Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— O, gdyby wy wiedzieli — przemówił po chwili przychodzień — jakim wy tam oczom widni! Oczom krwawym wy widni i oczom zagasłym i otworzonym szeroko w zmierzch i w dalekość bez końca... bez końca... Łzy u rzęs soplem wiszą, a oczy te patrzą, patrzą, ciągle patrzą...
Wyprostował się i po obecnych przeszedł wzrokiem zapalonym.
— Wy tu jak święci powinni po ziemi chodzić, a rość, a olbrzymieć duchem, jak tam olbrzymiejecie tęsknotą... Wy tu powinni w bożą jasność odziani chodzić, jako Jan chadzał, i pasem włosianym biodra pasać i z czerepianej skorupy wodę pijać, i miód leśny zbierać, i szarańczę tępić...
Urwał, tchnął silnie i do dam się zwrócił.
— A wy macie, jako prorokinie być, i jako Machabeuszów matki, i jako twierdze boże i jako lilie ziemne, i jako zdroje żywiące...
Potężniał mu głos, jak miedź dzwonił, prostowała się postać i rosła, a suchy, długi palec pokazywał głowy panów i strojnych kobiet. Wrażenie rosło, lekka bladość latała po obliczach, jedne spojrzenia się mgliły, inne zaczynały pałać. Ale przychodzień znów się po-