Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w oddali. Jedna tylko brzoza na skraju łąki, w pełnem słońcu stojąca, trzęsła drobnym liściem w ogniach cała, jakby iskry siejąc.
Tymczasem głos, prześpiewawszy strofę, umilkł. Gospodarz chwilę nasłuchiwał jeszcze, z ręką nerwowo na poręczy zaciśniętą, poczem, uspokojony ciszą, głębiej na siedzenie opadł i w ruch fotel swój wprawił. Bieguny wszakże nie mogły jakoś odzyskać straconego rytmu; stuknęły raz i drugi niesfornie i zatrzymały się znowu.
Znowu bowiem, tym razem bliżej już znacznie, odezwała się owa pieśń dziadowska, widocznie przez idącego dość śpiesznie człowieka śpiewana.
Po twarzy gospodarza przeleciała nagła sinawa bladość; źrenice jego rozszerzyły się gwałtownie, oczy osłupiały. Opanował się wprawdzie zaraz, powieki silnie kilka razy zmrużył, a zwróciwszy się do gości, zaczął rozczesywać piękną białą ręką siwiejące już, lecz starannie utrzymane faworyty. Twarz jego przecież zachowała wyraz ostry, przykry, lewe ucho przychylił w stronę głosu, a z pod wpół przymkniętych powiek błyskał ku obecnym raz po raz niespokojnym, podejrzliwym wzrokiem. Towarzystwo wszakże zajęte było nader oży-