Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzie teraz właśnie zapowiada się najrozkoszniej.
W tej chwili jedna z panien wskazała blady rożek miesięcznego nowiu. Było to hasłem do podwojonych zachwytów. Postanowiono czekać na werendzie księżycowego światła, przy którem piękne oczy nabierają czarodziejskich blasków, jak utrzymywali panowie.
Na twarzy gospodarza odbiła się tajona męka. Palce jego skurczyły się jak szpony z suchym trzaskiem w stawach, cera pożółkła nagle, kąty ust opadły, oczy przymknęły się z wyrazem udręczenia. Przechylił w tył głowę, drobne, perliste krople potu wystąpiły na jego wązkie czoło: myślałam, że padnie.
Nie padł jednak, tylko ciężko siadł na najbliższym stołku, jak człowiek, pod którym nagle ugną się kolana. Siedząc tak, wydawał się dziwnie postarzały i cierpiący.
Przechodzień szedł tymczasem prosto ku dworowi. Był już teraz widny oczom w całej swej postaci. Mimo pełnego lata miał na głowie futrzaną jakucką kapuzę, z długiemi do wiązania uszami; na grzbiecie gunię starą, porozrywaną, pokazującą nagość niepokrytej koszulą piersi; nogi w łykach, parcianą torbę