Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przez plecy i gruby kosztur w ręku. Orli jego profil ostro się rysował w przejrzystem powietrzu; hardą, pięknie osadzoną głowę niósł wysoko, twarz miał śniadą, burzliwą, zbrużdżoną, brodę ciemną, kędzierzawą, coś wyzywającego, coś nieugiętego w ruchu i w całej postaci. O kilka kroków za nim szedł kredencerz ze spuszczoną głową, mnąc w ręku serwetę. Widocznem było, że mu się misya nie powiodła, a i to także było widocznem, że mu ten obdartus imponuje. Istotnie. Było to uosobienie siły i swobody. Wyniosły, prosty, gibki, mimo potężnej budowy, szedł krokiem równym, pewnym, zakreślając w powietrzu grubym swoim koszturem tak misterne kółka, jak spacerową laseczką. Kiedy już minął trawnik i klomby kwiatowe, gospodarz podniósł się z wysiłkiem z krzesła, poszedł wolnym krokiem w kąt przeciwległy i tam siadł, wstrząsany dość widocznym dreszczem. Zdawało się, że chce zwiększyć odległość między sobą a tym żebrakiem, choćby o szerokość werendy. Odległość ta wszakże za chwilę była już przebytą, a przychodzień stanął na pierwszym stopniu schodów, wiodących na ganek. Myślałam, że się tam zatrzyma. Ale nie. Lokajczyka, zastępującego mu drogę, odsunął i wszedłszy du-