie człowieka śpiewana.
Po twarzy gospodarza przeleciała nagła sinawa bladość; źrenice jego rozszerzyły się gwałtownie, oczy osłupiały. Opanował się wprawdzie zaraz, powieki silnie kilka razy zmrużył, a zwróciwszy się do gości, zaczął rozczesywać piękną białą ręką siwiejące już, lecz starannie utrzymane faworyty. Twarz jego przecież zachowała wyraz ostry, przykry, lewe ucho przychylił w stronę głosu, a z pod wpół przymkniętych powiek błyskał ku obecnym raz po raz niespokojnym, podejrzliwym wzrokiem. Towarzystwo wszakże zajęte było nader ożywioną rozmową. Wątpliwem zdawało się nawet, czy ktokolwiek zauważył cały ten epizod. Panowie usługiwali damom, panie chłodziły się wachlarzami, poruszanymi z lekkim szmerem. Jasne tkaniny sukien uroczo odbijały się od ciemnego tła winogradu, który tu, to tam przeszywała złota strzała słońca, kładąc ciepłe, żywe blaski na wytwornie ułożonych włosach i odkrytych szyjach kobiet.
Szczęk srebra, kryształu i wybuchy jasnego, młodego śmiechu pokrywały słowa mówiących.
Głos umilkł znowu, ale gospodarz z niepokojem wsłuchiwał się w szeroką ciszę pól, jakby łowiąc uchem kroki niewidzialnego przechodnia. Z wielkiem zajęciem śledziłam zmiany w jego ruchliwej, energicznej twarzy. Znałam go mało, od niedawna.
W okolicę naszą przybył zdaleka, majątek zrujnowany, ale znaczny, kupił i urządziwszy się w nim z wielkim nakładem po pańsku żyć zaczął.
Pośpiech, z jakim zawiązywał stosunki w sąsiedztwie, jakby co rychlej szukając gruntu pod nogami, nie raził nikogo. Wiedziano, że człowiek był bezżenny, bogaty i lubiący życie towarzyskie. Dzisiejszy obiad zebrał w jego progach wszystko, co żyć tem życiem chciało i umiało.
Dom, reprezentowany przez podeszłą krewną, nie wyłączał możności ugaszczania kobiet, które też napełniły jego ściany wesołym szczebiotem i szelestem strojnych tualet. Przyjęcie było zbytkowne, goście bawili się swobodnie, gospodarz odgadywał myśli ich i chęci.
W tej chwili wszakże, gdy wzrok jego przyćmiony przebiegał grupy dam i panów, zdawało mi się, że dostrzegam w nim błyski nienawiści i trwogi zarazem.
Tymczasem z pod lasu, siniejącego już nieco w wilgotnych oparach łężnych, wynurzyła się postać rosłego, o potężnej budowie mężczyzny. Postać ta posuwała się krokiem śmiałym, pewnym; chwilę majaczyła wzdłuż leśnej ściany, jaskrawo obrysowana skupionymi blaskami zachodu, aż oderwawszy się od niej, odbiła dziwnie wyrazistą i oryginalną sylwetą na tle cichego błękitu. Tło to powiększało ją i czyniło olbrzymią niemal.
Idący znów śpiewać zaczął. Był już tak blizko, że słowa rozróżnić się dawały:

„...Święty Mikołaju.

Trzymaj wilka w raju,
Trzymaj go za nogę,

Aż trafię na drogę!“

W tej chwili gospodarz powstał z fotelu, podszedł do balustrady ganku i ciężko się na niej wsparłszy, patrzył w kierunku sylwety z wielkiem natężeniem. O dwa, trzy staja ode dworu rozchodziły się drogi na prawo i na lewo. Krzyż tam stał między krzakami głogu i jałowca.

U tego krzyża zatrzymał się idący. Może się modlił, może miał chwilę wahania.
Jedna z dróg prowadziła do widnej stąd karczmy, a druga wprost w ganek. Palce gospodarza wpiły się w balustradę kurczowo, szyję miał wyciągniętą, wielką, podłużną bruzdę na czole, usta wpół otwarte wypuszczały nierówny, świszczący oddech.
A dokoła owalnego stołu rozmowa kipiała zdwojonym ruchem i gwarem. Zaiskrzyły się przy likierach oczy, zarumieniły twarze, spojrzenia i słowa krzyżowały się jak race.
Upłynęła chwila. Stojący pod krzyżem człowiek poruszył się i skierował kroki swoje ku dworowi. Wtedy gospodarz spokojnym, powolnym krokiem przeszedł wzdłuż werendę, zatrzymał się przy małym stoliku, na którym stała karafka i nalał sobie wody. Ale kiedy szklankę do ust podniósł, szkło zaszczękało głośno o białe zęby, a ręka trzęsła się jak u starca. Przełknął haust spory, odetchnął głęboko, poczem kołując do drzwi podszedł, jak człowiek, któremu nie pilno. Po drodze zatrzymał się nawet, aby podnieść kwiat, upuszczony przez piękną brunetkę i oddać go jej z ukłonem. Dopiero w ubocznym salonie rozległy się kroki jego przyspieszone, nierówne.
W chwilę potem zobaczyłam wybiegającego z domu bez czapki, z serwetą na ramieniu kredencerza, który, okrążywszy klomby róż piennych, na przełaj przez łąkę poleciał i zastąpiwszy wędrowcowi drogę, usilnie mu coś przekładał. Gospodarz wrócił tymczasem z pudełkiem świeżych cygar.
— Panowie! — zawołał od proga — może partyjkę winta? Może przejdziemy na cygara do mego gabinetu? A paniom czy nie za chłodno? Rosa już... Może panie raczą do salonu...
Mówił to śpiesznie i z wielkiem ożywieniem, ale mnie zadziwił głos jego. Był taki, jakim mówi człowiek, dławiony za gardło. Ogólny protest przyjął to wezwanie. Damy nie chciały za nic puszczać panów od siebie na winta; oświadczyły też, że im dostatecznie ciepło, że dym z cygar jest szczególnie na świeżem powietrzu miły i że siesta na werendzie teraz właśnie zapowiada się najrozkoszniej.
W tej chwili jedna z panien wskazała blady rożek miesięcznego nowiu. Było to hasłem do podwojonych zachwytów. Postanowiono czekać na werendzie księżycowego światła, przy którem piękne oczy nabierają czarodziejskich blasków, jak utrzymywali panowie.
Na twarzy gospodarza odbiła się tajona męka. Palce jego skurczyły się jak szpony z suchym trzaskiem w stawach, cera pożółkła nagle, kąty ust opadły, oczy przymknęły się z wyrazem udręczenia. Przechylił w tył głowę, drobne, perliste krople potu wystąpiły na jego wązkie czoło: myślałam, że padnie.
Nie padł jednak, tylko ciężko siadł na najbliższym stołku, jak człowiek, pod którym nagle ugną się kolana. Siedząc tak, wydawał się dziwnie postarzały i cierpiący.
Przechodzień szedł tymczasem prosto ku dworowi. Był już teraz widny oczom w całej swej postaci. Mimo pełnego lata miał na głowie futrzaną jakucką kapuzę, z długiemi do wiązania uszami; na grzbiecie gunię starą, porozrywaną, pokazującą nagość niepokrytej koszulą piersi; nogi w łykach, parcianą torbę przez plecy i gruby kosztur w ręku. Orli jego profil ostro się rysował w przejrzystem powietrzu; hardą, pięknie osadzoną głowę niósł wysoko, twarz miał śniadą, burzliwą, zbrużdżoną, brodę ciemną, kędzierzawą, coś wyzywającego, coś nieugiętego w ruchu i w całej postaci. O kilka kroków za nim szedł kredencerz ze spuszczoną głową, mnąc w ręku serwetę. Widocznem było, że mu się misya nie powiodła, a i to także było widocznem, że mu ten obdartus imponuje. Istotnie. Było to uosobienie siły i swobody. Wyniosły, prosty, gibki, mimo potężnej budowy, szedł krokiem równym, pewnym, zakreślając w powietrzu grubym swoim koszturem tak misterne kółka, jak spacerową laseczką. Kiedy już minął trawnik i klomby kwiatowe, gospodarz podniósł się z wysiłkiem z krzesła, poszedł wolnym krokiem w kąt przeciwległy i tam siadł, wstrząsany dość widocznym dreszczem. Zdawało się, że chce zwiększyć odległość między sobą a tym żebrakiem, choćby o szerokość werendy. Odległość ta wszakże za chwilę była już przebytą, a przychodzień stanął na pierwszym stopniu schodów, wiodących na ganek. Myślałam, że się tam zatrzyma. Ale nie. Lokajczyka, zastępującego mu drogę, odsunął i wszedłszy dużym krokiem na werendę, skłonił się towarzystwu i dźwięcznym, donośnym głosem rzekł:
— Panuj, świecie!
Wrażenie powitania tego było potężne. Goście wyciągnęli szyje, oddzielne grupy zbiły się w jedną, na wszystkich twarzach znać było podnieconą ciekawość.
Gospodarz trząsł się coraz silniej i śmiał głośno, nerwowo.
— Ach, to Antoszek! — przemówił głosem, jakby złamanym czkawką. Odpust dzisiaj.... Pewnie pijany... Zdaleka tak...
Urwał nagle i otarł pot z czoła. Przybyły wbił w niego wzrok przenikający, uparty, długi.
— Tak, to Antoszek — mówił zwolna swoim brzmiącym, wnikliwym, umyślnie jakby przyciszonym głosem. Antoszek, jasny panie! Żebrak, włóczęga bezdomny, straceniec. Tak, tak, jasny panie! Wszystko to co do joty prawda. Pijany też może... Prawda, jasny panie. A to tylko nieprawda, że dziś odpust jest, albo że kiedy odpust będzie. Nie, jasny panie! Odpustu, odpuszczenia niema i nie będzie! Gdyby odpuszczenie mogło być, jużby mnie ta święta ziemia dawno zżarła i cień mojej głowy dawnoby wichry zwiały, a śladby po mnie nie został. Ale odpuszczenia, jasny panie, niema. Ot co! Dlatego mnie ziemia nie zżarła i wichry nie zwiały. Dlatego przychodzę zdaleka... O... z jak daleka...
Na koszturze się oburącz wsparł, grzbietu ku ziemi nagiął i głową kiwał.
— A to... — rzekł gospodarz. — A to tego...
Skinął ręką nie domawiając, zęby zaszczękały mu głośno.
Przybyły zdawał się nie uważać tej przerwy. Zatopiony w myślach czy wspomnieniach, stał zgarbiony na swoim koszturze z oczyma utkwionemi w jakiś punkt, jemu samemu tylko widzialny w tej chwili.
— Skądże idziecie? — rzekła jedna z panien.
Ale i tego pytania zdawał się nie słyszeć.
— Dwadzieścia lat... dwadzieścia lat! — mówił zwolna, kiwając orlą swoją głową. — Pół świata przejść można, we własnych łzach się wykąpać, z bólu jak pies zawyć...
Com nie przemyślał, com nie przedumał... Niemasz tu mrówki ziemnej, żebym jej nie wspomniał, niemasz tu muszki powietrznej, żebym jej nie wołał po imieniu jej... Niemasz tu prochu, pyłku, ziarna piasku, żebym nie krzyczał do niego. A co? Jak człowiek raz roztęskni sercu, już mu nie spocząć ni we dnie, ni w nocy. Ja tam, myśli tu... Ja tam, dusza tu... Ja tam...
Przełknął ślinę, rozprostował się nieco i tchnął głęboko, długo, jakby ze ściśnionej piersi.
Towarzystwo obstąpiło go dokoła. Żebrak ten zaciekawiał i mową i postawą swoją; na gospodarza nie zwracał nikt uwagi. Siedział on w głębokim fotelu z przechyloną w tył głową, z dłonią na oczach. Wargi miał pobielałe, włosy jakby przylepione potem do skroni. Silnie skurczone w kolanach nogi nadawały przykrą, ostro łamaną linię całej jego postaci.
Żebrak mówił dalej.
— Czasem, sam nie wiesz skąd zaleci taka woń, tak zapachnie w powietrzu, że rady sobie nie dasz... Łąkać to moja — myślę ja sobie, — łąka pokoszona... I już ja ani jedzenia, ani picia, ani spania, tylko węszę, jak ten zwierz nocny, tylko dyszę a dyszę...
A czasem znów szum usłyszę, szum wichru, co stepem goni, nie wiedzący kędy paść, albo kędy spocząć po haliznach szerokich, po wielkich obrusach śnieżnych, krukom rozesłanych pod niebem, i wiem przecie, że to nie co, tylko on wicher zły, a tak mnie nagle zamroczy, duszą zatrzęsie, załaskocze, tak łeb zakrąży, jakby pijanemu... Ot, mówię sobie, zboża moje złote szumią polem szerokiem, szumią jak okiem zajrzeć, kłos się po kłosie kładzie. Ot, jakie granie! Ot, jaka muzyka!
Albo mówię: — Ot, lasy moje huczą! Ot, dęby wierzchoły gną i jak maszty trzeszczą, ot, brzozy gałęźmi umiatają ziemię czarną....
Zadzwoni co? Dur na mnie! Wiem ci ja, kto i po co jedzie... A ot, mówię sobie, skowronek dzwoni, wiośnie się raduje... ot, pachną ugory świeżo rozorane... ot, rosa! ot, ruń młoda!
Brzęknie co? A czy mało tam brzęku? Ot, myślę ja sobie, kosy po łąkach brzęczą, ot śpiewki, ot wesele...
Zatrzeszczą iskry w kominie? — to łeb w ręce biorę i kołyszę się, kołyszę i dumam, dumam, dumam...
Zakołysał się na koszturze swoim i umilkł. Nie przerywał ciszy nikt; wszyscy z natężeniem słuchali.
— O, gdyby wy wiedzieli — przemówił po chwili przychodzień — jakim wy tam oczom widni! Oczom krwawym wy widni i oczom zagasłym i otworzonym szeroko w zmierzch i w dalekość bez końca... bez końca... Łzy u rzęs soplem wiszą, a oczy te patrzą, patrzą, ciągle patrzą...
Wyprostował się i po obecnych przeszedł wzrokiem zapalonym.
— Wy tu jak święci powinni po ziemi chodzić, a rość, a olbrzymieć duchem, jak tam olbrzymiejecie tęsknotą... Wy tu powinni w bożą jasność odziani chodzić, jako Jan chadzał, i pasem włosianym biodra pasać i z czerepianej skorupy wodę pijać, i miód leśny zbierać, i szarańczę tępić...
Urwał, tchnął silnie i do dam się zwrócił.
— A wy macie, jako prorokinie być, i jako Machabeuszów matki, i jako twierdze boże i jako lilie ziemne, i jako zdroje żywiące...
Potężniał mu głos, jak miedź dzwonił, prostowała się postać i rosła, a suchy, długi palec pokazywał głowy panów i strojnych kobiet. Wrażenie rosło, lekka bladość latała po obliczach, jedne spojrzenia się mgliły, inne zaczynały pałać. Ale przychodzień znów się pochylił i głosem cichym mówił, jakby sam do siebie:
— Ziemia... ziemia... szmat ziemi... a nad nią szmat nieba... Nic ot, a wszystko, wszystko!
Westchnął i umilkł. Po chwili innym jakby tonem rzekł:
— Raz przyszło pismo od brata... List, braterski list...
Wołają, idę. Rozłożyć go nie mogłem, tak mi ręce latały, utrzymać nie mogłem, tak mi serce odtrącało ramiona od piersi, wyczytać nie mogłem, tak mi łzy na niego padały gęste, gorące...
Urwał i patrzył w niebo. Z ciemnego kąta werendy dał się słyszeć krótki jęk, czy okrzyk stłumiony. Nikt wszakże nie zważał na to.
— Pisał mi brat — mówił po chwili wędrowiec — że tam trzeba dla mego dobra a mienia podpisu mojego... „Podpisu mi twojego trzeba, bracie, — pisał, — coby na straży mienia twojego stał i dobru twemu, tej ziemi, coś ją po rodzicach wziął, ostać się pozwolił w całości i bezpieczeństwie. Będę ją siał i orał, jakoby dla siebie, i zbierał jakoby dla siebie, aleć to wszystko twoje, a ja brat twój, jednej matki syn...
Zakołysał głową.
— I po co, po co on to wszystko pisał, kiedy mu dość było zachcieć czego, żebym mu to zrobił? Podpisałem papier i ucałowałem go zanim odszedł. Wolę moją mu oddałem i miłość oddałem, i duszę...
Bracie! — pisałem — tak kocham was, że ginę od kochania, tak tęsknię bez was, że ginę od tęsknoty, i tak pragnę do was, że ginę od pragnienia...
Ginąłem... Alem nie zginął. Kochanie mnie trzymało, tęskność mnie karmiła, pragnienie mnie poiło...
Czas szedł. Hej, hej! wypatrzyłem ja wszystkie jego kroki. Jak wilk skakał z bólu w ból, jak rak pełzał z omdlenia w omdlenie, jak jastrząb padał mi na piersi żywe. Pająkiem po mózgu, mrówką po sercu szedł. Niekiedy zdawało mi się, że staje skurczony, wyschły, i głową siwą trzęsie i liczy koście ludzkie, po drogach leżące. Czy już dosyć? Ale nie było dosyć. Więc szedł dalej, i zostawiał je niepogrzebane.
Po mogiłach stąpał, a wgniatał stopą swoją w ziemię pamięć ich, a nazwanie ich...
Po kolebkach stąpał, a wgniatał stopą swoją w ziemię każde źdźbło żywiące...
Myślałem, że nigdy nie przejdzie. Tak dzień do dnia dokładał, jak drwa suche na ogień zniszczenia, tak noc do nocy dokładał, jak ziarna czarnego różańca.
Myślami go pędziłem, poganiałem tchnieniem...
Aż i przeszedł. Wybrałam się w drogę. Droga to była jak żmij... Co się skurczy, to się znów rozciągnie. A we mnie dusza już ze wszystkiem omdlała. Śmierci się wpierw doczekam — myślałem — niż końca tej drogi. Nie wrócę nigdy — myślałem — i kładłem się pod słupem drożnym, jak pies, i chciałem umrzeć. A nieprawda! Wróciłem.
Błysnął oczyma i rozśmiał się głośno, chrypliwym, zdławionym głosem.
— Ha! ha! ha! Wróciłem nie do dziedzictwa swego, ale na cudze śmietnisko, na śmietnisko hańby braterskiej...
Ten kawał ziemi nie był moim, ten las nie był moim, te pola, te łąki nie były moje. Nic nie było mego... Tak mi powiedział brat. Powiedział i dowiódł. A potem wygnał mnie, psami wyszczuł, wypędził. Mnie z mojej schedy! Mnie z mego działu, mnie z mojej...
Zatchnął się i przełknął ślinę. Gorzką być musiała, bo mu kurcz przeleciał po twarzy.
— Tfu! tfu! — mówił dalej, splunąwszy. — Jaki wstyd! jaka hańba dla mnie, że nas jedna urodziła matka! Mój brat, pan jasny, pan wielmożny, a ja — włóczęga żebrzący...
O jasny panie! O panie wielmożny! Kat nawet przez rękawiczkę ręki-by ci nie podał! Tfu, tfu, jasny panie! wielmożny dziedzicu! Kat-by nawet śliny żałował, żeby ci w twarz plunąć.
Stał i trząsł zaciśniętą i wzniesioną pięścią, wbiwszy wzrok w ciemny kąt ganku. Dech mu się zaparł w piersi, usta drżały, w oczach miał ognie wilcze.
Skupieni dokoła niego panowie i panie patrzyli z ciekawością i trwogą. Gospodarz odsuwał się ze swoim fotelem coraz dalej, coraz głębiej, patrząc w przychodnia, jakby urzeczony.
Po chwili żebrak opanował się, obtarł twarz ręką, skłonił się i rzekł zmienionym głosem:
— Wielmożni państwo przebaczą Antoszkowi... Jak umie, tak ludzi zabawia... Po świecie z koszturem chodzi, historye różne ot tak, wymyśla sobie... Zwyczajnie, żebrak, włóczęga...
Mówił to lekkim, swobodnym tonem światowego człowieka. A kiedy ten i ów sięgnął do kieszeni, skinął przecząco ręką i ku wyjściu się zwrócił. Towarzystwo rozstąpiło się przed nim w milczeniu, służba się cofnęła od schodów. Prosty, wyniosły, zstąpił po nich zwolna w swojej kapuzie i nie oglądając się, szedł drogą ku krzyżowi na rozstaju.
Tam twarzą na ziemię padłszy, rozkrzyżował się, jakby w ogrójcowej męce.
A księżyc tymczasem wysoko na niebie stanął i przepiórki wabić się zaczęły.
Od blizkiej wsi kościelnej zadudniły wracające po odpuście wozy, a droga zaroiła się gromadkami kobiet i dzieci.
Wtedy Antoszek z ziemi wstał, na koszturze się swoim oparł i zaczął śpiewać:

„Święty Mikołaju,

Trzymaj wilka w raju,
Trzymaj go za nogę,

Aż trafię na drogę!“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.