Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


u starca. Przełknął haust spory, odetchnął głęboko, poczem kołując do drzwi podszedł, jak człowiek, któremu nie pilno. Po drodze zatrzymał się nawet, aby podnieść kwiat, upuszczony przez piękną brunetkę i oddać go jej z ukłonem. Dopiero w ubocznym salonie rozległy się kroki jego przyspieszone, nierówne.
W chwilę potem zobaczyłam wybiegającego z domu bez czapki, z serwetą na ramieniu kredencerza, który, okrążywszy klomby róż piennych, na przełaj przez łąkę poleciał i zastąpiwszy wędrowcowi drogę, usilnie mu coś przekładał. Gospodarz wrócił tymczasem z pudełkiem świeżych cygar.
— Panowie! — zawołał od proga — może partyjkę winta? Może przejdziemy na cygara do mego gabinetu? A paniom czy nie za chłodno? Rosa już... Może panie raczą do salonu...
Mówił to śpiesznie i z wielkiem ożywieniem, ale mnie zadziwił głos jego. Był taki, jakim mówi człowiek, dławiony za gardło. Ogólny protest przyjął to wezwanie. Damy nie chciały za nic puszczać panów od siebie na winta; oświadczyły też, że im dostatecznie ciepło, że dym z cygar jest szczególnie na świeżem powietrzu miły i że siesta na weren-