Na drodze (zbiór)/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Na drodze
Data wydania 1893
Wydawnictwo G. Gebethner i Spółka
Drukarz Wł. L. Anczyc i Sp.
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MARYA KONOPNICKA

NA DRODZE
NOWELE I OBRAZKI
Maria Konopnicka - Na drodze str 7.jpg
KRAKÓW
NAKŁAD G. GEBETHNERA I SPÓŁKI
WARSZAWA
GEBETHNER I WOLFF

PETERSBURG
KSIĘGARNIA POLSKA
(BR. RYMOWICZ)
1893.


Kraków. — Druk Wł. L. Anczyca i Sp., pod zarz. J. Gadowskiego.






U ŹRÓDŁA.

„Przez ciebie przepływa strumień piękności...“[1]
Z. Kr.

Natknęłam się niemal na nią, nim ją spostrzegłam. Tak podobną przydrożnym kamieniom, na których przysiadła, czyniła ją płachta lniana, u szyi na węzeł związana, a odziewająca ją całą długością swoją, tak niczem nie odbijała od szarego pasma gościńca, ciągnącego się za nią het, aż ku Kalwaryi, biegnącego przed nią het, aż ku Żywcowi; tak drobnym i nic nieznaczącym punktem była w przestrzeni, tak się szarością swoją zlewała z perłowem tłem wiosennego ranka.
Dopiero kiedy za zbliżeniem się mojem podniosła głowę z nad rąk złożonych na niewielkim kijku, uderzyło we mnie z tej szarości żywe spojrzenie bardzo modrych oczu, które nagle rozświeciły twarz, jak u dziecka małą, siecią drobnych zmarszczek ściągniętą, a tak wyblechowaną wiekiem czy chorobą, jak owe płótna, zbyt długo na rosach leżące, gdy je surowość ziemi zje i wiotki szmat z nich uczyni.
A nie tylko twarz rozświecały te oczy modre, ale całą nikłą, skuloną postać zdawały się uwydatniać i obrzucać blaskiem. Zobaczyłam teraz i piersi zapadłe, na których krzyżowały się czerwone sznurki szkaplerza, i plecy zgarbione, i spłowiałą chustę, z pod której wymykały się dwa pasemka przerzedzonych włosów, i złożone na kijku ręce drobne, kościste, z pogiętemi w stawach palcami, i wychylający się się z pod kapicy, jaką na niej tworzyła płachta, kaftan modry, którego jeden rękaw naszyty był wielką łatą z kwiecistego persu, i fartuch siwy z domowej przędzy, i dobrze już zszarzaną spodnicę, którą wychudłe kolana przebijać się zdawały, i małe stopy w łykowych trepkach, szmatami owite.
Całe to ochędóstwo czyste było i schludne.
Obok na kamieniu leżała Ewangeliczka w czarną skórę oszyta, przełożona gałązką święconego ciernia, na niej chustczyna pstra, owijająca kawałek białego chleba, u prawej ręki brzęczały grube ziarna różańca i medaliki blaszane.
Patrzyła na mnie i zdawała się uśmiechać wązkiemi, zblakłemi wargami. I ja patrzyłam na nią i mimowoli uśmiechać się zaczęłam do tej małości jej, do tych jej oczu modrych, do tej starości tak nędznej, a tak ochędożnej.
— Pochwalony! — przemówiła pierwsza.
— Na wieki — odrzekłam. — A wy skąd, babko, idziecie?
— A z Kalwaryi... Od tego Pana Jezusa i od Matki Najświętszej...
Mówiła to takim tonem, jakby odwiedzała dobrych swoich znajomych, i ugoszczona od nich w radości się z nimi tylko co rozstała.
— Cóż tam, odpust jaki?
— Odpustu to tam niemo akuratnie na ten czas nijakiego; ale żem się utęskniła do Pana Jezusa, bom sześć niedziel leżała. Niemoc taka, że mało do śmierci brakło.
— I cóż wam to było?
— Ano, słabość taka, niemoc... A to i starota przycisła, i mróz... Tom tak pragła, pani moja, żeby aby na cieple umierać, aby na cieple... Tom dzień — noc wołała do Pana Jezusa: Panie Jezu, nie dajże mi zimie żywota konać, ino mnie też chowaj do tego słonka, cobych też ono słonko jeszcze uźrała...
Podniosła obie ręce, i zbliżając je w powietrzu ku sobie, jakby do modlitwy, patrzyła zmrużonemi oczyma w przeświecające z za perłowej mgły porannej słońce. Wyraz zachwytu i błogości wybił się na jej twarz drobną i rozciągnął zmarszczki wkoło ust zapadłych, drgających niemą, dziękczynną modlitwą.
— Ej, babko, — rzeknę, — nie wszystko to jedno kiedy umierać?
— A ni! a ni! pani moja, nie jedno! Na cieple umierać, na zwiosnę, to wielka rzecz jest. Bo na „zwiosnę“ to te duszyczki kwiatem w niebo idą i aże pachną Panu Jezusowi; a zimie, to jak ten ogieniek tlący... Leci śnieżyca, to druga duszyczka, i ugaśnie na niej i furty rajskiej nie dojdzie. Tom się bała, pani moja... Tom się też bała...
— A skądże wy wiecie, że to tak jest?
— A cóż to? Nie żyjąca to jestem bez taki wiek? A to pod siedemdziesiąt mi będzie, głodowe lata pamiętam... A jakże! Mór taki, co ludzie czernieli, jak sadze... Ino ścisło — i już. Nikt ta testamentów nijakich nie rozpisywał. Drugi to i Boga nie zdążył wezwać przy skonaniu. Śmierć ano kosą machnie, jak najtęższy chłop. Gdzie!... I najtęższy chłop nie umachnie bez dzień tyle trawy, co ona koścista ludzi umachła... A wszystko poszło z głodu. Wody wielkie przystąpiły, lody nie lody, śniegi nie śniegi, jak to zaczęło w górach tajać, a na niźnie walić, to takie wody po polach stały, jak to morze stoi. Ino że morze to ta węgły ziemskie strzymują, a tu nie... Dopiż przyszły deszcze, dopiż wszystko het precz wymiękło, dopiż nastał głód...
A gdy tak mówiła, głos jej nabierał grozą i majestatem przypomnianej klęski, a drobna ręka w kwiecistym rękawie zakreślała szerokie koła ku pagórkom, wznoszącym się przed nami w łagodnych skłonach. Zamilkła już, a rękę trzymała jeszcze wzniesioną przez chwilę. Opuściła ją nareszcie na kijek, brodę oparła na niej, i kiwając głową, patrzyła przed siebie.
— Oj Sucha, Sucha, co nie suszy... Oj Żywiec, Żywiec, co nie żywi...
Westchnęła głęboko i zwróciła ku mnie swoje modre oczy.
— To, pani moja, ludzie sieczkę drobno rzli, mech suszyli i tłukli, ości z owsa przyczyniali, kto miał sól, to solił, a kto ni, to ni, dopiż „kuleszę“ taką na wodzie warzyli, dopiż tę warzę jedli... To psi, pani moja, do trzeciego dnia po niej wyli, a ludzie nic!...
Nachyliłam się ku niej, słuchając.
Natychmiast zauważyła ruch ten, a ogarnąwszy około siebie płachtę i spódnicę, rzekła:
— Siądźcież sobie wedle mnie, siądźcie... A toż i święci Pańscy po kamykach siadywali, chodząc po tym światu...
I usuwała się uprzejmie, jakby na pokojach gościa przyjmując.
Siadłam niżej nieco i chwilę trwało milczenie; ona znów zmrużywszy oczy, patrzyła z błogością w słońce, a ja zamyśliłam się o tej „warzy,“ po której psi do trzeciego dnia wyli, a ludzie — nic!...
— A jakież to było w smaku? — spytałam zcicha.
Staruszkę opuściła już groza. Blaski słoneczne oblewały jej twarz jakąś dobrodusznością i rozczarowaniem.
— Ano, nienajgorsze, nienajgorsze... — odrzekła. Ino że dużą ostrość miało w sobie i na wnątrzu piekło. A i to człeka smęciło, że jak to bydlę sieczkę w siebie pcha. A czemże się to człek od tej „niemej twarzy,“ od tego bydlęcia odmieni, jak nie tym świętym chlebuszkiem? Ja tam, żem to na małem, sierockiem życiu zuczona byłam po służbach, to ta niewiele tego jeść mogłam. Wzięłam do gęby raz, wzięłam drugi raz, fartuch ściągłam, zęby ścisłam — i już. Ale kto na dużem życiu zuczony był, to jadł, nie pytał, żeby aby jeszcze było tyla... To, pani moja, ludzie tak po tem jadle puchli, takich dostawali słabości, takich ziąbów, że to całemi chałupami marło. O księdzu, o spowiedzi, to ta i rzekania nie było. Ledwo się drugi w piersi uderzył, jeszcze: „Boże bądź miłościw,“ nie przerzekł, już duch z siebie puścił. Gdzie niebądź to ułapiło... W chałupie, to w chałupie, w oborze, to w oborze, ale że najwięcej to na drodze każdej. Bo to, pani moja, jak śmierć po światu chodzi, to człowiek w izbie nie usiedzi; ino mu się cni, inoby gdzie szedł, właśnie jakby go kto za połę z izby wyciągał. Tak już ta dusza czyni... To tak ludzie po drogach leżeli, jak te kamienie leżą. Na deszczach, na rosie, precz, jak te kamienie... Dopiż ich ta nazgarniali kaj niebądź pod figurę, dopiż wykopali jamę, dopiż ich tej świętej ziemi oddali, dopiż ich ta święta ziemia nakryła.
To wiecie, pani? Co tam ludzie powiadają tak albo tak, że straszy, że przeszkadza, to wszystko chfałsz! Żeby ta nie wiedzieć jak, żeby mi tak z ambony powiadali, tak chfałsz! Nijakich, pani moja, przeszkodów niema. Ten „umarty“ nijak się temu żywemu nie przeciwi. On sam kontentny jest, co się już jego chodzenie po światu skończyło, to leży sobie pięknie, cicho, i Panu Jezusowi dziękuje na „dobranoc.“ Przecie żyjąca jestem, wiem, co mówię!
To idę ja raz, pani moja, do Hucisk, a tu na mnie siły uderzają, żem bo zeczczona była w sobie, przy onej sieczce. Idę dalej, a tu mnie zamroczyło. Jak mnie zamroczyło, tak padłam. Na drodze padłam idący, jakby mnie sierpem podciął. Tak nieodal stała figura. Patrzę ja ku onej figurze, a już śmierć dmuchała na mnie, cobych ugasła. Tak zawołam ja w „serdcu,“ bo mi głos odjęło: Panie Jezu, przyciągnijże mnie do siebie, cobych nie konała żywota na drodze, jak ta kawka polna...“ A gwiazdy już na niebo szły i rosa rosiła. Takech zaraz na onej rosie wzmocniała, do onego krzyża na rękach się zaciągła, głowę na górce sparła i nockę znocowała. A górka to była z piasku suchego, jakby dziś, abo wczoraj skopana... Patrzę ja „ranie,“ a tu koło mnie fartuch się modrzy z onego piasku. Podniosłam się, a tu nóżka dziecińska wystercza mi kole boku, a tam znów włosy się czernią, jak to żyto, kiedy kły puszcza... Bo to w takie przestraszone czasy, nikt do czysta na glanc nie zakopywał onych morowych... Była glina, to i strzymała, był piasek, to się i rozsypał za wiatrem.
Dopiż-ech uznała, że to mogiłka, żech te ludzkie kosteczki bez całą noc cisła, dopiż zmówiłam za nich Wieczny odpoczynek. Dopiż wiem tera, co umarty człeka nie przestraszy. Chyba jak człek na sercu plamę jaką ma, to mu ta plama strachem się czyni. A inak — to ni!
Umilkła i trzęsła głową, poruszając bez głosu zaklęskłemi wargi.
— I gdzieżeście wy wtedy szli, babko? — zagadnęłam, aby ją do mówienia pobudzić.
Spojrzała na mnie zadziwiona.
— A na Janielską pątowała na Kalwaryą, — rzekła takim tonem, jakby ją w zdumienie wprawiała niedomyślność moja, i jakby ludzie zgoła innych dróg odprawiać nie potrzebowali, jak tylko na „Janielską“ i na „Kalwaryą.“
— Bo wiecie, pani — dodała natychmiast z wielkiem ożywieniem, — co ja wam powiem? Dobrze iść na Zielną, dobrze i na Siewną, i na Gromniczną też dobrze, kiej kto ciepłe obleczenie ma; ale że już najlepiej to na „Janielską.“ A wiecież pani bez co? Bez to, co na ten dzień wszystkie „janioły“ od wszelakiej roboty odpuszczone są, i jak oni gołębiowie po niebie latają, a wołają: „Marya! Marya!“ Niby za tym narodem ubogim... bez co ludzie rzekają w litanii „Królowa janielska...“ To takie się miłostliwe „serdce“ robi z tego wołania u Najświętszej Panienki, że człek wszystko u niej tego dnia, co zechce, uprosi. Ano, nie godzi się prosić o co insze, jeno o odpust grzechów, bośma wszyscy grzeszni, i o chleb, bo sam Pan Jezus na to pozwoleństwo dał. A o insze rzeczy to się nie godzi, chyba że kto prosi o „wieczne odpocznienie“ dla ojców-rodzicieli, to wolno na każdy czas, jako że te kości umarłe na każdy czas same do Boga krzyczą... A na ziemi, to pani moja, w Janielską żaden grzesznik nagłą śmiercią ze świata nie schodzi; a co się w polu na ziarno uwiąże, to zdrowy z tego chleb jest, bo sporysz i rdest mocy w ten dzień nad kłosem nie ma; a co się na kwiat uwiąże, to jagoda z tego wynika słodka, na różne złe pomocna, a kwiat biały będzie; a co w lasach skrzypiącego drzewa jest, to w ten dzień ciche stoi, a na morzach okręty do dna nie idą, i piorun ich nie urazi, a kogo żmij ugryzł, nie puchnie, — i jastrząb w ten dzień skowronka nie chwyta, i macocha sierot nie bije. Taki dzień jest!
To mogłyby się, pani moja, wielkie rzeczy na świecie w Janielską dziać, i ludzieby po wodach wielkich chodzili, jak po suszy, i więźnie z lochów na słońceby wyszli, wszelki jasyrby padł, i ziemiby w dwoje tyla przybyło, ino że nie każdy wie, co i jak...
Mówiła to spokojnie i zcicha, jak się mówi o rzeczach dobrze znanych i nie dziwnych wcale, a oczy podniesione trochę od ziemi, trzymała na powietrzu perłowem, patrząc w dal.
Naraz zwróciła się do mnie:
— Wiecie, pani? — rzekła. — Na Janielską, to i pokrzyk, choćby go od serdecznego korzenia kopać — nie krzyczy... — Zamilkła i patrzyła na mnie. Teraz dopiero wielkie zdumienie wybiło jej na twarz. Ten pokrzyk, co kopany nie krzyczy, uderzał jej myśl daleko ogromniejszym dziwem, niż ludzie po morzu chodzący, i ziemia, której mogło przybyć „w dwoje tyla.“
— A wy, pani, skąd, że o tem nie wiecie?
— Z Warszawy.
Uderzyła w dłonie, puszczając swój kijek.
— Z Warszawy?!... Świecie! świecie!... I takeście z tym piątniczkiem ubogim wedle drogi siedli?...
To, co jej się dziwnem nie zdało dla świętych, dziwnem jej było dla kogoś z Warszawy.
— A cóż — odrzekłam, — czy to mi źle? Kto tam wie zresztą, kto przed kim...
Przyjęła to oświadczenie moje z przedziwną dobrodusznością.
— Pewnie! pewnie! — rzekła, kiwając głową. — Sam Bóg Ojciec to wie i Stworzyciel nasz... Jako i o tym pustelniku jest gadka, co tu w górach siedział, a świętym się czynił...
— Jakże to było...
— Ano, tu gdzieś wedle Żywca była panna, co się do niej „kawalirza“ zjeżdżali; jak to młodzieńce, ten się „zalica“ i ten się „zalica,“ a o pierścień kłania, że to i urody pięknej była i majętności za nią wielkie szły... Aż sobie ona panna upodobała jednego i ślubowała jemu przed ołtarzem. Tak żyli rok, żyli dwa; a miała ta panna tego małżonka swego „bardzo za co“ i on też ją miał „bardzo za co.“ Takie już im Pan Jezus kochanie dał. Aż ten młodzieniec na wojnę przeciw Szwedom poszedł i zginął zabit. Jak też zginął zabit, tak ta pani jego mówi do pustelnika, co tam w pustelni siedział:
— Święty pustelniku — mówi, tak i tak, pana mego — mówi, — „Szwedzia“ na wojnie ubiły, Bóg to ta jedyny wie, co z duszą jego... Będę ja tobie — mówi, — dosyłała obiad na każdy dzień, a ty święty pustelniku — mówi, — na każdy dzień zmów też paciorek za oną duszę niebogą... Tak on pustelnik powiada, że dobrze. Ale że to nie jeden do niego się udawał, jako że na okolicę świętym słynął, więc mu tu nijakiego dobra, chleba, mięsa, omasty — nie brakło. Tak tych obiadów nie miał sobie za co. To owo jadło nieraz, pani moja, i do trzeciego dnia stało. A pacierza też za oną duszę nie zmawiał, bo sobie tak myślał: „Cóż ja będę pacierze zmawiał, kiej obiadu nie jem?“ Jako że i prawda, bo nie jadł. Ano zaniechał dzień nie dzień, rok nie rok, a onej pani precz się ten jej pan śni, że niby spokoju na tamtym świecie nie ma.
Tak pani każe przypiekać, a krasić, a podlewać one obiady, a tłusto, a słodko, żeby też ten pacioryszek skuteczny był, — i nic. Aż raz, stoi ten obiad w owej pustelni, a tam w podle idzie sierota wędrowniczek, co już trzy dni o czczym duchu był. Patrzy on sierota na ten obiad, patrzy, czeka, czy go kto nie zawoła, choć skórki chleba nie da — nic. A pustelnika prawie na ten czas w pustelni nie było. Jak też tego sierotę głód nie ściśnie, jak go nie zdejmie żądość do tego jadła, tak co robiący, przeżegnał się, wziął łyżkę w garść i zjadł czystko co do kruszyny, jeszcze się oblizał.
Jak też zjadł, tak sobie westchnął i powiada: Boże, bądź też miłościw temu, komu ten obiad na pożytek miał być. I poszedł. Idzie noc, a tu ten młodzieniec na wojnie zabit przystępuje do onej swojej pani i prawi: „Ach moja małżonko, ach moje kochanie! dajże mi rączkę, co ją pocałuję! Terazem doznał ochłody w czyscowem upaleniu. Ale któżto ten obiad zjadł dzisiaj ? Nie pustelnik bo go zjadł, bo inszy pacierz był, i bardzo szczery...“ Tak pani naprzód struchlała, a potem się pocieszyła w serdcu swojem i po całym kraju dała szukać i nagrody wielkie obiecować, żeby się tylko ten przyznał, kto ów obiad zjadł. Aż się on sierota wędrowniczek przyznał. Tak dopiż od tej pory pani pustelnikowi jadła nie dosyłała, ino sieroty wędrowne po drogach zbierała, dopiż je u stołu swego sadzała, dopiż chleb z niemi łamała, dopiż ich o paciorek prosiła, — Amen.
Zatrzymała się. Ten wyraz przerywał bieg jej myśli. Po chwili dopiero, wracając do przerwanego wątku:
— To, pani moja — rzekła, — nikt nie wie, kto tam u Boga pierwszy, a kto zaś pośledni. Ludzie sobie różne honory dodają, tak i tak, ale Pan Bóg miłosierdny insze regestry trzyma. On czasem tego żebraka puści do siebie, na niebieskie pokoje, a temu panu u drzwi każe stać... A ten nizki, nad wysokiego będzie postawiony...
Zmrużyła oczy i patrzyła w słońce.
A mnie, kiedym jej słuchała, zdało się, że Ewangelia wczoraj tu gdzieś, między Kalwaryą a Żywcem, opowiadaną była przez otoczonego rzeszą Chrystusa; że on sam kęs drogi tylko się oddalił, a wianie szaty jego porankiem tym wieje, a kamienie przydrożne słowa jego podają sobie.
Sięgnęłam w zamyśleniu po Ewangeliczkę. Była to szara, bibulasta, krzywo obcięta książczyna, w której połowa przynajmniej wyrazów, jak np.: Bóg, szatan, wieczność, anioł, śmierć, dusza, grzesznik, świat, cud, piekło, wiara, oraz wszystkie odnoszące się do nich zaimki, drukowane były w całości dużym alfabetem. Szczególniej SZATAN prezentował się wspaniale, a tragiczna jego pycha zupełnie mogła być zaspokojoną tem zrównaniem z rzeczami świętemi, jakiego w tej Ewangeliczce dostąpił. Niekiedy też zdarzało się, że wielka jakaś czcionka wskakiwała w sam środek obojętnego wyrazu, jak np. sieDem, paCIerz, słuP, męKA, drOga, odpUst, i t. p., co nadawało kartom tej książczyny nader dziwaczny charakter.
Przypatrywałam się jej z uśmiechem, który starowina wzięła widać za wyraz uznania, gdyż modre jej oczy rozbłysły nagle wesoło.
— „Piekna“ książka, „piekne“ nabożeństwo! — przemówiła, kiwając głową. — Tyla co „lutery“ „straszecznie“ są maluśkie...
— Słabe już widać manie oczy, babko — odrzekłam.
— Iii... ni. Oczy to ta obejdą, obejdą! Tyla, co już od małości tym maluśkim „luterom“ niewiele rozumieć „spotrafię.“
— A któż was czytać uczył?
—- A janioł! Gdzieby zaś, pani moja, sierotę kto inszy zuczył.
Mówiła to tak, jak gdyby było rzeczą całkiem naturalną i powszednią, że anioły czytać uczą sieroty.
— Toście się bez rodziców chowali?
— Abo ja się chowała? Nijak ja się nie chowała, pani moja, tylo mnie ten Bóg Stworzyciel wywiódł na świat, jak tę płonkę leśną, i tak mnie ta święta ziemia zhodowała.
— To was ojcowie wczas odumarli?
— Ojca-rodziciela, tom nie uznała. Gdzie! ani zapamiętania, kiej pomarł! A jak matka pomarła, to mi było pięć roków na szósty. Bez koszuli mnie, pani moja, odumarli, ino mnie w szmatki starej płachetki owiązywali i takech chodziła. Jak ten robak ziemią żyje, tak my biedą żyli. Gryzła nas ona, gryźli my ją — ano, nie skąsiła...
— I dużo was było dzieci?
— Dzieci to nas było „czworga,“ a ten najstarszy i piąty to był brat. Ale że twardego serdca był... Bić, to nas ta wielce nie bijał, tyla co wszystko w garści trzymał, aże piszczało. Ścisnął mróz, to matka do drew w piecu palić, a ten brat na drwach siedzi i przystępu nie daje. Tak matka do niego: — Jędrek — mówi, — że mu co Jędrek było — co ty? — mówi, — ognia palić nie dasz? A toć mróz! Toć to małe na nic „skargną...“ A ten ino ręcami się weprze we drwa, że ta daleko po nie do lasu musiał, i ledwo ta z biedą co nieco chwycił, bo leśny strasznie uglądał.— A niech zdycha — peda, — szczeniak jeden z drugim, kiej mrozu strzymać nie może. — Tak matka znów do niego: — Jędraś, bój się Boga, synu! A to i mnie, matce, zima! — A ten jeszcze się dubelt rozeprze na onych drwach: — A to niech i matka zdycha! — peda. — To, pani moja, włosy nam na głowie stawały słuchający. To matka w płacz, to my dzieci za nią takoż w płacz; a ten ino pod nos dmucha, jak ten sęp... A co było robić? Porwać się na niego nie miał kto, matkaby nie uradzili, bo całkiem ze sił zeszli, jako że ich zimno trzęsało cości bez pół roku, a nasby ta do szczętu w garści zdusił — boć to wszystko było jak owiesek drobny... To my ino z kąta patrzali na niego, a on nic. Dopiż my się wypłakali, wypłakali, dopiż my jedno na drugie głowy poukładali, jako te jagniaki, dopiż nas matka ręcami nakryła, dopiż my się pośpili. To drugi raz, odecknę ja, pani moja, pojrzę, a ten brat precz jeszcze na onych drwach siedzi, a głową trzęsie, a patrzy na nas, jak ten wilk leśny, że to pochmurowaty był na wejrzeniu od małych lat. To taki się widział stary, taki starzeńki, taki sturgowany, taki na tej twarzycy uczerniały, jakby od „zaczątku“ tego tu świata po ziemi chodził... To mu ino to „czeło“ w bruzdy szło, jakby po niem broną przejechał, a te wargi to mu tak latały, jak w zimie. Nie było ta i na nim wielkich rozkoszy. Koszulisko porwane, nożyska bose, kożuszątka nie uznał, z buźniczka łachman tylko, że go to ta bieda naporówni z nami gryzła... Tom nieraz, pani moja, widziała, jak mu z tych oczu łzy ciekły. „Ślozy“ takie, że to jak ten krupny grad... Ino się trząsł cały.
Urwała i patrzyła na mnie bystro, uparcie. Te łzy padające z „pochmurowatych“ oczu brata, który na drwach kradzionych siedząc, płakał nad nędzą gniazda swojego, przenosiły zupełnie skalę jej pojęcia, były niezrozumiałe dla niej. „Twardego serdca był“ — to o nim wiedziała, to dawał uczuć słowem twardem, może pięścią twardą; skądże więc te „ślozy, jak ten krupny grad,“ u tego chłopaka, co „jak wilk leśny“ patrzał? Były to sprzeczności niepojęte dla niej. Musiała jednak przeczuwać jakąś głęboką tragiczność w tych „ślozach,“ bo pomilczawszy mało, dodała jakby w zamyśleniu:
— Tom go się jeszcze bardziej wtedy bała, niż kiedy pomstował. A co? Takiemu, to ta wielce dowierzać nie trza... Siekierzyskiem, abo i motyką poubijałby, jak te myszy polne. A to i dziwotyby nie było. Tyla gąb, pani moja, a wszystko mu na ręce patrzy, że to gruntu nijakiego nie było, ino ten grosz wyrobny... — Ścisnęła wązkie ramiona i skuliła się w sobie, jakby teraz jeszcze uczuwając ów strach dzieciństwa swego.
Była w tej chwili tak drobna, tak pod płachtą swoją siwą schowana, tak wtulona między kamienie szare, że istotnie wyglądała jak nędzna mysz polna. Żywość spojrzenia jej modrych oczu uwydatniała jeszcze to podobieństwo.
— A wiecie, pani, co ja wam powiem? — rzekła nagle, wysuwając z ramion małą swoją głowę. — To matuś niczego tak nie „lutowali“ przy skonaniu, — że im się to zara na „zwiesnę“ po onej zimie zmarło, — jako tego, co mnie na tym tu świecie ostawiają bez koszuli... To ich taka żałość przede śmiercią ścisła, że tej duszyczki nijak ze siebie puścić nie mogli. Już ich i na prostą słomę kładli, i dziewięciornikiem kadzili — nic! Dopiż im się kuma zabożyła, bo jak tyluśko skonają, zara z nich płachtę ściągnie i mnie koszulinę zrządzi, dopiż to sobie do serdca wzięli, dopiż „ciutko“ skonali.
Uśmiechnęła się świetliście, błogo. To cichutkie skonanie matki zdawało się być jednem z najsłodszych wspomnień. Kto wie, czy nie najsłodszem nawet.
— I cóż się stało z wami dziećmi i z bratem?
— Brat to za średniaka na drugą wieś poszedł, a te małe też się do pasenia godziły, więc je ludzie pobrali. Tylko mnie, żem to „namniejsza“ była, to ta różnie, tak i owak sieroctwo żarło... Ano, pojęła mię do się „ujna,“ że to u niej chłopaki same były, i tak mnie u siebie chowała, ale że mi ta nie było nijakiego dobra. „Ujna,“ jak „ujna,“ zwyczajnie, to pchła, to szturchła, jak to nie trza powiadać o sierockiem dziecku. Ale że jeść to dała. Choć ta „pozliwki“ jakie, to dała. Drugi raz to i kotu ujęła, żeli nie dostawało, a równie pamięć miała, że to sierocie głód. I wszystko się obeszło. Tyla co one chłopaczyska strasznie nade mną panowały. Nie przeszedł jeden, żeby włosów nie targnął, nie szczypnął, pod ziobro kułakiem nie zajechał... To ono ciało na mnie, pani moja, ino się od siniaków bestrzyło... Te ramienia, te boki, te plecy, to aże graniate były na mnie... A najbarziej to mnie one chłopczyska poniewierały, żem ich uglądała, jak się na książce uczyły. To mnie odpędzali, to mnie bili, to Bóg wie nie jak cudowali, a ja i tak się zuczyła!
Podniosła głowę z cichym śmiechem i patrzyła w słońce.
To jej patrzanie w słońce miało swój szczególny charakter. Coś jakby bezwiednie dziecięcego w niem było. Jakaś głęboka naiwność, jakaś ufność wielka. Tak pliszka przydrożna w nie patrzy, kiedy jeszcze pola czarne, a rój muszek nie wzleciał w powietrze; tak w nie patrzy sasanek leśny, kiedy wyniknie z ziemi wskróś śniegu i na kwiat się zbiera. A w jej uśmiechu to była zaraźliwość jakaś. Dławiło mnie w gardle od jej opowieści, a usta moje same się uśmiechały do niej.
— I jakże to było? — zapytałam.
— A no, dostałam ta od jednej dziewuszki „groszówkę.“ Stargana była ona groszówka, ale że „lutery“ wszystkie były na niej, jak należy. Tom bez trzy dni medytowała, „kandy“ ja tę groszówkę przed onemi chłopczyskami skryję, żem to spódniczątka nijakiego nie miała, ano i kieszeni, inom w chłopczyńskiej koszuli krowy pasła, co mi ją „ujna,“ niech jej ta Bóg da niebo! ze swego Staszka zdała. Koszula, jak koszula; niebardzo ta jeszcze porwana była, ino że mi do kolan nie posięgła, to ta niewielce w niej paradę miałam. To, pani moja, dał mi Pan Jezus taki przemysł, żech sobie łatkę płótnianą zrządziła, i na onej koszulinie u boku, jakoby też kieszonkę, igłą „przyściegła,“ ino że od spodku, coby chłopaki nie najrzały, i takech se tę groszówkę chowała. Pognałam krowę w pole, tom ta byle gdzie pod krzaczkiem się przytaiła, abo i w rowie, i com tylko u nich spatrzyła, tom póty na onej groszówce szukała, pókich nie znalazła. Tom jedno do drugiego przykładała tak i tak, tak i tak, aże się złożyło...
Przychyliła się do mnie, i kładąc wyschły swój palec na ustach, rzekła zcicha:
— Jak ja sobie teraz miarkuję, to nic, ino janioł mi tak precz wszystko dopowiadał. Bo gdzieby to sam człowiek spotrafił! Tom się nieraz, pani moja, tak umordowała, ażek się o ziem cisła i płakała... To wiatr polem powieje, abo to wróblątko zaświegoce, a we mnie zara duch inszy, insze porozumienie; ino spojrzę, już widzę jak i co. To cóżby to, pani, było, jak nie moc niebieska?... Drugi raz, obświeci miesiąc izbę, a mnie zara janioł budzi. To dalej ja, smyrk ze słomy, żem to wpodle okna ligała, i do mojej groszówki. To com tylko w dzień nie spotrafiła, to nocą, przy onym miesiącu każdziuśką rzecz spotrafiłam. Jakby mi co do ucha gadało. Jeszcze jesień nie przyszła, jużech te duże lutery wszystkie, do jedniuśkiej porozumiała, i złożyć złożyłam. Jakech też te duże porozumiała, dopiż ja do tych maluśkich. Ano, jedno do drugiego, jedno do drugiego, ażech i te maluśkie spotrafiła. Nie takci jak duże het, ale spotrafiła. Dopiż ja se spódniczyny zrządziłam, dopiż ja do kościoła, dopiż krzyżem bez cały nieszpór leżała, dopiż Panu Jezusowi za naukę dziękowała.
Tom tak już tej „ujnie“ rzewnie służyła, tak już rzewnie pracowała, jak tej rodzonej matce, żech to u niej, na jej chlebie tej nauki dostała. Bo to chleb dobre posilenie jest, a nauka jeszcze lepsze. Miałby człowiek naukę dobrą, nie byłoby po światu tych morów, tych głodów, tych powodzi, tych smutków i ciężkości dusznych. Samoby się niebo bliż ziemie nakłoniło, i człowiek świętymbym się ostał.
— I jakieżeście jeszcze książki czytali?
— A wszytkie, jakie ino gdzie!...
Mówiła to z pewną chlubą, jak najbardziej oczytana osoba.
— To wiecie, pani, co ja sobie myślę? Ja myślę, co dobrze tak Pan Jezus dał, że tego „nie dość“ na świecie; bo żeby tego dość było, toby ludzie pola, warsztatu, gdzie tylko jakiego zarobku poniechali, a za książkamiby to, jak za miodem, ciągło. Bo książka, to wielka rzecz jest! Człowiek do człowieka różne mowy miewa. Podczas mądre, podczas głupie, a podczas to i grzeszne i „lekkomyślące.“ A książka, jak mowę do człowieka ma, to zawsze ino o tym Ojcu Stworzycielu, o tym Chryście Odkupicielu, o tym Duchu Świętym...
Wynurzyła z szarej płachty drobną swoją głowę, podniosła obie stare, trzęsące się ręce, i z cichem rozradowaniem patrzyła w słońce.
Nie, nie powiedziałam jej tego, że książek jest tak wiele, tak wiele na świecie; że są między niemi co do człowieka mają złe i głupie mowy, i takie, co są piękne i dobre, a nikt nie ciągnie za niemi...

Nie, nie powiedziałam jej tego. Zostawiłam ją tak zapatrzoną w tę słoneczność, w ten poranek ziemi ufną, spokojną, może nawet szczęśliwą...




NA WERENDZIE.
OBRAZEK.
Siedliśmy właśnie do czarnej kawy na ślicznie ocienionej werendzie, kiedy wskróś szerokiej ciszy, jaka zwykle zalega pola w dnie świąteczne, dał się słyszeć silny i dźwięczny głos męski, śpiewający na nutę dziadowskiej, odpustowej pieśni. Nuta i głos przeciwiały się sobie w tak szczególny sposób, żem mimowoli nasłuchiwać zaczęła.

A nietylko ja sama. Przy pierwszych bowiem głosu tego dźwiękach gospodarz, bujający się w trzcinowym fotelu, drgnął, w pół ruchu się zatrzymał i nie doniósłszy do ust cygara, wpatrzył się przed siebie osłupiałym wzrokiem. Na całym wszakże widnokręgu nie było widać nikogo.
Z poblizkiej łąki dochodził upajający zapach świeżo zgrabionego siana; powietrze było jakby nalane złotem i lazurem, a tak ciche, że słychać było bicie gołębich skrzydeł gdzieś w oddali. Jedna tylko brzoza na skraju łąki, w pełnem słońcu stojąca, trzęsła drobnym liściem w ogniach cała, jakby iskry siejąc.
Tymczasem głos, prześpiewawszy strofę, umilkł. Gospodarz chwilę nasłuchiwał jeszcze, z ręką nerwowo na poręczy zaciśniętą, poczem, uspokojony ciszą, głębiej na siedzenie opadł i w ruch fotel swój wprawił. Bieguny wszakże nie mogły jakoś odzyskać straconego rytmu; stuknęły raz i drugi niesfornie i zatrzymały się znowu.
Znowu bowiem, tym razem bliżej już znacznie, odezwała się owa pieśń dziadowska, widocznie przez idącego dość śpiesznie człowieka śpiewana.
Po twarzy gospodarza przeleciała nagła sinawa bladość; źrenice jego rozszerzyły się gwałtownie, oczy osłupiały. Opanował się wprawdzie zaraz, powieki silnie kilka razy zmrużył, a zwróciwszy się do gości, zaczął rozczesywać piękną białą ręką siwiejące już, lecz starannie utrzymane faworyty. Twarz jego przecież zachowała wyraz ostry, przykry, lewe ucho przychylił w stronę głosu, a z pod wpół przymkniętych powiek błyskał ku obecnym raz po raz niespokojnym, podejrzliwym wzrokiem. Towarzystwo wszakże zajęte było nader ożywioną rozmową. Wątpliwem zdawało się nawet, czy ktokolwiek zauważył cały ten epizod. Panowie usługiwali damom, panie chłodziły się wachlarzami, poruszanymi z lekkim szmerem. Jasne tkaniny sukien uroczo odbijały się od ciemnego tła winogradu, który tu, to tam przeszywała złota strzała słońca, kładąc ciepłe, żywe blaski na wytwornie ułożonych włosach i odkrytych szyjach kobiet.
Szczęk srebra, kryształu i wybuchy jasnego, młodego śmiechu pokrywały słowa mówiących.
Głos umilkł znowu, ale gospodarz z niepokojem wsłuchiwał się w szeroką ciszę pól, jakby łowiąc uchem kroki niewidzialnego przechodnia. Z wielkiem zajęciem śledziłam zmiany w jego ruchliwej, energicznej twarzy. Znałam go mało, od niedawna.
W okolicę naszą przybył zdaleka, majątek zrujnowany, ale znaczny, kupił i urządziwszy się w nim z wielkim nakładem po pańsku żyć zaczął.
Pośpiech, z jakim zawiązywał stosunki w sąsiedztwie, jakby co rychlej szukając gruntu pod nogami, nie raził nikogo. Wiedziano, że człowiek był bezżenny, bogaty i lubiący życie towarzyskie. Dzisiejszy obiad zebrał w jego progach wszystko, co żyć tem życiem chciało i umiało.
Dom, reprezentowany przez podeszłą krewną, nie wyłączał możności ugaszczania kobiet, które też napełniły jego ściany wesołym szczebiotem i szelestem strojnych tualet. Przyjęcie było zbytkowne, goście bawili się swobodnie, gospodarz odgadywał myśli ich i chęci.
W tej chwili wszakże, gdy wzrok jego przyćmiony przebiegał grupy dam i panów, zdawało mi się, że dostrzegam w nim błyski nienawiści i trwogi zarazem.
Tymczasem z pod lasu, siniejącego już nieco w wilgotnych oparach łężnych, wynurzyła się postać rosłego, o potężnej budowie mężczyzny. Postać ta posuwała się krokiem śmiałym, pewnym; chwilę majaczyła wzdłuż leśnej ściany, jaskrawo obrysowana skupionymi blaskami zachodu, aż oderwawszy się od niej, odbiła dziwnie wyrazistą i oryginalną sylwetą na tle cichego błękitu. Tło to powiększało ją i czyniło olbrzymią niemal.
Idący znów śpiewać zaczął. Był już tak blizko, że słowa rozróżnić się dawały:

„...Święty Mikołaju.

Trzymaj wilka w raju,
Trzymaj go za nogę,

Aż trafię na drogę!“

W tej chwili gospodarz powstał z fotelu, podszedł do balustrady ganku i ciężko się na niej wsparłszy, patrzył w kierunku sylwety z wielkiem natężeniem. O dwa, trzy staja ode dworu rozchodziły się drogi na prawo i na lewo. Krzyż tam stał między krzakami głogu i jałowca.

U tego krzyża zatrzymał się idący. Może się modlił, może miał chwilę wahania.
Jedna z dróg prowadziła do widnej stąd karczmy, a druga wprost w ganek. Palce gospodarza wpiły się w balustradę kurczowo, szyję miał wyciągniętą, wielką, podłużną bruzdę na czole, usta wpół otwarte wypuszczały nierówny, świszczący oddech.
A dokoła owalnego stołu rozmowa kipiała zdwojonym ruchem i gwarem. Zaiskrzyły się przy likierach oczy, zarumieniły twarze, spojrzenia i słowa krzyżowały się jak race.
Upłynęła chwila. Stojący pod krzyżem człowiek poruszył się i skierował kroki swoje ku dworowi. Wtedy gospodarz spokojnym, powolnym krokiem przeszedł wzdłuż werendę, zatrzymał się przy małym stoliku, na którym stała karafka i nalał sobie wody. Ale kiedy szklankę do ust podniósł, szkło zaszczękało głośno o białe zęby, a ręka trzęsła się jak u starca. Przełknął haust spory, odetchnął głęboko, poczem kołując do drzwi podszedł, jak człowiek, któremu nie pilno. Po drodze zatrzymał się nawet, aby podnieść kwiat, upuszczony przez piękną brunetkę i oddać go jej z ukłonem. Dopiero w ubocznym salonie rozległy się kroki jego przyspieszone, nierówne.
W chwilę potem zobaczyłam wybiegającego z domu bez czapki, z serwetą na ramieniu kredencerza, który, okrążywszy klomby róż piennych, na przełaj przez łąkę poleciał i zastąpiwszy wędrowcowi drogę, usilnie mu coś przekładał. Gospodarz wrócił tymczasem z pudełkiem świeżych cygar.
— Panowie! — zawołał od proga — może partyjkę winta? Może przejdziemy na cygara do mego gabinetu? A paniom czy nie za chłodno? Rosa już... Może panie raczą do salonu...
Mówił to śpiesznie i z wielkiem ożywieniem, ale mnie zadziwił głos jego. Był taki, jakim mówi człowiek, dławiony za gardło. Ogólny protest przyjął to wezwanie. Damy nie chciały za nic puszczać panów od siebie na winta; oświadczyły też, że im dostatecznie ciepło, że dym z cygar jest szczególnie na świeżem powietrzu miły i że siesta na werendzie teraz właśnie zapowiada się najrozkoszniej.
W tej chwili jedna z panien wskazała blady rożek miesięcznego nowiu. Było to hasłem do podwojonych zachwytów. Postanowiono czekać na werendzie księżycowego światła, przy którem piękne oczy nabierają czarodziejskich blasków, jak utrzymywali panowie.
Na twarzy gospodarza odbiła się tajona męka. Palce jego skurczyły się jak szpony z suchym trzaskiem w stawach, cera pożółkła nagle, kąty ust opadły, oczy przymknęły się z wyrazem udręczenia. Przechylił w tył głowę, drobne, perliste krople potu wystąpiły na jego wązkie czoło: myślałam, że padnie.
Nie padł jednak, tylko ciężko siadł na najbliższym stołku, jak człowiek, pod którym nagle ugną się kolana. Siedząc tak, wydawał się dziwnie postarzały i cierpiący.
Przechodzień szedł tymczasem prosto ku dworowi. Był już teraz widny oczom w całej swej postaci. Mimo pełnego lata miał na głowie futrzaną jakucką kapuzę, z długiemi do wiązania uszami; na grzbiecie gunię starą, porozrywaną, pokazującą nagość niepokrytej koszulą piersi; nogi w łykach, parcianą torbę przez plecy i gruby kosztur w ręku. Orli jego profil ostro się rysował w przejrzystem powietrzu; hardą, pięknie osadzoną głowę niósł wysoko, twarz miał śniadą, burzliwą, zbrużdżoną, brodę ciemną, kędzierzawą, coś wyzywającego, coś nieugiętego w ruchu i w całej postaci. O kilka kroków za nim szedł kredencerz ze spuszczoną głową, mnąc w ręku serwetę. Widocznem było, że mu się misya nie powiodła, a i to także było widocznem, że mu ten obdartus imponuje. Istotnie. Było to uosobienie siły i swobody. Wyniosły, prosty, gibki, mimo potężnej budowy, szedł krokiem równym, pewnym, zakreślając w powietrzu grubym swoim koszturem tak misterne kółka, jak spacerową laseczką. Kiedy już minął trawnik i klomby kwiatowe, gospodarz podniósł się z wysiłkiem z krzesła, poszedł wolnym krokiem w kąt przeciwległy i tam siadł, wstrząsany dość widocznym dreszczem. Zdawało się, że chce zwiększyć odległość między sobą a tym żebrakiem, choćby o szerokość werendy. Odległość ta wszakże za chwilę była już przebytą, a przychodzień stanął na pierwszym stopniu schodów, wiodących na ganek. Myślałam, że się tam zatrzyma. Ale nie. Lokajczyka, zastępującego mu drogę, odsunął i wszedłszy dużym krokiem na werendę, skłonił się towarzystwu i dźwięcznym, donośnym głosem rzekł:
— Panuj, świecie!
Wrażenie powitania tego było potężne. Goście wyciągnęli szyje, oddzielne grupy zbiły się w jedną, na wszystkich twarzach znać było podnieconą ciekawość.
Gospodarz trząsł się coraz silniej i śmiał głośno, nerwowo.
— Ach, to Antoszek! — przemówił głosem, jakby złamanym czkawką. Odpust dzisiaj.... Pewnie pijany... Zdaleka tak...
Urwał nagle i otarł pot z czoła. Przybyły wbił w niego wzrok przenikający, uparty, długi.
— Tak, to Antoszek — mówił zwolna swoim brzmiącym, wnikliwym, umyślnie jakby przyciszonym głosem. Antoszek, jasny panie! Żebrak, włóczęga bezdomny, straceniec. Tak, tak, jasny panie! Wszystko to co do joty prawda. Pijany też może... Prawda, jasny panie. A to tylko nieprawda, że dziś odpust jest, albo że kiedy odpust będzie. Nie, jasny panie! Odpustu, odpuszczenia niema i nie będzie! Gdyby odpuszczenie mogło być, jużby mnie ta święta ziemia dawno zżarła i cień mojej głowy dawnoby wichry zwiały, a śladby po mnie nie został. Ale odpuszczenia, jasny panie, niema. Ot co! Dlatego mnie ziemia nie zżarła i wichry nie zwiały. Dlatego przychodzę zdaleka... O... z jak daleka...
Na koszturze się oburącz wsparł, grzbietu ku ziemi nagiął i głową kiwał.
— A to... — rzekł gospodarz. — A to tego...
Skinął ręką nie domawiając, zęby zaszczękały mu głośno.
Przybyły zdawał się nie uważać tej przerwy. Zatopiony w myślach czy wspomnieniach, stał zgarbiony na swoim koszturze z oczyma utkwionemi w jakiś punkt, jemu samemu tylko widzialny w tej chwili.
— Skądże idziecie? — rzekła jedna z panien.
Ale i tego pytania zdawał się nie słyszeć.
— Dwadzieścia lat... dwadzieścia lat! — mówił zwolna, kiwając orlą swoją głową. — Pół świata przejść można, we własnych łzach się wykąpać, z bólu jak pies zawyć...
Com nie przemyślał, com nie przedumał... Niemasz tu mrówki ziemnej, żebym jej nie wspomniał, niemasz tu muszki powietrznej, żebym jej nie wołał po imieniu jej... Niemasz tu prochu, pyłku, ziarna piasku, żebym nie krzyczał do niego. A co? Jak człowiek raz roztęskni sercu, już mu nie spocząć ni we dnie, ni w nocy. Ja tam, myśli tu... Ja tam, dusza tu... Ja tam...
Przełknął ślinę, rozprostował się nieco i tchnął głęboko, długo, jakby ze ściśnionej piersi.
Towarzystwo obstąpiło go dokoła. Żebrak ten zaciekawiał i mową i postawą swoją; na gospodarza nie zwracał nikt uwagi. Siedział on w głębokim fotelu z przechyloną w tył głową, z dłonią na oczach. Wargi miał pobielałe, włosy jakby przylepione potem do skroni. Silnie skurczone w kolanach nogi nadawały przykrą, ostro łamaną linię całej jego postaci.
Żebrak mówił dalej.
— Czasem, sam nie wiesz skąd zaleci taka woń, tak zapachnie w powietrzu, że rady sobie nie dasz... Łąkać to moja — myślę ja sobie, — łąka pokoszona... I już ja ani jedzenia, ani picia, ani spania, tylko węszę, jak ten zwierz nocny, tylko dyszę a dyszę...
A czasem znów szum usłyszę, szum wichru, co stepem goni, nie wiedzący kędy paść, albo kędy spocząć po haliznach szerokich, po wielkich obrusach śnieżnych, krukom rozesłanych pod niebem, i wiem przecie, że to nie co, tylko on wicher zły, a tak mnie nagle zamroczy, duszą zatrzęsie, załaskocze, tak łeb zakrąży, jakby pijanemu... Ot, mówię sobie, zboża moje złote szumią polem szerokiem, szumią jak okiem zajrzeć, kłos się po kłosie kładzie. Ot, jakie granie! Ot, jaka muzyka!
Albo mówię: — Ot, lasy moje huczą! Ot, dęby wierzchoły gną i jak maszty trzeszczą, ot, brzozy gałęźmi umiatają ziemię czarną....
Zadzwoni co? Dur na mnie! Wiem ci ja, kto i po co jedzie... A ot, mówię sobie, skowronek dzwoni, wiośnie się raduje... ot, pachną ugory świeżo rozorane... ot, rosa! ot, ruń młoda!
Brzęknie co? A czy mało tam brzęku? Ot, myślę ja sobie, kosy po łąkach brzęczą, ot śpiewki, ot wesele...
Zatrzeszczą iskry w kominie? — to łeb w ręce biorę i kołyszę się, kołyszę i dumam, dumam, dumam...
Zakołysał się na koszturze swoim i umilkł. Nie przerywał ciszy nikt; wszyscy z natężeniem słuchali.
— O, gdyby wy wiedzieli — przemówił po chwili przychodzień — jakim wy tam oczom widni! Oczom krwawym wy widni i oczom zagasłym i otworzonym szeroko w zmierzch i w dalekość bez końca... bez końca... Łzy u rzęs soplem wiszą, a oczy te patrzą, patrzą, ciągle patrzą...
Wyprostował się i po obecnych przeszedł wzrokiem zapalonym.
— Wy tu jak święci powinni po ziemi chodzić, a rość, a olbrzymieć duchem, jak tam olbrzymiejecie tęsknotą... Wy tu powinni w bożą jasność odziani chodzić, jako Jan chadzał, i pasem włosianym biodra pasać i z czerepianej skorupy wodę pijać, i miód leśny zbierać, i szarańczę tępić...
Urwał, tchnął silnie i do dam się zwrócił.
— A wy macie, jako prorokinie być, i jako Machabeuszów matki, i jako twierdze boże i jako lilie ziemne, i jako zdroje żywiące...
Potężniał mu głos, jak miedź dzwonił, prostowała się postać i rosła, a suchy, długi palec pokazywał głowy panów i strojnych kobiet. Wrażenie rosło, lekka bladość latała po obliczach, jedne spojrzenia się mgliły, inne zaczynały pałać. Ale przychodzień znów się pochylił i głosem cichym mówił, jakby sam do siebie:
— Ziemia... ziemia... szmat ziemi... a nad nią szmat nieba... Nic ot, a wszystko, wszystko!
Westchnął i umilkł. Po chwili innym jakby tonem rzekł:
— Raz przyszło pismo od brata... List, braterski list...
Wołają, idę. Rozłożyć go nie mogłem, tak mi ręce latały, utrzymać nie mogłem, tak mi serce odtrącało ramiona od piersi, wyczytać nie mogłem, tak mi łzy na niego padały gęste, gorące...
Urwał i patrzył w niebo. Z ciemnego kąta werendy dał się słyszeć krótki jęk, czy okrzyk stłumiony. Nikt wszakże nie zważał na to.
— Pisał mi brat — mówił po chwili wędrowiec — że tam trzeba dla mego dobra a mienia podpisu mojego... „Podpisu mi twojego trzeba, bracie, — pisał, — coby na straży mienia twojego stał i dobru twemu, tej ziemi, coś ją po rodzicach wziął, ostać się pozwolił w całości i bezpieczeństwie. Będę ją siał i orał, jakoby dla siebie, i zbierał jakoby dla siebie, aleć to wszystko twoje, a ja brat twój, jednej matki syn...
Zakołysał głową.
— I po co, po co on to wszystko pisał, kiedy mu dość było zachcieć czego, żebym mu to zrobił? Podpisałem papier i ucałowałem go zanim odszedł. Wolę moją mu oddałem i miłość oddałem, i duszę...
Bracie! — pisałem — tak kocham was, że ginę od kochania, tak tęsknię bez was, że ginę od tęsknoty, i tak pragnę do was, że ginę od pragnienia...
Ginąłem... Alem nie zginął. Kochanie mnie trzymało, tęskność mnie karmiła, pragnienie mnie poiło...
Czas szedł. Hej, hej! wypatrzyłem ja wszystkie jego kroki. Jak wilk skakał z bólu w ból, jak rak pełzał z omdlenia w omdlenie, jak jastrząb padał mi na piersi żywe. Pająkiem po mózgu, mrówką po sercu szedł. Niekiedy zdawało mi się, że staje skurczony, wyschły, i głową siwą trzęsie i liczy koście ludzkie, po drogach leżące. Czy już dosyć? Ale nie było dosyć. Więc szedł dalej, i zostawiał je niepogrzebane.
Po mogiłach stąpał, a wgniatał stopą swoją w ziemię pamięć ich, a nazwanie ich...
Po kolebkach stąpał, a wgniatał stopą swoją w ziemię każde źdźbło żywiące...
Myślałem, że nigdy nie przejdzie. Tak dzień do dnia dokładał, jak drwa suche na ogień zniszczenia, tak noc do nocy dokładał, jak ziarna czarnego różańca.
Myślami go pędziłem, poganiałem tchnieniem...
Aż i przeszedł. Wybrałam się w drogę. Droga to była jak żmij... Co się skurczy, to się znów rozciągnie. A we mnie dusza już ze wszystkiem omdlała. Śmierci się wpierw doczekam — myślałem — niż końca tej drogi. Nie wrócę nigdy — myślałem — i kładłem się pod słupem drożnym, jak pies, i chciałem umrzeć. A nieprawda! Wróciłem.
Błysnął oczyma i rozśmiał się głośno, chrypliwym, zdławionym głosem.
— Ha! ha! ha! Wróciłem nie do dziedzictwa swego, ale na cudze śmietnisko, na śmietnisko hańby braterskiej...
Ten kawał ziemi nie był moim, ten las nie był moim, te pola, te łąki nie były moje. Nic nie było mego... Tak mi powiedział brat. Powiedział i dowiódł. A potem wygnał mnie, psami wyszczuł, wypędził. Mnie z mojej schedy! Mnie z mego działu, mnie z mojej...
Zatchnął się i przełknął ślinę. Gorzką być musiała, bo mu kurcz przeleciał po twarzy.
— Tfu! tfu! — mówił dalej, splunąwszy. — Jaki wstyd! jaka hańba dla mnie, że nas jedna urodziła matka! Mój brat, pan jasny, pan wielmożny, a ja — włóczęga żebrzący...
O jasny panie! O panie wielmożny! Kat nawet przez rękawiczkę ręki-by ci nie podał! Tfu, tfu, jasny panie! wielmożny dziedzicu! Kat-by nawet śliny żałował, żeby ci w twarz plunąć.
Stał i trząsł zaciśniętą i wzniesioną pięścią, wbiwszy wzrok w ciemny kąt ganku. Dech mu się zaparł w piersi, usta drżały, w oczach miał ognie wilcze.
Skupieni dokoła niego panowie i panie patrzyli z ciekawością i trwogą. Gospodarz odsuwał się ze swoim fotelem coraz dalej, coraz głębiej, patrząc w przychodnia, jakby urzeczony.
Po chwili żebrak opanował się, obtarł twarz ręką, skłonił się i rzekł zmienionym głosem:
— Wielmożni państwo przebaczą Antoszkowi... Jak umie, tak ludzi zabawia... Po świecie z koszturem chodzi, historye różne ot tak, wymyśla sobie... Zwyczajnie, żebrak, włóczęga...
Mówił to lekkim, swobodnym tonem światowego człowieka. A kiedy ten i ów sięgnął do kieszeni, skinął przecząco ręką i ku wyjściu się zwrócił. Towarzystwo rozstąpiło się przed nim w milczeniu, służba się cofnęła od schodów. Prosty, wyniosły, zstąpił po nich zwolna w swojej kapuzie i nie oglądając się, szedł drogą ku krzyżowi na rozstaju.
Tam twarzą na ziemię padłszy, rozkrzyżował się, jakby w ogrójcowej męce.
A księżyc tymczasem wysoko na niebie stanął i przepiórki wabić się zaczęły.
Od blizkiej wsi kościelnej zadudniły wracające po odpuście wozy, a droga zaroiła się gromadkami kobiet i dzieci.
Wtedy Antoszek z ziemi wstał, na koszturze się swoim oparł i zaczął śpiewać:

„Święty Mikołaju,

Trzymaj wilka w raju,
Trzymaj go za nogę,

Aż trafię na drogę!“

NA RYNKU.
. Wjeżdżaliśmy właśnie w rynek miasteczka, kiedy przepędzano wielkie stado wołów.

W grubym tumanie kurzawy, jaka się podniosła z wyschłego w lipcowych skwarach błota, szara bezkształtna masa zdrożonych zwierząt posuwana się ciężkim, znojnym ruchem. Kurzawę tę, nieunoszą najlżejszym tchem wiatru, przebijały tu i owdzie tęgie, proste rogi, to znów wyniósł się ponad nią potężny, siwo-czarny grzbiet prącego się naprzód zwierzęcia, to rozdarł ją krótki, bezdźwięczny poryk, z suchej gardzieli dobyty.
A wtedy pędzący stado pastuch uderzał długim, świszczącym biczem w tę zwartą, ruchomą masę; ale wnet opadało mu ramię, a klątwa krzykiem zaczęta, kończyła się ochrypłym szeptem. Człowiek był widocznie skwarem dnia znużony. Po ceglastej jego twarzy pot ściekał obficie, bose, kurzem pokryte, aż do kolan obnażone nogi, nabrzmiałe były i grubą siecią nabiegłych żył zbrużdżone, spencer na jednem ramieniu wiszący odsłaniał mokrą na plecach koszulę. Idąc, głośno dyszał i biczyskiem się podpierał. Jedną z nóg, przewiązaną płóciennym szmatem, powłóczył za sobą z trudnością. Gruba jego niedobielona koszula i samodziałowy spencer nie odcinały się od objętego kurzawą stada żadnym obcym tonem. Śmiertelne znużenie, zarówno jak chmura pyłu zdawały się jednoczyć tę szarą masę bydląt z tym, który je pędził. Za pastuchem pies bury, kudłaty, do wilka podobny, wlókł się z wywieszonym ozorem, podebrawszy ogon pod siebie. Nie szczekał. Tylko kiedy nad stadem bicz świsnął, wydawał krótki chrypliwy skowyt, nie podnosząc pyska od ziemi. Był to widok jakby umyślnie dobrany, aby wzmódz przygnębiające wrażenie skwarnego południa. Oko omdlewało po prostu, patrząc na tę karawanę.
Zatrzymaliśmy się, aby ją mimo siebie przepuścić. Ale zaledwie konie stanęły, uderzyło na nas gorąco, jak z pieca, a gęsty, niezmiernie miałki pył objął nas i osypał. Stado mijało nas zwolna. Gęsty tupot racic, to wzmagał się, w jednym punkcie podnosząc nową zbitą chmurę piasku, to znów słabnął, powściągnięty biczem i krzykiem pastucha. Wielkie, prawie białe słońce tkwiło na samym zenicie. Jak okiem zajrzeć ani jednej chmurki, ani jednego najulotniejszego obłoczka. Nagle, wskróś żrącego oczy pyłu, zdawało mi się, że taż przed racicami wołów, w samym środku rynku, dostrzegam drobną postać ludzką, przy ziemi skuloną. Krzyknęłam, ale głos mój zginął zapewne w głuchym tupocie pędzonego stada, gdyż drobna postać pozostała całkiem nieruchomą. W najwyższym niepokoju patrzyłam w zbitą masę szerokich siwych grzbietów, poruszających się ciężko i leniwie. Każdy łeb ku ziemi spuszczony zdawał się godzić w tę bezbronną ludzką istotę; każda podniesiona racica zdawała się w nią uderzać. Byłam pewna, że kiedy się ta masa przewali, ujrzę jakiś widok okropny, jakieś członki porozrywane, jakieś stratowane i drgające ciało. Serce truchlało we mnie.
Tymczasem woły kroczyły równo, zwolna. Nie znać było aby się zatrzymywały, lub omijały jaką przeszkodę. Kiedy się nareszcie wparło to wszystko w wązką szyję bocznej uliczki, a kurzawa opadła nieco, ujrzałam znów tęż samą drobną postać na tem samem miejscu, tak samo jak wpierw przy ziemi skuloną. Wtedy podbiegłam z największem zdziwieniem i zobaczyłam siedzącą w kuczki na rozpalonym bruku młodą jeszcze kobietę, której plecy oparte były o złamane i porzucone tutaj półwozie, a głowa wzniesiona wprost w słońce. Z głowy tej opadła na kark ciężka, gruba chustka, odsłaniając ciemne, gładko przyczesane włosy, czoło bardzo żółte, na skroniach silnie zaklęsłe i twarz wychudłą, znędzniałą, spaloną na skwarach jak węgiel; z poza wązkich, spieczonych i poczerniałych warg błyszczały olśniewająco białe, rzadkie zęby, a oczy ocienione długą, mocno odwiniętą rzęsą, patrzyły z osłupieniem w samo jądro słońca. Prawdopodobnie patrzyły w nie tak samo i wtedy, kiedy ją ogarnęło owo stado wołów. Szeroko otwarte, nieruchome siwe źrenice, zdawały się same topnieć jak srebro w ogniu tego słońca. Siedziała tak w pełnem świetle, objąwszy splecionemi rękami podniesione ku piersiom kolana, w baranim kożuchu, długich butach i grubej wełnianej spódnicy. Patrzyłam na nią z najwyższem zdziwieniem. Odzież ta i na mróz trzaskający wystarczyćby mogła. Głębiej nieco, pod półwoziem leżał pies rozciągnięty i zapadłymi bokami ziający; lecz widać wytrzymać nie mógł tego skwaru, gdyż podniósł się, przeciągnął i powlókł na lewą połać rynku, gdzie widać było cały szereg żydowskich kramnic, których drzwi, na głucho zaparte, przypominały, że to dzień szabasu. Kramnicom tym dodawały nieco zachrony starożytne, wsparte na drewnianych słupach podcienia, przez których przezrocza, z gruba cięte w poczerniałych okapach, siały się złagodzone blaski. Gorąco jednak było tutaj tak wielkie, że roztopione żywice wystąpiły wzdłuż smolnych słupów i belek.
Pies też, który szukał ochłody, powęszył tylko i zawróciwszy, pobiegł w przeciwną stronę rynku, gdzie nowsze budowania mieszczan garnęły się do murowanego ratusza. Odbite od białych tynków słońce, oślepiało tu niemal, a rozgrzane powietrze migotało na tej bieli tak silnie, że oczy zachodziły łzami. Ani drzewiny, ani kamienia nawet, któryby rzucał choć najmniejszy cień na rozpalone bruki. Pies przebiegł wzdłuż tej połaci, daremnie legowiska szukając, i pod półwozie powróciwszy, rzucił się o ziemię z głośnem stęknięciem.
Przez cały ten czas siedząca na ziemi kobieta nie poruszyła się, nie zwróciła głowy. Całą twarzą w ten biały blask podana, z dziką jakąś natarczywością patrzyła w słońce szeroko otwartą źrenicą.
Przystąpiłam bardzo blizko; ale zdawała się nie widzieć mnie wcale; przemówiłam, — nie odpowiedziała. Poruszyłam ją tedy za ramię. Wstrzęsła się i spojrzała na mnie mętnym wzrokiem.
— Co wy? — zapytałam — febrę macie, czy co, że na takiem słońcu siedzicie?
Nic nie odrzekła i znów oczy zwróciła na słońce.
Po chwili usta jej się poruszyły półgłośnym szeptem.
— A to ziąb!... Takiego ziąbu najstarsi ludzie nie pamiętają... Takiego ziąbu to choćby na skraj świata zaszedł i na lodową górę choćby zaszedł... to też nie najdzie. Jezu miłosierny, zmiłuj się nad nami! Ino się świat skrzy... a ta para to ci się w czary obraca, nim od ciebie odleci... O!... Jaki to huk okrutny w boru! Antek! A słyszysz? To te sośnie tak pękają od wielkiego mrozu... Hu! Hu! Hu!... Ino ten wicher po golaźniach hula... Ino te wilki po łozinach wyją... Hu! Hu! Hu!...
Odjęła ręce od kolan, zaczęła je rozcierać i jedną o drugą bić.
Patrzyłam na nią z najżywszem zajęciem. Po chwili znów mówić zaczęła.
— A pluńże w garść, Antek, a chwyćże się żywo siekiery... Jak żyd siągi ustawi, to i o trzy mile zarobku nie uświadczysz, a tu chleba trza dla tego dzieciszczka...
— Magosię frybra trzęsie... Ostawiłbyś jej ociec, nowy kożuch, abo co... toć się i tak przy robocie zagrzejesz... Hu!... zimno!... Hu!...
Ścisnęła ramiona i zaczęła szczękać zębami. Naraz puściła z rąk kolana, jakby się podnieść chciała.
— Wstawaj Antek, — przemówiła zmienionym, ostrym głosem. — Wstawaj! Nie ligaj w boru, bo cię tam mróz na nic przeweźmie... Wstawaj Antek! A dyć ci przez to stare kożuszysko ino ten wiatr furkocze. O czczym duchu chłopisko... Dalej! wstawaj!...
Porwała się na nogi.
— O la Boga! — krzyknęła — O la Boga reta. A kładźcież go wedle komina... Lekuśko... Lekuśko... A dyć go trzymajta!... Jezu Marya!... Ani w nim duchu!
Załamała ręce nad głową.
— Bodajże ciebie, sosno, piorun spalił, zanim mój Antek pod tobą się układł... A bodaj ciebie próchno stoczyło... A bodajś wisielca na wietrze kołysała... A bodaj ciebie, ty śnieżyco, w piekle topili!... A bodaj ciebie święta ziemia nie przyjęła!... A bodaj ciebie ty, mrozie, Jezus miłosierny utłumił. A bodajżeś ty sam się, jak gadzina użądlił!... A cóż ja tera z tem dzieciszczkiem pocznę?... A gdzież ja się z niem obrócę?...
Załamała ręce i zaczęła żałośnie szlochać. Ale to była jedna krótka chwila.
— A dajno głownię, Magoś! — rzekła posępnie — trza tatusia zagrzać... Tu, na izbie ognia zrobić trza, tu na słomie... A dajże drugą... Czego krzyczysz głupia?... To ty nie wiesz, że jak mróz na świecie je, to trza w chałupie palić?... A grzejże się nieboże, kiej ci powiadam... A pójdźże bliżej! A patrz ino jak to tatusiowi ciepło, aż na nim sukmana gore...
Zamilkła i przez chwilę patrzyła przed siebie. Wtem porwała się za głowę, ręce wszczepiła we włosy.
— Gore! Gore!... — wrzasnęła nieludzkim głosem. — Ratujta!... kto w Boga wierzy, ratujta! Magoś! Magoś!
Padła twarzą na ziemię i nagle zamilkła. Można było myśleć, że jej serce pękło. Pies z pod półwozia zawył i rzucił się do niej.
Schyliłam się przerażona, chciałam ją podnieść. W tej chwili przechodził woźny z magistratu, a widząc leżącą, ścisnął ramionami i rzekł:
— At, co tam pani będzie się fatygowała nad taką fiksatką... Tać ona trzy lata temu własną chałupę spaliła i dziecko w niej, że to jej chłop w boru umarznął na śmierć... No, i jak amen w pacierzu poszłaby do chwestunku, tylko że ma rozum głupi.
Puknął się w czoło i ramionami wzruszył.
— Gdzie to na taki upał w kożuszysko się ubrać i na słońcu grzać... A i psisko też zfiksowane być musi, bo insze toby dawno w świat poszło za lepszą strawą...


W DOLINIE SKAWY.
Jeszcze się kwietniowe słońce mało co nad świerki blizkiego lasu podniosło było, kiedy od Bud żywieckich rozległ się śpiew męskich i kobiecych głosów. Zdyszany był nieco i rwący się w sobie, jakby ludzie śpiewając, szli, a idąc, przyśpieszali kroku.

Jest coś głęboko przejmującego w takim śpiewie z ust niewidzialnych, nad ziemią płynącym. Ptak, wiatr, strumień zwijają wtedy skrzydła i przestają dla twych uszu lecieć, szumieć, brzęczeć. Drzewa stają nieruchome, milczące, a trawy drżą tak, że widzisz brylantowe migotanie rosy. Słuchasz i śni ci się baśń stara o pieśni owej, co sama po ziemi chodzi, oczy ślepe ma i wyciągnione przed siebie ręce. Tak stara jest jak świat, tak biedna, jak bezchlebne kłosy, ale gdyby jej nie było, żadna mogiła nie porosłaby zielem, a na ołtarzu gasłyby paschalne świece. Bosa chodzi, jednę tylko lnianą koszulę na sobie ma, nie zatrzymuje się nigdzie, nie łaknie ni snu ni wody, pragnąca nie jest. Na kogo się natknie, ten za nią iść musi, i tak jak ona śpiewać, ślepym być i wyciągnięte ręce mieć w powietrze ciche i w wichry jęczące. A choćby król był, boso musi iść, iżby się zblizka ziemi tknął, czy to w kwiat, czy w ciernie ugodzi, inaczejby się w kamień obrócił, którym szatan co rok grób Chrystusów przywala, iżby zmartwychwstania na świecie było. Ale zmartwychwstanie jest na świecie, bo takich, co za pieśnią boso po ziemi chodzą, nigdy nie zabraknie.
Przy końcu świata odślepnie pieśń i obaczy drogi, jakiemi chodziła, bo gwiazdy w nie padają, kiedy z nieba lecą; ale teraz nie wie, która droga jest i gdzie wiodąca. Lada pacholę wodzićby ją mogło, gdyby nie to, że ręce wysoko nad ludzkiemi myślami podniesione trzyma.
Śpiew coraz wyraźniejszym się stawał. Prosta, surowa niemal, na kilku nizkich nutach trzymana melodya, miała w sobie jakąś pierwotną, liturgiczną powagę i siłę. Z pagórów szła, w dolinę Skawy biegła, wypełniając sobą coraz szersze kręgi wielkiej, rannej ciszy.
Myślałam zrazu, że to pątnicy, którzy się tu często po drogach snują, pielgrzymując do Zebrzydowskiej Kalwaryi. Ale nie byli to pątnicy.
Na wyrębie, w pół wysokości stromego dosyć zbocza, ukazał się niewielki wóz, zaprzężony w jednego konia. Przy koniu szedł człowiek z odkrytą głową, za wozem gromadka mężczyzn i kobiet. Mężczyźni mieli krótkie, czarne spencery, kobiety płachty lniane, grubym węzłem u szyi związane. Szli wszyscy krokiem sporym, wymijając sterczące na wyrębie pnie drzewne i gęste krzaki jałowcu. Na stromych kamienistych spadkach mężczyźni przytrzymywali trzęsący się wóz, z obu stron podpierając ramieniem półdrabki. Wóz był głęboko wysłany ciemną zielenią świerkowych gałęzi, nad któremi srebrzyło się coś i złociło w słońcu. Kiedy się zbliżył nieco, zobaczyłam siwą trzęsącą się z nim razem głowę ludzką i świeżo zbitą ze smolnych tarcic trumnę. Pogrzeb to był z gór idący do odległego cmentarza.
Na trumnie czerniał krzyż smołą zrobiony, głowa zaś należała do skulonego w półkożuszku na rozworze dziada, który się w zieleń świerkową tak wszył, że go mało co widać było, i tylko włosy jego długie, prawie białe, lekkim poruszane wiatrem, srebrzyły się zdala w porannem słonku, niby skrzydła gołębie nad trumną bijące. Dostawszy się na gościniec z wyrębu, wóz potoczył się wolniej, a kiedym się złączyła z gromadką, pieśń na ostatniej spadzistości przerwana, zabrzmiała znowu prosta i surowa:

...Ciężko ci jest na świat iść, ciężko i odchodzić,

Miałby człowiek wolę chcieć, chciałby się nie rodzić.
Chciałby minąć wojnę tę, co się żywot mieni,
Chciałby sobie cicho spać u matuchny ziemi.
Pątowałem[2] po drogach, pątowałem w smutku;
Wiela było starości[3], a nie wiela skutku,
Teraz idę w wieczny mir, na ciche pokoje,

Teraz mi się naczną już miłe wczasy moje.

Nuta rwała się trochę, bo ludzie zmęczeni; dziad tylko podniosłszy na modre, świetliste powietrze czerwone oczy swoje, szeroko patrzał w niebo i śpiewał donośnie, też rozpoczął nową strofę suchym, cmentarnym głosem:

...Naciągałem się pługa, naciągałem brony.

Był ten zagon ciężkiemi potami zroszony;
Terazże mi nie trza już orać, ani siewać,

Teraz mi się wiecznego spocznienia nadziewać[4].
Miałem ja tu frasunki, miałem ja ciężkości,

Nie było mi uciechy, nie było sytości.
Teraz idę do ziemi, do matuchny mojej.

Już się moja duszyczka niczego nie boi.

Wóz toczył się zwolna, a w miarę, jak się toczył, ustawało po drobnych spłachetkach ornej ziemi pokrzykiwanie na woły ciągnące pługi, mężczyźni odkrywali głowy, kobiety prostowały grzbiety zgięte nad rozbijaną motykami darnią i stały przez chwilę z ręką nastawioną u czoła od słońca bijącego teraz w same oczy.
Dziad zaczynał nową strofę:

...Straszyły mnie powodzie, straszyły mnie mory,

Zaglądały choroście do mojej komory.
Teraz będę cicho spać od zorzy do zorzy,
Teraz się już serce me niczem nie utrwoży.
Uganiałem ja grosza, uganiałem pola,
Teraz mnie już odeszła od dobytku wola.
Teraz mi już wszystko dość i zawiele nawet,

Świat nie stoi mi za grosz, ni za jeden lament.

Nie pamiętam, żebym kiedy oddychała poczuciem takiej szczerej, takiej zupełnej swobody wypowiedzenia głośno własnych moich uczuć, jak przy śpiewaniu pieśni tej, której słowa chwytałam, idąc za tą chłopską trumną; nie pamiętam, żebym kiedy z taką zupełną jasnością czuła wspólność nędzy życia we wszystkich jego stanach i na wszystkich szczeblach. Jakaś wielka prawda, a zarazem wielka rezygnacya wstępowała we mnie z dziwną prostotą i siłą. Było to oświetlenie życia z takiej jego strony, z jakiej aż dotąd cień na nie stale padał od własnej istoty mojej, niespokojnej, nieukojonej, czczych pożądań pełnej.
Szeroka, roztrącana pieśnią cisza ulatywała przed nami, jak ptak spłoszony. Cały ten krąg powietrzny, wiosennym błękitem nabrany, od surowej zroszonej, świeżo pługiem odwróconej ziemi, aż po zenit słoneczny, wypełniony był głosem człowieka.
Była to antyteza Taboru, szczytów Synai i gorejącego krzaka Mojżesza. Przykazy i zakazy, wydały już owoce swoje, albo zjałowiały. Przebrzmiał ich głos grobowy, regulujący sprężyny życia, często aż do ich złamania. Teraz była cisza. Teraz człowiek miał coś do powiedzenia Bogu i niebiosom. Nie mówił wiele. Nie skarżył się, nie jęczał, nie błagał nawet o litość i miłosierdzie. Zmęczony był. Drogę swoją przeszedł, bój przebojował, chciał spocząć.
Życie wspominał bez żalu, bez goryczy, spokojnie, znać, że brzemię to niósł pełnią sił swoich człowieczych, raz źle, raz dobrze, ale teraz z jakimś pośpiechem, z jakiemś utęsknieniem do ziemi wraca, i za to, że był, jednej tylko rzeczy żąda: nie być.
Tymczasem śpiew rósł, olbrzymiał, bo idący do miasteczka ludzie równali się z naszą gromadką i śpiewali razem. Szczególniej przejmującemi były głosy pacholęce chłopiąt i nieletnich dziewczątek. Wiele wyrazów w ich ustach wyglądało jak zrzeczenie się życia na na samym jego progu. W ustach ludzi dojrzałych robiła pieśń ta wrażenie wielkiej powszechnej spowiedzi.

...Nagrzeszyłem ja tu dość z cielesnej krewkości,

Dusza we mnie gorzała od wielkiej radości[5].
Teraz idę w wieczny mir, do Pana Jezusa,
Teraz mnie już nie pojma nijaka pokusa.
Miałem ja tu rodzice, miałem żonę, dziatki;
Teraz idę w ciemny grób, jak do ojca, matki.
Teraz vale dziateczkom i krewieństwu dawam,

Miłem sercem żegnam was, a sam się ostawam...

Wóz się trząsł na wybojach świeżo zasypanych gruzem, a z wozem trząsł się głos skurczonego na wozie dziada, trzęsła się głowa jego siwa, trzęsło się i to „vale,“ jakby ostatniem echem pożegnania drżące.
Co mnie dziwiło, to, że nie dosłyszałam w pogrzebowej gromadce ni jednego kobiecego szlochu.
— Nie miał to nieboszczyk rodziny? — spytałam zcicha idącej obok mnie kobiety.
— A hań matka! — odrzekła, wskazując głową na wóz, przy którym, półdrabków się trzymając chudą, zczerniałą ręką, szła sporym krokiem przygarbiona, okryta lnianą płachtą baba.
Natychmiast zaczęłam głos jej wyróżniać wśród innych. Cieńki był, przenikliwie dźwięczący dusznością jakąś, czy zmęczeniem rwany. Dotrzymywał jednak innym, a szczególnej żałości zgoła znać w nim nie było.

...Nie starajcie się światła, nie starajcie dzwonów,

Nie trzeba mi parady, nie trzeba pokłonów,
Bom ci proch a glina jest, do ziemi się wracam,

A w co byłem z naczątku[6], znowu się obracam.

— A na wozie hań — widzą? To nieboszczyka przeddziad... Nie gwałtem już mocny w nogach, to go wiozą... — dorzuciła kobieta, korzystając z ciszy, jaka po każdej prześpiewanej strofie nastawała, a wśród której tylko tupot nóg po gościńcu i toczenie się wozu słychać było.
W tej chwili dziad podniósł głowę i silnym, raźnym odezwał się głosem:

Winszowana dobra śmierć i letkie skonanie,

Winszowany cichy grób, co mi się dostanie,
Terazże się powróćcie, kędy wasza droga,

A ja będę cicho spał, na łonie u Boga...

Prześpiewał, zgarbił się, skłonił głowę, i po ramiona zatonął w świerkowej zieleni. Idącej przy wozie matce głos złamał się nieco w tej ostatniej strofie. Wytrwała jednak, i trzymając się półdrabka, szła żwawo obok trzęsącej się synowskiej trumny.
Śpiew ucichał zwolna.
Jak urzeczona szłam za jego echem.
Przykuwała mnie piękność prastarych form pieśni, przykuwała mnie mądrość jej i moc. Duch, który ją wysnuł z siebie, musiał być duchem prawdziwego filozofa; albo raczej prawdziwa filozofia życia sama sobie znalazła tu wyraz i wcielenie.
Nicość życia, nicość trudów i zabiegów jego, siewy, które nie wschodzą i nie zakwitają, kwiaty, które nie dają owoców, owoce, które trują tych, co je hodowali, znikomość wszystkich nadziei, oraz wszystkich zwątpień, wszystkich radości i wszystkich boleści, cały ten świat, który „nie stoi za grosz, ni za jeden lament,“ jakie to szczere, a jakie prawdziwe !
Grzech, wina, pozostawione na zewnątrz człowieka, grzech, w który wepchnięty jesteś, jak żołnierz w wir bojowiska, wina po której idzie łaknienie „wiecznego miru,“ łaknienie wypocznienia od samego siebie, od własnej słabości, jaka w tem prawda, a jaka głębia smutku!...
Trumna dygotała na wozie coraz silniej; dziad oburącz chwycił się półdrabków; weszliśmy na kamienistą groblę.
Chłód powiał od mokrych łąk i stawów. Jakieś niewidzialne usta rozwiewały mi włosy na czole, a szeroka cisza pełna była ich tajemniczego szeptu.
...Przygodne tu wszystko i jednochwilowe, a przecież konieczne i nieuniknione. Koniecznym jest ból, konieczną jest miłość, koniecznemi łzy i uśmiechy. Konieczną także jest tego wszystkiego nicość.
...Miałem tu rodzice, miałem żonę, dziatki. Tu... w krainie przemian, zwiędnień i przekwitów serca. Miałem. Było to może snem szczęścia, może snem cierpień; ale teraz zbudziła mnie ze snu tego śmierć. Teraz już zimną pierś mam i nie czuję ani ran z ukochanej ręki, ani jej pieszczoty. Teraz mi dobrze, spokojnie. Jak spokojnie! Nie drżę z rozkoszy, lecz nie drżę i z bólu. Cichy jestem. Jestem, czem byłem — nicością. Do grobu idę, idę, do ziemi, rodzicielki prochu i człowieka. Do ziemi, która była matką matki mojej, i matką ojca mego, i do której pójdą syny moje i dzieci synów moich. Rozwiązały się pęta moje, i te, co łańcuchem mi były, i te, które były róż wieńcem. Wolno mi już nie kochać, nie czuć trwogi, gniewu, pogardy, zazdrości. Wolno mi nie być niewolnikiem miłości ani nienawiści; wolno mi nie dręczyć siebie i innych.
...Miłem sercem żegnam was... sercem uleczonem — z życia. Ognisko wzruszeń wygaszone, źródło porywów wyschłe, rozlatane jaskółki myśli moich powróciły do gniazda swego, do wystygłego mózgu mej czaszki.
...Opadły ramiona moje wyciągnięte do uścisków bratnich, rozprostowały się dłonie, które zaciskałem około tego, co było tą, jak ja — nicością; stopy moje wypoczywają z dróg pilnych, o których nie wiedziałem, że do grobu wiodą.
...Bezbronny jestem, nie łaknący ani sądu, ani pomsty, ani sprawiedliwości. Pomiędzy niebem a ziemią rozwiany jestem, jako tchnienie wiatru i mniej jeszcze. Bo i wiatru tchnienie zakołysze stepem, gdy nań uderzy ze wschodu lub zachodu, ale dech życia mego nie poruszył ani jednej trawki, a większa jest nicość moja, niż ślad prochu, który po nim zostaje. Gdy słońce jutrzejsze szukać mnie będzie — nie znajdzie; a księżyc nie obaczy, iż byłem, a już nie jestem. Starta jest istność moja i wymieciona droga po mnie aż do źdźbła trumiennej słomy. Byłem, a jakbym nie był.
...Troskałem się „około wiela,“ aleć jednego tylko było mi potrzeba — grobu. Ten ci jest dom wieczny i podścielisko pokoleń, które przeminęły i które przyjść mają.
...Acz lepszem byłoby, iżby nie przychodziły, bo to „co się żywot mieni, męka, i wojna jest.“
...Ale przyjdą i przeminą. O śmierci, ty jesteś życiem świata.
...Ale i śmierć zaś rozwiązaną będzie, a gdy jej usta nie znajdą w prochu ani jednej iskry do zdmuchnięcia — wtedy nastanie mir i wieczna cisza...
Nagle stuknęło coś. To koła wozu zaczepiły o cmentarne wrota.


NA DRODZE.
OBRAZEK GRECKI.
Tymon Ateńczyk w podróży do Syrakuz spotkał rosłego, boskich niemal kształtów męża, który niosąc niewielki, prawie pusty mieszek, aż do ziemi się uginał pod jego ciężarem. Widok był dziwny i śmieszny.

— Co tak dźwigasz, Herkulesie? — zapytał Tymon drwiąco.
Mąż stanął, wierzchem potężnej dłoni otarł pot z czoła i z trudem oddech chwytając, rzekł:
— Rzecz ciężką z najcięższych.
— Czy tak ? — roześmiał się Tymon. W takim razie, będzie to pewno wymowa Klitjasza.
A był Klitjasz z zająkliwości i niewprawy w mowie w Atenach całych znany.
— Mylisz się — rzekł mąż. — Jego wymowa to piórko, któreby nie zaciężyło w dzióbie wróbla, lecącego słać gniazdko pod twoją strzechą.
— Ho! ho!... — śmiał się Tymon — nie jesteś snać tutejszy, na Agorze nie bywasz! Lecz jeśli twój mieszek tak jest ciężki, musisz w nim chyba dźwigać pychę Trazykula?
— I to nie — odrzekł Syrakuzanin, z trudnością się prostując. — Trazykul razem z pychą swoją pęcherzem jest, którybym na końcu małego palca podjął się trzy razy trzykroć dokoła Helikonu obnieść, gdyby nie to, że piżmem trąci i musiałbym po nim w siedmiu wodach umywać ręce.
— Ha! ha! ha! — śmiał się Tymon. — Oratorem widzę jesteś. Lecz jeśli to nie pycha Trazykula, będzie to chyba cnota waszych Syrakuzanek, o których słyszę, iż mają tak wielkie zęby, że im je mąż przed pierwszym pocałunkiem pięścią wybijać musi.
— Nieroztropnie czyni — rzekł wędrowiec. — Albowiem zęby ich nie są większe, niż tego przyzwoita potrzeba wymaga, aby język ich utrzymać na właściwem miejscu. Co się zaś cnoty ich tyczy, to widziałem w Syrakuzach grające nią na ulicy niedorostki przyznać muszę, iż był to jeden z najlepszych dysków, jakie kiedykolwiek Grek gibką ręką ciskał.
Tymon się śmiał.
— Ach! ty jadowity olbrzymie! — mówił wesoło.
A potem nagle spoważniawszy, rzekł:
— Więc może są to rządy waszego tyrana, wielkiego Dyonizyusza?
— I tym razem, przyjacielu — odparł Syrakuzanin — jesteś w błędzie. Gdyby rządy tak ciężkie jak mój mieszek były, wierzaj mi, jutro przestałyby być rządami a wielki Dyonizyusz Dyonizyuszem. Demos ma w karku jedną taką chrząstkę, której sobie dotknąć nie pozwoli. Na tej chrząstce nie tacy jak ja i ty połamali zęby.
— Zaciekawiasz mnie! — rzekł Tymon przystępując bliżej. — Wiem że teraz po rynkach filozofy chodzą, siejąc mądrość swoją, aby na kamieniach rosła. Brodacz taki jeden mówił niedawno w Atenach, że najcięższą rzeczą w Grecyi są łzy Helotów. Może to te łzy, bracie, w mieszku swoim niesiesz? Toby się nadawało do zamysłów moich...
— To co ja dźwigam — odrzekł mąż — jest cięższe jeszcze niż łzy Helotów.
— Cóż to więc jest, na Zeusa! — krzyknął Tymon, a oczy jego zabłysły.
— Śmiech Helotów, zebrany na rynku w Syrakuzach — rzekł mąż. I poszedł dalej, krocząc znojnie, schylony pod swoim ciężarem.


DZIADY.

— A wy, Mikołajko, nie pójdziecie to dziś na zaduszki? — zapytałam stając w progu ogrodniczej izby, do połowy zawalonej świeżo wyciętą kapustą.

W izbie szarzał już po kątach wczesny mrok listopadowy, surowa woń jarzyń i ogrodowizny napełniała jej wnętrze. Pod zatkanem słomą okienkiem siedziała na nizkim zydlu „stara,“ jak ją zwykle zwano we dworze, w przepasanym grubą płachtą tołubku, z szeroko wyłożonym na ramiona kołnierzem zajęczym, obierając wielkie, przemarzłe nieco kapuściane głowy. Ręce jej, zgrzybiałe z zimna, trzęsły się przy tej pracy, żelazny wązki nożyk skrzypiał w soczystych głąbiach, a głowy padały z głuchym łoskotem na coraz rosnącą kupę.
Biała królica przysiadła na nogach „starej,“ grzejąc je swym puchem i ogryzając lecące z pod nożyka liście; kilkoro młodych goniło się z piskiem i tupotem po ubitej z gliny podłodze.
Smyrgnęły, gdym weszła, pod przycieś, a „stara“ podniosła głowę i wypatrzyła się na mnie zblakłemi oczyma.
— Nie pójdziecie to dziś na zaduszki? — powtórzyłam głośniej, wiedząc, że Mikołajka niedosłyszy nieco.
Rzuciła ramionami.
— A mnie co po zaduszkach? — rzekła. — Będzie tam i beze mnie gawronów dość...
— No, przecież pacierz zmówić, popatrzeć...
— Iii... Paciorek święty to ja i tu sobie, nie wymawiając Panu Jezusowi, odmówię; a patrzeć, na co ja ta będę? Jak się baby popiją, albo i chłopy?
Uderzyła energicznie nożykiem po głąbie, kilka liści opadło jej z kolan. Naraz westchnęła.
— Oj, widziałam ja, pani moja, zaduszki nie takie! — przemówiła po chwili. — Ale to nie tu, nie tu! Tam się to ono nawet inaczej nazywa. „Dady“ tam się nazywa, nie zaduszki. Już takie ludzie tam żyją, co wszystko inaczej nazywają.
Przysiadłam się do starej.
— I gdzie to Mikołajka te „Dady“ widziała?
— Ono to, proszę łaski pani, jest Wołynie takie, a tam wieś taka Kanonicze, niby taki kraj, na podób naszego; ale że nie ze wszystkiem... To my na owo Wołynie z nieboszczką panią z Zielonek, świeć Panie nad jej duszą, wyciągli, to się tam człowiek różnych rzeczy napatrzył! Bo to i naród inszy jest i obrządzenie takoż wszelkie takoż insze...
Na cmentarzu, na ten przykład, to nie tak, jak u nas, co to krzyż jeden duży na wpośrodku, a już te mogiłki wedle niego, jak mogą tak się tulą. Tam krzyż przy krzyzie sterczy, jakoby las jaki, co go śmierć z liścia otrzęsła i z zieloności wszelakiej; a wysokie to wszystkie jeden w jeden, z sośnic takich wyrobione, że to ha, jako, że lasów tam dostatek i o drzewa niema skrętu. To drugi krzyż stoi, stoi, aż i zgnije, i obalićby się rad, a niema jak i którędy; to się ino na ramieniach tych inszych zeprze i tak trwa... A na każdym krzyzie, proszę łaski pani, przewiązana płócienna zapaska, ot, fartuch taki, czasem długi, jak zwyczajnie dla niewiasty, a czasem, jakby dzieciński, taki krócieńki... Ot, jak się tam kto przepomódz może ze swoją biedą. Ale że na każdym wyszyty w rogu albo na wpośrodku krzyzik, albo i dwa i trzy krzyziki czerwoną wełną, jako że to niby ochfiara jest za tego nieboszczyka, co tam leży. To jak się czasem wiater pod noc porwie, a temi krzyziami skrzypieć zacznie, a zapaskami łomotać, to taki świst, taki jęk, taki lament, że aż psi wyją. To nie daj Boże iść człowiekowi w poblizkości, taki strach. A w cichość jak miesiąc zejdzie, to tak one płótna bieleją jak żywe... Właśnie jakby te duszyczki z pod ziemi wynikły i w giezłeczkach śmiertelnych, po onych mogiłkach, swoich stały... Ot, nie trza pod wieczór wspominać...
Przeżegnała się stara nożykiem w ręku trzymanym, szepcąc wieczny odpoczynek.
Po chwili tak mówiła dalej:
— Ale że choć i mogiły, to tam sobie naród inaczej funduje. Tu sobie mogiłka zwyczajna z piasku sypana, zarośnie darnią, to i dobrze, a nie zarośnie, to się w ziemię wdepce i do cna rozsypie... A tam, pani moja, to sobie mały duży „przykładziny“ funduje.
— Cóż to za „przykładziny“ ?
— Ano, to taki, proszę łaski pani kloc sosnowy, albo i dębowy, siekierą z gruba ociosany po wierzchu, jakoby to wieko trumienne, mający u góry gałąź jedną ostawioną i przyciętą w głowach nieboszczyka na maluśki krzyzik, co z onej przykładziny samorodnie wynika, jakoby rosnął. To jak na on cmentarz człowiek zajdzie, a po onych przykładzinach pojrzy, to właśnie jakoby ziemia się otworzyła i trumny na wierzch wyszły a umarli wstawać mieli... A jeszcze z pod onej przykładziny sterczy wiechetek ze żytniej słomy, co nim trumnę pokropują święconą wodą... To z jednej strony kłosy sterczą, a z drugiej słoma, a w pośrodku przykopane ziemią, a nad wiechetkiem gałąź od onego kropidełka. Drugi raz, jak gałąź wierzbowa je, a mokry czas przyjdzie, to i basiorów dostanie jak żywa, i liść puści, właśnie jako ta rożczka Aronowa, co to o niej w godzinkach stoi, że się stała kwitnąca i owoc rodząca...
Spuściła głowę i zaszeptała z cicha: „Zdrowaś Panno Maryo.“ Mrok po kątach coraz gęstniał, króliki poszły spać w jamę, ręce starej opadły. Chwilę trwała cisza.
— No, dobrze, moja Mikołajko, ale te „Dziady“? — zapytałam, gdy skończyła szeptać zdrowaśkę.
— A cóż Dziady, jak Dziady... Nie daj Boże takich Dziadów nikomu!
— I jakże to było? — nalegałam, widząc, że stara w zadumę zapada.
— A to, proszę łaski pani, tak było, że jak my tam z nieboszczką panią do owej Kanonicze wyciągli, to tam przy dworze było chłopczysko, niby do pasenia. Niedoletnie to jeszcze było, ze szesnaście lat może, chude, delikatne, bladawe, że to nie z chłopskiego stanu szło, tylko z takich mazurów, co tam koloniami z dziada pradziada siedzą, i do szlachty się piszą i wszelaki oporządek inszy, niż ten prosty naród mają, czy to w imieniach, czy w ubierach swoich, czy w każdej najmniejszej rzeczy. Tak temu chłopakowi było Justyn, ale że na niego czeladź wołała po prostemu „Ustim.“
Z pół roku już ono chłopaczysko służyło przy dworze, kiedy mu matka, z onych mazurów szlachcianka od rodu, męża odbiegła i z dwojgiem dziatek małych do cygana, co w trzeciej wsi kowalował, mieszkać poszła. Gdzie ona ta tego cygana uznała, tego nie powiem, bo nie wiem; ale że okrutnie się w nim rozmiłowała, choć tam ludzie powiadali, że i nie było w czem, bo to cygan, jako cygan, czarny na gębie, a jeszcze, że był i dziobaty. Ano, jak się też to do nas doniosło, tak mego Ustima jakby z nóg ściął. To caluśki dzień, pani moja, w czeladni się nie pokazał ni na południe, ani na kolacyę, tylko jak bydło przygnał, tak się rznął o ziemię w oborze, kożuchem się z głową nakrył, musi płakał, bo się ono kożuszysko tylko na nim trzęsło, ale że głosu nic z siebie nie puścił, taką ambicyę miał. Dopiero na drugie południe jeść przyszedł. To aż mnie coś przenikło, jakem na niego spojrzała, taki na twarzy bledziuśki był, taki zmizerowany, a te oczy, to mu się tylko świeciły z podełba, choć ich ta wielce od miski nie podnosił. Ale co! A bo mu to dali spokojnie zjeść? Zara go ta obsiedli, zara prześmieszki, zara dogadywki, tak też rżnął łyżkę, zebrał się i poszedł. Wyleciałam za nim, wołam: Ustim! Ustim! Chciałam mu ta kawałek sera podetknąć na pocieszenie... Ale gdzie! Ani się obejrzał, tylko czapkę nacisnął, oczy pięścią zatkał i dalej do obory... I tak sumował, pani moja, więcej niż przez dwie niedziele; to wyschnął, jak ta drzazga, zczerniał, jak ta święta ziemia, a gadać to jakby zapomniał... Jednej niedzieli urwała się ona matka od swego cygana i przyleciała do syna. Jak ją najrzał zdaleka, tak wlaz na strych w słomę i siedzi. Chłopaki za nim: „Ustim! złaź do matki. Matka przyszła.“ On nic. „Cyganicha przyszła!“ — krzyknął któryś. On nic! Aż i ona matka do drabiny podeszła. Justyś! — woła — Justyś, synku! A zleź ino! Niech cię moje oczy uwidzą! On nic. Zapłakało sobie tedy ono kobiecisko, niech ją ta Bóg sądzi, położyło na szczebelku bułkę pszenną i parę jabłek dla syna, zabrało się i poszło.
Pod wieczór dopiero chłopak zlazł, bułkę i jabłka dzieciakom oddał, a sam, jak się nie puści gościńcem, jak się nie rzuci na drogę, co nią matka odeszła, jak nie zacznie tę świętą ziemię całować, jak nie ryknie: mamo! mamo!... to, pani moja, aż się wnętrzności przewracały w człowieku słuchający... A, no nic. Przeszedł znów tydzień, przeszedł drugi. Co ono chłopaczysko trochę porzeźwieje w sobie, to znów mu tam który oczy owym cyganem wykłuje, to znów mój Ustim nie je, nie pije, od ludzi ucieka, a po kątach płacze tak, że w tych łzach swoich umyćby się mógł. Oj, nie daj Boże takiego życia nikomu! A ona kowalicha równo musiała syna tego bardzo miłować, bo co i raz to do niego zabiegała, to mu płótniankę przyniosła, to nową koszulę, a to posilenie jakie...
Ale się z chłopakiem nigdy zobaczyć nie mogła, bo jak tylko zasłyszał, że matka, tak uciekał w ostatnie kąty, dziw, że się pod ziemię nie wkręcił. Dopieroż kiedy odeszła, to w pole jak zapomniały leciał i po swojemu wołał: „mamo! mamo!“ A jedzenia, co przyniosła, to nigdy nie tknął, ani tego obleczenia na siebie nie brał... Obdarł się, obłachmanił, a nie brał. A ta żorota, to go tak zjadła, zniszczyła, że chodził jak ten cień, sam sobie niepodobny, skóra tylko a kości. A te oczy, to mu się tak świeciły, jak to próchno leśne. To insze chłopaki idą w święto do kościoła, a potem do karczmy na tańce, albo w kręga grają, albo tam jakieniebądź przepowiadki gadają, a on nic. Ani jemu pacierz w głowie, ani kompanija, tylko się z tym swoim żalem, jak z wilkiem mocuje, od ludzi stroniący, nijakiego pocieszenia nie szukający. Przychodziła matka — źle; przestała przychodzić — jeszcze gorzej. Ten cierń kolący więcej w sobie miazgi ma, niżeli on ciała. Dziw mu te kości skóry nie przebiją. Mocowało się tak ono chłopaczysko w sobie, mocowało, aż też pod jesień jakoś wzięło się i utopiło, nie mogący zwyciężyć tej swojej żałości.
A no, dobyli go ta koniarki drągami z onej wody, zjechała komisyja, opisała co i jak — i dobrze. Z pięć dni to ta było tego rejwachu, aż go też i pochowali na rozstaju pod lasem, w nieświęconej ziemi, zwyczajnie, jak to takiego samozbójnika, co sam sobie śmierć robi. Ino, żem mu obrazik dała w ręce, żeby już tak całkiem bez Pana Jezusa z tego świata nie schodził, i w tę koszulę nową go oblekłam, co mu matka przyniosła i co jej za żywota nosić nie chciał. Ot, żal się Boże takiego pochowu! Mogiły mu też ta wielce nie fundowali, tylko wedle tamtego obyczaju siaki taki naręcze chrustu przyniósł i cisnął. A dzieci, chłopaki, to gałęzie ciągały suche, to badyle wszelakie, co kto mógł. A nieopodal stał krzyż choleryczny, zwyczajnie, jak na rozstaju, że tam mór kiedyś był i ludzie się od nagłej śmierci krzyżem warowali.
Przeżegnała się stara i znów szeptać pacierz zaczęła.
— A cóż matka?
— Matce, to my ta nijakiego orędzia nie dawali. Nie przychodziła, to i nie przychodziła. A co? Chora może, a może się już tak od onego nieboraka odbiła, że to do niej gadać nie chciał. A no, wyszło tak kilka niedziel, a ona Ustimowa mogiła jak rosła, tak rosła. Kto do lasu albo i z lasu szedł, to każdy bodaj gałązkę, bodaj szyszkę dorzucił. Taki już tam obrządek ludzie mają. Aż też przyszły Zaduszki, niby te ich „Dziady,“ co się w ten dzień po cmentarzach naród tam ten modli za ojców-rodzicieli, za dziadów, pradziadów...
Szli na one „Dziady“ pańscy ze dworu, poszłam i ja, bo to w takim dniu zawsze lepiej kupą się trzymać, broń Boże jakiego przestrachu.
A droga na cmentarz wypadała jak raz koło onego cholerycznego krzyża i onej Ustimowej mogiły. Dochodzim, patrzę, kopiec okrutny. Tak ludzie do niej. Powiadają, że Ustimową duszę oczyścić trzeba. A no, nie wiedziałam nic, jakie to czyszczenie. Chrustu naniesiono tyle, że to więcej, niż półstoże siana. A pod krzyżem na przydrożu dziad pacierz mówi głośno i krzesiwem o krzesiwko krzesze. Tak go zaraz ludzie obstąpili dokolusieńka, dzieciaków się też tam nabrało skądciś jak mrowia. A mnie zara coś tknęło. Tak pytam Neściora, co to będzie? Jeszczem przerzec nie zdążyła, a tu mi, pani moja, w oczach cości zaświeciło... Pojrzę ja, a tu z onego dziadowego krzesiwa padła iskierka jedna, potem druga, zatrzeszczały badyle, spełgły w górę, jakby kto pióro osmalił. Dziad znów ognia krzesze, a modli się głosem... Lecą iskry w chrust, jak te pszczoły złote, lecą, przelatują, chrustu się chwytają, a gdzie szczelinka jaka, tam się dobywa dym siny, gryzący... Trzeszczą gałęzie, tleją, zwijają się w sobie, jakoby gadziny, skwierczą szyszki, smolna żywica syczy, kapie... Aż jak nie buchnie naraz całe płomienisko, jak nie ogarnie onej mogiły, jak się nie zaczną iskry siać, trzeszczeć, pryskać, jak nie wywalą się dymy czarnym słupem, aż pod samo niebo...
To, pani moja, drugi raz i chałupa się pali, a takiej łuny, takiego ognia niema. Pojrzę ja na on krzyż — w czerwieni cały stoi, a te rany Chrystusowe, jakby żywe, a ten bok, jakby krwawiący... A ludzie też czapki pozdejmali, pacierz mówią. Tak mnie zaraz ogarnęła taka żałość, taka skrucha, żem na kolana padła, jakby mi kto nogi podciął, i bić się w piersi zaczęłam. Boże, bądź miłościw grzesznej duszy jego! Boże, bądź miłościw...
Wołam ja tak do tego Pana Jezusa, pani moja, kając się za duszę onego chudziątka, a tu wrzask: „Justyś! Justyś! Synku! Justyś!“ Patrzę ja, leci ona kowalicha nieboga, jakby ją wicher niósł, koszula na piersiach rozerwana, chustka z głowy spadła, ręce rozciągnięte... Na pożar leci wprost, na oną ognistą mogiłę synowską. Rozstąpili się ludzie, ten i ów szepce: „maty“ — że to niby matka, więc jej przystęp wolny. A ona jak nie krzyknie raz jeszcze: „Justyś! Justyś!“ — jak się nie zaniesie wielkim, nieludzkim rykiem, jak się nie rzuci w ono płomienisko... Pani moja, żem ja tam trupem, patrząc na to, nie padła, to cud boski! Runęła tak, jak ta kłoda, w sam środek ognia, w sam środek, jak ta powięź słomy... Zrobił się wrzask, krzyk; odciągnęli ją ta ludzie, zaczęli wodą z rowu lać, ale co... Głownia to już tylko była. Na twarzy, na rękach, na piersiach zczerniała, jak sadze. Już tam w niej nie stało ani tchu... Tylko to nogi bose, niedogorzałe, co niemi te swoje dróżki odprawowała do syna, z daleka się bieliły... A z pod onego mogilnego chrustu, z pod ostatniej warszty, kiedy go już dobrze przygrzało, wypełznął żmij, rozciągnął się, skurczył, znów się rozciągnął, podniósł łba i do boru poszedł... Tak zara ludzie powiadali, że to on grzech przeklęty...
Takie to ja, pani moja, „Dziady“ widziałam...
Podparła ręką stara zwiędłą swoją głowę i zaszeptała: Wieczny odpoczynek.


DYM.

Ile razy spojrzała w okno swej izdebki, tyle razy widzieć go mogla, jak z ogromnego komina fabryki walił sinym słupem. Nieraz nawet umyślnie odrywała od roboty stare swoje oczy, aby rzucić na niego choć jedno spojrzenie. W spojrzeniu tem była dziwna błogość i jakby pieszczota. Ludzie szli i przechodzili, śpiesząc w rożne strony, rzadko który spojrzał w gorę w kierunku komina, jeszcze rzadszy zauważył siną smugę dymu. Ale dla niej dym ten miał szczególne znaczenie, mówił do niej, rozumiała go, był w jej oczach niemal żywą istotą.

Kiedy o wczesnym brzasku na opalowem, mieniącem się barwami jutrzni tle nieba, dym rozkłębiał się nad kominem w krągłych, czarnych runach, roznosząc ostrą, gryzącą woń sadzy, wiedziała ona, że tam jej Marcyś w kotłowni przy palenisku stoi, ognie zanieca, miarkuje, rozkłada, wysoki, smukły, gibki, w granatowej płóciennej bluzie, spiętej skórzanym pasem, w lekkiej furażerce na jasnych włosach, z szeroko odwiniętym u szyi kołnierzem.
— Oho! — szeptała wtedy uśmiechając się — Marcyś „fasuje“...
Istotnie „fasował.“ Z gorliwością nowicyusza sypał na palenisko węgiel, kosz za koszem za siebie i za palacza pracując, dumny ze swojej świeżej godności kotłowego. A razem z tym wielkim, jasnym płomieniem wybuchały mu w duszy pieśni, któremi się kotłownia rozlegała od świtu do nocy.
Wkrótce jednak czarne kłębiska dymu bielały, rzadły, stawały się lżejsze, aż wskróś pogodnych błękitów wybiły w gorę lekkim, równym słupem.
Ten widok wlewał w serce wdowy radość i pogodę.
— Wszystko dobrze... — szeptała — wszystko dobrze, Bogu Najwyższemu dzięki!
I krzątała się po ubogiej izdebce, zaścielając łóżko swoje i synowski tapczan, zamiatając śmieci starą brzozową miotłą, i rozpalając na kominku drewka do południowego posiłku.
Wtedy to wprost wielkiego fabrycznego komina z wspaniałą kitą dymu, wznosiło się w błękity cienkie sinawe pasemko z ponad dachu facyatki, gdzie mieszkała wdowa; pasemko tak wątłe i nikłe, jak tchnienie starych piersi, co je wydobyły z ogniska.
Ale młody kotłowy zawsze to pasemko dostrzegał. A nietylko je dostrzegał, ale się do niego uśmiechał. Wiedział on dobrze, że tam u komina, stara jego matka w bieluchnym czepcu na głowie, w tołubku przepasanym różowym fartuchem, drobna, zawiędła, zgarbiona szykuje dla niego jakiś barszcz wyśmienity lub wyborny krupnik. Zdawało mu się nawet czasem, ze wyraźnie czuje smakowitą woń tych specyałów.
Z podwójnym tedy zapałem dorzucał na palenisko świeżą szuflę węgla i podczas kiedy palacz po głowie się drapał, on stojąc jedną nogą na podmurowaniu, zwinny i giętki, za dwóch nastarczał w robocie.
I tak naprzeciw sobie szły w niebo te dwa oddechy: fabryki i facyatki, niknąc w przejrzystych lazurach, może łącząc się w nich nawet.
Ku południowi dym fabryczny rzedniał nieco; olbrzymie płuca machin zwalniały swą pracę, wypuszczone pary przeszywały raz i drugi powietrze ostrym, przykrym świstem, a chłopak, jak uragan do izdebki wpadał.
— Mamo jeść! — wołał już od progu, a cisnąwszy furażerkę na stół, biegł do klatki z kosem wiszącej w okienku. Kos, jak tylko chłopaka obaczył, wydawał gwizd przeciągły do fabrycznej świstawki podobny, a potem zaczynał swoje zwykłe kuranty, których go wyuczył Marcyś. Chłopak stawał przed klatką, kładł ręce w kieszenie i gwizdał także. Aż się ściany trzęsły od gwizdania tego.
A matka rozpościerała tymczasem na stole piękną, żółtą serwetę w niebieskie jelenie wyrabianą i stawiała głęboką fajansową wazkę krupniku, barszczu z rurą, albo grochówki z wędzonką, albo też zacierek, jak tam wypadło. Obok wazki występował na stół chleb w dużym bochnie, główna tego posiłku podstawa.
Znikał on też prawie w połowie ledwo się chłopak przysunął do niego. Kawał za kawałem krajał, w miseczce z solą maczał, a precz dogadywał.
— Dobry chleb, mamo!
— Dobry, synku — odpowiadała za każdym razem wdowa. — Jedz z Bogiem, jedz! Na chwałę Panu Jezusowi i Matce jego Przenajświętszej...
Chłopak nie dawał się prosić, a razem z chlebem znikała i zawartość misy.
— Dobry barszcz, mamo — mówił wtedy.
Matka już od kilku chwil jadła coraz wolniej. Mieszała łyżką w talerzu, dmuchała w niego. Ale barszczu nie ubywało jakoś. Kiedy więc chłopak wymiótł co miał przed sobą i wąsiki runiejące wierzchem ręki otarł, pytała skwapliwie:
— A możebyś, synku, jeszcze... Mnie dziś coś nie bardzo jakoś...
Chciała mu dać poznać, że jej nie smakuje, ale bała się wyraźnem kłamstwem Boga obrazić, bo barszcz był doskonały.
— A no — mówił chłopak — kiedy mama nie je...
Podstawiała mu z pospiechem swój talerz, mówiąc:
— Jedz, dziecko, jedz! Na chwałę Panu Jezusowi...
Chłopak tedy znów się zabierał do łyżki po swojemu.
— Co mama chce od tego barszczu? — pytał. — To królewski barszcz!
— Byłby on, byłby, synku — odpowiadała, mrugając oczami — tylko że mi do niego bobkowego liścia przybrakło...
Zdarzało się, że nie dojadał.
Zlewała wtedy resztę w glinianą ryneczkę i stawiała w kominku, tak, aby syn nie spostrzegł tego.
Tą resztkę uważała już za wyłączną swoją własność i kiedy chłopak wyszedł, posilała się nią, ogryzając ostatki chleba.
Wszystko to odbywało się z niezmierną szybkością. Młody kotłowy chwilowo zastępowany tylko bywał w południe i śpieszyć musiał. Zaledwie zjadł, żegnał się szerokim znakiem krzyża, całował matkę w zapracowaną, wychudłą, rękę, chwytał furażerkę, a gwizdnąwszy na pożegnanie kosowi, zbiegał w trzech susach z facyatki na dół. Wdowa stawała wtedy w pośrodku izdebki z zebraną ze stołu serwetą w ręku i słuchała grzmiącego tupotu nóg synowskich z trwożnym i błogim zarazem uśmiechem.
— Święty Antoni! — mówiła, kręcąc głową — i z leceniem takiem! Nogi jeszcze połamie... schody porozbija...
I stała tak zasłuchana, dopóki nie huknęły na dole drzwi od sionki i nie przebrzmiało echo tej szalonej kanonady nóg młodych i silnych. Wtedy dopiero kończyła składać serwetę, zmywała statki, ogarniała ogień popiołem, a siadłszy u okna, łatała synowską odzież i bieliznę.
Jeśli to było lato, długo jeszcze, bardzo długo widzieć mogła dym walący z fabrycznego komina. Drugi raz, to się tak zapatrzyła w niego, że i robota wypadła jej z ręki...
Dziwne bo przybierał i kształty i barwy.
To jak żelazna gadzina wywijał się sam z własnych przegubów coraz dalej, coraz wyżej; to jak lekuchna zasłona w powietrzu wiał, siejąc przez siebie obłoczki różane; to jak z kadzielnicy prosto w górę szedł, wełniąc się miękko po skrajach; to jak olbrzymi pióropusz pod słonce złotem się palił, z komina, jak z hełmu, za wiatrem wiejąc; to się w jakieś postacie cudne wydłużał; w jakieś mary nieziemskie, w jakieś widzenia...
Czasem go wiatr wydymał, jak żagle wielkiego statku; czasem rozrywał niby kłęby pakuł, czasem pędził jak tuman czarniawy. A zadżdżyło się na świecie, to chmurą ciężką nad kominem stał, i płatami po dachach się wieszał, i tłukł nad ziemią, nie wiedząc, kędy się dziać.
Gdy przyszła zima, zapalała wdowa lampkę u komina i robiła przy niej grube na sprzedaż pończochy.
Ale choć od okienka wiało srodze i szron aż do izby zalatywał przez spróchniałe ramy podchodziła do niego coraz, żeby na fabrykę spojrzeć.
Gorzała ona wprost facjatki długim szeregiem oświetlonych migotliwie okien, huczała wewnętrzną pracą płuc swoich olbrzymich, szczekała żelastwem, dźwięczała biciem młotów, zgrzytała zębami pił, syczała żądłami topionych metalów. Dym, który teraz na tle głębokiego granatu niebios walił z jej komina, płomienny był, ogniami ziejący, snopy iskier ciskał jak race.
Szerokie łuny od niego skróś nieba szły i het, precz, odbijały wielkie ciche zorze...
Patrzyła na nie wdowa w zadumaniu.
Z zadumy tej wyrywało ją gwizdanie kosa, który rozbudzony światłem, bijącem z fabryki w okienko, zarzynał wycinać swoje kuranty. W izdebce robiło się weselej, ogień trzeszczał na kominku, a kos darł się aż do ogłuszenia. A kiedy na niebie księżyc w pełni stanął, całe ono widzenie ogniste topniało w blaskach miesięcznych.
Późnym wieczorem dopiero wracał syn, i od progu już znowu wołał:
— Mamo, jeść!...
A razem z tą młodą, silną postacią wstępowało w progi izdebki wesele, śmiech i swoboda. Z mniejszym już teraz pośpiechem posilał się chłopak, opowiadał przez chwilkę to i owo rozpytującej się go o ubiegły dzionek matce, poczem zaczynał szeroko ziewać przeciągać się, kos nawet nie bawił go już w takiej chwili.
— Idź spać, synku, idź spać! — mówiła matka, głaszcząc go po głowie. — A to jutro do dnia ci znów trzeba...
— Pójdę, mamo... — odpowiadał sennym głosem — zmordowałem się tak, że to ha!
— A pacierz, synku, zmów — przypominała jeszcze.
— Zmówię, mamo.
Całował jej rękę, klękał przed swoim tapczanem i schyliwszy głowę na złożone dłonie, odmawiał szybko półgłosem Ojcze nasz i Zdrowaś, tu i ówdzie przerywając modlitwę potężnem ziewnięciem, poczem bił się hałaśliwie w piersi, żegnał z rozmachem i zdjąwszy pośpiesznie odzież, rzucał się na twarde posłanie.
Natychmiast też prawie usypiał, a w izdebce słychać było dawno jego równy, głęboki oddech, podczas kiedy matka długo jeszcze szeptała zdrowaśki przed poczerniałem, ze złocistego tła wychylającem się obliczem Panny Najświętszej.
Nareszcie lampka gasła, kos przestawał się trzepotać po klatce, uciszało się wszystko, aby znów jutro o brzasku się zbudzić.
Z tem budzeniem była zawsze bieda. Wdowa sypiała tym snem starości krótkim, czujnym, jakby oszczędzającym godzin życia przed wielkiem zaśnięciem w mogile.
Ze snu tego budziła się po drugich kurach zaraz, na długo przed pierwszą gwizdawką fabryczną, i zwlokłszy się z pościeli, dreptała po izdebce, szykując polewkę dla syna i szepcąc godzinki. W okienku stała wtedy wielka i cicha gwiazda zaranna, wprost na twarz uśpionego chłopca świecąca. Matka co raz to na twarz tę powiodła oczyma. Radaby już zbudziła jedynaka swego, ale głębokie uśpienie chłopca wstrzymywało ją.
— Niech ta! — szeptała półgłosem. — Niech ta jeszcze ździebluchno pośpi...
Dopiero kiedy się rozległ przeraźliwy świst puszczonej pary, wołała na chłopca:
— Marcyś! A!... Marcyś! Wstawaj, synku! gwiżdżą...
Chłopak odwrócił głowę do ściany.
— To kos, mamo... — mówił wpółprzytomnie.
— Ale! — kos tam! We fabryce gwizdają, synku, nie kos!
Przeciągał się, nakrywał na głowę, mruczał, ale matka nie ustępowa. Nocny dyżur się kończył, kotłowy na swojem miejscu pierwszy stanąć musiał przed robotnikiem jeszcze. Powtarzało się to cały tydzień boży, niedzieli nie wyjmując nawet.
Ale jednego razu, kawał jeszcze do ranka było, chłopak się z krzykiem ze snu porwał sam i na pościeli siadł.
Matka już była przy nim.
— Co to? Co ci, synku, co? — pytała troskliwie.
Nie odpowiadał. Patrzył na nią szeroko otwartemi oczyma, usta miał drżące, czoło w zimnym pocie. Rozpięta na piersiach koszula podnosiła się od mocnych głośnych prawie uderzeń serca.
Objęła go ramionami matka.
— Co ci to synku, co ci to? — pytała, tuląc chłopaka, jakby małe dziecko.
Długo uspokoić się nie mógł.
— Nic, mamo — przemówił nareszcie z widocznym wysiłkiem — nic... Tylko — śniło mi się... że... że piorun uderzył we mnie.
Wdowa ścierpła. Ale nie dała tego poznać po sobie synowi. Chciała przemówić, głos uwiągzł jej w piersi.
Chłopak siedział na tapczanie sztywny, prosty, patrząc przed siebie wystraszonym wzrokiem.
— Piorun, mamo — mówił cichym, urywanym głosem — taki czerwony, straszny jak smok. Na piersi mi padł, mamo... taki straszny... czerwony...
Umilkł i dyszał głośno.
Wdowa opanowała się jakoś.
— Co tam, synku! — mówiła głaszcząc go po rozpalonym policzku. — Co tam!... Sen mara, Bóg wiara. Co tam, synku!
A gdy chłopcu głośno zaszczękały zęby, przysiadła przy nim, przycisnęła głowę jego do swych wyschłych piersi i tak go kołysała, jak kiedy niemowlęciem był.
Chłopak się ukoił, utulił wreszcie i na poduszkę opadł.
— Niech mama już idzie — rzekł — niech mama idzie, położy się... Ja usnę...
Ale nie usnął. Leżał na wznak, z otwartemi szeroko oczyma, wpatrzony w gasnące na wschód nieba gwiazdy.
Spojrzała na niego raz i drugi.
— A czemu nie śpisz synku? — spytała.
— Nie mogę, mamo... — odpowiedział cicho, skarżącym się głosem.
Podeszła i siadła przy nim.
— Nic si nie trap, synku! — przemówiła. — Nic się nie trap! Albo to na to ten Pan Bóg miłosierny pioruny w niebie chowa, żeby zaś niemi wdowie niebogiej jedynego synaczka ubijać? Nie da tego Pan Jezus i ta Matka Przenajświętsza... A ja ci to powiem, że piorun wesele znamionuje, kiedy się kawalerowi, albo pannie śni. Ot co, widzisz, piorun znamionuje.... Przecie sennik mam, to wiem.
Mówiła to z uśmiechem, wesoło niemal, ręką wyschłą po czole jego wodząc i włosy mu gładząc, aż chłopak dobrej myśli począł być i też się uśmiechnął.
— To mama mówi, że wesele? — spytał.
— A przecie, że nie co! Wesele, huczne wesele...
Zamyślił się chłopiec, a po chwili rzekł:
— To ja już wstanę, mamo...
— Wstań, synku, wstań... Zgotuję śniadanie, jak przejesz, to cię to odejdzie.
Jakoż odeszło. Weselej nawet było tego ranka, niż zwykle w izdebce, bo chłopak czasu dość mając, jedną po drugiej piosenkę na prześcigi z kosem gwizdał, aż ptaszysko zachrypło i kiedy przyszło do Zosi, co jej się chciało jagódek, gwizdało tak żałośnie, jakby kto przez nos śpiewał. Uśmiał się Marcyś, uśmiała się matka, i tak się w radości rozstali. Kiedy wyszedł, wdowa stanęła przy drzwiach i nasłuchiwała oddalających się kroków. Lekkie były, raźne, swobodne, zwyczajnie młode nogi... Nawet spaczone i spróchniałe schody nie skrzypiały dziś tak, jak zazwyczaj. Dopiero kiedy chłopak drzwi za sobą zatrzasnął, rzuciło się w niej serce jakimś nagłym strachem, tak łoskot ich był głuchy, podziemny i takiem przeraźliwem echem odbił się w pustych sieniach. Podbiegła do okienka, aby wyjrzeć za synem.
Szedł lekko, śpiesznie, z podniesioną głową, a kiedy miał już przejść furtkę w fabrycznym murze, odwrócił się i spojrzał w górę. Może w okienko, a może tak sobie...
W chwilę później gęsty, czarny dym walił z fabrycznego komina.
Godziny upływały. W schudnie sprzątniętej izdebce zrobiło się cicho; stary zegar z jaskrawą różą na pożółkłej tarczy cykał opieszale na ścianie, kos próbował najweselszych kurantów, pociesznie walcząc z swym ochrypłym głosem, a wdowa może z myślą o owym śnie syna, co to wesele znamionował, przeglądała swe odświętne odzieże.
Naraz rozległ się huk straszliwy. Zatrzęsły się ściany, posypał gruz z komina. Okienko z szczękiem wypadło. Wielki, iskrzasty słup dymu buchnął w niebo razem z fontanną cegieł i wielkimi odłamami rozwalonego komina, wypełniając izbę przeraźliwym blaskiem. Wdowa jak stała, tak skamieniała słupem. Ani jednego krzyku nie wydały jej zmartwiałe usta. Tylko się siwe włosy podniosły nad czołem, tylko rozszerzone źrenice zbielały jakby u trupa, nagłą, jakąś zgrozą...
Może nawet nie słyszała dzikiego wrzasku, jaki bił z ulicy:
— Kotłowy!... kotłowy zabity!

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Długie jeszcze potem lata siadywała w tem samem okienku, patrząc osowiałym, mętnym wzrokiem na fabryczny komin, z którego biły w górę sine słupy dymu.
Dym ten wszakże nie przybierał już teraz dawnych rozlicznych kształtów, tylko zawsze zamieniał się w mglistą postać jej drogiego chłopca. Zrywała się wtedy ze stołka i wyciągała drżące, wyschłe ręce. Ale mglistą postać wiatr unosił i rozwiewał ją gdzieś w błękitach...





JÓZEFOWA.
STUDIUM Z NATURY.
Wszystką wodę, jaka była w gospodarstwie domowem na całej ulicy potrzebna, przynosiła z rzeki Józefowa. Pięć złotych płaciło się jej z jednego mieszkania na miesiąc, a pracowała za dobrego konia. Silna też była i jakby na urząd do tego rodzaju pracy zbudowana.

Szarym rankiem wybiegała zwykle z małego, drewnianego domku, jakich na przedmieściu pełno było wówczas, a z lewego i z prawego jej boku klekotały próżne konewki na lipowych sondach, które od ustawicznego tarcia o kark i ramiona wodziarki błyszczały, jak polerowane. Biegnąc, dogryzała kawałka chleba, który jej za śniadanie służył, albo żegnała się i biła w piersi, szepcąc półgłosem swój pacierz poranny. Szła najpierw pod górę, wązką, uśpioną jeszcze uliczką, potem w dół, potem znów pod górę aż do domostwa Zysla, blacharza; potem znów spory kawał w dół, coraz niżej, coraz niżej, aż dostawała się na rozłożyty w tem miejscu brzeg rzeki. Zdejmowała wtedy konewki z kruków, składała sondy, a zatknąwszy brzeg wierzchnej spodnicy za pasek modrego fartucha, zanurzała stopy w bieżącą po nich z drobnym szmerem wodę, sięgając naturalniej cembrowiny, którą tam oddawna woziwody wybrały, a która na sinej powierzchni rzeki odznaczała się ciemniejszą plamą. Nabrawszy wody, zakładała sondy na ramiona, stawała między konewkami, chwytała je za uszy na żelazne kruki i gibocząc się lekko w biodrach, wysoka i prosta, w lipowem swojem jarzmie pod górę szła z opuszczonemi ramionami, przytrzymując pełne konwie, aby się z nich woda nie chlustała. Tak idąca, przypominała porównanie biblijne z „Pieśni nad pieśniami.“
Rosła jej postać odzianą była latem w krótką perkalikową spodnicę i luźny kaftan, który uwydatniał jej tors bogaty i odkrywał złotawą, nieco wzdętą szyję. Na szyi tej osadzona była niewielka, bardzo kształtna czarnowłosa głowa, z nizkiem, białem czołem i czerstwą, jędrną twarzą, której niezupełnie prawidłowe rysy oświetlane były błyskawicznie częstym, odkrywającym zdrowe i równe zęby uśmiechechem, tudzież siwemi, mocno ocienionemi oczyma, pod brwią wązką, czarną. Oczy te, w przeciwieństwie do owego częstego uśmiechu, miewały jakieś surowe, zadumane spojrzenie, bardzo podobne do tych, jakie zdawna kogoś oczekujący człowiek na drogę rzuca.
Wspaniały, lekko pochylony kark, proste o szczupłych barkach plecy, pierś wydatna, acz drobna, giętkie, ślicznie zarysowane ramiona, a przytem ten rytmiczny, właściwy jej chodowi ruch gibkich, w lirę wygiętych bioder, nadawały tej zapracowanej, dźwigającej wodę kobiecie taką linię, jaka rzadko bywa udziałem wytwornych nawet piękności.
Kiedy szła, podgięta nieco spodnica ukazywała grubą, pięknie zawsze dopraną, lubo nieco siwawą koszulę i odkrywała aż powyżej kostek bose, lekko złotawe i zaróżowione nogi, z niedużemi, ciemniejszemi stopami.
Stopy te zdawały się nieproporcyonalnie małe do tych silnych, dwu śpiżowym słupom podobnych, podstaw, na których wspierało się to jędrne, soczyste, pełne krwi świeżej i młodego zdrowia ciało.
Na tych niewielkich, zwykle przez całe lato bosych stopach, tkwiły zimą ciężkie, słomą wysłane, drewniane trepy, a czasem stare buty mężowskie z wyrudziałą cholewą. Pod lekką perkalikową spodnicą ukazywała się wtedy druga, watowana, czerwona, ciepły tołub zastępował perkalowe kaftany, a głowę i piersi obwiązywała duża, wełniana chusta.
Z gołą głową nie chodziła Józefowa nigdy. I latem bowiem nosiła ona duży, perkalowy, oszyty lekką szlarką, niezwykle krochmalny czepiec, którego bandaże wiązała ściśle pod brodą. Postarzało ją to najmniej o jakie lat dziesiątek, a z młodzieńczością jej kształtów i ruchów stawało w silnem przeciwieństwie.
Nieraz, kiedy, powylewawszy przyniesioną wodę w stągiew, stanęła w kuchni i rękę wsparła o biodro, prosiłam jej, żeby czepiec ów na chwilę zdjęła. Ale Józefowa stale opierała się temu.
— Nie!... — mówiła trzęsąc krochmalnemi szlarkami czepca. — Nie można... Grzech... Pan Jezus się gniewa... niepięknie...
— Co za grzech? — pytałam natarczywie — dlaczego niepięknie?
— Ano, przecie co niewiasta, to niewiasta.
— Ale kiedy Józefowej tak będzie ładnie.
— Iii... zarówno tam ona i ładność! Albo to ja dziewucha, czy co?
Kiedyś jednak udało mi się stołek przystawić, wejść na niego i czepiec znienacka jej ściągnąć.
— Co paniczka! — wrzasnęła Józefowa, chwytając się oburącz za głowę.
Ale ręce jej nie mogły objąć i powstrzymać ślicznych, ciemnych, opadających własnym ciężarem warkoczy i puszystych, krętych kosmyków, które się wymykały na wszystkie strony.
Zaogniła się na twarzy, chociaż w kuchni, oprócz mnie i kucharki, nie było nikogo, zaczęła włosy zwijać i plątać, z wielkim pośpiechem chowając je co rychlej pod czepiec, który głębiej jeszcze na czoło zsunąwszy, schyliła się po konewki i mocno rozczerwieniona wyszła.
Innym razem przyszło mi do głowy o imię jej zapytać.
— Ano, — odrzekła — albo to paniczka nie wie, że Józefowa?
— No dobrze, napierałam się dalej — to z męża. Ale na imię, na chrzestne imię jak? Czy Marcysia, czy Kasia, czy jako inaczej?
— Iii.. — odpowiedziała, spuszczając oczy — co tam paniczce po tem? Albo to ja dziewczyna, albo co, żeby tam z imieniami wydziwiać? To ta na niewiastę niepięknie, grzech... Pan Jezus się gniewa.
Mężem Józefowej był Józef Glapa. Miał lat przeszło trzydzieści i starszym był od żony dość znacznie; wyglądał wszelako tak, jakby mu się chłopięce lata zatrzymały i jakby na nich postarzał. Nizki, wątły, twarz i ręce miał jak papierowe, głowę łysą, jakimś mchem żółtawym porosłą, co jej nadawało pozór spleśnienia; maleńki, zadarty, jakby przyszczypnięty nosek i wypełzłe, bezkolorowe, zawsze zaspane oczy, bez brwi i bez rzęsów. Cienkie jego, blade, a szeroko przekrojone wargi otwierały się w ustawicznym głupkowatym śmiechu od ucha do ucha, o wydatnych, żółtymi, wypróchniałymi zębami zaopatrzonych szczękach. Głowę miał ciężką, przydużą, zwykle zwieszoną: chód drżący i niepewny, grube kolana u nóg, w kabłąk wygiętych i cienkich, jak zeschłe badyle, takież ramiona, nad miarę wzrostu długie, szyję — że biczem-by przetrzasł, pierś zaklęsłą, dychawiczną, głos piskliwy, kobiecy, zarostu ani śladu.
Największą troską Józefowej było tę wyjątkową nędzę fizyczną męża swego pokryć, a całej kamienicy, ba, ulicy nawet, dać o jego dużości, energii, sile i innych męskich przymiotach jak najlepsze pojęcie.
Stąd-to na owej łysej, ledwo omszonej, jak u niedolęgniętego pisklątka, głowie Józefa zjawiały się jakieś junackie, kipiące czapki, z któremi cała jego postać spierała się jak najmocniej; stąd cienka jego i zwiędła szyja przewiązywana była pełnymi buty fontaziami, a na jego wątłem, drżącem ciele wisiały zalotne spencery, dla zuchowatych, młodzieńczych postaci jakby umyślnie stworzone.
Kiedy tak wystrojony Józef wchodził do kuchni i zastawał tam żonę, Józefowa rzucała z pod długich rzęs niespokojne, badawcze spojrzenie na obecnych. Robiło jej to widocznie przykrość, że ludzie słyszą jego głos babski, piskliwy i cienki. Jak się tylko odezwał, zaraz go zagadywała:
— Już cichoj, cichoj! Co ta będziesz tyla gadał. Zrobi się i już...
Kiedy się kto z nas litował nad jej zmęczeniem, Józefowa odpowiadała: — Abo-bym to ja sama tyla wody przydźwignęła? ino mi mój pomógł. Bez caluśką ulicę obie konwie niósł, dopierom mu je tu na górze odebrała. Juści co chłop, to chłop. Zawsze to insza siła.
A mówiąc to, rzucała ukradkiem oczyma na kucharkę, której doskonale było wiadomem, że Glapa nad dzbankiem wody na równej drodze się zadychiwał i dziesięć razy stawać z nim musiał.
Niekiedy szli oboje razem. Ona dźwigała pełne konwie wody, a on się próżno wlókł za nią. Tak przychodzili na piętro. Wtedy Józefowa stawiała przed progiem konwie.
— Józef, — mówiła, odwracając głowę, żeby nie widział jej ognistych rumieńców — a wnieś-no konewki do kuchni, bo mnie cości w boku strzyknęło.
Józef wytężał się, otwierał drzwi, rozstawiał cienkie nogi, chwytał się konewki ze trzy razy, stękał, wreszcie obu rękoma przestawiał ją na drugą stronę progu. Wtedy Józefowa, czując, że mąż już nie poradzi więcej, chwytała drugą konewkę lekko, jak zabawkę, i wnosiła do kuchni, mówiąc:
— Czekaj, czekaj, to ci pomogę! Jeszcze się kiedy zerwiesz z tej chytrości do roboty. Mocnyś ty chłop, ale i to ciężar. Już ja tu powylewam sama, ty skocz na drugie piętro i zobacz czy tam wody dość.
A kiedy wyszedł, człapiąc powoli nogami, dodawała:
— O! Jak to leci! Jakby dwadzieścia roków nie miał! Jeszcze gdzie karku nadkręci po schodach...
I wylewała do stągwi wodę, dziwując się głośno:
— To ci konwie wyszykował! Niechże go! Ledwie od ziemi dźwignę. Takie pełniuśkie, jak oko! Gdzie-by to ta kobieta poradziła tyla wody przydygować od rzeki! I to wam we wszystkiem taki porwany. Ino mu się ta robota w ręcach pali...
— Ha! — odpowiadała sentymentalnie kucharka. — Za jakim takim płotem, za jakim takim chłopem...
A Józefowa:
— Ba! chłop chłopowi nierówny! Daleko szukać takiego, co-by tyla, co mój poradził.
Innym znów razem zrywała się od rozmowy i chwytając konewki, mówiła:
— Muszę już bieżeć, bo się mojego boję.
A kucharka na to:
— Iii... Co wam ta zrobi takie chuchro...
— Ale! — odpowiadała, rumieniąc się Józefowa. — Chuchro on tam! Daleko szukać drugiego chłopa, co-by w sobie taką moc miał!
Mocy tej jednak nigdy jakoś nie mogła zaznać na sobie, to było powodem jej zawstydzenia i cichej troski.
Ideałem Józefowej było mieć dzieci, których nie miała, i męża, o którym-by wiedziała, że ją od czasu do czasu wybić może; zwyczajnie, jak to Pan Bóg w małżeństwie przykazał. Małżeństwo bowiem, ze wszystkiem, co, podług jej pojęć, do niego należało, było przedmiotem jej religijnego niemal kultu. Zdawać-by się mogło, że wcielona w nią została dusza jednej z tych młodych biblijnych niewolnic, które były naprzemian poniewierane i pieszczone pod namiotami cedrowych drzew na Libanie. Czy kochała swego Glapę, jest to rzecz wątpliwa; ale już przez to samo, że był mężem, urósł w jej oczach na władcę i pana.
Wyjątkowe niedołęstwo władcy tego i pana było tragicznością jej życia. Ta silna, jędrna, bogato rozwinięta natura czuła nieprzepartą potrzebę ulegania, karności, korzenia się przed męską przewagą, a właśnie brakło jej wszystkiego tego.
Gorycz tego położenia powiększał wstyd, jak Józefowa uczuwała przed ludźmi za swojego Glapę; przypisywała mu ona wobec nich wprawdzie wszystkie zalety męskości, ale czuła, że nikt temu, patrząc na niego, nie wierzy.
Nawet świeżo zgodzona w kamienicy młodsza, nic nieznająca dzierlatka, której wodziarka cuda rozpowiadała o swoim Józefie, słuchała jej póty tylko, póki go nie zobaczyła, poczem, na samą wzmiankę o Glapie, parskała w kułak śmiechem.
Wszakże wobec tak nawet zdecydowanej opinii, Józefowa strzegła się, jak ognia, aby jej nie potwierdzić niebacznie słówkiem albo giestem. Ukradkiem tylko przystawała z konwiami swemi przed bawiącym się w piasku drobiazgiem, ukradkiem przysiadała przy nich, gładziła im włoski, ocierała fartuchem umorusane buzie, a najmłodsze podnosiła na ręku w górę, całowała je mocno, mocno, i huśtała z rozkosznym uśmiechem, od którego w jej siwych oczach zapalały się iskry złociste.
Zdarzyło się raz, że Pawłowej, żonie stróża, miało przybyć dziecko. Ledwo baba pierwszy raz stęknęła, już Józefowa, zostawiwszy na piętrze sondy i konewki, leciała do sutereny, jakby na odpust jaki. Przystanęła pode drzwiami, stuka: cicho. Wpadła tedy do sklepiku, aby kupić dla chorej dwa łuty mielonej kawy, „tej dobrej, po sześć groszy łut,“ i pół funta cykoryi, także „tej dobrej, w niebieskim papierze.“
Pawłowa obca jej była wprawdzie, ale taka, taka szczęśliwa! Oddawszy swój dar, wodziarka stanęła w progu, słuchając z bijącem tajemną lubością sercem stękania i narzekania chorej; a gdy rozdzierający wrzask nowego obywatela rozległ się po suterenie, zatrzęsły się wargi tej, pokornie u drzwi stojącej, a wielkie, jasne krople łez, spłynęły po rozpalonej twarzy.
Kiedy w chwilę potem wpadła po konewki do kuchni, rzekła jej z przekąsem kucharka:
— A wy, Józefowa, kiedyż to nam wyprawicie chrzciny? Taka młoda, tęga baba, a dzieciaka ani uświęć! To obraza boska, dalibóg! Grzech...
Na Józefową nowe buchnęły ognie.
— Adyć było, było... — szepnęła. — Bóg świadkiem, że było... Tylko, że...
Tu nastawił szept, cichszy jeszcze.
Kucharka nie dała się ułudzić tem pobożnem kłamstwem, ale, podparłszy pod boki, mówiła, jakby nie słysząc:
— Ja tam takiego chłopa, to-bym za dziesiątą granicę przegnała! Kobieta młoda, zdrowa, krew z mlekiem — i nic!!
Czuła Józefowa, że jej kucharka nie wierzy. Co miesiąc też prawie odtąd udzielała jej szeptem jakichś wiadomości, które, lubo zawsze okazywały się płonnemi, dawały wszakże Józefowej niejakie prawo chodzenia przez parę tygodni z partesa, obwiązywania głowy białą chustką, narzekania na ciężar konewek, którego, przysiądz-by można, że nie czuła, a nawet utyskiwania na świat, na którym: „Cóż ta chłopu...“ Chłopu, wszystko zarówno! A kobiecie, to choć i ten święty sakrament, a bokiem wyłazi...“
Były to bezwątpienia tygodnie najszczęśliwsze jej życia, póki znów wszystkiego nie przyszło odwołać.
Ale Pawłowa nietylko pod tym względem była przedmiotem zazdrości wodziarki. Należało to bowiem do dziennego porządku w życiu sutereny, że Paweł, ogromne chłopisko, z wąsem mało-co mniejszym od jego stróżowskiej miotły, babę swoją o byle-co bijał. Bicie to odbywało się czasem na cicho, a czasem na głośno. Kiedy baba prała, albo szorowała izbę, a śpieszyło się jej, to tam i czasu nie było na lament, choć ją mąż poszturchał; jeśli pilnej roboty nie było, wrzeszczała jak opętana i wylatywała aż do bramy z tym wrzaskiem. Co miała sobie żałować?
Józefowa zapominała wtedy, że ma na górę wodę nieść, ale przechyliwszy się przez poręcz schodów, chłonęła w siebie tę bijatykę małżeńską, jak najrozkoszniejszy widok. Usta jej otwierały się lekko, nozdrza drgały, oczy wpatrzone były z uwielbieniem w podnoszący się i opadający kułak Pawła. Powiedzieć nawet można, że w egzekucyi tej czynny brała udział, gdyż za każdem uderzeniem żylastej pięści Pawła w kark wrzeszczącej baby, źrenice wodziarki mrużyły się rozkosznie i trwożnie zarazem, a proste jej, ślicznie zarysowane barki uchylały się miękko i pokornie. Gdy się nareszcie albo baba wyrwała i uciekła z wrzaskiem, albo też Paweł, zmachawszy się, sam ją puścił i na drogę kopnął, Józefowa z westchnieniem po konewki sięgała, i szła na górę, zadumana, z poczuciem krzywdy, którą jej los wyrządził.
I na nią wprawdzie czasem podnosił Glapa swój niedołężny kułak. Ale to była parodya! Do pleców jej ledwo sięgnął, a i tego nie poczuła nawet, a o porwaniu za kark, wytarmoszeniu za łeb, zdarciu czepka z włosów — to i mowy być nie mogło. Za pierwszym wysiłkiem sam tracił równowagę, nogi mu się plątały, musiała go podtrzymywać, bo-by się obalił.
Różnie już próbowała, i po pijanemu nawet, ale nic. Od półkwaterka ostatka sił w nogach zbywał i pod pierzynę leżeć szedł. Taki los!
Przyszła zima. Mrozy jakoś wcześnie chwyciły, a gołoledzie były takie, jakich starzy nie pamiętali z dawnej dawności.
Na wązkich, wężem skręconych kamiennych schodach do kuchni, świeciła się porozlewana woda, w lód ścięta. Oślizgła poręcz żelazna bielała szronem, klamka nawet u drzwi, obmarzła parą, błyszczała, jak śniegiem, i aż parzyła w dotknięciu.
Jednego ranka mróz silnie wziął na dzień po chwilowej nocnej odwilży, i ślizgawica wzmogła się jeszcze na mieście. Glapa przyszedł do kuchni, ściągnął rękawice i zaczął w ręce chuchać. Nieraz on tak przychodził ni stąd, ni zowąd, nie wiedzący, czego się jąć. Przylazł, stanął u proga i uśmiechał się głupkowato, przestępując z nogi na nogę.
Czasem tak stojącego wyprawiała która służąca po jakiś zapomniany sprawunek kuchenny, czasem kazała śmieci wyrzucić, czasem drzazeg nałupać. No, i dostawał za to jaki ochłap mięsa, jaką skórę od słoniny, jaką bułkę starą.
I tym razem stanął, jak zwykle, skulony, niezdarny, z wielką swoją głową w ramiona wciśniętą, z szerokim, bladym uśmiechem kretyna, i trząsł się na swoich cienkich, w kabłąk zgiętych, nogach, chuchając w palce.
Wtem drzwi otworzyły się za nim, a na wązkim przesmyku, dzielącym próg kuchenny od schodów, stanęła, niosąc wodę, Józefowa.
Nigdy przeciwieństwo tych dwóch postaci nie uderzyło mnie silniej.
Zarumieniona od mrozu i szybkiego wejścia na strome i wysokie schody, z oczyma iskrzącemi zdrowiem i młodą siłą, z uśmiechem, pełnym życia na smagłej twarzy, stała tam za nim, szczupła i prosta, niepochylona dźwiganym ciężarem, gibocząc się lekko w biodrach, jedną stopą na progu, drugą na ostatnim schodzie, Karyatyda żywa, cudnego swojskiego pomysłu.
— A namknijże się, Józef! — przemówiła, stojąc tak, świeżym, dźwięcznym głosem.
Ale Józef nie ruszył się od progu. Tylko, kiedy go przez drzwi otwarte dech mroźny obleciał, ścisnął plecy i głowę między barki wtulił.
— Józef! — zawołała wtedy głośniej wodziarka. — A nie słyszysz to, że się masz namknąć? Głuchyś, czy co?...
Zaciął się, i jakby wrósł u proga.
— Zamykać! zamykać tam drzwi! — wołała kucharka, na którą buchały kłęby mroźnej pary.
Zniecierpliwiła się Józefowa.
— Namykasz się, czy się nie namykasz? — krzyknęła głośno.
A kiedy się i na to nie ruszył:
— O! — rzekła. — Będę ci tu pewno za drzwiami stała, a ty nie wiesz...
I wypuściwszy z jednej ręki sondy, schyliła się nagle, nabrała w dłoń nieco lodowej wody, i schlusnęła mu ją na kark i na łysą głowę.
Wrzasnął przeraźliwie, jak puszczyk, i odwróciwszy się, z impetem pchnął kobietę w piersi.
Nie spodziewała się tego. Noga się jej ośliznęła ze stopnia, schwyciła za obmarzłą poręcz i, krzyknąwszy: „Jezu!“ — runęła głową na dół.
Kiedy w parę godzin potem poszłam ją odwiedzić, izba była pełna bab, szeptów i charakterystycznego głośnego wzdychania. Zmierzch już zalegał jej kąty, mała naftowa lampa paliła się na okapie komina, woskowa świeca migotała w ręku kucharki. Chora leżała na pościeli bardzo blada i zupełnie cicha. Krwawa chusta przewiązywała jej głowę. Zdawało mi się zrazu, że tchu już niema. Ale był, kołatał się jeszcze.
Od chwili do chwili, podnosiły się pod grubą, białą koszulą, wysoko sklepione piersi i znowu opadały z jakiemś stłumionem rzężeniem.
Wprost łóżka pod małem okienkiem, które rzucało nieco światła na jego nędzną głowę, stał skulony, trzęsący się Glapa.
Chora otworzyła oczy i podniosła je na stojącą w nogach łóżka kucharkę, a jakieś ciche rozpromienienie przeszło jej po twarzy.
— Zawszeć-to, co chłop, to chłop! — rzekła, z trudnością wymawiając słowa. — Chłopu niewiasta nijak nie uradzi... Tak już... Pan Jezus postanowił... A jeszcze kiej się taki trafi, co w sobie taką moc... ma...
Umilkła. A podczas, kiedy jej rozgorzałe gorączką oczy wpatrywały się z jakimś posępnym tryumfem w ciemniejący kąt pod oknem, twarz jej stawała się coraz bledsza... bledsza...





MENDEL GDAŃSKI.
OBRAZEK.
Od wczoraj jakiś niepokój panuje w uliczce. Stary Mendel dziwi się i częściej niż zwykle nakłada krótką fajkę, patrząc w okno. Tych ludzi nie widział on tu jeszcze. Gdzie idą? Po co przystają z robotnikami, śpieszącymi do kopania fundamentów pod nowy dom niciarza Greulicha? Skąd się tu wzięły te obszarpane wyrostki? Dlaczego patrzą tak po sieniach? Skąd mają pieniądze, że idą w pięciu do szynku?

Stary Mendel kręci głową, smokcząc mały, silnie wygięty wiśniowy cybuszek. On zna tak dobrze tę uliczkę cichą. Jej fizyognomię, jej ruch, jej głosy, jej tętno.
Wie, kiedy z za którego węgła wyjrzy w dzień pogodny słońce; ile dzieci przebiegnie rankiem, drepcąc do ochronki, do szkoły; ile zwiędłych dziewcząt, w ciemnych chustkach, z małemi blaszeczkami w ręku, przejdzie, po trzy, po cztery do fabryki cygar na robotę; ile kobiet przystanie z koszami na starym, wytartym chodniku, pokazując sobie zakupione jarzyny, skarżąc się na drogość jaj, mięsa i masła; ilu wyrobników przecłapie środkiem bruku, ciężkim chodem nóg obutych w trepy, niosąc pod pachą węzełki, a w ręku cebrzyki, kielnie, liny, siekiery, piły. Ba, on i to nawet wie może, ile wróbli gnieździ się w gzymsach starego browaru, który panuje nad uliczką wysokim, poczerniałym kominem — w gałęziach chorowitej, rosnącej przy nim topoli, która nie ma ani siły do życia, ani ochoty do śmierci, i stoi tak czarniawa, przez pół uschnięta, z pniem spustoszonym, z którego na wiosnę wynika nieco bladej zieloności. On, może nawet nie patrząc w okno, samem uchem tylko rozpoznałby, czy Paweł, stróż, zamiata ulicę nową swoją, czy też starą miotłą.
I jak tego wszystkiego nie ma Mendel Gdański wiedzieć, kiedy już od lat dwudziestu i siedmiu w tej samej izbie, pod tem samem oknem swój warsztat introligatorski ma, i tak już przeszło ćwierć wieku przy nim w fartuchu swoim skórzanym stoi, a podczas kiedy sucha, żylasta, a dziś już nieco drżąca ręka dociska drewnianą śrubę prasy, oczy jego z pod brwi gęstych, nawisłych, siwych, patrzą w tę uliczkę, która jest wśród wielkiego miasta jakby odrębnym, zamkniętym w sobie światem.
Świata tego drobne tajemnice zna Mendel na wylot. Wie, kiedy się powiększa a kiedy zmniejsza kaszel starego archiwisty, który mu przynosi do oprawy grube, pełne kurzu foliały, zatęchłych papierów, wie jak pachnie pomada małego dependenta, któremu zszywa akta pana mecenasa; wie kiedy przyjdzie Joasia od pani radczyni, z żądaniem, aby jej za „śkło pieknie wsadził“ laurkę z powinszowaniem, na której złocisty anioł odkrywa się i pokazuje kawalera z bukietem róż w ręku; wie kiedy nie je obiadu student, mieszkający na strychu, wie z której strony nadbiegnie zdyszana pensyonarka żądając, aby jej „niebiesko i ze złotemi sznurkami“ oprawił przepisane na listowym papierze poezye Czesława i Gawalewicza.
On wszystko wie. Wszystko, co można widzieć na lewo i na prawo siwem, bystrem okiem, co można na prawo i na lewo usłyszeć uchem i co przemyśleć można długiemi godzinami, stukając jak dzięcioł młotkiem introligatorskim, równając i obcinając wielkie arkusze papieru, warząc klej, mieszając farby.
I jego też znają tu wszyscy. Obcy człowiek rzadko zajrzy; każdy jakby swój, jakby domowy.
Stary, łysy zegarmistrz z przeciwka, przez otwarte okno krzyczy mu latem „dzień dobry“ i pyta o Bismarcka; suchotniczy powroźnik zaczepia o jego klamkę swoje długie, konopne sznurki, które dysząc, kręci w wązkięj wpół widnej sionce kamizelki; chudy student z facyatki, z nogami jak cyrklowe nożyce, wsadza zmierzchem w jego drzwi głowę na długiej cienkiej szyi i pożycza od niego łojówkę, którą „zaraz odda, tylko jeszcze z godzinkę popisze“... Straganiarka poda mu czasem przez okno rzodkiew czarną, w zamian za kolorowe skrawki papieru, z których sobie jej chłopaki sporządzają latawce, słynne na całą ulicę; synek gospodarza całemi godzinami przesiedzi u niego, czekając na wolną chwilą, w której Mendel da mu tektury do podklejania wyciętych z arkusza żołnierzy, a tymczasem dziwuje się wielkim uszom nożyc, waży w ręku młotek, wtykając nos w garnczek z klajstrem, próbując go niemal. Wszystko to tworzy jakaś atmosferę ciepła, poufały, atmosferę wzajemnej życzliwości. Staremu Mendlowi dobrze w niej być musi. Mimo sześćdziesięciu i siedmiu lat, rzeźki jest jeszcze w sobie. Spokój i powaga maluje się na jego typowej, zawiędłej w trudach twarzy.
Włosy jego są mocno siwe, a długa broda zupełnie siwa. Pierś zaklęsła pod pikowanym kaftanem, często zadychuje się wprawdzie, a grzbiet zgarbiony nigdy jakoś nie chce rozprostować, ale tem niema się co trapić, póki nogi i oczy starczą, póki i w ręku siła jest. Kiedy mu duszność dech zapiera, a w zgiętym grzbiecie ból jakiś krzyże łamie, stary Mendel nakłada w małą fajeczkę tytoń z poczerniałego, związanego sznurkiem pęcherza i kurząc ją, wypoczywa chwilę. Tytoń, którego używa, nie jest zbyt wyborny, ale daje taki piękny siny dymek, i tak Mendlowi smakuje. Siny ten dymek ma i to jeszcze w sobie szczególnego, że widać w nim różne rzeczy oddalone i takie, które już dawno minęły.
Widać w nim i Resię, żonę jego, z którą dobrze mu było na świece przez trzydzieści lat, i synów, którzy się za chlebem rozbiegli, jak te liście wichrem gnane, i dzieci synów tych, i smutki różne, i pociechy, i troski; a już najdłużej to w nim widać jego najmłodszą dziewczynę Liję, tak wcześnie wydaną i tak wcześnie zgasłą, po której mu tylko jeden wnuk pozostał. Gdy stary Mendel rozpala swoją fajeczkę, jakieś ciche mruczenie dobywa się z ust jego. W miarę, jak pali i jak dymek siny przynosi mu dalekie obrazy i takie, które już nigdy nie wrócą, mruczenie to rośnie, potężnieje, staje się jękiem niemal. Ta dusza ludzka, dusza starego żyda, ma też smutki swoje i tęsknoty, które zagłusza pracą.
Tymczasem sąsiadka przynosi w jednej ręce garnczek z rosołem, w którym pływają kawałki rozmiękłej bułki, a w drugiej przykryty talerz z mięsem i jarzyną. Stary Mendel odbiera od niej ten skromny obiad; nie je go wszakże, tylko postawiwszy na małym, żelaznym piecyku, czeka. Czekanie to trwa niedługo. O samej drugiej drzwi izdebki otwierają się głośno, hałaśliwie, a w nich ukazuje się mały gimnazista; w długim, na wyrost sporządzonym, szynelu, w dużej zsuniętej na tył głowy czapce, z tornistrem na plecach. Jestto chłopak dziesięcioletni może, który po matce, najmłodszej córce starego Mendla, wziął piwne, o złocistych blaskach oczy, długie, ciemne rzęsy i drobne usta, a po dziadzi nos orli i wązkie wysokie czoło. Szczupły i mały, chłopak mniejszym się jeszcze i szczuplejszym wydaje, kiedy zrzuci szynel i zostanie tylko w szkolnej, szerokim pasem przepasanej bluzie. Stary Mendel jest w ciągłej o niego obawie. Przezroczysta cera chłopca, jego częsty kaszel, jego wątłe piersi i pochylone barki, budzą w dziadzie nieustanną troskę. Wybiera też dla niego najlepsze kawałki mięsa, dolewa mu i dokłada na talerz, a kiedy chłopak się naje, klepie go po ramieniu i zachęca do zabawy z dziećmi w podwórku.
Malec rzadko kiedy namówić się pozwala. Jest zmęczony lekcyami, ciężkim szynelem, siedzeniem w szkole, drogą, dźwiganiem tornistra; ma też dużo zadań na jutro. Powłóczy nogami chodząc, a nawet wtedy, kiedy się uśmiecha, piwne jego oczy patrzą z melancholią jakąś.
W kilka chwil po obiedzie malec zasiada przy prostym sosnowym stole, dobywając z tornistra książki i zeszyty, a stary Mendel zabiera się do swego warsztatu. Choć chłopak cicho się sprawia i tylko szeptem półgłośnym powtarzając lekcye, kiedy niekiedy zaledwie stuknie stołkiem, na którym się baja, podparłszy na stole oba chude łokcie, znać przecie, że staremu introligatorowi przeszkadza coś w robocie. Co i raz odwraca on głowę, by spojrzeć na chłopca, a choć po klajster ręką sięgnąć może, obchodzi z boku warsztat, gdy mu go potrzeba, aby po drodze uszczypnąć wnuka w liczko blade, przejrzyste, lub pogłaskać go po krótko przyciętych, miękkich i ciemnych, jak krecie futerko, włosach. Chłopiec przyzwyczajony jest widać do tych pieszczot, nie przerywa przy nich bowiem ani swego żarliwego szeptu, ani kołysania się na stołku. Stary introligator wszakże zupełnie i tem jest zadowolony, a przyciszając klapanie pantofli, powraca na palcach do swego warsztatu.
W piątek przed wieczorem scena się odmienia: malec uczy się przy oknie, kołysząc się mozolnie na stołku, nie mającym tu swojego rozpędu, a na sosnowym, pokrytym serwetą stole sąsiadka zastawia rybę, makaron i tylko co przyniesioną od piekarza tłustą, pięknie zrumienioną kaczkę. Cynowy, o dziwnie powykręcanych ramionach świecznik z gałkami oświeca izbę uroczyście, świątecznie.
Stary Mendel ma na sobie wytarty już nieco, ale jeszcze piękny żupan czarny, przepasany szerokim pasem, za który z lubością zakłada spracowane ręce. Siwe jego włosy pokrywa jarmułka, a skrzyp nowych z długiemi cholewami butów, napełnia izbę jakimś radosnym szmerem. Gdy już stół zastawiony został, chłopak się myje, przyczesuje swoje krecie futerko na drobnej, podłużnej głowinie, zapina świeży kołnierzyk i czyste mankiety, a założywszy ręce w tył, stoi poważny i wyprostowany, podczas kiedy dziad sięga na policę po zwinięty tałes[7] i po modlitewnik.
W chwilę potem rozlega się wargowy, brzęczący śpiew modlitewny starego żyda; głos jego przechodni wszystkie spadki od nizkich, śpiewem brzmiących, do wysokich, na których śpiew jego przechodzi w jęk i w żarliwy jakiś lament, w akcenty namiętne, błagalne, łkające. Pod wpływem śpiewu tego mały gimnazista odczuwa dreszcz nerwowy, blada jego twarzyczka staje się bledszą jeszcze, wielkie oczy to rozszerzają się nad miarę, to mrużą się i zachodzą łzami; patrzy na dziada jakby urzeczony, a spazmatyczne ziewanie otwiera mu usta. Na szczęście, dziad zamyka wkrótce stary modlitewnik i błogosławieństwem rozpoczyna szabasową ucztę.
Zdarzyło się raz latem, że chłopaki od Kołodziejskiego ślusarza i od szewca Pocieszki zebrali się przed otwartem oknem starego introligatora, a zaglądając przez nie do oświetlonej szabasowem światłem izby, robili sobie z tej modlitwy śmieszki i głupią uciechę.
W tej chwili wszakże przechodził tamtędy stary proboszcz, a spojrzawszy przelotne w okno i widząc modlącego się żyda, który z takim jękiem wołał po swojemu do Boga, uchylił kapelusza. Scena była niema, ale nad wyraz wymowna. Chłopaki zemknęły, jakby ich wiatr zdmuchnął i nie było odtąd wypadku, aby spokój tej ubogiej izby zamieszany został.
Przedwczoraj dopiero...
Właściwie i przedwczoraj nie stało się nic. Tylko malec powrócił ze szkoły bez czapki, zdyszany, jak zając zgoniony. Zrazu nic mówić nie chciał; dopiero po długich badaniach wyznał, że jakiś obdartus krzyknął na niego „żyd!... żyd!“ więc on uciekał i czapkę zgubił i nie śmiał wracać po nią.
Fala gniewu uderzyła staremu Mendlowi do twarzy. Wyprostował się, jakby urósł nagle, splunął, a potem chłopaka twardo za ramię ująwszy, do stołu pchnął, i obiad w milczeniu spożył.
Po obiedzie nie wrócił do warsztatu i fajki nie nakładał, tylko sapiąc, po izbie chodził. Malec także do lekcyi się nie brał, ale patrzył na dziadka zalęknionym wzrokiem. Nigdy go jeszcze tak gniewnym nie widział.
— Słuchaj ty! — przemówił wreszcie, stając przed chłopcem, Mendel. — Jak ja ciebie małego sierotę wziął, i chował, i za niańkę także był, i za matkę także był, i piastował ciebie, nu, to nie na to ja ciebie chował i nie na to ciebie piastował, coby ty głupi był! I jak ja ciebie uczyć dał, jak ja ciebie do szkoły posyłał, jak ja tobie książki kupował, to też nie na to, coby ty głupi był! A ty ze wszystkiem głupi rośniesz, i niema u ciebie żadnej mądrości! Jakby u ciebie mądrość była, toby ty tego nie wstydził się, nie płakał, nie uciekał, że kto na ciebie „żyd“ krzyknie. A jak ty tego płaczesz, jak ty uciekasz i jeszcze taką piękną nową czapkę gubisz, co pięć złotych bez sześciu groszy kosztuje gotówką, pieniędzmi, nu, to ty ze wszystkiem głupi jesteś, a te szkoły, te książki, te nauki, to wszystko na nic!
Odsapnął i znów mówić zaczął:
— Nu, co to jest żyd? Nu, jaki ty żyd? — mówił już łagodniejszym głosem. Ty się w to miasto urodził, toś ty nie obcy, toś swój, tutejszy, to ty prawo masz kochać to miasto, póki ty uczciwe żyjesz. Ty się wstydzić nie masz, żeś żyd. Jak ty się wstydzisz żeś ty żyd, jak ty się sam za podłego masz, dlatego żeś żyd, nu, to jak ty możesz jakie dobro zrobić dla to miasto, gdzie ty się urodził, jak ty jego kochać możesz?... Nu?...
Zachłysnął się i znów przed chłopakiem stanął. Tym razem jednak patrzył na jego zlęknioną twarzyczkę z jakiemś rozrzewnieniem. Położył mu na głowie rękę i rzekł z naciskiem
— Uczciwym żydem być, jest piękna rzecz! To pamiętaj sobie! A teraz się ucz, żeby ty głupim nie był, a czapkę to ja tobie inszą kupię, to ty nie potrzebujesz płakać, bo to głupstwo jest!
Malec pocałował w rękę dziada i wziął się do książek. Stary introligator bardziej jednak był poruszony tą sprawą, niż to chciał dziecku okazać. Długo bowiem po izbie chodził, nie kończąc pilnej, zaczętej roboty, i spluwając po kątach, jakby się goryczą jaką nakarmił. Nie przetrawił on tej goryczy w sobie i przez noc widocznie, gdyż bardziej zgarbiony i postarzały niż zwykle nazajutrz wstał; kiedy chłopiec, podpiąwszy rzemienie tornistra, do szkoły ruszył, stary poszedł do okna i patrzył za nim niespokojnie, długo.
Niepokój ten nie opuszczał go i przy pracy nawet. Częściej niż zwykle, pod wpływem jakiegoś rozdrażnienia, nakładał krótką fajeczkę i podchodził do okna i patrzał podejrzliwie w tak dobrze, tak dawno znaną sobie uliczkę. Pod wpływem też tego rozdrażnienia zapewne, ruch jej, jej głosy, jej tętno, inne mu się jakieś, niż zwykle, wydały.
Gdy jednak malec powrócił ze szkoły wesół, bo piątkę dostał, rozbawiony nową czapką, która mu na oczy wjeżdżała, stary o swoich przywidzeniach zapomniał i czy to sam dla siebie, czy dla uciechy dziecka, gwizdał przy robocie, jak za młodych czasów!
Po obiedzie wpadł po akty dependent, pachnący piżmem.
— Co słychać? — spytał.
— Wszystko dobrze, broń Boże od złego! — odrzekł Mendel Gdański.
— Podobno żydów mają bić?... — rzucił pachnący dependent z głupkowatym uśmiechem.
— Nu, jak bić, to bić! — odrzekł Mendel, pokrywając wrażenie, jakie na nim te słowa wywarły. A kto ich ma bić? Urząd?...
— I... Urządby tam — rozśmiał się mały dependent.
— Nu, jak nie urząd, to i chwała Bogu! — rzekł Mendel.
Rozśmiali się obaj. Młody dependent głupkowato, żyd z przymusem widocznym.
Zły był, że ta rozmowa toczyła się przy dziecku. Spojrzał na chłopca z pod brwi nasuniętych. Malec wlepił w dependenta wielkie swoje oczy i dopiero, kiedy ten za progiem był, spuścił je na karty książki pociemniałe, pałające. Stary Mendel, jakby nie widział tego, zaczął znowu gwizdać. Ale gwizdanie to miało coś w sobie ze świstu przytłoczonej wielkim ciężarem piersi, nuta przycichała, głuchła, zasypiała, aż urwała się zgrzytem czy jękiem.
Zmierzchało już w izbie, kiedy przez nizkie drzwi wcisnął się gruby zegarmistrz w popielatym haweloku, jakiego stale używał w tej porze.
— Słyszałeś pan nowinę? — zapytał, siadając na brzegu stołu, przy którym uczył się malec.
— Nu — odparł Mendel — co mnie po nowinów? Jak ona będzie dobra, to ona i wtedy będzie dobra, kiedy ona nie będzie nowina, a jak zła, nu, to na co ja ją słuchać mam?
— Podobno żydów mają bić — rzekł tłusty zegarmistrz, kiwając nogą w wyciętym trzewiku z błyszczącą stalową sprzączką.
Stary Mendel zamrugał kilka razy nerwowo, koło ust przebiegło mu nagłe drgnięcie. Wnet opamiętał się jednak, i przybrawszy ton jowialnej dobroduszności, rzekł:
— Żydów? Jakich żydów? Jeśli tych, co uni złodzieje są, co uni ludzi krzywdzą, co uni po drogach rozbójstwo robią, co uni z tego biednego skórę ciągną, nu, to czemu nie? Ja sam pójdę ich bić!
— Ale nie! — rozśmiał się zegarmistrz. — Wszystkich żydów...
W siwych źrenicach Mendla zapalił się błysk nagły. Przygasił go jednak wpół spuszczoną powieką i niby obojętnie zapytał:
— Nu, za co oni mają wszystkich żydów bić?
— A za cóżby? — odrzucił swobodnie zegarmistrz. — Za to, że żydy!
— Nu — rzekł Mendel, mrużąc siwe oczy — a czemu uni do lasa nie idą i nie biją brzeziny za to, że brzezina, albo jedliny za to, że jedlina?...
— Ha! ha! — rozśmiał się zegarmistrz — każdy żyd ma swoje wykręty! Przecie ta jedlina i ta brzezina to nasze, w naszym lesie, z naszego gruntu wyrosła!
Mendel aż się zachłysnął, tak mu odpowiedź na usta nagle wykipiała. Pochylił się nieco ku zegarmistrzowi i głęboko zajrzał mu w oczy.
— Nu, a ja z czego wyrósł? A ja z jakiego gruntu wyrósł? Pan dobrodziej mnie dawno zna? Dwadzieścia i siedem lat mnie pan dobrodziej zna! Czy ja tu przyszedł jak do karczmy? Zjadł, wypił i nie zapłacił? Nu, ja tu nie przyszedł jak do karczmy! Ja tu tak w to miasto urósł, jak ta brzezina w lesie! Zjadł ja tu kawałek chleba, prawda jest. Wypił też wody, i to prawda jest. Ale za tego chleba i za tej wody ja zapłacił. Czem ja zapłacił? Pan dobrodziej chce wiedzieć, czem ja zapłacił?
Wyciągnął przed siebie obie spracowane, wyschłe i żylaste ręce.
— Nu — zawołał z pewną porywczością w głosie — ja temi dziesięciu palcami zapłacił! Pan dobrodziej widzi te ręce?
Znów się pochylił i trząsł chudemi rękami przed błyszczącą twarzą zegarmistrza.
— Nu, to takie ręce są, co ten chleb i te wode próżno do gęby nie nosiły! To takie ręce są, co się pokrzywiły od noża, od obcęgów, od śruby, od młota. Nu, ja niemi zapłacił za każdy kęs chleba i za każdy kubek wody, co ja tu zjadł i wypił. Ja jeszcze i te oczy przyłożył, co już dobrze patrzeć nie chcą, tego grzbietu, co nie chce już prosty być i te nogi, co nie chcą mnie już nosić!
Zegarmistrz słuchał obojętnie, bawiąc się dewizką. Żyd sam się roznamiętniał swą mową.
— Nu, a gdzie ta zapłata moja jest? Ta zapłata moja jest w szkole u dzieci, u tych paniczów, u te panienki, co się uczą na książkę, co piszą na kajetu, nu. Una i w kościół jest, jak tam z książkami ludzie idą... Nu, una i u wielmożnego proboszcza jest, bo ja i jemu oprawiał książki, niech un zdrowy żyje!
Tu uchylił jarmułki, a potem dodał:
— Moja zapłata w dobrych rękach jest!
— Tak się to mówi — odparł dyplomatycznie zegarmistrz — ale żyd, zawsze żydem!...
Nowe iskry zagorzały w oczach starego introligatora.
— Nu, a czem un ma być? Niemcem ma być? Francuzem ma być?... Może un koniem ma być? Nu, bo psem to un już dawno się zrobił, to un już jest!
— Nie o to chodzi! — rzekł patetycznie zegarmistrz. — Chodzi o to, żeby nie był obcym!...
— O to chodzi? — odparł żyd, przechylając się w tył i cofając łokcie. Nu, to niech mi tak odrazu pan dobrodziej powiada! To jest mądre słowo! Ja lubię słyszeć mądre słowo! Mądre słowo to jest jak ojciec i jak matka człowiekowi. Nu, ja za mądre słowo tobym milę drogi szedł. Jak ja mądre słowo usłyszę, to mnie za chleb starczy. Jakby ja wielki bogacz był, wielki bankier, nu, to jaby za każde mądre słowo dukata dał. Pan dobrodziej powiada, coby żyd nie był obcy? Nu, i ja tak samo powiadam. Czemu nie? Niech un nie będzie obcy. Na co un obcy ma być, na co ma obcym się robić, kiedy un i tak swój? Pan dobrodziej myśli, co jak tu deszcz pada, to un żyda nie moczy, bo żyd obcy? Albo może pan dobrodziej myśli, co jak tu wiatr wieje, to un piaskiem nie sypie w oczy temu żydowi, bo żyd obcy? Albo może pan dobrodziej myśli, że jak ta cegła z dachu leci, to una żyda ominie, bo un obcy? Nu, to ja panu dobrodziejowi powiem, że una jego nie ominie. I wiatr jego nie ominie i deszcz jego nie ominie! Patrz pan dobrodziej na moje włosy, na moje brode.. Uny siwe są, uny białe są... Co to znaczy? To znaczy, co uny dużo rzeczy widziały i dużo rzeczy pamiętają. To ja panu dobrodziejowi powiem, co une widziały wielgie ognie, i wielgi pożar, i wielgie pioruny na to miasto bić, a tego, coby od te ognie i od ten pożar i od te pioruny żydy były uwolnione, to uny tego nie widziały! Nu, a jak noc jest na miasto, to una i na żydów jest, to i na żydów wtedy niema słońce!
Odetchnął głęboko, ciężko.
— Pan dobrodziej na zabawy chodzi? Pan dobrodziej na tańce bywa?
Gruby zegarmistrz skinął głową i zakołysał się na stole, brzęcząc dewizką.
Pochlebiało mu to, że introligator uważa go za człowieka światowego i mogącego jeszcze zabawiać się tańcami.
Żyd gorejącemi oczyma patrzył w jego twarz płaską, ozdobioną szerokim, mięsistym nosem.
— A smutku swego, swego kłopotu pan dobrodziej ma?
Zegarmistrz podniósł brwi, przybierając minę niezdecydowaną. Właściwie pragnął się on okazać wyższym nad podobne drobnostki, jak kłopot i smutek, ale że nie wiedział do czego żyd zmierza, milczał więc dyplomatycznie.
Stary introligator odpowiedzi też nie czekał, tylko mówił dalej głosem wezbranym, pełnym:
— Nu, jak pan dobrodziej na tańce bywa i swego smutku też ma, to panu dobrodziejowi wiadomo jest, że się ludzie do tańca, do wesołości zejdą, i po wesołości się rozejdą, i nic. Ale jak te ludzie do smutku się zejdą, jak się uni do płakania zejdą, nu, to już nie jest nic. To już ten jeden temu drugiemu bratem cię zrobił, to już ich ten smutek jednym płaszczem nakrył. To ja panu dobrodziejowi powiem, co ja w to miasto więcej rzeczy widział do smutku niż do tańca, i że ten płaszcz to bardzo duży jest. Ajaj, jaki un duży!.... Un wszystkich nakrył, i ze żydami też!
Odwrócił się bokiem i spojrzał za siebie w okno.
— Mój panie Mendel — rzekł zegarmistrz tonem wyższości. — Gada się to tak i owak, ale każdy żyd, byle pieniądze miał...
Stary introligator nie dał mu dokończyć, ale podniósłszy rękę, trząsł nią jakby się od natrętnego owadu opędzał.
— Niech mi pan dobrodziej nie powie te mowe! To jest mowe od wszystkie głupie ludzie. Jakby żydowi pieniądz za wszystko miał być, to by jemu Pan Bóg odrazu kieszeń w skórę zrobił, abo i dwie. A jak jemu Pan Bóg kieszeń w skórę nie zrobił, nu, to na to, że żydowi pieniądz tyle ma być, co i każdemu.
— Ma być! — zawołał tryumfalnie zegarmistrz, podnosząc tłusty podbródek i muskając się po nim. — Ale nie jest! W tem sęk, że nie jest...
Uśmiechnął się Mendel wpół smętnie, a wpół filuternie.
— A ja panu dobrodziejowi powiem, co tam właśnie sęka niema, tylko jest dziure. Ajaj, jakie dziure!
Spoważniał nagle i kiwał głową, patrząc w ziemię.
— Pan dobrodziej myśli, co ja te dziure nie widzę? Ja ją widzę. Że una się zrobić mogła, to jest źle; ale że una dotąd niezałatana jest, to jeszcze gorzej. W te dziure, to dużo mocy wpada i w słabość się obraca. I dużo rozumu wpada, a w głupstwo się obraca. I dużo dobroci wpada, a w złość się obraca... Chce mi pan dobrodziej wierzyć? Te dziure, to nie żydki zaczęły pierwsze drzeć. Nu, że uni ją potem darli, to ja wiem, to ja nie skłamię, nie powiem że nie! Ale najpierw, to ją zaczęła drzeć zapomniałość na to, co wszystkie ludzie od jednego Boga stworzone są.
Złożył dwa pierwsze palce w ręku, jakby tabakę brał, a wystawiwszy mały, dodawał tym gestem precyzyi dowodzeniu swemu.
— To była pierwsza nitka, co tam w to miejsce pękła. Nu, tak jedni zaczęli do siebie ciągnąć, a drudzy znów do siebie i tak się już dalej rwało. Pan dobrodziej powiada, co dla żyda pieniądz wszystko jest? Nu, niech i tak będzie! A wie pan dobrodziej czemu? Nie wie pan dobrodziej? Pan dobrodziej myśli, temu, co żydki chytre są? To się pan dobrodziej myli. Pan dobrodziej zna ten słup na Ujazdów? Nu, pan dobrodziej się śmieje! To tam na ten słup położony będzie hunor, i mądrość, i wielga sławność, i wielgie herby, i wielga familia, i wielgie urzędy, i pieniądze też, nu, to jeden wlizie na słup po ten hunor, a drugi po te mądrość, a trzeci po te herby, a czwarty po te sławność, a i taki się znajdzie, co po te pieniądze wlizie, choć insze rzeczy przy nich są. Ale jak na ten słup położone będą tylko pieniądze, a nie będzie ani honoru, ani sławności, ani mądrości, to po co ludzie będą na ten słup liźć? Jak pan dobrodziej myśli? Po pieniądze uni będą liźć i po nic więcej? A te z dołu, co się przypatrują, to będą krzyczeć. Ajaj, jaki to chytry naród, po pieniądze tylko lizie, pieniądze u niego wszystko! A im kto mniejszy będzie, albo na głębszym dołu stał, to mniej widzieć będzie a głośniej jeszcze krzyczeć. A tylko te wysokie ludzie, te na górze stojące, widzieć będą, co na ten słup nic innego położone nie jest i tym, co po to lizą, co tam położone jest, nie będą się dziwowali, a krzyczeć, to uni też nie będą. Co na nasz słup leży? Pieniądze tylko leżą, tak my po pieniądze idziem. Ale to nie jest pierwsze złe. Pierwsze złe, to jest takie, co dwa słupy są i co na nich nierówne rzeczy leżą.
— Jeszczeby! — rozśmiał się impertynencko zegarmistrz.
— W teoryi zresztą — dodał poważniej — masz pan może i słuszność. Ale w praktyce inaczej to się okazuje. Was, żydów, lęgnie się jak tej szarańczy, a zawsze to żywioł cudzy...
Stary introligator znów zamrugał nerwowo razy kilka, i znów siwe swoje oczy w połowie rzęsami przysłonił.
— Mądry człowiek, choćby w garści dwa kamienie miał i trzy choćby miał, to tylko jednym w psa ciska A pan dobrodziej dwoma kamieniami odrazu cisnął na starego żyda... Ale to nic nie szkodzi. Ja ten jeden podniosę, i ten drugi też podniosę. Mój grzbiet już się sam do ziemi schyla...
Musnął dwa razy białą swą brodę i pomyślawszy chwilkę, rzekł:
— Pan dobrodziej wie, jak ja się nazywam? Nu, ja się nazywam Mendel Gdański. Że ja się Mendel nazywam, to przez to, co nas było dzieci czternaście, a ja się piętnasty urodził, tu, na Stare Miasto, w te wązkie uliczke, zara za te żółte kamienice, gdzie apteka. Pan dobrodziej wie? Nu, jak ja się tam urodził, to nas było dzieci piętnaście, cały mendel. Przez to ja się Mendel nazywam. Czy nas ojciec nieboszczyk potopić miał? Nie miał nas potopić! Raz, że się un Pana Boga bał, a drugi raz, że un te swoje piętnaście dzieci tak kochał, że jak matka przyniosła śledź, to un tylko główkę sobie urwał, a całego śledzia to dzieciom dał, coby się najadły, coby nie były głodne. Tak ich kochał.
Zachłysnął się. Poczerwieniał, oczy mu się zapaliły nagłem przypomnieniem. Wnet się jednak pohamował i mówił dalej z jowialnym uśmiechem, w którym gorzką ironię dostrzedz było można.
— Ale ja, Mendel, widział, co mendlowi całemu źle na świecie, tak sam już tylko pół tuzina dzieci miał; a moja córka, Lija, nu, una tylko jednego syna miała i od boleści wielkiej umarła. Żeby ona żyła, a sześć synów miała, a patrzała na co ja patrzę, nu, to una by sześć razy od boleści umierać musiała!
Mówił szybko, coraz szybciej, głosem namiętnie przyciszonym, pochylając się ku zegarmistrzowi i przenikając go pałającym wzrokiem. Po chwili wyprostował się, wciągnął w starą pierś głęboki ciężki oddech i uśmiechnąwszy się smętnie, rzekł:
— To już my go nie nazywali Mendel, to już my go nazwali Jakób.
— Kubuś, pójdź tu! — zawołał, jakby pierwszy raz przypominając sobie obecność chłopca. A gdy malec wstał ze stołka i szastnąwszy buciętami przed zegarmistrzem, do dziada się przytulił, stary pogłaskał go po głowie i rzekł:
— Kubuś, to takie imię, co go i pan dobrodziej, na ten przypadek, godnemu synkowi może dać. To jest takie imię, co to jak na tym sądzie króla Salomona: niech nie będzie ani mnie, ani tobie. To dobre imię jest! Po te imię, to jak po te kładke, przejdą ludzie z te niedobre czasy do te dobre czasy, kiedy jeden drugiemu nie będzie liczył w domu dużo ma kołyski... Bo w te dużo kołyski, dużo pracy jest, i dużo głodu jest, i dużo mogiłki też...
I nie na tem mądrość jest, coby mało ludzi było; ale na tem mądrość jest, coby uni dużo dobrego zrobili, dużo ziemi obsiali, dużo obkopali, dużo obsadzili. Coby uni dużo przemysłowców mieli, dużo rozumu się uczyli, dużo dobrości znali w sercu jeden dla drugiego. Mnie jeden stary chłop powiadał, co jak bocian więcej dzieci ma, niż ich wyżywić może, to jedno albo dwa z gniazda zruci. Tak niech już pan dobrodziej kłopotu o to nie ma. To i nad ludźmi taka moc musi być, co te gęby liczy i te ziarna w kłosie też...
Trząsł siwą brodą, coraz silniej tuląc malca do swego boku.
— Nu, ja nietylko nazywam się Mendel, ja jeszcze nazywam się Gdański. Nu, co to jest Gdański? To taki człowiek, albo taka rzecz, co z Gdańska pochodząca jest. Pan dobrodziej wie?... Wódka gdańska jest, i kufer gdański jest, i szafa gdańska jest... tak uny gdańskie mogą być, tak ja jestem Gdański. Nie jestem paryski, ani nie jestem wiedeński, ani nie jestem berliński, — jestem Gdański. Pan dobrodziej powiada, co ja cudzy. Nu, jak to może być? Jak ja Gdański, to ja cudzy? Tak pan dobrodziej powiada? Czy to tam już wyschła Wisła? Czy tratwy tam nie idą od nasze miasto? Czy tam te łapciuchy nasze flisy już nie są?... To już wszystko cudze?... To pan dobrodziej taki hojny? Nu! szkoda, co ja przód nie wiedział o tem, co pan dobrodziej taki hojny, bo jabym poprosił pana dobrodzieja choć o połowę sklepu, choć o połowę te wszystkie zegarki, co tam są...
Zegarmistrz śmiał się i chwytał za boki.
— A niechże pana nie znam! A toś pan wywiódł sztukę, że i Bosko lepiej nie potrafi! Że Gdański, to już swój! Cha! cha! cha!...
Stary żyd kiwał głową i uśmiechał się także. Filuterya sofisty błyszczała mu w oczach, ale uśmiech był gorzki, kolący...
— Mendel Gdański i Jakób Gdański — rzekł po chwili z powagą, zwracając się do wnuka, i jakby przekazując mu dostojność swojego nazwiska i swojej tradycyi.
— Nu, co un jest ten Mendel Gdański? Un żyd jest, w to miasto urodzony jest, w to miasto un żyje, ze swojej pracy, w to miasto ma grób ojca swego, i matki swojej, i żony swojej i córki swojej. Un i sam w to miasto kości swoje położy.
— Nu, co un jest ten Kubuś Gdański? — ciągnął dalej, odsunąwszy od siebie chłopca na środek izby na długość swej ręki i nie puszczając jego ramienia.
— Nu, un uczeń jest. Un w szkole siedzi, w ławkę, przy swoich kolegi un siedzi, w książkę patrzy, pisze, uczy się. Nu, na co un się uczy? Un się na to uczy, coby rozum miał. Nu, czy un ten rozum gdzie poniesie, jak un go będzie miał? Un go nigdzie nie poniesie w obce miejsce. Un go nie poniesie do wody utopić, ani do ognia spalić, ani do ziemi zakopać. Un tu mądry będzie, na ten kraj, na to miasto będzie rozum miał. To będzie w ten kraj cały rozum, coby bez niego był, i jeszcze ten rozum będzie w ten kraj, co un go Kubuś będzie miał. Czy pan dobrodziej myśli, co to będzie za dość? Zadużo? Nu, pan dobrodziej takie głupstwo nie może myśleć?
Nu, a jak un rozum będzie miał, to un będzie wiedział takich rzeczy, jakie ja nie wiem i pan dobrodziej me wie. Un może i to będzie wiedział, co wszyscy ludzie dzieci są od jednego Ojca, i co wszyscy ludzie kochać się mają, jak te bracia...
Przyciągnął do siebie napowrót chłopca, a objąwszy jego szyję, pochylił się do zegarmistrza i szepnął:
— Bo to delikatne dziecko jest... sierota jest... bardzo miętkiego serca...
Pogłaskał chłopca po twarzy i dodał:
— Idź, kochanku, połóż się spać, bo jutro do szkoły pójdziesz.
Malec znów szastnął buciętami przed zegarmistrzem, dziada rękę do ust przycisnął i zniknął za ponsową firanką, dzielącą izbę od małej alkowy.
Stary żyd łysnął oczami raz i drugi, zachłysnął się, i unosząc brodę, spytał:
— Nu, z przeproszeniem pana dobrodzieja, kto to powiadał, co żydów mają bić? Ja się przy to dziecko pytać nie chciał, żeby go broń Boże nie przestraszyć, bo to bardzo delikatne dziecko jest, ale teraz, to ja się pana dobrodzieja o to bez urazy spytam...
Uśmiechał się pochlebnie, ujmująco, siwe jego oczy patrzyły z przymileniem.
Zegarmistrz, zbity nieco z tropu poprzedniemi wywodami żyda, natychmiast uczuł swoją przewagę.
— Powiadają... — bąknął niedbale, wydymając wargi.
— Nu, kto powiada? — pytał żyd, a oczy już z aksamitnych stawały się ostre, kłujące.
— Ludzie powiadają... — bąknął tym samym tonem zegarmistrz.
Stary żyd odskoczył nagle na dwa kroki, ze zwinnością, którejby się nikt w nim nie domyślał. Wzrok jego pałał, wargi parskały, głowę postawił jak kozieł.
— Ludzie?... Ludzie powiadają? — pytał głosem syczącym, w coraz wyższe wpadającym tony.
— Ludzie?...
I za każdym wymówionym wyrazem pochylał się coraz bardziej naprzód, przysiadał niemal.
Zegarmistrz patrzył obojętnie, bawiąc się dewizką i kiwając nogą w trzewiku. Uważał jednak, że ta postawa żyda jest wobec niego niewłaściwą i śmieszną.
— Cóż to pana tak dziwi? — zapytał chłodno.
Ale stary introligator już się uspokoił. Rozpatrywał się, ręce wparł w biodra, brodę wyrzucił do góry, oczy zmrużył.
— Pan dobrodziej się myli — rzekł. — Ludzie tego nie powiadają. To powiada wódka, to powiada szynk, to powiada złość i głupota, to powiada zły wiatr, co wieje.
Wzniósł rękę i machnął mą wzgardliwie.
— Niech pan dobrodziej śpi spokojnie. I ja będę spokojnie spał, i to dziecko będzie spokojnie spało! Nasze miasto bardzo dużo smutku ma, i bardzo dużo ciemności, i bardzo dużo nieszczęścia, ale na nasze miasto jeszcze to nie przyszło, coby się w niem ludzie gryźli jak psy. O to może pan dobrodziej spokojny być!
Zacisnął usta i sięgnął z powagą po ciężki cynowy lichtarz, jakby chciał zaraz świecić gościowi do sieni. Zsunął się pan zegarmistrz ze stołu, nacisnął hawelok, umocnił na głowie kapelusz, który mu gdzieś na kark zjechał i rzuciwszy: dobranoc, wyszedł.
Wtedy żyd odedrzwi wrócił, lichtarz na stole umieścił, a przyszedłszy na palcach ku alkowie, ponsowej firanki uchylił i ucha nadstawił.
Z wewnątrz alkowy słychać było oddech dziecka gorączkowy, nierówny, chrypliwy. Mała lampka o zielonej szklanej banieczce paliła się tam na stołku. Stary pantofle zrzucił, do łóżka podszedł i zapatrzył się w rozognioną twarzyczkę chłopca niespokojnie, badawczo. Chwilkę tak stał wstrzymując dech w piersi, poczem westchnął i wysunąwszy się z alkowy, na stołku ciężko siadł, oparł dłonie o kolana i zakołysał siwą swoją głową.
Zgarbiony był teraz i jakby postarzały o jaki lat dziesiątek. Usta jego poruszały się bezdźwięcznie, pierś dyszała ciężko, oczy utkwione były w podłogę. Cienka świeca dogasała, skwiercząc w cynowym lichtarzu.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·
Nazajutrz rano uliczka obudziła się cicha, jak zwykle, i jak zwykle spokojna. Mendel Gdański od wczesnego ranka stał w skórzanym fartuchu przy swoim warsztacie. Wielkie jego nożyce zgrzytały po papierze zapalczywie, twardo, śruba prasy piszczała dociskana do ostatniego kręga, nóż wązki, długi błyskał pod ranne słońce zużytą swą klingą, skrawki papieru padały z szelestem na prawą i na lewą stronę. Stary introligator pracował gorączkowo, żarliwie; na jego zwiędłej, głęboko zbrużdżonej twarzy znać było noc niespaną. Gdy przecież wypił lichą kawę, którą mu sąsiadka w dużym fajansowym imbryku przyniosła, raźniej mu się jakoś na sercu zrobiło, nałożył krótką fajeczkę, zapalił i poszedł budzić wnuka.

Chłopak zaspał dziś jakoś. Długo w noc na posłaniu rzucał się, jak ryba, a teraz spał snem głębokim, cichym. Cienki promień słońca, wpadający do alkowy przez otwór ponsowej firanki, kładł mu się na oczach, na ustach, na wątłych, odkrytych piersiach; to znów w ciemnych miękkich włosach i w długich spuszczonych rzęsach zapalał złoto-brunatne, migotliwe płomyki.
Stary patrzył się z lubością na dziecko. Czoło jego wygładzało się, usta rozszerzały, oczy mrużyły i nabierały blasku. Rozśmiał się wreszcie szczęśliwym cichym śmiechem, a wciągnąwszy wielki kłąb dymu z fajeczki, pochylił się i puścił go pod sam nos chłopaka. Malec się zakrztusił, zerwał, szeroko otwarł złote swoje oczy i zaczął je trzeć złożonemi w dwie chude piąstki rękami. Spieszył się teraz niezmiernie, był zafrasowany; jedno z zadań zostało niedokończonem, książki, kajety niepoukładane leżały dotychczas na stole. Już i kawy nie dopił i bułki na pauzę, przełożonej dwoma plasterkami zimnego jajka na twardo, nie chciał wziąć, tylko w tornister książki rzucał, niepewny, czy się nie spóźni. Kiedy wszakże, szynel na ramiona wziąwszy, do drzwi zmierzał, drzwi otwarły się gwałtownie, a chudy student z facyatki pchnął go napowrót do izby:
— Uciekaj, bo żydów biją!
Rozdraźniony był widocznie bardzo. Jego ospowata, długa twarz zdawała się jeszcze dłuższą i jeszcze bardziej spustoszoną; krok, jaki z sieni do izby zrobił, oddalił cienkie jego nogi na niezmierną odległość od siebie, małe bure oczy sypały iskry gniewu. Wylękły malec kłębkiem potoczył się aż ku stołowi, upuszczając szynel i tornister....
Stary osłupiał. Ale wnet oprzytomniawszy, ogniami z twarzy buchnął: jak żbik do studenta skoczył...
— Co to uciekaj?... Gdzie un ma uciekać?... Na co un ma uciekać?... Czy un tu ukradł co komu, coby un uciekać miał?... Czy un tu w cudzej stancyi siedzi?... W cudzy dom... Un tu w swojej stancyi siedzi! w swój dom! Un tu nikomu nic nie ukradł! Un do szkoły idzie! Un nie będzie uciekał!...
Przyskakiwał do stojącego we drzwiach studenta, skurczony, zebrany w sobie, syczący, parskający i trzęsący brodą.
— Jak tam pan chcesz! — rzucił szorstko student. — Ja powiedziałem...
I zabierał się do wycofania z izby swej niezmiernie długiej nogi. Stary introligator uchwycił go za połę wytartego paltota.
— Jak ja chcę?... Nu, co to jest za gadanie, jak ja chcę! Ja chcę, cobym ja spokój miał. Ja chcę spokojnie zjeść mój kawałek chleb, co ja na niego pracuję! Nu ja chcę wychować te sierote, ten chłopiec, coby z to dziecko człowiek był, coby nikt na niego nie pluł, kiedy un nic winny nie jest!... Nu, ja chcę, coby nie było ani mojej, ani niczyjej krzywdy, coby sprawiedliwość, coby się ludzie Boga bali!... Nu, ja tego chcę! A uciekać to ja nie chcę! Ja w to miasto się urodził, w ten dom dzieci miał, ja tu nikogo nie skrzywdził, ja tu warsztat mam...
Nie skończył, kiedy od załamu uliczki ozwała się głucha wrzawa, jakby zdaleka gdzieś przeciągającej burzy. Po twarzy studenta przeleciał kurcz nagły, wpół głośna klątwa wypadła mu przez ściśnięte zęby.
Stary introligator umilkł, wyprostował się i wyciągnąwszy chudą szyję, nasłuchiwał chwilę. Wrzawa zbliżała się szybko. Słychać już było gwizd przeciągły, śmiechy, wołania, wybuchy krzyków i płaczu lament. Uliczka zawrzała. Zamykano bramy, tarasowano sklepy, jedni biegli wprost na wrzawę, drudzy uciekali od niej.
Nagle malec wystraszony rozszlochał się głośno. Student z naciskiem drzwi zamknął i zniknął w pustej sionce.
Stary żyd słuchał. Ani szlochania dziecka, ani wyjścia studenta zdawał się nie spostrzegać. Wzrok miał jak gdyby cofnięty w siebie, dolną wargę obwisłą, ucho nastawione. Mimo skórzanego fartucha, widać było drżenie jego starych kolan; twarz z czerwonej stała się brunatną, z brunatnej żółtą, z żółtej kredowo-białą. Wyglądał jak człowiek trafiony postrzałem. Chwilka jeszcze, a to stare, osłabłe ciało złamie się i runie.
Coraz bliższa, coraz wyraźniejsza wrzawa wpadła nareszcie w opustoszałą uliczkę z ogromnym wybuchem krzyku, świstania, śmiechów, klątw, złorzeczeń. Ochrypłe pijackie głosy zlewały się w jedno z szatańskim piskiem niedorostków. Powietrze zdawało się pijane tym wrzaskiem motłochu; jakaś zwierzęca swawola obejmowała uliczkę, tłoczyła ją, przewalała się po niej dziko, głusząco. Trzask łamanych okiennic, łoskot toczących się beczek, brzęk rozbijanego szkła, łomot kamieni, zgrzyt drągów żelaznych, zdawały się, jak żywe, brać udział w tej ohydnej scenie. Jak płatki gęsto padającego śniegu, wylatało i opadało pierze z porozrywanych poduszek i betów. Już tylko kilka lichych kramów dzieliło izbę Mendla od rozpasanej ciżby. Malec przestał szlochać i trzęsąc się cały jak w febrze, przysiadł się do dziada. Jego wielkie, ciemne oczy pociemniały jeszcze i świeciły ponuro z pobladłej twarzyczki. Dziwna rzecz! To przytulenie się dziecka i to blizkie już niebezpieczeństwo, skrzepiły starego żyda. Położył rękę na głowie wnuka, tchu w piersi nabrał szerokim oddechem, a choć twarz miał jeszcze jak opłatek białą, do źrenic już przywołał i ogień i życie.
— Sz... — szepnął uspokajająco.
Teraz dopiero uciszał płacz, który już sam umilkł, zduszony wielkim strachem. Teraz dopiero to przedchwilowe szlochanie dziecka dochodziło do jego świadomości.
W tej chwili do długiej wązkiej sionki wpadło kilka kobiet: powroźniczka z dzieckiem na ręku, stróżka, straganiarka.
— Dalej, Mendlu! — krzyknęła od progu stróżka — zejdźta im z oczów! Ja tu duchem w oknie obrazik postawię, abo krzyzik. Już ta po inszych izbach stoi... To tam nie idą!...
Chwyciła malca za rękę.
— Dalej, Kubuś! do alkowy!...
Obstąpiły ich, zasłaniały sobą, pchały ku ponsowej firance. Znały tego żyda tak dawno, był usłużnym, dobrym człowiekiem. Za kobietami zaczęli się wsuwać inni mieszkańcy małej kamieniczki. Izba zapełniała się ludźmi.
Stary Mendel jedną rękę oparł ciężko na ramieniu chłopca, a drugą odsunął kobiety. Oprzytomniał już zupełnie przez tę jedną chwilę.
— Dajta spokój, Janowa! — mówił twardym, brzmiącym jak dzwon głosem. — Dajta spokój! Ja wam dziękuję, bo wy mnie swoją świętość chcieli dać, mnie ratować, ale ja do moje okno krzyż nie chcę stawić! Ja się nie chcę wstydzić, co ja żyd. Ja się nie chcę bać! Jak uny miłosierdzia w sobie nie mają, jak uny cudzej krzywdy chcą, nu, to uny nie są chrześcijany, nu, to uny i na ten krzyż nie będą pytali, ani na ten obraz... Nu, to uny i nie ludzie są. To uny całkiem dzikie bestye są.
A jak uny są ludzie, jak uny są chrześcijany, nu, to dla nich taka siwa głowa starego człowieka i takie dziecko niewinne, też jak świętość będzie.
— Pójdź, Kubuś...
I pociągnąwszy za sobą chłopca, mimo hałaśliwych protestów zebranych, do okna podszedł, oba jego skrzydła pchnięciem ręki otworzył, i stanął w niem w rozpiętym kaftanie, w skórzanym fartuchu, z trzęsącą się brodą białą, z głową wysoko wzniesioną, tuląc do swego boku małego gimnazistę w szkolnej bluzie, którego wielkie oczy otwierały się coraz szerzej, utkwione w wyjący motłoch.
Widok był tak przejmujący, że kobiety szlochać zaczęły.
Spostrzegła stojącego w oknie żyda uliczna zgraja, i omijając pozostałe kramy, rzuciła się ku niemu.
Tę heroiczną odwagę starca, to nieme odwołanie się do uczuć ludzkich tłumu wzięto za zniewagę, za urągowisko. Tu już nie szukano, czy jest do wytoczenia jaka beczka pełna octu, okowity, jaka paka towarów do rozbicia, jaka pierzyna do rozdarcia, jaki kosz jaj do stłuczenia. Tu wybuchła ta dzika żądza pastwienia się, ten instynkt okrucieństwa, który przyczajony w jednostce, jak pożar opanowywa zbiegowisko, ciżbę...
Jeszcze nie dobiegli pod okno, kiedy kamień rzucony z pośrodka tłumu, trafił w głowę chłopca. Malec krzyknął, kobiety rzuciły się ku niemu. Żyd puścił ramię dziecka, nie obejrzał się nawet, ale podniósłszy obie ręce wysoko ponad wyjący motłoch, wzrok utkwił i szeptał zbielałemi usty:
— Adonai! Adonai!... — a wielkie łzy toczyły się po jego zbrużdżonej twarzy.
W tej chwili był to prawdziwy „Gaon,“ co znaczy: wysoki, wzniosły.
Kiedy pierwsi z tłumu pod okno dopadli, znaleźli tam wszakże niespodziewaną przeszkodę w postaci chudego studenta z facyatki.
Z wzburzoną czupryną, w rozpiętym mundurze, stał on pod oknem żyda, rozkrzyżował ręce, zacisnąwszy pięście i rozstawiwszy nogi, jak otwarty cyrkiel. Był tak wysoki, że zasłaniał sobą okno niemal w połowie. Gniew, wstyd, wzgarda, litość, wstrząsały jego odkrytą piersią i płomieniami szły po jego czarnej, ospowatej twarzy...
— Wara mi od tego żyda! — warknął jak brytan na pierwszych, którzy nadbiegli. — A nie, to wal we mnie jeden z drugim, gałgany! psubraty! hultaje!
Trząsł się aż cały, i nawet pełnego głosu dobyć nie mógł, tak go gniew dławił. Z małych jego burych oczu iskry sypać się zdawały.
Był w tej chwili pięknym, jak Apollo...
Kilku trzeźwiejszych z bandy zaczęło się cofać. Postać młodzieńca i jego słowa uderzyły ich swą siłą. Skorzystał z tego długi student, a skoczywszy przez nizkie okno do izby, odepchnął żyda, a sam w oknie stanął. Tłum przeciągnął mimo tego okna z głuchą wrzawą. Szyderstwa, pogróżki, wrzaski, złorzeczenia, towarzyszyły pochodowi temu; poczem wrzawa oddalała się, cichła, aż przeszła w huk niewyraźny, daleki.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Tego wieczora nikt się przy sosnowym stole nie uczył, i nikt przy warsztacie nie pracował. Z za ponsowej firanki, z alkowy, dobywał się niekiedy cichy jęk dziecka; zresztą spokój panował tu zupełny. Gdyby nie rozbita szyba w okienku, gdyby nie porzucony na podłodze szynel i tornister uczniowski, nie znać byłoby tej burzy, która tu przeszła rankiem.
W alkowie, za ponsową firanką, leżał mały gimnazista z obwiązaną głową. Zielona lampka paliła się przy nim, chudy student siedział na brzegu łóżka, trzymając rękę malca.
Twarz studenta była już tą samą co zwykle, dziobatą, brzydką twarzą; w oczach tylko paliły się niedogasłe ognie, z dna duszy ruszone. Siedział milczący, namarszczony, gniewny, i od czasu do czasu rzucał niecierpliwe spojrzenie w ciemny kąt alkowy. W kącie tym siedział stary Mendel Gdański, bez ruchu, bez głosu. Skulony, z łokciami wspartymi o kolana, z twarzą ukrytą w rękach, siedział on tak już od południa, od chwili, w której dowiedział się, że chłopcu niebezpieczeństwo nie grozi.
Ta nieruchomość i to milczenie starego introligatora niecierpliwiły studenta.
— Panie Mendel! — burknął wreszcie — wyleźże pan już raz z tego kąta! Bosiny pan odprawiasz, czy co u licha? Trochę gorączki i nic więcej. Chłopak za tydzień jaki do szkoły pójdzie, byle się trochę tylko skóra zrosła. A pan tak na marze zasiadł, jakby co panu umarło.
Stary żyd milczał.
Po chwili dopiero podniósł głowę i odezwał się głosem namiętnie drgającym:
— Pan się pyta, czy ja na bosiny siedzę? Nu, ja siedzę na bosiny! Ja popiół na głowę mam, i wór gruby na głowie mam, i na popiele ja siedzę, i nogi bose mam, i pokutę wielką mam, i wielką boleść mam, i wielką gorzkość...
Zamilkł i twarz znowu w ręce ukrył. Mała zielona lampka dawała jego siwej głowie jakieś szczególne widmowe niemal oświetlenie. Malec jęknął raz i drugi i znów zaległo milczenie.
A wtedy wśród tej ciszy podniósł Mendel Gdański nań jeszcze głowę i rzekł:
— Pan powiada, co u mnie nic nie umarło? Nu, u mnie umarło to, z czem ja się urodził, z czem ja sześćdziesiąt i siedem lat żył, z czem ja umierać myślał... Nu, u mnie umarło serce do tego miasto!





JAKTON.

Nie zawsze tak się nazywał. Duży, mały w miasteczku pamięta, że dawniej wołano na niego Lejba Rabinowicz. Tego jednak dawnego nazwiska swojego nie nosił z tak wysoko podniesioną głową, jak dziś nosi swoje przezwanie.

Czy skrzynka ze szkłem, którą cały dzień dźwiga na schylonym grzbiecie, zrobiła się lżejsza? czy jemu skąd mocy przybyło? Nie wiadomo; ale wyprostował się jakoś, urósł jakby, chałat ściślej podpasał, czapkę nawet w tył więcej zasuwa, odkrywając czoło wązkie a wysokie i cienkie, proste, czarne, srebrzące się już tu i owdzie włosy. Nawet długie jego buty, z pod zatkniętego za pas chałata widne, inaczej jakoś zdają się wyglądać. W miasteczku nieraz błoto takie, że Boże ratuj, a Lejba schludny, czysty, jakby w niem nie grzęznął, tylko sobie po kamyczkach wybranych chodził. Aż dziw ludziom poprostu.
Dawniej, jego ciemna, rzadka, ostro zakończona broda ledwo w szabas podnosiła się tak wysoko i drżała w sobie, jakby od słów cicho szeptanych; ledwo w szabas oczy jego zmrużone, złotawe, tak daleko gdzieś, tak uparcie patrzyły przed siebie... Teraz na każdy dzień on już taki; na każdy dzień po miasteczku chodzi, jakby ciągłe świątki miał w duszy, choć chleba lekko nie je, a i ten ościsty bywa i czarny i gorzki.
A zgarbi się czasem, brodę opuści i wzrok w błotnistej uliczce utopi, to niechno tylko z za węgła gdzie, albo ciemnej sieni wyrostek jaki krzyknie za nim: „Jakton!“ — to Lejba wnet się pod skrzynką swoją prostuje, twarz mu zachodzi jakby światłem jakiem, a spojrzenie jego zmrużonych, złotawych oczu, wysoko, gdzieś, ponad dachy domostw biegnie, gdzie! nad dach bóżnicy nawet... A przecież to nazwa wcale nie zaszczytna. Mały, duży wie, że „Jakton“ znaczy poprostu błazen. Ot, durny taki w sobie, a nawet ze wszystkiem waryat. Nierzadko się też zdarza, iż razem z tem słówkiem poleci za Lejbą garść piasku, błota, albo ostry kamyk; nierzadko trafi go nawet. Ba! cała „Chewra-Kedisza,“ co to umarłych obmywa i grzebie, pod nogi mu pluje, że już o kahalnych nie wspomnę. A jemu tylko ta śpiczasta broda drgnie i zatrzęsie się w sobie, tylko mu po twarzy przeleci błysk nagły, a zresztą, jakby nie do niego, tak prosto idzie w swoją drogę, stukając swoim kijem czeczotkowym. Mówią, że on sam dawniej do „Chewry-Kediszy“ należał i umarłych grzebał. Ale go odłączyło od siebie to stowarzyszenie. Tak samo też zrobiła „Chewra-szomri-szabas,“ co wysyła w piątek wieczór swych obwoływaczy, aby stukali we drzwi, przypominając, że czas zapalać szabasowe światło; i „Chewra-talmud-thora,“ co posyła biedne dziatki do chederu i „Chewra-nertumet,“ co dzień i noc lampę w synagodze pali.
A wszystkiego tego narobił Froim Porter swoją głupią śmiercią. Głupią i zgoła niezbożną, a nawet przeklętą.
Froim Porter zdawna w miasteczku siedział, krawcem był, a grosz zarobny u Szlejfmana składał. Było tego najpierw kilka, potem kilkanaście złotych, aż po latach nędzy i pracy, do tysiąca kilkuset doszło. Szlejfman tym groszem obracał, woły przedawał, skupował, po jarmarkach wielkich jeździł, ufność w miasteczku miał.
A był Froim Porter wdowcem i dawno odumarły go dzieci jego, synowie i córki. Sam był, a sieroctwo swoje cieszył tym groszem zarobnym, jakby dziećmi i wnukami swemi. I więcej nawet. Bo w życiu swojem widział, że dzieci i wnuki rosną po to, aby odejść rodziców swoich a dziadów i dla siebie żyć; a ten grosz jego krwawy niósł po to, aby do niego, za czasem wrócić i w słodycz mu się obrócić i starość jego podpierać.
I miał Froim siostrę Chaję, za talmudzistę wydaną. Ten nad księgami cały dzień się kiwał, nie pytając z czegoby chleb jadł i z czegoby jadły dzieci i żona jego. A dzieci kupa było i przybywało ich coraz.
Ale wiedziała o tem wszystkiem Chaja. Wiedziały o tem jej nabrzmiałe i podbite nogi, jej trzęsące się i wychudłe ręce, jej zapalone chciwością i latające jak jaskółki oczy, gardło zachrypłe od ciągłego szwargotu, czoło nie osychające ze znoju, myśl nie spoczywająca w swej trosce ni we dnie, ni w nocy.
Wiedziała o tem wszystkiem Chaja, typ małomiasteczkowej żydówki, młodej jeszcze a już zwiędłej, za groszem dyszącej, umiejącej o zimnym kartoflu z cebulą, albo obwarzanku żyć, pracować, rodzić dzieci, wybiegać za zarobkiem na wsie okoliczne choćby od północka, jednym śledziem i funtem chleba żywić rodzinę dzień cały i jeszcze dziecko karmić wyschłą swoją piersią.
Pomimo tych wysiłków, bieda budziła Chaję i bieda spać ją kładła; bieda chroniczna, wzmagająca się każdego pierwszego dnia w miesiącu, kiedy trzeba było dwa ruble komornego z nędznej izby płacić.
Te dwa ruble, to był moment tragiczny życia Chai.
W wigilię już dnia biegała roztargniona, wpół obłąkana prawie, myląc się w rachubie jaj, które zbierała tydzień cały po wsiach, nie umiejąca wydać reszty, głodna, spragniona, ledwo że odziana, szturchająca starsze bachory, zapominająca dać piersi niemowlęciu, a zupy z chleba mężowi talmudziście. Najlepszy wyżeł nie węszy tak za zwierzyną, ani jej tak tropi, jak ona cały ten dzień od świtu węszyła za groszem, jak ona go tropiła...
Z zajadłości, z jaką gwałtem niemal wydzierała za rogatką babom z kobiałek to jaj parę, to krajankę sera, to osełkę masła, aby je sprzedać w miasteczku, przechodziła w prośby, w błaganie, w płacz rzewny. Odepchnięta chłopską ręką od wozu, powracała do niego dziesięć, dwadzieścia razy, darła się na drabki, lazła w półkoszek z tyłu, czepiała się koni. Bywało chłop jej czepiec z głowy zedrze, w kark grzmotnie, kaftan na niej poszarpie, a ona nic. Jak wszczepi wyschłe palce w półdrabek, tak biegnie za podciętą nagle szkapą, targując się i lamentując naprzemian, aż do utraty tchu w piersi, aż do piany w ustach.
Wpadała tak za wozem przez szlaban, przez most, koło poczty, koło apteki aż na rynek, odpychając inne żydowice, kłócąc się z niemi, pochlebiając łającemu ją chłopu, łyskając do koła niespokojnem, krwią nabiegłem okiem.
Ile kułaków dostała wtedy w plecy, ile razy zatoczyła się na stojące dokoła pompy sikawki, ile sińców wyniosła z takiej kampanii, tego nie liczyła nigdy. Jeśli tylko udało jej się zarobić choćby dziesiątkę, wracała do domu tryumfująca, radosna po tej poniewierce i zaczynała liczyć uzbierane przez cały miesiąc w takiż sam sposób miedziaki. Nigdy jakoś jednak więcej nad rubla naliczyć nie mogła. Po drugiego chodziła do brata. Stawała wtedy w progu jego pokorna, milcząca, nie posuwając się krokiem na izbę, u wyschłej piersi niosąc najmłodsze swoje, a brat już bez mówienia wiedział co przyjście takie znaczy.
Podnosił wtedy od roboty rudą, ciężką głowę, patrzył szklistemi wypukłemi oczyma na przybyłą, zdejmował z palca lśniący stalowy naparstek, a dobywszy brudnego meszka, który pod pikowanym kaftanem na piersiach nosił, dobywał z niego rubla i dawał go siostrze. Rubel był zawsze papierowy i zawsze w mieszku jedyny. Chciwe, latające oczy Chai nigdy nic więcej nad owego jedynego rubla wypatrzeć nie mogły. Wszystko to odbywało się w zupełnem milczeniu.
Chaja brała rubla, całowała wytłuszczony rękaw braterskiego kaftana, i szlochała z cicha. Nie bronił jej tych łez i tych dzięków Froim, mieszek wszakże co rychlej pod kaftan chował, na haftki się zapinał, po naparstek sięgał, a Chaja znikała w ciemnej nizkiej sionce chlipiąc i wzdychając.
Było tak nie rok i nie dwa, aż pewnego ranka Froim, milcząc jak zawsze, w dwóch słowach niemal kawał placu od bednarza Kołkiewicza kupił i podkasawszy poły do Trojanowskiego lasu się wybrał, bale i tarcice oglądać. Obejrzał, grosze jakie miał u siebie zadatkiem dał i umówiwszy się po drodze o zwózkę kamieni na fundament, do domu pod wieczór wrócił. Tegoż jeszcze dnia zagadano w miasteczku, że się Froim Porter buduje.
Jakoż budował się.
Wysokie, niedogryzione przez kozy Kołkiewicza chwasty wyrwano, placyk sznurem pomierzono, cztery miedzy w rogach, oznaczonych na węgły, zatknięto i zabrano się do kopania fundamentów. Od Trojanowa tymczasem chłopi wozili kamień, cieśla po placyku z fajeczką w zębach chodził, popatrywał, zwiezione belki kredą znaczył, a parobek gwiżdżąc wesoło lasował w skrzyni kurzące się wapno. Ten i ów stawał w uliczce, aby na „fabrykę“ popatrzeć. Jeden kiwał głową, drugi szczęścia życzył, dzieci obstąpiły kopaczy, ot zwyczajnie jak zawsze, kiedy się coś na świecie buduje.
Pierwszego zaraz dnia, ba, pierwszej godziny tej „fabryki“ przyleciała Chaja na placyk bez tchu, zziajana, rzuciwszy stragan starszej swej dziewczynce na ręce. Przyleciała, obrzuciła oczyma całe to państwo i aż w ręce plasnęła od dziwu. Do brata nie poszła jednak. Bała mu się narazić, a rubel miał być wkrótce potrzebny. Dopiero kiedy przyszedł pierwszy, pokorna i milcząca wsunęła się do stancyjki krawca i stanęła, jak zwykle w progu.
I Froim jak zwykle mieszka dobył i siostrze papierek rublowy dał. Ale kiedy go w łokieć całować chciała, za rękę ją wziął w milczeniu, uliczkę przeszedł, w milczeniu Chaję po połowie placyku obwiódł i dopiero kiedy w czwartej miedzy stanęli, rzekł:
— Słuchaj Chaja. My jesteśmy dzieci od naszych rodziców i więcej nas niema. Mnie Bóg zarobku dał, a dzieci nie dał, a tobie Bóg dzieci dał, a zarobku nie dał. To jest źle...
Umilkł i zmarszczył się, jakby udzielając losowi surowej przygany.
Chaja poszlochała z cicha.
— Sz... sz... sz... — syknął Froim — Ty nie masz płakać teraz, ty masz mnie słuchać teraz.
Chaja natychmiast otarła ręką oczy, serce jej drżeć w piersi zaczęło.
— To jest źle — mówił dalej marszcząc wielkie czoło Froim. — Twoje dzieci są głodne i twój mąż jest głodny i ty jesteś głodna.
Chaja zachlipała boleśnie. Istotnie była ciągle zgłodniała; nie pamięta nawet, czy kiedy była syta...
— Sz... sz.... — syknął znów przeciągle Froim. — Tobie teraz nie potrzeba płakać, tobie teraz potrzeba mnie słuchać! Twoje dzieci obdarte, twój mąż obdarty i ty sama obdarta.
Chaja załkała głośno. Och, och, jakże dawno nie miała całych trzewików na swoich biednych, obrzmiałych od zmęczenia nogach... Jakże dawno Abramek koszuli na grzbiecie nie ma, a Hudes, bez kaftana całą zeszłą zimę przebiedować musiała...
— Sz... sz... sz!... — syknął Froim po raz trzeci. — Twoje dzieci nie mają własnej izby i twój mąż nie ma własnej izby i ty nie masz własnej izby.
Chaja wybuchnęła gwałtownym płaczem, ściskając w ręku papierek rublowy, najwymowniejszy dowód prawdy słów braterskich.
— Sz... sz... sz!... — uciszał ją Froim przeciągłem syknięciem; a kiedy się uspokoiła, tak mówił dalej.
— Ty widziałaś, co ja ciebie oprowadziłem po połowie placyku i po połowie fundamentu, od tych tam dwóch miedzy, do tych tu dwóch miedzy. Ten pół domu, co tu stanie na tych pół fundamentu i pół plac, un, to będzie twój dom i twoich dzieci dom. Ja tak chcę!..
Podniósł dużą, rudą głowę i zlekka wydął wargi i policzki.
Chaja padła na ziemię, jakby nieprzytomna, całując nogi i kolana brata. Łzy leciały jak grad po jej wychudłej i zczerniałej twarzy, jęk i śmiech wstrząsał jej piersią, wyschłe ręce ściskały konwulsyjnie wiszące u pustej piersi niemowlę. Była blizką szału. Jej dom! Jej dom! własny dom i męża i dzieci...
Zerwała się i jak obłąkana, do izby swojej biegła, nie widząc po drodze nikogo.
Jej dom! jej dom! jej własny, własny dom!
Froim sapiąc, chodził po placyku do późnej nocy.
Szła odtąd fabryka z podwójnym pośpiechem. Rudy krawiec co chwila robotę rzucał i poważny, milczący, szedł na placyk, stawał, gładził brodę i patrzył na swój dom, wyrzynjący się smolnym, żółtym zrębem z fundamentów. Z rzemieślnika rósł on tutaj na obywatela miasta.
Ale kiedy od wracającego ze stepowym wołami Szlejfmana, zażądał Porter swego zarobnego grosza, Szlejfman uroczyście wobec rabina zapewnił, że depozytu żadnego nie brał, a handel własnym pieniędzmi prowadzi.
Tejże nocy zakipiało w miasteczku. Rudy krawiec powiesił się w nowej swojej posesyi na trojanowskiej belce, którą właśnie zaciągać miano.

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Był ranek jasny, cichy, przejrzysty. Cienki, biały sierp miesięczny dogasał wysoko na niebie, roztapiany w blaskach dnia i słońca. Nad domostwami trzepotały się gołębie, z łąk blizkich biła świeżość i woń sianokosów.
Lejba Rabinowicz wracał z modlitwy do domu. Śmiertelną chustę na ramionach miał, w ręku niósł Thorę w aksamitnym worku. Idąc modlił się jeszcze. Cienkie jego wargi poruszały się nierównym nerwowym szeptem, przechodzącym od czasu do czasu, jakby w brzęk pszczelny, którym chwalił Pana. Naraz stanął. Od rynku bił krzyk i niezwykła wrzawa. Jak ognisko za podmuchem wichru to wzmaga się, to przygasa, tak krzyk ten rósł, to opadał, za podmuchem niewidzialnej burzy.
Stał jeszcze Lejba i słuchał, kiedy przez drogę jego przeleciał z gwizdem jeden wyrostek, potem drugi, potem kilku naraz, aż w cichą przed chwilą uliczkę wywaliła się cała tłuszcza rozhukanego żydowstwa z krzykiem, ze świstem, z wyciem, z wyrazem nienawiści w zapalonych oczach, z śliną na ustach, z błotem i kamieniami w ręku.
W pośrodku niesiony przez dwóch obszarpańców, leżał na tragach obnażony trup Froima Portera. Wisielec wyglądał strasznie. Ciężka jego ruda głowa odskakiwała z głuchym łoskotem od zbitych na prędce żerdzi; grube jego nierozprostowane z śmiertelnego kurczu kolana sterczały wysoko; na sinej twarzy i w szeroko otwartych na wierzch wysadzonych oczach malowała się groza i okropność skonu. Twarz ta i ciało samobójcy zarzucone błotem, oplute, potłuczone kamieniami, przedstawiały ohydny widok.
Cofnął się przed nim w pierwszej chwili Lejba Rabinowicz. Ale wnet się opamiętał, rozepchnął wyjącą kupę, zerwał z siebie śmiertelną koszulę, rzucił ją na znieważonego trupa i workiem z Thorą przycisnąwszy, rękę na niej położył.
Przeraźliwy, okropny wrzask przeleciał po całym tłumie. Po wrzasku tym była krótka chwila ciszy, jakby bezmiernego zdumienia. W ciszy tej słychać było trwożliwy świergot wystraszonych i zapadających popod szczyty wróbli.
Wtedy to krzyknął ktoś po raz pierwszy owo obelżywe: Jakton!
— Jakton! — wrzasnął tłum cały za nim, a tysiąc piersi podniosło się przeciw obrońcy nieszczęsnego trupa. Była chwila, w której zdawało się, że go ta tłuszcza stratuje. Zerwał mu ktoś czapkę z głowy, ktoś drugi zrzucił jarmułkę, szarpano na nim odzież i obdarto go z chałata. Złorzeczenia, wrzaski i przekleństwa zwróciły się do niego. Bliżsi pluli mu w twarz, popychali, nawet dalsi rzucali nań błotem. Wyrostki świstały w palce, krzycząc: Jakton! Jakton!
Lejba Rabinowicz ani na krok się nie cofnął. Prosty, wyniosły, chudy, szedł dużym krokiem obok tragów w kamizelce tylko, z pod której z przodu i tyłu wyglądały sznurki; obnażoną głowę wysoko niósł, jedną ręką owiniętą zakonnym rzemieniem na piersiach trzymał. Drugą przyciskał na wisielcu aksamitny worek z Thorą. Ta świętość broniła od zniewag nieszczęsnego trupa.
Tak doszli aż za kirkut, gdzie Froim Porter w rowie zagrzebany został, wśród klątw i złorzeczeń motłochu. Wtedy odebrał Lejba z rąk tragarzy chustę swą i Thorę, i do miasta wracał. Tłum rozdzielił się teraz. Jedni zostali za kirkutem miotając na mogiłę samobójcy chrust suchy i kamienie polne, drudzy biegli z gwizdem i świstem za Lejbą, krzycząc: Jakton! Jakton!
Przyrastało do niego to przezwisko, jak nowa skóra na wężowym grzbiecie.
Pod wrzaskiem tym szedł Lejba Rabinowicz śmiałym, pewnym krokiem, zwiniętą chustę śmiertelną i Thorę pod pachą trzymając, wysoki i prosty, jakby przez tę godzinę urągowiska o głowę urosł całą.
Tylko pot zaschły przylepił mu do skroni czarne, rzadkie włosy, tylko blada twarz jego bledszą się jeszcze zdawała, a złotawe, zmrużone oczy patrzyły gdzieś daleko, daleko.





NASZA SZKAPA.

Zaczęło się to od starego łóżka, cośmy na niem we trzech sypiali.

Tego dnia ojciec, zły czegoś z rzeki wrócił i siadłszy na ławie, ręką głowę podparł. Pytała się matka raz i drugi, co mu, ale dopiero za trzecim razem odpowiedział, że się ta robota koło żwiru skończyła, i że szkapa tylko piasek teraz wozić będzie. Zaraz mnie Felek szturchnął w bok, a matka jęknęła z cicha.
Miał ojciec nad wieczorem po doktora iść, ale mu jakoś niesporo było. Chodził, medytował, po kątach pozierał, aż stanął przed matką i rzekł:
— Co chłopakom po łóżku, Anulka? Sypiam ja na ziemi, toż i oni mogą.
Spojrzeliśmy po sobie. Dwie złote iskry zabłysły w siwych oczach Felka. Prawda! Co nam po łóżku? Piotrusia tylko pilnować trzeba, żeby z niego nie spadł.
— Dalej! jazda! — krzyknął Felek i zanim matka odpowiedzieć zdążyła, jużeśmy we trzech siennik na ziemię ściągnęli, a Felek kozły wywracać na nim zaczął.
Po ściągnięciu wszakże siennika okazało się, że desek w łóżku brakuje dwóch, a bok jeden ze wszystkiem odłazi. Nie chciał tedy „handel,“ którego mi ojciec zawołać kazał, o łóżku ani gadać, pieniądze naliczone miedziakami zgarnął w mieszek, związał i za chałat na piersi zasunął. Opuścił mu ojciec dziesiątkę, potem dwie, potem złotówkę całą, ale się żydzisko uparło. Z sieni dopiero brodę do izby wsadził, postępując pół rubla bez siedmiu groszy, jeśli mu ojciec i poduszkę sprzeda.
Zawahał się ojciec, spojrzał na nas, spojrzał na matkę; wszystkiego razem miało być jedenaście złotych.
— Cóż, chłopaki? — zapytał wreszcie — obejdziecie się bez poduszki tymczasem, póki matka chora?
— O jej! — wrzasnął Felek przyduszonym głosem, gdyż właśnie na głowie stał, a nie zmieniając pozycyi, poduszkę na izbę cisnął. Chwycił ją Piotruś i na Felka rzucił, Felek znów na mnie, aż nam ją „handel“ z rąk wyrwał, żebyśmy nie poszarpali.
— Ale bez poszewki! — odezwała się słabym głosem matka.
Natychmiast wyrwaliśmy „handlowi“ poduszkę, którą już pod pachą trzymał, i zaczęliśmy z niej poszewkę ściągać.
Po ściągnięciu wszakże poszewki okazało się, że poduszka w jednym rogu rozpruta, i że się z niej pierze sypie. Znów tedy „handel“ jedenastu złotych dać nie chciał, tylko dziewięć bez piętnastu groszy.
Targ w targ, zgodził się z ojcem na całe dwa ruble, żeby mu jeszcze kołdrę naszą dodać.
Ojciec spojrzał na matkę. Była tak osłabioną i bladą, że wyglądała jak martwa, leżąc na wznak, z głęboko zapadłemi oczami.
— Anulka?... — szepnął ojciec pytająco.
Ale matkę chwycił kaszel, więc odpowiedzieć nie mogła.
— My tam kołdry, proszę ojca, nie chcemy! — krzyknął Felek. — My się tylko o tę kołdrę co noc bić musimy. Niech Wicek powie!...
— Prawda, proszę ojca! — potwierdziłem gorliwie. — Co noc się bić musimy, bo spada...
“Handel“ już kołdrę zwinął i pod pachę wsadził. Wybiegliśmy za nim z tryumfem na podwórko.
— Wiecie? — krzyknął Felek chłopakom, co tam w klipę grali — „handel“ kupił nasze łóżko, kołdrę i poduszkę! Będziemy teraz na ziemi na sienniku spali!...
— Wielka parada! — odkrzyknął blady Józiek od krawca z lewej oficyny. — Ja już dwa lata u majstra na ziemi sypiam bez siennika nawet.
Zaimponował nam. Sypianie takie nie było więc już, widać, wynalazkiem naszym.
Tego dnia był u nas doktor, a ja biegałem aż dwa razy do apteki, bo matce znów było gorzej; ale kiedy przyszedł wieczór, tośmy ledwie ziemniaków dojeść mogli, tak nam pilno było na siennik, któryśmy sobie ułożyli w kąciku za piecem. Felek to nawet z chlebem w ręku do pacierza klęknął i oglądając się raz wraz na siennik, w trzy migi „Ojcze nasz“ i „Zdrowaś“ przetrzepał, tak, żem ja ofiarowania nie zaczął, a on już się w piersi bił, aż dudniało w izbie, i tylko katankę zrzuciwszy, zaraz się od pieca położył. Co prawda, to i ja miałem myśl, żeby się od pieca położyć; ale mi się już z Felkiem zaczynać nie chciało, więc go tylko palnąłem w ucho i położyłem się od ściany, a Piotrusia tośmy między siebie wzięli. Zrazu zdawało mi się, że mi głowa gdzieś z karku ucieka, bom do poduszki nawykł, ale potem podłożyłem sobie łokieć i dobrze.
— Czemże ja was, robaki, odzieję? — rzekł ojciec, patrząc, jakeśmy się jeden do drugiego tulili.
Obejrzał się po izbie, zdjął z kołka swój płaszcz granatowy, i rzucił go na nas.
Wrzasnęliśmy z uciechy i natychmiast powsadzaliśmy ręce w rękawy. Piotruś tylko piszczał, nie mogąc do nich trafić, aleśmy go z głową peleryną nakryli, więc ucichł. Ojciec nim się położył, raz jeszcze podszedł do nas.
— No i cóż? Ciepło wam, bąki? — zapytał.
— Mnie tam ciepło — odpowiedziałem z głębi płaszcza.
— A mnie jak! — krzyknął Felek. — O, proszę ojca, jak mi to gorąco.
I wystawił swoje długie, chude nogi, żeby okazać, jako o przykrycie nie dba.
Istotnie, przyjemne ciepło szło na nas z pieca, bo ojciec koksu przed wieczorem przyniósł, ogień rozpalił i matce herbatę gotował. Usnęliśmy też zaraz. Ale nad ranem zrobiło się nagle bardzo chłodno. Pociągnąłem tedy płaszcz w swoją stronę. Felek zrazu skurczył się przez sen, ale potem i on płaszcz ciągnąć zaczął; a gdym nie puszczał, bo juścić od pieca cieplej jemu, niżeli mnie było, sam się głębiej pod niego wsunąć usiłował.
Przy tem wsuwaniu się musiał jakoś nacisnąć Piotrusia, bo malec nagle piszczeć zaczął, a potem na dobre się rozbeczał.
Matka stęknęła z cicha raz i drugi.
— Filipie! Filipie! — rzekła słabym głosem — a zajrzyjno do chłopców, bo Piotruś czegoś płacze...
Ale ojciec spał.
— Chłopcy! — odezwała się znowu matka — a czego tam Piotruś płacze?
— To Felek, proszę mamy! — odrzekłem.
— Nieprawda, proszę mamy, to Wicek! — zaprzeczył natychmiast rozespanym głosem.
Matka ciszej jeszcze stęknęła, a gdy malec nie przestawał płakać, zwlokła się z łóżka, wzięła Piotrusia na ręce i zaniosła go na swoją pościel. Zaraz też nam się placu więcej zrobiło, więc mi Felek dał sójkę w bok, ja mu też, i odwróciwszy się od siebie, spaliśmy wybornie do samego rana.
W parę dni potem znowu przyszedł „handel.“ Nikt go nie wołał, ale przyszedł tak, z grzeczności, jak mówił, dowiedzieć się, czy matka zdrowsza. Zaraz też zaczął chodzić po izbie, oglądać szafę, stołki. Ale ojciec pochmurny był czegoś i gadać wiele z nim nie chciał.
Nazajutrz „handel“ znowu przyszedł. Tego dnia mieliśmy na obiad ziemniaki z solą tylko, bo okrasy brakło; chleb też się jakoś skończył, a Piotruś do ochrony bez śniadania poszedł. Mnie ojciec kazał worek na węgle szykować. Szturchnął mnie Felek w bok, że to niby ciepło będziemy mieli, bo wiatr strasznie po izbie świstał i zaraz my się rozśmieli. Stałem już z workiem chwilę, ale ojciec zapomniał widać o węglach, bo siedząc na matczynem łóżku, zadumał się i wąsy skubał. Chrząknąłem raz, nie spojrzał nawet w moją stronę; chrząknąłem drugi raz, spojrzał, jakby mnie nie widział; a na to właśnie „handel“ wszedł i szafę targować zaczął.
Przestępując z nogi na nogę, czekałem jeszcze chwilę, ale mi okrutnie pilno było, bo woda koło pompy zamarzła i Felek poleciał jeździć; zaryzykowałem tedy i chrząknąłem raz trzeci. Jak się też ojciec nie odwróci, jak nie palnie pięścią w stół! Skoczyłem duchem do sieni, małom przez próg nie padł, a „handel“ też wyszedł nie bawiąc, i na żydka z przeciwka palcem kiwać zaczął. Ojciec mnie tymczasem zawołał, choć mu się jeszcze ręce trzęsły czegoś, szesnaście groszy odliczył i po węgle biedz mi kazał.
Kiedym wrócił, „handel“ i żydek z przeciwka wynosili szafę. Ojciec ode drzwi zastąpił, żeby dużo mrozu nie naszło, matka odwróciła głowę do ściany i stękała z cicha.
Usunięcie szafy z kąta, gdzie stała, jak tylko zapamiętać mogę, odkryło nam nowe widoki; przykucnęliśmy tedy wśród nagromadzonych tam śmieci i rozpoczęły się poszukiwania. Felek znalazł guzik blaszany, który sobie zaraz na rękawie przyszył, a ja wygrzebałem patykiem ze szpary dużą, zardzewiałą igłę, oraz bożą krówkę z podkurczonemi pod siebie nóżkami i wyszczerbionem skrzydełkiem. Natychmiast zaczęliśmy na nią chuchać, ale była zdechła.
Za każdem z tych odkryć wykrzykiwaliśmy radośnie, a ojciec nie mógł nas napędzić do kaszy, którą nam zgotował na obiad, i której tylko matka jeść nie chciała. Przetrząsnęliśmy nareszcie wszystko, a przekonawszy się, że już żadnych więcej skarbów w kącie niema, wymietliśmy resztę śmieci do sionki.
Teraz dopiero spostrzegłem, że w miejscu, gdzie stała szafa, kawał ściany bielszy się wydawał niżeli reszta izby; udzieliłem tej wiadomości Felkowi, a że i matka w kąt ten patrzyła smutnym wzrokiem, wstał tedy ojciec od kaszy, wyszukał w skrzynce dwa gwoździe i w ów jaśniejszy kawał ściany wbiwszy, powiesił na nich matczyną suknię bronzową od święta i tę drugą modrą codzienną, chustką je pięknie okrył i z boków obcisnął. Wyglądało to bardzo dobrze, a Felek z Piotrusiem zaraz się „w chowanego“ bawić tam zaczęli.
Matce w tych czasach pogorszyło się jakoś; doktor jej kazał dobry rosół i świeże mięso jeść, a choć płakała na taką utratę i jak mogła ojcu broniła, to jednak coś przez tydzień do rzeźnika codzień latałem, kupując czasem i całe pół funta.
A „handel“ to już tak do nas przywykł, że czy go kto wołał, czy nie wołał, codzień choć przez drzwi zajrzał. Już nawet Hultaj, pies stróża, nie szczekał na niego. Po szafie kupił od nas „handel“ cztery na orzech bejcowane krzesła, cośmy na nich do obiadu siadali. Przy tych krzesłach tośmy mieli uciechę, bo „handel“ nie mógł więcej wziąć sam jak dwa, a drugie dwa samiśmy nieśli aż na Ordynackie.
Na głowach my z niemi paradowali samym środkiem ulicy, a Felek tak wrzeszczał: „na bok! na bok!“ że aż dorożki stawały. „Handla“ zostawiliśmy za sobą het precz, choć żydzisko pędziło za nami, krzycząc, żeśmy rozbójniki, szwarcjury i inne tam takie żydowskie wymysły. Dopieroż na Ordynackiem dalej bębnić w stołki. Pozlatywali się ludzie, myśleli że to „sztuki“; aż przecie nas „handel“ dopadł i chwyciwszy się za brodę na ono zbiegowisko przy stołkach, trzygroszniak nam dał, żebyśmy sobie poszli.
Tak nam ta wyprawa zasmakowała, żeśmy się tylko pytali, co trzeba wynosić.
Szczególniej Felek coraz miał nowe pomysły. Jak tylko wrócił z ochrony, zaraz ręce za plecy zakładał, po izbie chodził i po kątach, jak taksator, patrzył.
— A możeby, proszę ojca, garnek żelazny? A możeby balię, albo zegar?
— Poszedł precz! — fuknął na niego ojciec, który teraz prawie ciągle był czegoś zły i smutny.
— Felek! Co ty gadasz? — odezwała się słabym głosem matka. — A toćbyś ty niedługo duszę w ciele przedał?
Ja i Piotruś zaczęliśmy także silnie protestować.
— Ale!... Garnek!... Jeszcze czego!... A w czem to będziemy gotowali kaszę, albo i ziemniaki?
— Albo zegar!... — dodał z oburzeniem Piotruś. — A jakże będziesz bez zegara wiedział, kiedy ci się jeść chce, albo spać?...
— O jej!... — wołał Felek z miną skończonego libertyna — żeby o co, jak o to!... A ty, czy zegar pokazuje, czy nie pokazuje, to tylkobyś ciągle jadł.
— A ty sklepikarce po bułki latasz, żeby ci „kadryla“ dała.
— Nie latam! — odparł zaczerwieniwszy się Felek.
— Latasz!
— Nie latam!
— Owszem, latasz! Sam widziałem, jakeś „kadryla“ jadł...
— Ja? „kadryla“?... Jak Boga kocham, tak nie jadłem!...
Tu uderzył się pięścią w piersi, aż echo jękło.
— No to chuchnij!...
Nastawił się Felek i chuchnął, aż para poszła. Z próby tej wyszedł z tryumfem. Nic nie zdradzało spożycia „kadryla“, a z głębi zapadłej brzuszyny dobyła się tylko czczość wielka.
Wszakże przegłosowany Felek nie tracił miny. Pewnego dnia, obchodząc izbę i poglądając po ścianach, wykrzyknął nagle.
— A rondel, proszę ojca! A moździerz! A żelazko!...
Struchleliśmy słuchając. Rondel, moździerz i żelazko — to były niemal klejnoty rodzinne. Na półce wprost drzwi ustawione, błyszczały olśniewające, złote prawie. Środkowe miejsce zajmował rondel. Jak zapamiętać mogę, nigdym nie widział, żeby się w tym rondlu co gotowało. Byłoby to profanacyą poprostu. Co sobota wszakże czyściła go matka cegłą lub popiołem, i tak świecący stał z wystawionem na izbę uchem, błyskając w same oczy, gdy się do stancyi wchodziło. Przy nim stał moździerz z tłuczkiem z jednej strony, a żelazko z drugiej. Moździerz był rówieśnikiem moim. Kupił go ojciec, gdym na świat przyszedł, aby matkę uradować i dobre jej serce za syna okazać. Żadnego wszakże z jednolatków moich w podwórzu, ba, na całej ulicy, nie szanowałem tak, jak szanowałem ten moździerz. Matka zdejmowała go raz do roku tylko, w Wielki Piątek, aby w nim tłuc cynamon do wielkanocnego placka. Wtedy to zwykle powtarzało się to opowiadanie, w którem ja i moździerz byliśmy bohaterami. Właściwie różniliśmy się tem tylko, że mnie przyniósł bocian za darmo, a za moździerz trzeba było zapłacić. Nic więc dziwnego, że istnienie tego moździerza uważałem za ważniejsze aniżeli moje własne, zwłaszcza patrząc na poszanowanie, jakiego stale używał, podczas gdy ze mną różnie bywało i wówczas, i potem...
Żelazko także nader rzadko zstępowało z wyżyn półki na poziom naszego codziennego życia. Matka prasowała niem tylko półkoszulki niedzielne ojca i swoje tiulowe czepki; reszta bielizny szła pod maglownicą. Raz nawet o to żelazko pogniewała się matka ze stróżką, która je od nas pożyczyć chciała.
— Moja pani! — powiedziała jej matka bardzo stanowczym głosem. — Taki „porządek“ to nie na pożyczki, nie na ludzkie ręce!... To kosztuje!... To raz na całe życie sprawunek!...
Wszyscyśmy przecie pamiętali, jak na to stróżka drzwiami trzasnęła, jak w sieni język rozpuściła, a jak się matce z gniewu i z oburzenia ręce trzęsły, kiedy nam w chwilę potem chleb na śniadanie krajała. Od tej też chwili żelazko niezmiernie poszło w górę w mojem rozumowaniu. Zaliczyłem go nawet w myśli do tych rzeczy, które są raz na całe życie, jak chrzest naprzykład, bierzmowanie i granatowy płaszcz, o którym ojciec też mówił, że jest raz na całe życie. A teraz, patrzcież państwo, Felek tak o żelazku mówił, jakby to była warząchew, albo stara miotła.
Spojrzałem na ojca; byłem pewny, że się Felkowi po uszach oberwie. Ale ojciec oczy w ziemię wbił, skubał wąsy. Dobrze jeszcze, że matka spała na tę chwilę.
Tego dnia nie latałem po mięso dla matki. Kości mi tylko ojciec za trojaka kupić dał i krupnik z nich uwarzył.
Nazajutrz przyszedł zziębnięty i zacierając skostniałe ręce, od proga zawołał:
— Ciesz się, Anulku! Wisła tylko patrzeć jak puści, bo się wiatr na zachód obrócił.
Ale matka, spojrzawszy na ojca, klasnęła w ręce i aż na pościeli siadła.
— Filip! — krzyknęła — a kożuch?
Teraz dopiero zobaczyłem, że ojciec bez kożucha wrócił.
Nie miałem jednak czasu wielce się rozglądać, gdyż ojciec Piotrusia za ręce chwycił i siarczystego młynka z nim wywinął. Potem głośno się rozśmiał, Piotrusia puścił i na łóżku matczynem siadłszy, śmiał się, aż mu łzy po twarzy zczerniałej pociekły. Otarł je prędko rękawem starego spencerka.
— I cóż, Anulku? Jak ci tam?... — zapytał.
Ale matka, na poduszki opadłszy, leżała jak nieżywa.
— Filip! — szepnęła wreszcie z wyrzutem. — Co ty?... Kożuch przedał?...
— Kożuch! Kożuch! — powtórzył ojciec. — No i cóż kożuch?... Wielka parada kożuch! Dość go się nadźwigałem przez tyla czasu. A to ciężki, psia noga, jak młynarskie sumienie... Aż lżej człowiekowi, że go z siebie zrzucił!
A gdy matka jęknęła z cicha, po włosach ją pogładził ręką i dodał:
— A też z ciebie, Anulka, krzywe drewno, że lada czego stękasz... Był kożuch, niema, ta i straszna historya! Cóż to? Da mi kożuch jeść, albo za mnie komorne zapłaci, albo co? Wiosna za pasem, tylko patrzeć jak rzeka puści, a ja się tam będę w kożuchy fundował... A to, poczekawszy, i w spencerze za gorąco będzie, jak się robota otworzy...
Tego dnia znów był u nas pan doktor i znów do apteki biegałem.
— Zimno tu jakoś — mówił pan doktor wychodząc — i wilgoć czuć. Trzebaby lepiej palić... — I wstrząsnął się, otulając krótkiem futerkiem. Ojciec słuchał ze spuszczoną głową. Cały ten dzień był ojciec bardzo wesół; ale równo musiało mu coś być, bo jak tylko matka nie patrzyła na niego, odmieniał się na twarzy, zwieszał głowę, a oczy to mu się z siwych aż czarne robiły, taką w nich żałość miał.
Całe pół puda węgla kupiliśmy na odwieczerz w sklepiku i ogień taki był, że aż huczało w piecu. Ojciec ławę przysunął do naszego siennika i siadł sobie na niej, matka też się obróciła, żeby na ogień patrzeć i takeśmy się wszyscy wygrzali, że to ha!
Upłynęło znów ze dwa tygodnie. Ojciec niewiele co zarobku miał; a to i w domu roboty było dość; tu szmaty upierz, tu strawę uwarz, choć się tam i niezawsze warzyło, zawsze nie jedno to drugie, a z nas to najwięcej posyłka jaka... Matce też nie było ni lepiej, ni gorzej; wyschła tylko strasznie i na twarzy zbielała, jak chusta; ciężkie kaszle też na nią przychodziły coraz częściej, osobliwie na świtaniu.
Zaglądały czasem sąsiadki do izby, dziwujące się matce, że taka zmizerowana.
— Żeby już albo w tę, albo w tę stronę Pan Jezus dał! — mówiła gwoździarka do ojca.
— Tfu! — splunął ojciec. — Co tam pani takie rzeczy będzie gadała? Cóż to, przykrzy mi się, czy co? Czy my to tylko na zdrowe czasy przysiągali sobie, a na te chore to nie? Czy to ona przy kim, nie przy mnie, nie przy moich dzieciach zdrowie straciła?...
I na tem się skończyło.
A mróz trzymał. Choć się i wiatr na zachód obrócił, zimnisko takie było w izbie, że aż para szła. A zelżało trochę pod wieczór, to znów śniegiem miotło tak, że świata widać nie było. Piotruś to już i do ochronki nie szedł, tylko za piecem, albo w nogach matczynego łóżka siedział, taki delikacik! A my z Felkiem piguły ze śniegu robili i walili w siebie na rozgrzewkę.
Jakoś się jednego dnia nie paliło w piecu. Ojciec matkę przyodział derką, a mnie do sąsiadki posłał po kawałek cukru do ziółek. Ale sąsiadka nie miała. Otworzył tedy ojciec do kuferka, czy jeszcze gdzie nie wytrząśnie jakiejś okruszyny, bo matka kaszlała tak, że aż się w piersiach coś rwało. Zaraz my we trzech obstąpili ojca, bo w kuferku bywały różne rzeczy, któreśmy rzadko kiedy widywali. Były w pudełku brzytwy ojca, były w drugiem korale matczyne, była czarna jedwabna chustka, co ją ojciec w wielkie święta na szyję wiązał; była szuba matczyna z czerwoną podszewką, była żółta serweta w kwiaty na stół, była kapa na łóżko z zielonego persu.
Ale tym razem zupełnieśmy się zawiedli: kuferek był pusty. W kątku tylko, w czerwoną chusteczkę związana, leżała kawalerska harmonijka ojca. Ojciec potrącił ją raz i drugi, szukając odrobiny cukru, jakby się bał ją podnieść i usunąć z kątka. Brzękła i umilkła. Ale Felek już wsadził rękę do kuferka.
— A harmonijka, proszę ojca! — krzyknął, podnosząc czerwone zawiniątko. — Nie możnaby harmonijki?...
— Felek!... — zawołała matka słabym głosem z łóżka.
Ojciec się zaczerwienił. Felkowi chustczynę z harmonijką odebrał i włożywszy do kuferka, zamknął go na klucz.
Tego dnia bardzośmy długo śniadania nie jedli; a obiadu, to też nie było. Myślałem, że mnie ojciec choć po chleb pośle, ale nie. Piotrusiowi tylko dostała się wczorajsza kromka. Poszliśmy z Felkiem do sieni w klasy grać, bo nam się dłużyło jakoś. Druga już może była, albo i trzecia, kiedy matka zawołała mnie do łóżka i rzekła zmęczonym, przerywanym głosem!
— Wpadnijno Wicuś do maglarki na Szczyglą — wiesz?
— Ojej... Co nie mam wiedzieć... Pod trzeci...
— Pod trzeci — powtórzyła matka. — To porządna kobieta, może kupi żelazko...
— Żelazko?... — powtórzyłem, niepewny, czy dobrze słyszę.
— Tylko żeby dopiero zmierzchem przyszła, żeby w podwórzu stróżka nie widziała... No idź...
Chwyciłem czapkę, kiedy mnie zawołała raz drugi:
— Wicuś!...
Ale kiedym podszedł, popatrzyła na mnie i rzekła:
— Nic już, nic! Idź...
Byłem we drzwiach, kiedy mnie zawołała raz jeszcze.
Była wpół podniesiona na łóżku, zapadłe jej oczy otwarte były szeroko.
— I moździerz... — szepnęła tak cicho, żem dosłyszał ledwie.
Skamieniałem. Doznałem wrażenia, jakby mnie samego sprzedawać miano.
— Moździerz? — powtórzyłem szeptem, nachylając się ku twarzy matki.
Dyszała ciężko, nierówno, w piersiach słychać było świst ostry. Nie odpowiedziała nic, tylko mnie przytrzymała za rękę. Dłoń jej była zimna, wilgotna. Dwa czy trzy razy otwarła usta bez głosu, pożółkłe jej czoło potem się okryło.
Chwyciła powietrza głębokim do westchnienia podobnym oddechem.
— I rondel... — szepnęła z wysiłkiem.
— Rondel?... — rzekłem równie cichym głosem.
Skinęła tylko ręką, głowa jej opadła na poduszkę, oczy się przymknęły.
Wyleciałem jak oparzony, trzymając czapkę w garści. W sieni spotkałem Felka.
— Słysz, ty — krzyknąłem mu w ucho. — I rondel, i moździerz, i żelazko, wszystko ci het przedajem!
— Siarczyste! — rozśmiał się Felek, i wyskoczył w górę na tę uciechę, trzasnąwszy się dłoniami po udach. Ten skok, to była najlepsza sztuka w całym repertuarze jego. Nigdy mu w nim dorównać nie mogłem. Rzucał się w powietrze tak łatwo, jak ryba w wodę. Zaraz też we dwóch polecieliśmy na Szczyglą, bo Felek ambitny był, i nigdy mi o włos przed sobą nie dał.
Ale maglarka nie chciała wielce ze mną gadać. Powiedziała, że jej rondel niepotrzebny a moździerz i żelazko ma swoje. Wyszliśmy oburzeni.
— Dzisz babę! — krzyknął Felek. — Rondel jej niepotrzebny! Taki rondel, jak nasz, i jej niepotrzebny.
Z błyszczącemi oczyma czekała matka; a gdym jej o skutku naszej wyprawy powiedział, westchnęła, jakby doznawszy wielkiej jakiej ulgi.
Przed wieczorem jednak znów mnie zawołała i kazała bieżeć po „handla“. Wylecieliśmy obaj z Felkiem, uszczęśliwieni, że się jeszcze ta sprawa nie kończy. „Handel“ przyszedł, obejrzał żelazko, obejrzał moździerz, obejrzał rondel i, wykrzywiwszy wzgardliwie usta, powiedział, że to wszystko na szmelc tylko chyba. Żelazko przepalone, moździerz mały, rondel cienki i nitowany z boku... Za trzy te sztuki razem dawał dziesięć złotych.
Porwała się matka i na łóżku siadła.
— Co?... Dziesięć złotych?... Sam moździerz kosztował pięć złotych i trzynaście groszy! A żelazko!... A rondel!
— Nu, na szmelc... — zaczął „handel“.
Ale nie dopuściła go do słowa, i trzęsącą się ręką drzwi mu pokazywała.
— Idźcie!... Idźcie!... Niech was moje oczy nie widzą!... Nie wy jedni na świecie. I posłała nas natychmiast po innego „handla“, po Rudego, co od nas stół ostatni kupił.
Lubiliśmy bardzo tego żydka, bo koncepty różne, kupując ów stół, prawił, a za odniesienie go na drugą ulicę, mnie i Felkowi po orzechu dał. Prawda, że Felków był dziurawy, ale cały dzień na nim gwizdał, że to niby kolej odchodzi. Polecieliśmy tedy po Rudego. Szwargotał na rogu przed sklepikiem z tym pierwszym, który od nas wyszedł. Zaraz jednak worek z butelkami na plecach poprawił i za nami poszedł.
Ale obejrzawszy moździerz, rondel i żelazko, dawał za nie tylko dziewięć złotych i szesnaście groszy; mówił też, że moździerz to się i na szmelc nie zda. Matkę aż febra trzęsła, i choć się ruszyć prawie nie mogła na łóżku, wyrwała przecież Rudemu rondel i puściła go na ziemię. Jęknął, jak dzwon rozbity.
Dziwnego wrażenia doznałem, słuchając tego jęku. Zdawało mi się, że jęknęły węgły naszej izby.
Matka zasłoniła oczy i zaczęła płakać.
Nim wieczór przyszedł, było u nas jeszcze z pięciu „handlów“; ale co jeden to mniej dawał; choć o dwa, o trzy grosze, ale mniej. Szwargotali, kłócili się między sobą, wyrywali sobie nasz moździerz i nasze żelazko, hałas był większy, niż na Pociejowie.
Felek tylko mnie poszczypywał z tej uciechy.
— To ci heca! — wołał, dusząc się od tłumionego śmiechu, i dla ulżenia sobie wywinął pysznego kozła.
Powynosiły się nareszcie żydy, zaduchu w izbie narobiwszy; rondel, żelazko i moździerz stały rzędem przy matce na ławie. Patrzyła na mnie wzrokiem smutnym, zmęczonym, osłupiałym prawie. Ale gdy mróz coraz większy na noc brał, a Piotruś, zwyczajnie bąk niewytrzymały, piszczeć zaczął, że mu zimno, że głodny, kazała mi matka bieżeć do stróżki i zapytać, czy żelazka nie kupi.
Ale stróżka nie zapomniała widać owej matczynej odmowy. Odęła się też zaraz jak karmelicka bania.
— Jak będę miała kupować, to se nowe kupię! Co mi tam po starym gracie!
Kiedym to powtórzył matce, ognie uderzyły na nią.
— Nie, to nie! — zawołała głosem, drżącym z gniewu. Widzicie ją! Grat!... stary grat!... Jaka pani! Jak pożyczyć, to jej było dobre, a jak kupić, to stary grat! Poczekaj ty flądro... jędzo...
Zakaszlała się i za piersi chwyciła, ale jej nie było co popić dać, bo ziółka dawno wyszły.
— A to ci tyjatr!... — szepnął Felek, szczypnąwszy mię do bolącego.
— Wicuś! — odezwała się matka przerywanym głosem — biegajno do tego najpierwszego „handla“, co dziesięć złotych dawał. Do tego czarnego, wiesz? Niech przychodzi. I przymknąwszy zmęczone oczy, szeptała:
— Za psie pieniądze przedam, zmarnuję, a tobie, jędzo, flądro jedna, wara od starych gratów na ludzki dobytek wydziwiać... Nie użyjesz! Nie użyjesz!
I umilkła, wyczerpana zupełnie.
Felek aż się piętami po łydkach bił, tak ze mną po żyda leciał. Myśleliśmy, że go Bóg wie gdzie szukać przyjdzie, a on prawie wprost naszej bramy stał, ręce za pas u chałata założył i bokami spluwał. Zupełnie jakby czekał na nas. Kiedy Felek podleciawszy szturchnął go w łokieć, błysnęły mu oczy zmróżone jak kotu i pociągnął nosem. Poszedł za nami prędko, skwapliwie. Ale i on teraz więcej dać nie chciał, jak „równe dziewięć złotych“. To „równe“ mówił takim głosem, jakby do owych dziewięciu złotych przynajmniej z pół rubla dokładał.
Matka znów się zapaliła na twarzy.
— Człowieku! — krzyknęła. — A toćże tego nie ubyło! A toćżeście pierw dziesięć złotych dawali. A toćże to samo!
— Nu, to co, że to samo? — odrzekł flegmatycznie „handel“. — Ja się namyślał...
— Dajcież już tak dziesięć złotych, jakeście dawali... Miejcież sumienie!...
— Nu, ja sumienie mam! Żeby ja sumienie nie miał, toby ja ośm złotych dał, a że ja sumienie mam, to ja dam równe dziewięć.
— A żeby was Bóg ciężko skarał za moją krzywdę! — jęknęła matka.
— Co to skarał? — szarpnął się „handel“. — Za co skarał?... Czy ja darmo chcę wziąć? Czy ja plewy daję? Nu, ja daję gotowe pieniądze.
Matka już nic nie odpowiedziała, twarz jej była tak białą, jak krążek opłatka. Kiedy żyd liczył pieniądze, Felkowi oczy latały za każdą dziesiątką. Co tylko która była choć trochę starta, natychmiast ją z szeregu wyrzucał, krzycząc, że fałszywa. Żyd sykał z początku, potem rozczerwienił się tak, jakby go apopleksya tknąć miała, zamierzył się raz nawet na Felka, doprowadzony do ostatniej pasyi, aż nagle uśmiechnął się, dobył z kamizelki grosz dobrze sczerniały i, podając go Felkowi, rzekł:
— Nu, ty mądry chłopiec! Ty urzędnikiem będziesz! Na tobie na piernik!
Ale Felek grosza nie brał.
— Tu, patrzcie, gdzieście nie dołożyli trojaka — rzekł stukając palcem w kupkę groszaków, mającą przedstawiać złotówkę. — Tu dołóżcie, a mnie nie zawracajcie piernikami głowy!
Żyd cmokał coraz silniej z podziwu.
A kluger Bub — szepnął sam do siebie.
Nareszcie doliczyli się jakoś, żyd z łoskotem żelazko, moździerz i rondel do brudnego worka wrzucił, a mnie matka posłała po węgle i po chleb.
Kiedy ojciec przyszedł, palił się już w piecu ogień, a my popijaliśmy kolejno wodziankę z żelaznego garnczka.
Ojciec w progu przystanął, popatrzył na ogień, na nas, potem po izbie spojrzał, a kiedy wzrok jego zatrzymał się na opróżnionej półce, spuścił oczy i na palcach do łóżka matczynego poszedł.
Niedługo jakoś potem zelżało. Ogromny huk pękających lodów na Wiśle słychać było nocami. Węgiel jednak ciągleśmy jeszcze kupowali, bo wilgoć w izbie była taka, że się po ścianach sączyło.
Stancya nasza wypróżniła się do czysta.
— Na glanc... — jak mówił Felek.
Poszła gorsza matczyna suknia, poszedł zegar, poszła balia, a kiedy i płaszcz ojca granatowy poszedł, straciłem zupełnie wiarę w te rzeczy, które są, „raz na całe życie“, zwłaszcza po niedawnem doświadczeniu z żelazkiem.
Chodziliśmy teraz po pustej izbie, jakby po kościele, a Felek hukał, złożywszy przy ustach dłonie, żeby mu echo odpowiadało. Pan doktor wszakże przychodził do matki, a i do apteki latałem. Garnek żelazny też jeszcze był, aleśmy rzadko kiedy obiad gotowali; uwarzyło się ziemniaków na rano, to i na wieczór były, a w południe tośmy latali za kotami gospodarza, bo okrutnie po dachach wrzeszczały.
Jednego razu ojciec u kuferka na ziemi przysiadł, otworzył go i długo medytował nad nim.
A była tego dnia duża odwilż, z dachów ciekło, wróble się darły, a słońce pierwszy raz tej zimy do naszej sutereny zajrzało. Ale matce było znowu gorzej. Całą noc kaszel ją męczył, a pić to wołała więcej niż pięć razy. Lekarstwa nie było. Felek wspiął się na palce i ojcu przez ramię patrzył. Myślał, że Bóg wie co zobaczy, a tymczasem nic. Ojciec tylko głową kiwał, wąsy skubał, i patrzył w milczeniu na czerwone, leżące na dnie zawiniątko. Sięgnął wreszcie po nie, harmonijkę wyjął, i siadłszy na matczynem łóżku, grać zaczął.
Matka ożywiła się nieco, słuchając, kazała sobie Piotrusia podać do łóżka, a i my stanęliśmy w pobliżu, słuchając.
Zrazu grał ojciec wesoło, a grając, tak mówił do matki:
— Pamiętasz, Anulku, Bielany? Pamiętasz, jak my się to poznali? Jakem ci to przygrywał idący?
— Pamiętam, serce — rzekła matka z cicha.
— Albo to? pamiętasz?... To ci było w Trójcę, na odpuście, na Solcu...
— Pamiętam — szepnęła matka.
— Tęgi sztajer! — mruknął do mnie Felek, szturchnąwszy mnie pod żebro.
— Miałaś wtedy tę różową w kratkę suknię i okrutnie mi się potem bez ciebie cniło, coś ze trzy dni — mówił ojciec miękkim głosem. — A to, Anulka?...
— Tego nie wiem...
— Jak nie wiesz?... To przecie było na Woli, co my tam ze szwagrem poszli, com to kuflem cisnął w tego Niemca, że się do ciebie przysiadł...
— A prawda! — szepnęła matka.
Ojciec grał dalej. Harmonijkę na kolanie trzymał, rozciągał ją i zesuwał, a po klapeczkach drobniutko palcami przebierał.
Jak żyję nie słyszałem piękniejszej muzyki.
— Anulka! A to?... Jakże?...
— Pamiętam, Filipku! — mówiła matka — to było tej niedzieli, kiedyś na zapowiedzie dał. W Czerniakowie my byli z nieboszczką matką...
— Po miesiącuśmy już wracali — dodał ojciec. — Graliśmy w zielone...
— A jak wtedy bez pachniał... A co słowików śpiewało...
— A jaka ty wtedy śliczna była... Jak ta róża w kwiecie...
Felek szturchnął mnie w żebro.
— A jak ty wtedy grał, serce... Jak ty grał...
Uśmiechnęła się, westchnęła, zdawała się zasypiać.
Ojciec i teraz grał ślicznie. Z początku wesoło, raźnie, jak gdyby do tańca, same nogi nam podrygiwały. Potem, jakby się do tej wesołości co przymieszało, coraz smutniej, coraz smutniej, jakoby do płaczu; tak że i Felek pięścią oczy raz i drugi wytarł; aż rozciągnął ojciec harmonijkę razem ze stron obu i dobył z niej głos tak żałosny, jak na organach, kiedy umarłemu grają.
Matka spała. Często na nią teraz przychodził sen taki, jakby nagle kto makiem oczy jej posypał. A budziła się potem osłabła, blada, z zimnym potem na wychudłej twarzy.
Posiedział tedy ojciec ze zwieszoną głową, posiedział, poczem westchnąwszy wstał, harmonijkę w ową czerwoną chustczynę owinął, pod pachę ją wsadził, a nasunąwszy czapkę, na palcach wyszedł.
Kiedyśmy się we trzech na sienniku pod matczyną chustką znaleźli, trącił mnie Felek w bok i rzekł półgłosem:
— Wicek!
— A co?
— Wiesz?... Stary to ci płakał przy tem graniu!
— E-e-e?...
— Dalibóg! — przysiągł Felek, palnąwszy się pięścią w piersi, aż mu w nich coś jękło. — Przecieżem nie ślepy, widziałem... Tylko mu te łzy po wąsach kipiały...
— A cóż chcesz! — dodał po chwili — jak sobie człowiek tak wszystko jedno po drugiem rozpomni...
Westchnął ciężko, poleżał chwilę cicho i na bok się do pieca odwrócił; zaraz potem usłyszałem jego chrapanie. Ojciec tego wieczora późno do domu wrócił, ale przyniósł matce lekarstwo, ogień rozpalił i zrobił herbaty. Długo tej nocy usnąć nie mogłem, a w głowie ciągle mi coś grało to smutno, to wesoło. Śniły mi się też różności do białego rana. A to, że ogród jest w izbie, i że bez na piecu kwitnie, a to że w sieni słowiki śpiewają, a to że na ścianie, tam gdzie dawniej zegar wisiał, teraz stoi srebrny księżyc w pełni...
Kiedym się obudził, Felek już stał na sienniku i zapinał pasek na opadających go porciętach. Przez otwartą, srodze połataną koszulę sterczały mu wychudzone żebra, z kołnierza wychylała się szyja cienka jak u wróbla i niezmiernie chude nogi czyniły go znacznie wyższym, niźli był w istocie.
— Felek! — zawołałem. — Cóżeś ty tak jak tyka przez ten miesiąc urósł?
— Głupi! — rozśmiał się Felek. — Ja tylko tak się wyciągam, żeby brzuch mniejszy był.
Wyciągnął się przede mną jak struna.
— A co? — zapytał.
— A to wyglądasz, jak śledź marynowany.
— To dobrze! — zawołał Felek. — Walę na pajaca!
A kiedym się śmiał.
— A co? — rzekł — zły chleb, myślisz?
I trzasnąwszy się rękami po udach, w górę wyskoczył, kozła w powietrzu przewrócił, poczem na cztery łapy, jak kot, cicho padł.
— Wiesz? — rzekł — to przez tego pędraka takem się wyciągnął — i wskazał głową na Piotrusia, który zwykle najwcześniej się budził, i do garnka patrzeć szedł, czy tam czego od wczoraj nie znajdzie.
— Jak idziem do ochrony — mówił dalej Felek — to ci całą drogę skomle, że głodny. Muszę ci mu codzień pół mego chleba fasować, żeby cicho był.
— E-e-e? — zapytałem niedowierzająco, czując, że jabym się może na bohaterstwo takie nie zdobył.
— Jak Pana Boga kocham! — przysiągł się natychmiast Felek, grzmotnąwszy się kułakiem w suche, jak szczapa piersi.
I patrząc na Piotrusia, który na swoich krótkich, pałąkowatych nogach, z dużym, rozdętym ziemniakami brzuchem przez izbę się toczył, wybuchnęliśmy obydwaj szalonym, niepowstrzymanym śmiechem.
— Czego wy się tam tak śmiejecie, chłopcy? — zapytała słabym głosem matka.
— A to z Piotrusia — odrzekł Felek — że taki gruby...
— Gdzie on tam gruby, biedaczysko! Z czegóżby on był gruby! — mówiła matka. — Piotruś! — dodała. — A pójdźże do mamy, sieroto.
I uśmiechnęła się do niego, głaszcząc go po głowie, podczas kiedy my obaj dusiliśmy się od śmiechu z tej „hecy“ — jak mówił Felek.
Wesołość nasza jednak wkrótce zasępioną została.
— Wiesz co, Anulku? — rzekł tego dnia ojciec, siadając na matczynem łóżku. — Trza będzie chyba szkapę między ludzi puścić.
— Szkapę?... — zawołała matka, i aż się na łóżku podniosła. — Bój się Boga, Filip! A toć nas ona wszystkich żywi!...
Ojciec się ciężko na ręku wsparł i wąsy w milczeniu skubał.
— Żywi, albo i nie żywi! — odezwał się po chwili. — Z kacierzem[8] na rzece się nie pokaż, woda rwie tak, że to ha. Koło żwiru nijakiej roboty niema, piasku też licho co odchodzi, na plecachby to człowiek rozniósł, a tu na każdy dzień sieczki kup, a i otrąb choć z garstkę, boć to owsza nie uwidzi w żłobie; tera pomieszczenie, tera ściółka, a wszystko drogo.
Matka jęknęła tylko.
Struchleliśmy, słuchając. Piotruś oczy na ojca wytrzeszczył i otworzył usta; ja stałem jakby skamieniały.
Dopiero Felek taką mi sójkę w bok wsadził, że mnie aż zamroczyło.
— Słyszysz, Wicek! — krzyknął mi w samo ucho.
— A toćżem nie głuchy — huknąłem mu w ucho głośniej jeszcze. I zaraz my wylecieli do sieni, bo nas taka żałość zdjęła, że tylko się za łby drzeć.
Szkapę kochaliśmy niezmiernie. Jak tylko zapamiętam na świecie, zawsze był ojciec, matka i szkapa. Felka potem dopiero bociany przyniosły, Piotrusia takoż; ale szkapa należała do rzędu tych istot, które są zawsze. Są, bo są. Wyobrazić sobie poprostu nie mogłem ani jej początku, ani też jej końca. Szkapa należała do nas, a my do niej, ani my od niej, ani ona od nas nie mogła się odłączyć. Było to tak naturalnem, żem zgoła nie pojmował innego porządku rzeczy. Kogoby tam brakło w naszej gromadce, toby brakło, ale nigdy szkapy. Toć to była cała nasza uciecha.
Kiedy ojciec z rzeki do domu wracał, wybiegaliśmy — gdzie! aż wpół drogi, byle prędzej szkapę zobaczyć. Co który miał, to jej niósł i do pyska wtykał: kawałek chleba, ziemniak, znalezioną w podwórzu skórkę z cytryny...
I szkapa nas kochała bardzo. Zdaleka już rżała ku nam i przyśpieszała kroku, strzygąc radośnie uszami; a kiedyśmy ją po szyi, po bokach klepali, rozumiała wybornie tę pieszczotę i, zwiesiwszy łeb swój ciężki, skubała nas po włosach, po kurtkach. Piotruś zwłaszcza był jej ulubieńcem; poprostu rżała na ojca, żeby go wziął z sobą.
Kiedy ją ojciec wyprzągł, zaczynała się dopiero heca. Natychmiast Felek wskakiwał na jej grzbiet kościsty, od starego chomonta obdarty, i podczas kiedy szkapa zanurzała swój łeb ogromny w głębinach uwiązanego jej karku worka z chudą sieczką, on, przyklęknąwszy na jedno kolano, lub stanąwszy na jednej nodze, wywijał czapką i krzyczał:
— A to jest sławny jeździec z suteryny, co nigdy nie traci miny! Nazywa się Feliks Mostowiak, herbu gnat! Je chudy, ale chwat! Kto da więcej?...
Na to „kto da więcej?“ — wybuchaliśmy tak piekielną wrzawą, że aż ludzie wybiegali z oficyn.
Po Felku gramolił się na szkapę Piotruś; aleśmy go ledwie podsadzić mogli, tak go przeważała rozdęta brzuszyna. Szkapę z Piotrusiem oprowadzaliśmy w tryumfie po podwórzu, nie dawszy jej spokojnie sieczki owej spożyć, a Felek znów wywijał czapką i wrzeszczał:
— A to jest Piotruś herbu szczur! Ma dwie łaty i osiem dziur! Dwóch zębów niema na przedzie i na szkapie jedzie!... Kto da więcej?..
Skąd on tu to „kto da więcej“ przyczepił, nigdym odgadnąć nie mógł; Felek sam utrzymywał, że to już tak jedno do drugiego pasuje. I znów wybuchaliśmy szatańską wrzawą, jakby nas nie trzech, ale ze trzydziestu było.
— Przypatrzta się moi ludzie — mówiła, stojąc we drzwiach tłusta sklepikarka — co też te bestye chłopaki Mostowiaków nie wyprawiają z tą kobyłą! A toć to czyste małpy z „meranzieryi“.
I chwytała się za boki, trzęsąc od śmiechu, aż jej oczy w tłustej twarzy zupełnie ginęły.
— Oj batem, batem! — skrzeczała ojcu, albo: „powiem mamie“, albo: „powiem szkapie“. Tej pogróżki nie lekceważyliśmy bynajmniej; i często gęsto dostał Piotruś jaki kąsek, szczególniej od Felka, byle tylko „nie powiadał szkapie“.
Nie mogliśmy bowiem znieść, kiedy tak patrzyła na nas smutnie jednem okiem swojem podczas kiedy na drugiem, ślepem i zbielałem, powieka o siwej rzęsie podnosiła się i opadała zwolna, jak gdyby z wyrzutem...
— Słysz, Wicek! — mawiał Felek. — Co ta szkapa takiego w tem ślepiu ma, co tak świdruje?... A tobym ci wolał, żeby mnie ojciec paskiem przemierzył, niż kiedy ona tak patrzy. Do samego ci „hunoru“ człowiekowi sięga...
Szkapę czyściliśmy codzień. Ale nigdy nie obeszło się przy tem bez bijatyki o szczotkę i zgrzebło. Cośmy jej wtedy sierści nadarli! cośmy naplątali grzywy! Stała jednak szkapa cierpliwie, zmrużywszy zdrowe oko, i tylko od czasu do czasu machała wypełzłym ogonem, jakby się oganiała od bąków.
Zaraz po Wielkiej-Nocy zaczynało się pławienie szkapy. Jeszcze woda zimna była jak lód, a my już zawijamy porcięta i dalej do rzeki. Jaki to był tryumfalny pochód! Chłopaki z całej ulicy chcieli z nami lecieć, aleśmy ich odpędzali biczem.
Dopieroż szkapę wodą chlustać, dopieroż jej pęciny i boki wycierać, dopieroż jej wygwizdywać, jakeśmy to u ojca słyszeli. Największa bieda była, kiedy szkapa dla uwolnienia się od nas i naszej opieki, parę kroków w wodę dalej poszła.
— Utopi się! utopi! — wrzeszczał Piotruś i aż siniał i przysiadał na ziemię, obu się rękami brzucha własnego trzymając. Brnęliśmy tedy po nią i za ogon ku brzegowi ciągnęli, poczem zziajani, zmęczeni wracaliśmy do domu, szkapa naprzód, my za nią, mokrzy, ociekający wodą, jak topielcy.
I tę to naszą kochaną szkapę ojciecby sprzedać miał?
Było to w naszem rozumieniu coś, jakby skończenie świata.
Zaraz też, wyleciawszy do sieni, palnąłem Felka w ucho, on mnie na odlew w kark, ja znów nie bawiący grzmotnąłem go w plecy, on znów mnie pięścią w bok, aż mi świeczki w oczach stanęły. Zaczem my się oba za czupryny chwycili, i splątali jak kłębek, potoczyli razem do progu. A taka w nas żałość była, taka z tej żałości srogość, że żaden pary nie puścił, nie pisnął nawet.
Zaraz też nam się po tej „dzierce“ lżej na sercu stało.
Jużeśmy do izby wrócili, bo zimnisko ze dworu gnało, a ojciec precz jeszcze perswadował matce:
— Tera ci się za nią siaki taki grosina weźmie; a jak przychudnie, boć już i sieczki ujmuję, to kto co za nią da? Cóż, Anulka! Jak se myślisz, serce?
Matka westchnęła ciężko.
— I cóż ja se mam myśleć mój Filipie?... Myślę, że nas Bóg ciężko dotknął tą chorobą. Myślę, żem ci się kamieniem u szyi stała, i do dna cię ciągnę... O tych sierotach myślę...
Zakryła oczy ręką i zaszlochała głośno. Ojciec całował ją po głowie.
— Anulka!... Serce!... Anulka!... — powtarzał, aż nagle sam ryknął płaczem.
— Siarczyste!... — mruknął za mną Felek, wycierając oczy kułakiem.
Kilka dni minęło, a o sprzedaniu szkapy nie było jakoś mowy.
Matka miała się coraz gorzej. Jej ciężki, chrypiący kaszel z twardego snu dziecięcego po nocach nas budził. Raz wraz też zasypiała we dnie, a mimo że się nagle ciepło na świecie zrobiło, febra ją chwilami trzęsła, aż zęby szczękały. Ojciec chodził po izbie zgarbiony, żółty, jakby mu z dziesięć lat życia przybyło, a rękę na nas twardą miał i o byle co do czubów nam sięgał, ale żeśmy się tam wiele nie nastręczali, dużą część dnia spędzając w stajence.
Od kiedy zagroziła nam możność utracenia szkapy, stała się nam ona podwójnie drogą. Rozrzewniało nas teraz każde jej parsknięcie, każde ruszenie ogonem.
— O... je! — wołał Piotruś, wpatrzony w nią z zachwytem, gdy zanurzała w żłobie łeb swój wielki, a podniósłszy go, żuła gołą sieczkę, mrużąc zdrowe oko.
— O... pije! — wołał, gdy łeb wsadzała do starego wiaderka, aby żłopnąć raz i drugi wody, którąśmy jej przynosili własnoręcznie.
Ja i Felek siadaliśmy z obu jej stron na żłobie, i machając nogami, przyglądaliśmy się całemi godzinami każdemu jej ruchowi.
Ziemniaki nawet, któreśmy teraz już codzień bez okrasy mieli, tuśmy przynosili, aby razem ze szkapą obiad jeść, chociaż dzielić się z nią nie było czem, bo nam samym jakoś się coraz szczuplej dostawało.
Weselej też było w stajence niż w izbie, bo słońce w same zęby świeciło tu nam przez drzwi na ścieżaj otwarte, a do suteryny od naszego kąta, jak rok długi nie zajrzało nigdy.
— Ależ tu zimno u was! — mówił pan doktor, zachodząc do matki. — I wilgoć straszna! Powinniście się postarać o suchą i ciepłą izbę dla żony — dodawał, gdy go ojciec wyprowadzał do sieni — żona wasza nie może w takiej izbie leżeć. Powietrze fatalne, zgniłe. Żadnej wentylacyi, żadnego światła. Powinniście przecież dbać o kobietę, kiedy chora. Z nią coraz gorzej i musi być gorzej w takich warunkach.
Ojciec gryzł wąsy i milczał ze spuszczoną głową.
— Mlekaby też jej trzeba świeżego, mięsa, wina kieliszek czasem...
Tu lekarstwa nic nie poradzą, tu dyetę trzeba posilną prowadzić...
Poszedł już, już i na drugą ulicę skręcił, bom patrzył za nim, a ojciec precz jeszcze w sieni stał, w ziemię patrzył i wąsy gryzł.
Aż nagle się poruszywszy, koszulę na piersiach szarpnął, woreczek ze szkaplerzem rozerwał, i dobywszy z niego srebrny pieniądz z Matką Boską, mnie po węgle i po mleko posłał, przykazując, żebym nie powiadał matce, jak i skąd.
Nazajutrz w południe zabieraliśmy się właśnie do przedstawienia i już się Felek na szkapę gramolił, gdy nagle ojciec do stajenki wszedł, a za nim pan Łukasz Smolik, chrzestny Piotrusia naszego, dorożkarz z Pragi. Zaraz mnie coś tkło, więc szturchnąłem Felka, i obaj stanęliśmy jak trusie.
Pan Łukasz, próg przestąpiwszy, bat swój w kącie postawił, ogromny kościsty nos w połę kapoty granatowej utarł, i wyciągnąwszy chudą długą szyję, tabakę zwolna zażywał. Człowiek to był już stary, wysoki i dobrze zgarbiony; oczki miał małe czarne, świdrowate, brwi krzaczaste, i chudy, zarastający od spodu podbródek. Pod jego kościstym nosem sterczały żółte saperskie wąsy, którymi, biorąc tabakę, jak królik poruszał. Z pod wielkiej granatowej czapy wyglądały sine, białawym puszkiem porośnięte uszy, z których prawe ozdobione było srebrnym kolczykiem. Do nas zaglądał pan Łukasz rzadko, choć go kumoterstwo z nami łączyło; mówiła o nim matka, że kutwa, że na groszach siedzi; czasem znów przepowiadała, że wszystko Piotrusiowi zapisze, bo wdowiec bezdzietny był.
Kiedyśmy się tak, oniemiawszy nagle, przypatrywali panu Łukaszowi, ojciec — jakby nas nie widział — do żłobu prosto poszedł, szkapę odwiązał i po zadzie ją dłonią uderzył.
— A no, stara! — zawołał obracając ją łbem do światła. Szkapa zmrużyła zdrowe swoje oko, a ślepem, osłupiałem, szeroko otwartem, zdawała się patrzeć gdzieś daleko, daleko.
Pan Łukasz szczyptę tabaki u nosa trzymając, zaczął się słodko uśmiechać, a przekrzywiwszy głowę, patrzył na szkapę to z lewej, to z prawej strony.
— He!... He!... He!... A co to kumeczek przedawać chcesz?... Skórę czy kości?
Spojrzał ojciec posępnie z pod oka, i zaraz mu się wąsy podniosły, ale przełknął tylko ślinę i rzekł:
— Skóra i kości zarobią u was, kumotrze, na mięso. Byle temu pochlebić trochę owsem, to to będzie jak kluska okrągłe.
— A bodaj też kumeńka!... — rozśmiał się pan Łukasz. — Pochlebić! Pochlebić! Ale to owies drogi tera, kumeńku. Pięć złotych ćwiarteczka, kumeńku! I siano też drogie...
— A drogie — rzekł obojętnie ojciec, ale widziałem, że mu się oczy zapaliły.
— Nastąp! Noga! Ano!... — zawołał, uderzając szkapę, która przestąpiła wlokące się za nią postronki.
— He!... He!... He!... — rozśmiał się słodziej jeszcze pan Łukasz. — I szpacik, widzę, jest...
— A jest! — odparł ojciec krótko, suchym głosem.
Pociągnąłem Felka za rękaw, jako, że bezpieczniej mi się zdało bliżej drzwi się trzymać, ale mnie tylko łokciem pchnął, i szeroko otwartemi oczyma, to na ojca, to na przybyłego patrzył.
— U-u-u... szpat psia... — mówił tymczasem pan Łukasz, wyciągając obrastający podbródek z żółtej bawełnianej chustki. — U-u-u-u... szpat!... i ustami cmokać zaczął. Nie wyjdzie już ona z niego, nie! — dodał, wciągając niuch tabaki i kiwając głową.
Ojcu podnosiły się wąsy coraz wyżej, aż je ręką w dół szarpnął.
— Ja jej tam kumotrowi nie wpieram! — rzekł, patrząc w ziemię. — Dla mnie ona i ze szpatem dobra! Żeby nie choroba kobiety, tobym kobyły pewno nie puszczał między ludzi! Toć żywicielka nasza...
Pan Łukasz zmilczał, a schyliwszy się, dłonie na kolanach oparł i po nogach szkapie patrzył.
— Łogawa może?... He!... He!... He!... — rozśmiał się pytająco.
— Łogawa! Ta kobyła łogawa! — krzyknął ojciec, a już cały stał w ogniach. — Żeby mnie tak Bóg skarał, jak ona łogawa! Pokaż, kumoter?... Gdzie ona łogawa?...
— No... no!... — uśmiechał się słodko pan Łukasz — ja też tylko się pytam, boć to przy kupnie konia, jak przy żeniaczce: czego nie dopatrzysz okiem, to dopłacisz workiem...
— Ja ta nie machlerz — rzekł porywczo ojciec, a już mu ręce latać zaczęły. — Ja ta nikogo omachlować nie chcę! Co prawda, powiem, a co nieprawda — nie.
— A co ona?... ślepa?... — zapytał nagle prostując się pan Łukasz, i rozsunąwszy palcami zmartwiałą powiekę szkapy, z blizka jej w oczy zajrzał.
Poruszył się Felek, a przestąpiwszy z nogi na nogę szczypnął mnie w słabiznę, tak, żem omal nie wrzasnął.
— A ślepa — odrzekł na podziw spokojnym głosem ojciec, choć znów mu się wąsy zjeżyły.
— Na lewe oko ślepa. Takem ją już kupił i taka je. U mnie ta nie oślepła.
— He! He! He!... — rozśmiał się słodko pan Łukasz i znów do tabaki sięgnął.
— Tak mi też, kumeńku, mów! Ślepa!... U-u-u... szpetnie ślepa!... U-u-u!...
Otrząsnął palce i tabakierkę schował.
— Jak ona ślepa jest — rzekł, pociągając nosem — to znów inszy interes, insze gadanie...
Po twarzy ojca przeleciał nagły ogień.
— A cóż tam za insze gadanie ma być? — rzekł porywczym nieco głosem. — Ślepa, to ślepa! Przecie jej kumoter na książce uczyć nie da, do szkoły nie pośle. A ja kumotrowi powiadam, że druga ślepa szkapa lepsza je, niż ta widząca. A to kobyła dróżna taka, żem jak żyjący, przez tyle lat, dróżniejszej nie widział.
— Ale... ale!... — śmiał się słodko pan Łukasz. — Bogdaj cię też, kumeńku, z taką mową. Toćbyś ty, kumeńku, wmówić we mnie chciał, że ślepa szkapa najlepsza.
— Najlepsza, nie najlepsza! A równo com dróżniejszej kobyły nie widział, tom nie widział. A co o wmawianiu to najmniej, bom przecie katolik, nie żyd.
Ojciec mówił zwolna, hamując się, ale głos mu kipiał.
Nagle, jakby nas dopiero co zobaczył, chwycił Felka za kark i pchnąwszy go we drzwi, krzyknął:
— A nie pójdziecie wy mi stąd, psie-nogi?...
Dmuchnęliśmy jak wiatr ze stajenki i jak wiatr do izby wpadli.
W parę pacierzy potem wszedł ojciec uspokojony wraz z panem Łukaszem, jako że nie godzi się o bydlę targu przybijać inaczej, tylko w izbie, pod dachem; cygany tylko nie pilnują tego. Zaraz też zaczęli sobie rękę dawać, pan Łukasz przez połę swej dorożkarskiej kapoty, ojciec przez spencer, co mu w strzępach na grzbiecie wisiał.
— Bóg świadkiem — mówił ojciec — żebym obcemu, a jeszcze też żydowi, za żadne pieniądze kobyły tej nie sprzedał. Tak wiem, przynajmniej w dobre ręce idzie.
— He... He... He!... — śmiał się pan Łukasz — po kumoterstwie! Po kumoterstwie! Krzywdy jej nie zrobię...
— A jakby, nie daj Boże — tu głową wskazał na matkę, która, jak martwa z zamkniętemi oczami leżała — no, toć człowiek nie kamień, toć już tak po przyjacielstwie darmo wywiozę...
Nie odrzekł ojciec nic, ani w tę, ani w tę stronę, tylko oczy spuścił i wąsów szarpnął, a matka obudziła się z jękiem. Może nie spała nawet.
Kiedy pan Łukasz, zgiąwszy się we dwoje, z izby za ojcem wychodził, rzuciliśmy się w te pędy, żeby do szkapy lecieć.
Ale ojciec odwrócił się nagle:
— Ani mi nosem za próg! — krzyknął ostro. — W izbie siedzieć...
I trzasnął drzwiami.
Byliśmy jak ogłuszeni. Patrzyłem na Felka, a on patrzył na mnie; oczy robiły mu się coraz większe, coraz przeźroczystsze, usta i broda jak w febrze latały, aż schwyciwszy się obu garściami za włosy — Siarczyste! — krzyknął i zaniósł się wielkim płaczem.
Zaczęły się teraz dobre czasy. W izbie zrobiło się ciepło, grzyby po ścianach róść przestały, od sklepikarki pożyczyliśmy drugiego kaganka na kaszę.
Tylko, że bez szkapy okrutnie się nam widziało smutno, a co który na stajenkę spojrzał, to mu świeczki w oczach stawały. A i matka jakoś nie miała wskórania.
— Już ja będę umierać, Filipie... — mówiła takim cichuchnym głosem, jak ten wiatr letni.
— Już się ty nie kosztuj na mnie.
To znów ni z tego, ni z owego jej się poprawiało; wołała, żeby jej piwa zagrzać, albo i mleka z masłem, a Piotrusia sama myła, czesała; opowiadała nam wtedy, jak to ona ozdrowieje, jak do Częstochowy pójdzie, jak nas ze sobą zabierze, jakie to my tam zobaczymy wieże, jaki kościół, jakie granie na organach będzie. A miała wtedy płomień na twarzy, a oczy świeciły jej jak próchno. Bywało tak zwykle wieczorem.
Ale gdy przyszedł ranek, leżała niby bez duszy, codzień bielsza, a jak ta mgiełka przeźroczysta. Ani w niej głosu, ani w niej tchu, ani żadnego chcenia. Porywa się ojciec, ucho do ust przykłada, przykazuje nam cicho być — i słucha. Aż westchnie głośno, jakby sam nagle ożył i oczy do tego czarnego krzyża nad łóżkiem podniesie.
Aż raz się nie dosłuchał jakoś.
Matka umarła w nocy tak cicho, że nikt nie słyszał nawet.
Piotruś przy niej tej nocy spał, a i on nie słyszał. Wyszła z niej duszyczka, jak para; ani się tyle nie załopotała co wróbel, kiedy odlata.
Więc kiedy ojciec, oderwawszy głowę od jej wyschłych piersi, krzyknął, że matka nie żyje, stanęliśmy przed łóżkiem w wielkiem zadziwieniu, patrząc na posiniałe usta, to na Piotrusia, który przy jej zimnych, sztywnie wyciągniętych nogach spał ciepły, rumiany, perlistym potem na czołku okryty... Taki ci pędrak, że go śmierć łokciem trąciła, a on nic.
Zaraz się w naszej izbie tumult wielki zrobił, sąsiadek się naschodziło, zaczęły radzić, głowami kiwać, wzdychać, a że nam ojciec tego dnia kaszy nie gotował, a Piotruś jeść płakał, więc go sklepikarka pojęła do siebie, a i nam po bułce dała.
— A to ci baba skruszała! — szepnął Felek, poczem ją zaraz w rękę pocałował i bosemi nogami szastnął w zamaszystym ukłonie.
Cały ten dzień było mi tak, jakby mi kto do ucha szeptał: „niema już matki!.. umarła już matka“... To zaraz wycierałem pięściami oczy, bo mi się okrutnie płakać chciało.
Mimo to jednak bawiliśmy się tego dnia doskonale, bo taka u nas ciżba była, jak na Ordynackiem. Jak zapamiętam, nigdym tyle ludzi nie widział w naszej suterynie; a co kto przejdzie koło nas, to po głowach głaszcze, to się lituje, to pociąga nosem.
Wczoraj jeszcze w całej kamienicy nikt na nas inaczej nie wołał, tylko łobuzy, albo urwipołcie; a dziś, jakby im kto gęby miodem posmarował: „Sieroty! Sieroteńki! Niebożątka!...“
A Felek tylko się nastawia, a oczami mruga, a co kto przejdzie, to mnie poszturchuje.
— A to ci komedyje! A to tyjatr!... — szepcze i w ściśniętych pięściach robi dwie skandaliczne figi, a język sam mu się z poza zębów wysuwa, cienki i ostry jak żądło.
Ojciec tymczasem jak nieprzytomny po izbie chodził, co weźmie to położy, choć się tam w tej pustce nie było wielce czego jąć.
A baby nuż się w tej naszej biedzie rozglądać, nuż jedna drugiej na ucho szeptać, nuż ramionami ruszać a głową trząść i stękać... Myślałem, że temu nigdy końca nie będzie, aż się nareszcie rozeszły, bo im obiad z garnków kipiał.
Żeby nie to ludzkie litowanie, tobyśmy i nie czuli tak bardzo, że matka umarła. Z pół roku już się nie podnosiła w tej chorobie, a w ostatnich czasach tak samo cichutko na pościeli leżała, jak i teraz. I teraz, kiedym na nią patrzył, zdawało mi się, że z pod rzęsów za Piotrusiem oczyma wodzi, i uśmiecha się leciuchno, i co tylko ma powiedzieć: „Gdzie on tam gruby, biedaczysko!“ Zupełnie jak dawniej; tylko, że się tak świece nie paliły przy niej.
Od świec tych padała na nią żółtość przeźroczysta, która mnie straszyła; uczułem też, że zimne miała ręce, gdy nam je ojciec pocałować kazał. Ojcu jednak przy niej ciepło być musiało, bo nabiegawszy się cały dzień, a to do kancelaryi, a to do stolarzy, a to o furmankę — kiedy się ludzie rozeszli, na zydlu u łóżka siadł, ręką głowę podparł i patrzył: to na krzyż czarny nad łóżkiem matki wiszący, to na głębokie cienie jej zamkniętych oczu. Usnąłem, a on jeszcze siedział. Ale w nocy obudziło mnie ciche szlochanie.
To Felek, który się przez cały dzień szastał i nastawiał i z ludzi wydziwiał, a mnie w boki szturchał, — siedział teraz na sienniku, w otwartej na piersiach koszulinie, rękami sterczące kolana objął, patrzył w pustą izbę i płakał.
Trzeciego dnia, spaliśmy jeszcze pod maglą w sionce, gdzie nam ojciec siennik zaciągnąć kazał, kiedy we śnie usłyszałem jak gdyby znajome rżenie.
Zerwałem się; serce mi biło jak młotem.
Rżenie odezwało się znowu.
— Felek! Szkapa rży! — krzyknąłem, chwyciwszy go za ramię.
Szarpnął się i na drugi bok przewrócił, ale gdy rżenie znów słyszeć się dało, porwał się on także, na sienniku siadł, i szeroko otworzywszy oczy — słuchał.
Przeciągłe ciche rżenie odezwało się raz jeszcze.
— Szkapa! — wrzasnął Felek i porwawszy na siebie katankę, ku schodom suteryny się rzucił.
Zacząłem się na gwałt odziewać, a tak mi ręce latały, żem do żadnego guzika trafić nie mógł.
— Wstawaj, Piotruś — wołałem — wstawaj! Szkapa przyszła!
I trząsłem nim, jak wiązką słomy, bo się niełatwo budził.
Istotnie, przed bramą, zaprzężona do prostego, zasłanego kilimkiem woza, stała nasza szkapa. U karku jej wisiał już Felek, objąwszy go oburącz o ile dostać mógł: przy wozie stał pan Łukasz Smolik i częstował stróża tabaką.
Podnieśliśmy zaraz wrzask nie do opisania.
— Szkapa! Nasza szkapa! Nasza droga, kochana, stara! — wołaliśmy naprzemian, głaszcząc ją, klepiąc, tuląc się do niej, gdzie kto mógł. Piotruś gwałtem gramolić się chciał na nią.
— Stęskniła się bez nas szkapa, co?... Przyszła do nas szkapa?... Przyszła?... Poczciwa, dobra, stara szkapa nasza.
I nuż jej zaglądać w zęby, nuż jej obmacywać nogi, nuż jej grzywę palcami czesać. Ani nam w myśli powstało, po co ta szkapa do nas przyszła, na co to wóz ten czekał.
Ale i ona poznała nas także, i ona cieszyła się nami: przednią nogą, którą szpat znacznie pogrubiał, uderzała po bruku wesoło, ochoczo, jakoby krzesząc dla nas iskierki radości; łeb jej to podnosił się, to schylał, nozdrza parskały raźno: to znów na głosy nasze i śmiechy strzygła uszami, wyciągała szyję, a donośne jej rżenie przenikało nas niewymowną rozkoszą. Rżenie to zlewało się w jedno z trynitarskim dzwonem, który w tej chwili posępnie bić zaczął. Jednocześnie rozległ się z suteryny głuchy odgłos młotka. Aniśmy się spostrzegli, kiedy na wozie ustawiono trumnę.
— Wio! — zawołał pan Łukasz. Szkapa ruszyła, a my przy niej kłusem.
Na rogu ulicy obejrzałem się; gromadka sąsiadek i przechodniów już się rozproszyła, a za wozem, na którym pan Łukasz siedząc powoził, szedł ojciec sam, z czapką w ręku i zwieszoną głową.
Co do nas, biegliśmy tuż przy szkapie wesoło, ochoczo, ani na chwilę nie przerywając rozmów i pieszczoty. Poranek był majowy, promienne słońce zalewało blaskiem ulice, most, Wisłę; z każdej akacyi, z każdego gzymsu świerkały wróble. Głośniej wszakże niż wróble szczebiotała nasza gromadka.
— Dzisz, Wicek — wołał Felek — jak ci to zgrubiała! Jakie ci to boki wyłożone ma?... Dzisz, jakie ci nowe naszelniki... jaki ci kantar!...
I my znów dalej chórem:
— Szkapa! Nasza szkapa! Nasza droga, stara szkapa!
Ludzie oglądali się za nami. Dziwnym się im wydawał ten pogrzeb, z trójką tak dobrze bawiących się dzieci na czele. Zwłaszcza na moście, gdzie wolniej w tłoku trzeba było jechać, robił nasz orszak pogrzebowy szczególne wrażenie.
Przechodnie stawali i wzruszali ramionami. Parę razy nawet krzyknął na nas pan Łukasz, żeby za wozem iść, aleśmy ani na krok szkapy odstąpić nie chcieli.
Słońce przygrzewało coraz silniej, droga stała się piaszczysta, żmudna; szkapa ciągnęła swój ciężar z pewnem wysileniem; zdrowe jej oko mrużyło się od blasku, na ślepem, osłupiałem, siadały rozdrażnione gorącem muchy. Natychmiast ułamaliśmy kilka wierzbowych witek i zaczęli ją skwapliwie oganiać. Sami nie czuliśmy zmęczenia. Boso, w lichych szarawarkach i kurtkach łatanych dreptaliśmy obok szkapy wesoło, ochoczo, a krzyże cmentarne wciąż rosły a rosły przed nami...
Że trumny nie miał kto nieść, puszczono nas z wozem za bramę. Ale tu czekać trzeba było, gdyż grabarz dołka nie skończył kopać i dopiero teraz pośpiesznie wyrzucał z niego żółty piasek. Natychmiast zaczęliśmy rwać dla szkapy szczaw zajęczy i soczystą babkę, której pełno było na drożynie. Tymczasem ojciec z panem Łukaszem zdjęli z wozu trumnę i postawili ją nad brzegiem dołka. Nie musiała być ciężką, bo kumoter, choć stary, prosto pod nią stał; a jednak ojca tak zgięła do ziemi, jak ten krzyż padającego Chrystusa, com go na stacyach bernardyńskich widział.
Zaraz też brzęknął cienkim głosem dzwonek, a w chwilkę potem przyszedł ksiądz w komeżce i kościelny z krzyżem i kropidłem. Spojrzał na nas ojciec surowo, więc my poklękli z Felkiem, trzymając w pięściach pęki świeżej trawy. Pan Łukasz i ojciec poklękli także, grabarz kończył robotę. Raz, dwa, trzy, odprawił ksiądz swoją łacińską modlitwę, wspomniał imię i nazwisko matki, i „Ojcze nasz“ mówić kazał, sam zacząwszy głośno.
Podniósł ojciec twarz i obie ręce w niebo; z jego wzniesionych oczu padały łzy ciężkie, grube. Felek tuż przy mnie klęcząc, trzepał pacierz z wzrokiem utkwionym w szkapę.
Zrobiła się cisza taka, że słychać było leciuchne szmery wierzby i cykanie świerszcza.
— O, je!... je!... — rozległ się nagle wśród tej ciszy cienki głos Piotrusia, który pełne rączyny trawy i wiosennego kwiecia szkapie przed pyskiem trzymał, rozsypując bratki polne i białe stokrocie. Szkapa delikatnie z rąk dziecka brała wargami trawę i żuła ją, przechyliwszy łeb, melancholicznie zwróciwszy ślepe, zbielałe oko w słońce. Spojrzał ksiądz, zmarszczył się ojciec, a ponieważ najbliżej klęczałem mu pod ręką, silnie mnie za ucho pociągnął.
Wnet Felek zaczął się rozgłośnie pięścią w pierś bić, na znak, jako już pacierz i wszystko co do niego należało dokumentnie skończył, zaczem, zerknąwszy na ojca, chyłkiem do szkapy pomknął, a i na mnie kiwnął. Ksiądz też trumnę pokropiwszy, z czego i nam się coś nie coś poświęcenia dostało, z kościelnym odszedł.
Dołek jeszcze nie był wybrany. Grabarz na glinę natrafił, i potrochu ją tylko, jak masła na chleb, na łopatę brał.
Ojciec modlił się ciągle. Wszakże panu Łukaszowi pilno widać było, bo raz wraz tabakę niuchał, i na wóz pozierał, a w głowę się drapał, aż schyliwszy się do ojca, poszeptał z nim mało wiele, za ręce się ścisnęli, potrzęśli raz i drugi raz z wielkiem przyjacielstwem, poczem kumoter do szkapy poszedł.
Jużeśmy ją wystroili, jakby pannę młodą. Świeże rozkwitłe gałęzie akacyi sterczały jej za uszami, za uprzężą, za chomontem, gdzie tylko co wetknąć się dało. Pęk żółtych mleczów tkwił nad czołem, pod skrzyżonym rzemieniem. Z grzywy opadały ostróżki i zajęcze maczki. Resztę zieleni trzymaliśmy w rękach, aby szkapę od bąków opędzać.
Zaczął się teraz prawdziwy tryumfalny pochód.
Najpierw kroczył Piotruś, nie patrzący drogi, nadeptując małe, świeże, z żółtego piasku sypane grobki dziecięce, ile razy się na wóz obejrzał. Za Piotrusiem szkapa — wyrzucała z cichem parskaniem łbem, obciążonym kwieciem i zielenią, ja zaś i Felek, jak giermkowie, po lewej i po prawej stronie. Wóz toczył się zwolna, to podnosząc się, to opadając na zapadłych grobach, a za nami, z głuchym, coraz głuchszym łoskotem, padała ziemia na matczyną trumnę.





GŁUPI FRANEK.

Nizki brzeg Narwi kipiał ptasią wrzawą. Cała ta część jego, która od błot Pełczyńskich do Zajek ciągnie się kręto i obłężnie, brzmiała teraz jak struna ruszona.

Chwila była poranna, niebo czyste; młode, kwietniowe słońce, jeszcze się nie wzniosło nad ziemię, i zapłomieniwszy tylko rąbek widnokręgu, siało przed sobą tę różaność złotą, którą tak chciwie piją wody i powietrze ciche.
Wszystko tu było jasne, przejrzyste, wskróś światłem nabrane.
W głębi krajobraz ciemniał. Dymiły tam, jak kuźnia, oparzeliska i mokradła błotne, rozciągające się aż do samej Biebrzy, dyszały tchem ciepłym jeziorka i kołbiele, z których opary to w górę słupem sinym szły, to opadały poszarpaną płachtą, nie puszczając oczu w głąb zarastających je oczeretów, sitlisk i wikliny.
Z tych to właśnie oczeretów i sitlisk biła owa roznośna, głusząca wrzawa ptasia. Tutaj to grały bekasy, chruściele, łyski krzykliwe i biegusy błotne. Stąd rwały się wrzeszczące czajki, bąki, kurki wodne; tam odzywał się nur, tam darły się krakwy wrzaskliwe, tam podgorzałki, jednostajnym kwakiem świdrujące uszy, tam cyranki lotne. Tam zapadały rybołówki i mewy, tam krążyła wysoko pływająca w powietrzu kania; stamtąd i czapla, śmigając skrzydłami jak miechem, brała lot ciężki, oporny.
Wrzask tu był tak zmieszany, głosy tak rozmaite, że zupełnie pokrywały szum szorującej po przez trzciny rzeki, która sobie z sykiem drogę torowała, tworząc w pośrodku owych kęp i sitnisk małe, ciche, odbijające błękit nieba oka, niby sadzawki, umyślnie dla tej skrzydlatej hałastry robione.
W tej chwili właśnie, z jednej z kęp takich porwało się z przeraźliwym wrzaskiem stado dzikich kaczek, które tam były nocą w sitowia zapadły. Stado porwało się, nie odlatywało wszakże, bijąc nad kępą skrzydłami, jakby na jastrzębia.
Zrazu nic widać nie było. Wkrótce przecież, z samego środka oczeretów wynurzyła się głowa ludzka, spłowiałym, roztrzęsionym włosem okryta, mało co różniąca się barwą od pożółkłych zeszłorocznych badyli sitowia.
Głowa ta osadzona była na długiej, niezmiernie chudej szyi, a oprócz obfitej, głęboko spadającej na czoło konopiastej grzywy, posiadała dwoje siwych, nie zwykle świetlistej głębi oczu, twarz chudą, śniadawą, i szerokie cienkie wargi, które dziwaczny, pełen żałości i zakłopotania uśmiech, szerszemi czynił jeszcze.
Dokoła głowy, między pożółkłymi badylami sitowia, sterczały gęsto trzciny o brunatnych pałkach, połamane kłąbie tataraków i wielkie pierzaste kiście mietlic, tworząc oryginalne tło dla tych szeroko otwartych oczu, które miały jakieś błyski przebiegłości i przekory, a na dnie których leżał stary i niepocieszony smutek. Oczy te w powiekach, uśmiech na ustach, a głowa między trzciną, tkwiły tak nieruchomie, że kaczki, lot nagle zniżywszy, biły w nią niemal, nakrywając całą kępę wrzaskliwą i trzepoczącą się chmurą.
Wyżej, nad chmurą ową, niby błyskawice, śmigały w powietrzu śniade brzegówki, których gniazda czerniły się w gliniastym ile wyższego brzegowiska rzeki, jak kule, tkwiące w gęsto ostrzelanym murze. Przenikliwe ich głosy wpadały w tępy, uporczywy kwak kaczego stada, jasne, fletowe, wysokie. I one zlękły się niewiadomo czego. Jedna tylko mała pokrzywka, bujająca się na okiści rudego szuwaru tuż prawie przy spłowiałej gęstwie włosów owej głowy, świegotała cichutko, kręcąc łebkiem i patrząc to jednem, to drugiem oczkiem na nieobyczajne i krzykliwe ptactwo. Gdyby ciszej nieco było, możnaby nawet rozumieć, co ten świergot znaczył.
....Czego się bać? Czego się bać? — zdawała się mówić ptaszyna.
....To jest głowa głupiego Franka... Tak, to jest głowa głupiego Franka... Nic więcej... Czego się bać? Czego się bać?...
....Poznaję ją... Wybornie ją poznaję... W czółnie tu leży każdego wieczora, z czółna podnosi się każdego rana... Czego się bać?... Czego się bać?
....Nic złego nie zrobi... jajek nie wybierze... piskląt nie nastraszy... Czego się bać?
....Tak, to głupi Franek!... Głupi... głupi Franek!... Czego się bać?... Czego się bać?...
Nagle urwała pokrzywka swój świegot przeraźliwym piskiem i jak kłębek spadła na dno oczeretu. Drobne jej oczko dojrzało wysoko w powietrze wzbitego jastrzębia, który, wisząc nieruchomo na rozciągłych lotach, upatrywał sobie porannej pastwy.
Gdyby nie to, świegotliwa ptaszyna byłaby może opowiedziała calutką historyę o tym głupim Franku. Byłaby opowiedziała, jak to on niewiadomo skąd nad rzeką wyrósł, niby ten szuwar, albo ta trzcina brzeżna; jak te baby mówią, że go w czaplinem gnieździe topielica powiła; jak, ledwo z chłopięcia wyrósłszy, zaraz „głupim” był i tak się już został; jak do roboty nigdy dobrego rozumu nie miał; jak z rzeki i z podrywki latem żył, a zimą z miłosierdzia ludzkiego. Byłaby może i to powiedziała, jakie to miłosierdzie gorzkie... gorzkie... gorzkie... Jak się dziewczyny z głupiego Franka śmieją, jak dzieci ze wsi czeredą za nim biegają, jaka zima długa i ciężka w szopie, a nie w izbie! Byłaby powiedziała, jakie słońce dobre i miłosierne, że wraca z wiosną, jakby zapomniało czego, wraca i wygrzewa sitowia i kępy brzeżne, i budzi rybki pod wodą, i czerwieni po przylaskach jagody, i głupiego Franka ratuje. I jaka rzeka dobra i miłosierna, że głupiego Franka przygarnia, i jak niegdyś w czaplinem gnieździe, tak go teraz po kępach i szuwarach tuli... I jaka ziemia dobra, dobra i miłosierna, że na tych pólkach chłopskich, między gospodarskimi pełnymi kłosami i takie chude rodzi, które na podpłomyk dla nędzarza idą, na ten chlebek czarny, łzami obmywany, który, choć gorzki... gorzki... o! jak gorzki... duszę przecie trzyma w ciele, i dech żywota w piersiach trzyma, aby do pory, aby do pory...
Ona i to powiedziałaby może, jak bardzo ten nędzarz miłuje tę rzekę, tę ziemię i to słońce. Jak ręką chudą, czarną, głaszcze aksamitne pałki trzciny i zielone wstążki tataraków; jak w słońce albo w wodę całemi godzinami patrzy, sam do siebie gadając i łzy prósząc z oczu, jak potem nagle na ziemię się rzuca i tak się do niej tuli, właśnie jak owo dziecko do matczynej piersi. Ot, zwyczajnie, taki głupi, głupi Franek...
Tymczasem w wodzie i powietrzu bywało coraz więcej blasków. Migotało to, drżało, mieniło się, jakby rozsnutą w tysiące tęcz drobnych brylantową przędzą.
Obok sterczącej nieruchomie w oczeretach głowy, ukazała się teraz chuda, czarniawa ręka, dodając oczom zachrony. Ręka ta drżała do samego ramienia; nie było w niej widać dobrej siły. A może chłód nocy i wilgotnego szuwaru w czółnie siedział w niej jeszcze.
Buchnęło wreszcie słońce wielkiem płomieniskiem i rzuciło w rzekę snop ognia, z którego porywając miliardy iskier, zaczęły biedz fale szafirem i złotem.
Brzeg rzeki ucichł nagle, jakby rażony oślepiającem uderzeniem światła; tylko usta sterczącej w oczeretach głowy zaśmiały się cicho, radośnie, a głowa, zakołysawszy się na obie strony w jakimś niezmiernym i zawsze świeżym podziwie, zniknęła nagle w pośród mieniących się na wskróś srebrem zroszonych kiści mietlic i trzciny, której brunatne pałki zapłomieniły się rudo-czerwonawem złotem.
W chwilę później wypełznął głupi Franek z sitniska, otrząsnął się, wyprostował i wziąwszy na ramię podrywkę na długiej żerdzi, sporym krokiem wzdłuż rzeki się puścił.
Był to chłop chuderlawy i nędznie odziany.
Szmat starego spencera na grzbiecie niewielce go grzać musiał, bo twarz miał posiniałą i usta mu drżały. Zgrzebna koszula i takież hajdawery, ściągnięte rzemieniem z wytartą kalitką w pasie a u kostek sznurkiem związane, postoły z wierzbowego łyka, parciana torba przez plecy, oto i cała chudoba. Głowę miał odkrytą.
„Głupi” na wsi niemal we wszystkich okolicach kraju tem się szczególniej na pierwszy rzut oka odznacza, że bez czapki zimą i latem po drogach sobie chodzi, jak po własnej chacie.
Słońce go pali, deszcz moczy, wiatr suszy, mróz szczypie a on jakoby Panu Bogu wymówić chciał tę nędzę swojej głupiej głowy w burzę i w pogodę, we dnie i w nocy, nosi ją pod niebem odkrytą, bezbronną, na ludzki śmiech podaną, zorzom i gwiazdom widną i z nich też może biorącą nieraz takie nagłe błyski, takie daleko wstecz i naprzód sięgające światła, o których mądrym w dostatnich baranich czapach schowanym głowom, ani się nie śniło.
Głowa „głupiego” ze wsi, to studyum niezmiernie ciekawe. Jest to czasem głowa filozofa, czasem głowa poety, a zawsze głowa Łazarza.
W niej, jak w dziwacznym pryzmacie, odbija się cała nędza twardego chłopskiego życia i wszystkie sny jego złote, naiwne, dziecięce niemal. Z tych rysów zagasłych, z tych zwiędłych uśmiechów, z tych zmąconych źrenic, tryska nagle, niespodzianie, żywe źródło jakiej prapiastowej, gdzieś złotemi żyłami chodzącej wskróś ziemi myśli jakiegoś uczucia, wybłyskującego jutrzennem światłem dnia, a którem niewiadomo nawet, czy przyjdzie kiedy.
Głowa „głupiego” zarasta najczęściej gęstwą lnianych, wypłowiałych włosów; rzekłbyś, kądziel to rusałczana, z której niewidzialna i samemu „głupiemu” nieznana prządka snuje szarą, niezmiernie długą i splątaną, zagmatwaną nić zadumy nad rzeczami, które niewiedzieć jak do mózgu tego wpadły i pracują tam bezświadomie a nieutrudzenie, to wybuchając jak płomień nagle i silne, to leżąc ciche i nieporuszone jako w roli ziarno leży siewne, na podzimiu pod skibę rzucone.
Głowa „głupiego”, z tą pracującą w niej na własny ład fantazyą, z tem nieuznaniem porządków świata i istnienie poza ich karbami, — to retorta, przez którą myśl przechodzi z pospolitych głów rozsądnych do głowy genialnej.
Lud wiejski, mimo że się z „głupiego” śmieje, instynktownie przecież otacza go poszanowaniem, zabobonnem niemal. „Głupi”, to u ludu tyleż prawie, co „mądry„, mądrzejszy może nawet od innych, tylko w inny sposób, tą mądrością, która nie jest z tego świata.
Czasem „głupi” nie jest głupi, jest tylko nieszczęśliwy. Wiadomo, „głupich” najwięcej „od rodu”, ale i to się znajduje po świecie, że chata komu ze wszystkiem do tła zgorzeje, albo mór gniazdo wybierze do ostatniej głowy, albo powódź rolę tak spłucze, tak wymuli, jakby jej nie było; to taki nieraz między „głupich” idzie, o nic dbania nijakiego niema, niczem głowy nie mitręży, tylko po świecie chodzi sobie luzem, poglądając po ziemi i po niebie, póki go tam śmierć nie ugasi kędy.
To, co indziej jest nerwami, melancholią, zniechęceniem, bluźnierstwem, rozpaczą, — to wszystko jest tu „głupością”.
Czasem „głupi” jest tak głupi, że nawet nie wie o „głupości” swojej. To idyota, to durny. Takiego lud we wzgardzie ma, z bydlęciem go równa. Ale inszy chodzi po gościńcach wiejskich, jak apostoł, jak prorok, jak „opętany aniołem”. Taki „głupi” ma w sobie coś żywiołowego. Z ziemią gada, z wodą gada, z wiatrem i z ogniem gada.
Niedołężny, głodny, obdarty, imponuje majestatem bezbronności swojej, swojej nieodpowiedzialności, bezpośredniem zetknięciem z palcem Bożym, który go już ot na taki żywot naznaczył.
Z pod gęstwiny lnianych swoich włosów, „głupi” patrzy na świat to szerokiem, obłędnem, daleko poza granice wioski wybiegającem spojrzeniem, to w bok, to na stronę rzuca owe skośne błyski oczu, pełnych gryzącego szyderstwa, lub smętnej ironii; to wreszcie z głęboką melancholią i bezdennem pożądaniem nicości, wbija w ziemię szklistą, osłupiałą źrenicę, jakby patrzył we własny grób otwarty. Miewa on jeszcze niekiedy żywe, roztargnione, ruchliwe spojrzenia dziecka, któremu od śmiechu do łez tak blizko, jak blizką jest żałość wszelkiego wesela.
Takiem spojrzeniem poglądał w tej chwili głupi Franek na świat boży, idąc brzegiem Narwi. Na wschód, na słońce prawie szedł, głęboko w zroszonych trawach brodząc i uśmiechając się tej błękitnej pogodzie, co w okół dyszała świeżością zaranną.
Patrząc na jego pierś szczupłą, na wązkie, chłopięce biodra, na żywe i składne ruchy, wziąćby go można za młode pacholę; kiedy się wszakże wiatr od rzeki ruszył i czoło mu z owej gęstwy lnianych włosów odkrył, ukazywała się na niem żółtość i martwota, głęboko zmarszczkami zbrużdżona, która się przez długie lata wżerać tam musiała.
Już to ogólnym typem głupich jest, że niewiadomo, jakie im dać lata. Czasem wyrostek wygląda jak starzec; czasem stary, stary człowiek ma w sobie młodość niespożytą, zgoła niepodlegającą zwiędnieniu.
O takim mówią, że na niego „Święty Jan pojrzał”; jakoż wiadomo jest, że ewangelista ten, orłu przyrównany, orłową też młodość miał, na skałach prorokując, a dziewiczem ciałem chowając się wieczności.
Żyje to sobie i żyje, a lata mimo lecą, ledwo co nieco tykając takiej znaczonej głowy.
Bieda to z głodem trzyma i jakaś skrzydlatość duszna, która temu w żadną przygodę głęboką zabrnąć nie daje, tylko nad owym wartkim żywota pędem górą niesie, tak mało dopuszczając potrzeb, że żaden im brak nie dociska prawie.
Nędzą swoją i „głupością” trzymał się i Franek na świecie. Jak dawno już żył, niewiedzieć; sam sobie lat wyrachować nie umiał. Raz powiadał, że pamięta Francuza, kiedy pod Serock szedł; drugi raz, że sam też dzieciąteczkiem był, kiedy Herod niewiniątka mordować kazał; trzeci raz powiadał, jako się nie rodził wcale, tylko był i był „tak już sam ze siebie”.
Dzieci otwierały gęby, słuchając, baby kiwały głowami, chłopi się śmiali. Ale kto pamięcią sięgnął choćby jak daleko, tyle tylko z onej ciemnej studni dobyć umiał, że za jego młodych lat też „głupi Franek” po świecie chodził. Może ten, może inszy, na to przysiądz nie przysięgał żaden, ale że był. Wiadomo, każdy czas ma swoich głupich, a takiej nędzoty nikt tu rejestrowo nie trzyma, nawet sam Pan Jezus w niebie.
Żartowały z Franka dziewczęta, że taki „topielczuk” to się nie starzeje, bo go matka codzień troistą rosą myje. I prawda. Tylko że nie topielica go myła, ale ziemia-matka rosą swoją codzień myła jego nędzną głowę, a i te obłoki niebieskie i te łzy własne. A było ich więcej jeszcze, niż tej rosy bożej.
Lubili Franka ludzie, choć podczas i mrukliwy był i do żartów nieskory; ale jak na niego przypadło, to prawił, jakby z karty czytał, jedno do drugiego przykładając, jedno z drugiego ciągnąc. Na ludzi wtedy nie patrzył, jakoby ich przy nim nie było, ognie mu w twarzy latały, jak te grające o zachodzie zorze, a oczy pilnie na powietrzu kędyś trzymał, jakoby tam oglądał to wszystko, co prawił, tylko mu te rzęsy i powieki drżały.
Wiosną i latem mało go kto na wsi spotkać mógł. Jak tylko pociągnął od rzeki wiatr ciepły, zaraz go zaczuł, choćby łyżkę do gęby niósł, albo w słomie gdzie na wyrkach zagrzebany leżał. Zaraz się zbierał, torbę przez plecy zwieszał, podrywkę na ramię brał i mówił, że „do matki” idzie. Kija nie nosił nigdy; powiadał, że pies go żaden nie uszkodzi, bo on Świętego Łazarza patronem ma, o którym wiadomo, że mu psy nogi liżą.
„Od matki” wracał już po dobrym szronie. Chudy był wtedy, zmizerowany, wiatrem i słońcem spalony, kości przez skórę bodły, a koszula i hajdawery strzępami z niego leciały.
Mówią mu ludzie:
— Nie tęgo matka cię wyprawiła we świat...
Na to on:
— Sama w biedzie. Sama w uciążeniu i pracy. Tera tyle rybek pożywić; tera tyle tratwy nieść... tera tyli ziemi szmat obejść... Oj, nie letki jej żywot, nie letki! A jeszcze i na oną siną świtkę zarobić także musi, strugi modre po nici zbierając, a na srebrnym wrzecionie przędząc...
— Oj, głupi, głupi Franek! — mówiły baby.
A on im:
— Oj głupie wy, baby, nie ja, kiej nie wiecie, że każda rzecz na świecie służbę ma...
— Oo!... — obruszyła się któraś. — Dzieciakowi ta gadać, żeby rzeka przędła!...
Na to Franek wpadał w złość, w pierś kułakiem tłukł i zaklinał się na godzinę śmierci:
— Żebym tak dobrego skonania nie miał, jeśli łżę! Cóżem to, ślepy, czy co? Nie widziałem to mało sto razy, albo i więcej, jak na srebrnem wrzecionie modre nici przędzie? „Głupi Franek”. Widzita, jakie mądre! Mądremi się powiadają, a nie wiedzą, co każda rzeka wrzeciono srebrne ma i przędzie tak, że się ino w słonku, albo i po miesiącu migoce... A coby się migotało we wodzie, jak nie wrzeciono srebrne?
Baby się śmiały.
— Juści prawda.
— Albo i prawda!
— Niech go, jak ci to zmyślnie przepowiedział.
— Hycel chłop!...
Rozchodziły się, śmiejąc. Ale w myśli zostawał im obraz tej cichej, niestrudzonej prządki, która strugi sine na przęślicę wije i przędzie nici modre, przędzie w dzień i w nocy, ino jej się wrzeciono jasnem srebrem miga.
Inszym znów czasem zapadał w bory, jak jaźwiec, brodząc tam po nich aż do twardej grudy. Niech jeno drzewo co nieco ożyło, niech brzezina pękać zaczęła, niech po błotach czajki wrzasły, on zaraz manatki zbiera, choćby o północku w bór idzie, a powiada, że go „ojciec” woła. Szła wiosna, szło lato, szła jesień, a głupiego Franka ani zajrzeć.
Troszczyć się tam o niego i nie troszczył nikt. Każdy dość własnej biedy ma. Aż dopiero chłopy, po chrust saneczkami jadący, spotykali głupiego, jak się do wsi wracał, zbiedzony, zdziczały, czarny jak ta święta ziemia, żywicami oblepły, szyszek sosnowych pełno we włosach mający, bardziej jeszcze obszarpany, niż kiedy „od matki” wracał.
— A i tak cię to ojciec wypuścił od siebie, jak dziada? — pytają go chłopy.
A Franek:
— Oj bieda i jemu, serdecznemu, bieda! Bieda i służba ciężka! Małoż to on mróweczek wyżywić musi? Mało ptactwa, mało wszelakiego nawietrznego roju? A tera żywice top, a tera grzybom kapelusze funduj, a tera jagodzie każdej wygódź, a tera kadzidło i mirę szykuj. Trzej królowie nie pytają, tylko dawaj i już! Dobrze to jegomości albo i organiście, że do kościoła raz tylko po godach zajrzą; ale po boru calutki rok chodzą, a brodami trząsają, co z nich aż perły na ten mech lecą...
Chłopy w śmiech.
— Ooo!... Głupi! Głupi!... Królowie ci ta zara po boru będą chodzić! Ale!...
A Franek na to:
— Bodajem rące, nogi połamał, jeślim ich na własne oczy nie widział! Bodajem się tu z miejsca pod ziemię przepadł! Cóż to? Wódkę piję, tuman na oczach mam, żeby mi się w nich troiło?
To chłop jeden albo drugi do niego:
— I widziałeś króla?
A insi:
— Co będziesz z głupim gadał?
Ale Franek nie dał sobie odebrać słowa:
— Com nie miał widzieć? Bo to raz widziałem? Króla Balcera tom tak widział przed sobą, jak was, gospodarzu, widzę. Patrzę raz, słonko zachodzi, a tu cości ogromnego we złocie stoi. Myślę, dąb nie dąb. Podejdę, pojrzę — król! Płaszcz na nim złotem kapie, korona ino się w oczach mieni od drogości, bogactwo takie, że to ha! Broda po pas, srebrzy się, jako ten mech siwy; jedną ręką w bok się podparł, w drugiej berlica godna; parada taka, co strach, — zwyczajnie, królewska osoba! A tu dokoła wojsko we złocie, w czerwieni, ino wystawia te piki, te lance, te różne bronie, dwór okrutnie wielki, siła i moc taka, że nieprzeliczona. Aż mi się świat zaćmił, jakem to obaczył.
Nie długo słucham, szepcą... Ten temu, ten owemu słówko po słówku oddaje, jeden do drugiego głowy nachyla, a zmawia się, a radzi... Oho! myślę ja sobie, będzie tu co nowego. Nic. Słonko zaszło, ono wojsko się między drzewa pochowało, król też; układłem się, śpię. Śpię ja sobie, świata bożego nie wiedzący, aż tu jak nie zahuczy, jak nie zatrzeszczy, jak nie zacznie się tłuc po onym boru, jak nie zacznie szumieć!...
— Niby co? — pyta chłop Franka.
— A cóżby, jak nie to wojsko! Dopierom zmiarkował, że się to tak z wieczora zmawiali na oną bataliję... To tak, powiadam wam, się bili, jakby najtęższy wicher przeciw wichru szedł; a tak strzelali, jakby pioruny biły; a te bronie to taki puszczały blask po boru, jak te najtęższe błyskawice. A co strzelą, to w ogniu onym widzę, król Balcer stoi w płaszczu ze szczerego złota, w złotej koronie na głowie i brodą trzęsie...
— Baj baju! wichura była w boru i tyla! — rzecze chłop.
— A ino! — przywtarza drugi.
— Wojskoby to w boru siedziało!... — dodaje inny.
— Świecie! świecie! — woła na to Franek, uderzając w dłonie. — To wy grunty macie, chałupy macie, gospodarzami się opisujecie po wójtach, po urzędach, a tego nie wiecie, że Trzejkrólowie wojsko w boru je?
Oj naród, naród!... A kiejże wy z tej ciemnoty na świat przejrzyta, kiej?... Już i Pan Jezus po światu chodził i apostoły chodziły, a wy nic. Jak te owce głupie!
I wodził po nich okiem pełnem zdumienia, żałości i gniewu, jak po barbarzyńcach, którymby światła przychylić chciał, jak po zaślepieńcach, którychby nawrócić pragnął.
Chłopi się śmieli.
— Dzita!...
— Dzisz go!...
— Na głupich my u głupiego wyszli!
Ale pacholęta, co tam w podpasanych rzemieniami sukmanach za ojcami biegły u chrustu pomagać, szeroko otwierały oczy, a szerzej jeszcze usta i patrzyły w „głupiego”, jak w tęczę. A kiedy przyszła wiosna i pierwszy grzmot zahuczał na bór czarny jeszcze, śniły się chłopiętom okrutne wojska Trzykrólowe, ich wielkie błyskawicowe miecze i król Balcer w złotym płaszczu i w złotej koronie i niejeden tam wyrostek ukradkiem z za węgła ku lasowi spoglądał, bo juści prawda, że się łomotali ogniście, jakoby wicher przeciw wichru szedł...
Czasem wszelako, ot tak z „dobra woli”, nagła tęskność do ludzi ogarniała Franka. Rzucał wtedy „ojca” i „matkę” i jak ot teraz, szedł, gdzie go oczy niosły, niewiedzieć naco i poco. A tak się w tych drogach śpieszył, jakby kto najpilniej go czekał, albo mu jakowe wielkie dobro obiecał. Wiosną szczególniej, kiedy po szerokich pogodnych zachodach słońca zapachniała w powietrzu świeżo pługiem poruszona ziemia, kiedy niebo, w zorzach stojące, pełne było skowronków, a odwalone krojem skiby pogarbiły pola, kiedy od wygona do wygona rozległo się wołanie oraczy, a ciężkie jarzma wołów skrzypieć zaczęły po koleśnych drogach, Franek rady sobie dać także nie mógł, tylko się ku wsiom puszczał — za tym zapachem wilgotnej, świeżo ruszonej ziemi. Gdzie wiatr wiał, gdzie słońce było, gdzie głos ludzki leciał, gdzie mgła się kładła, gdzie oczy niosły, tam się puszczał.
To lada miętusem, w rowie uchwytanym i na patyku upieczonym żyjąc, po miedzach, wskróś onych rozorów chodził, głęboko dysząc, jakoby się oną wilgocią i świeżością skrzepić chciał; a przyszła noc, to na byle grudce nędzną głowę sparłszy, między zagonami legał, a po gwieździstem niebie cichemi oczyma wodził, do samego północka drugi raz nie zasypiając, jakoby mu kto co powiadał właśnie, albo widowisko i cudo jakie przed nim czynił. Budził się po nocy takiej, zroszony, jak ten kamień polny, na miedzy siadał, kolana rękami obejmował i zadarłszy głowę patrzył jak wrona w słońce, póki go nie obsuszyło, ustami niemo ruszał, jakoby się z kim wysoko rozmawiał, albo temu błękitowi porannemu modlił. Napierał się nieraz chłopom do pługa, żeby mu dali choć z pół dnia orać, choć z jedną skibę odwalić. Ale nie chcieli. „Głupi” się tego nie powinien tknąć, co na wzrost idzie. Ani się jemu orać, ani siać nie godzi. Baba tylko czasem która dała mu tam w ogrodzie motyką podziubać, to jej tak dziękował, tak jej kolana obejmował, jakby mu kto miskę z najlepszem jadłem wystawił. Tak mu się do ziemi cniło, takie w niej kochanie miał. Szły deszcze ciepłe, bujne, to im się tylko jako ta wierzba uginał, nic się nie chroniąc, by też mógł; a tak się zapamiętywał onego perłowego, rzęsnego szmeru po młodej runi słuchając, że drugiby i gęśli mniej słuchał, kiedyby mu grały. Szła polem cisza szeroka, okólna; gaje nie wioną sobą, liść młody ledwie gdzie szepnie, nad ziemią skrzydlatość taka, taka lekkość, przejrzystość, że tylko te miedze za miedzami, łąki za łąkami powietrzem w oczach płyną, a Franek na wpośrodku łanu jak urzeczony staje i słucha, jakoby głosy do niego z ciszy onej mówiły, albo jakby gdzie na Anioł Pański dzwon bił.
— A i czego ty tak głupi słuchasz? — pytają go pastuchy, co się tam workami od chłodu naodziawszy, pod gruszą w „sitka” grali.
To im zrazu nie odrzeknie, jakby nie do niego.
Aż kiedy mu się uprzykrzą, raz i drugi pytając.
— A nie słyszycie to, smyki — mówi — jak ziemia gada?
— Jakże to? — pytają pastuchy, a w kułak się śmieją, że to im niby z głupiego uciecha. — To ziemia gada?
A Franek ręką po powietrzu wodzi, jakoby co pokazywał w wielkiem oddaleniu, na gęsiarków onych nie patrzy, tylko oczy na onej błękitności trzyma.
— Wszyściuśko co je i co było i co jeszcze za czasami będzie, wszyściuśko to wie ogień, wiater i ta ziemia. Ale że ziemia najmądrzejsza z tych trojga...
— Sitka! — woła cienkim głosikiem mały gęsiarek, rzuciwszy w górę miedziaka.
— Orzeł! — woła drugi.
Franek mówi dalej:
— Bo wiatr i ogień z żywych moc biorą, a ziemia moc bierze z tych umarłych kości. Co ziemia od kości umarłych usłyszy, to żywym powiada.
Po dzieciach idzie dreszcz. Pastuch zatrzymuje w powietrzu rękę, w której miedziaka trząsał, żeby mu na orła nie padł, i z przelotnym strachem na Franka patrzy. Inni także podnoszą głowy.
— A co powiada? — pyta Józek.
Franek oczyma po dzieciach wodzi, a potem nagle utkwiwszy wzrok bystry w zapatrzonym na niego gęsiarku, mówi silnym głosem:
— Powiada, co chleba da głodnemu, wody pragnącemu, lnu i konopi nagiemu, ziołów niemocnemu. Powiada, co pocieszenie da smutnemu, sprawiedliwość krzywdzonemu, uzwolenie zawartemu, a zmęczonemu wieczny odpoczynek — amen!
Najstarszy Michałek wybucha na to śmiechem, strach mija, pastuchy śmieją się głośno, hucznie. Jeden tylko Józek siedzi pod workiem swoim z szeroko otwartemi oczami i patrzy za Frankiem, idącym ku Bugajowej łące.
— Głupi! głupi! głupi! — wrzeszczą za nim chłopcy, jak wronięta.
— A wróć się, głupi, wróć! — krzyczy Michałek — zrobima cię wójtem, kiejżeś taki mądry!..
Franek idzie dalej, ni prędzej, ni wolniej, jakby nie do niego.
Wie on, że młodzi i starzy, ba, pastuchy nawet, wołają na niego „ty.” Głupieniu nikt nie „dwoi”.
„My” — to cząstka gromady, albo rodu, albo zbiorowego rozumu i mienia, to cząstka zbiorowego życia i zbiorowej siły. Ale „głupi” stoi poza granicą rodu, mienia, pracy i siły. Od tego też jest głupi, żeby rozumu nie miał. On do siwego włosa, do grobowej deski w małoletności swojej trwa, rośnie najpierw, rośnie niby ta witka łoziny, potem się pochyla, pochyla, niby ten badyl płonny, ale nie dojrzewa nigdy.
Nie ma on też sobie za krzywdę żadnego przezwiska. Przywykł. Nie psuje mu to serca do ludzi, że tak albo tak na niego kto zawoła. Idzie między nich, oto i teraz, z wesołem okiem, z tęsknością jakąś, z przyjacielstwem w duszy. Owszem śpieszy się tak, jakby go tam rodzeni jego czekali, jakby mu się bracia ucieszyć mieli. Śpieszy się tak, jakby im sam co najkosztowniejsze dary przynosił i skarby jakie wielkie.
Nic innego przecież w ręku nie miał, tylko chaszczów trochę zielonych i marnego zielska, wskróś którego świeci kaczeniec żółty, lśniący, i srebrzą się gałązki wierzbowe z nawpół roztulonemi baśkami, które „głupi” po drodze łamie, iż to ku palmowej niedzieli się ma za dzionek czy za dwa. W powietrzu już nawet tu owdzie zalatują jałowcowe dymy, przy których gospodynie obwędzają kawał kiełbasy, albo boczek z wieprzka.
Z lubością wciąga Franek owe aromaty, a śniadą twarz jego rozjaśnia coraz szerszy uśmiech.
Naraz zpochmurniał. Z pośród lekkich wieszających się brzegiem rzeki oparów zaczęły się wysuwać obielone, długim sznurem wyciągnięte domki, których niezwykła schludność, jako też i sposób budowania, zdradzały osadę niemiecką.
Istotnie, były to na wschód od Wizny leżące Olendry-Gaje, tak samo się przeciwiające swoją nazwą położonym po drugiej stronie Narwi Gajom-Lachom, jak się przeciwiały plemieniem i obyczajem swoich mieszkańców.
Franek nienawidził Niemców. Flisów nawet na rzece unikał dlatego, że w skarbówce na tratwie najczęściej Niemiec siedzi.
Nieraz też, stanąwszy na gościńcu, wołał:
— Uciekajta dzieci, miemiec idzie!
— A czegoż-to uciekać przed miemcem ? — pyta go chłop który.
— A bo przed miemcem, jak przed złym wiatrem, niema lepszej rady, ino uciekanie.
— Miemiec a śniedź — powiadał, — zarówno naszemu chlebowi przywarę czynią; ale że go śniedź nie tyle uszkodzi.
Spotyka go raz proboszcz.
— Cóż ty głupi? — pyta. — Drwisz, słyszę, bajki prawisz, że to nie żydy umęczyły Pana Jezusa, tylko Niemcy. Skądże to ty do takich rzeczy przychodzisz?
A Franek pilnie na księdza patrzy, a oczyma mruga, co zwykle czynił, kiedy go co niecierpliwiło.
Proboszcz odsapnął, bo tuszą miał piękną i męczył się mówieniem łatwo, a potem rzekł:
— To ci zapowiadam, żebyś mi takich bajek po wsiach nie puszczał! Rozumiesz? A na naukę do kościoła przychodź, żebyś nie żył jak to bydlę... Rozumiesz? Kto jak bydlę żyje, ten jak bydlę skończy... Rozumiesz?...
Franek uśmiechnął się, rzucił w bok skośne spojrzenie i pocałowawszy księdza w rękę, rzekł:
— Niech się ta jegomościulek nie frasują o głupiego! O głupim to ta sam Pan Bóg przenajświętszy radzi... Tyla, coby tych mądrych nauczać, o!... A głupi to ta sobie sam z Panem Jezusem o tem, o owem gada, to już ta o niego najmniejszy kłopot... Będzie on wiedział, która dróżka do raju...
Rzucił ramionami ksiądz i obejrzał się, czy tej głupiej mowy kto nie słyszy; bo o parafian swoich dbał i zgorszenia żadnego nie dopuszczał. Ale co prawda, to i gniewać się bardzo nie mógł, bo cóż tam głupi mądrego wymyśli? Takiemu odpuścić trzeba, boć to samo nie wie, co czyni.
Zaczuwszy tedy Franek owe szwabskie dymy, skręcił w bok nagle i tarniakiem się puścił, żeby drogą nie iść. Nie była to przeprawa dogodna. Karczowany rok rocznie przez Niemców, tarniak uparcie się gniazd swoich starodawnych trzymał i każdej wiosny ostre kły wypuszczał, grożąc stopie, co się tam ważyła bosa, a wzmagając się aż do grudy, kiedy go znów trzebić zaczęto. Ostrężyną też i kocierpą silnie zarastał, tak że się o każdy krok targać z niemi było potrzeba.
Darł się Franek środkiem onych chaszczów, jak dzik, spluwając tylko na strony z tego obrzydzenia, jakie miał do Niemców, o których powiadał, że kiedy ich dyabeł na widłach przenosił z ich tam kraju nad Narew, to po każdym Niemcu widły płukać musiał, aż wielka moc ryb wyzdychała z tego.
Zanim tedy wydobył się z tarniaka, pokaleczył nogi, poszarpał koszulę, podrapał twarz i ręce, a niejedna przygarść jego lnianych włosów została na gęstych głogach i targańcach.
Tak kiedy wóz z sianem w gąszcz leśny się weprze, tu owdzie za nim na krzach chwieją się źdźbła suche, które jako myto po drodze płacić musi zaczepnikom onym. Ale „głupi” ani dbał o to, wielkimi krokami prąc się naprzód, póki osady budowanej długim sznurem nie wyminął i nie zostawił jej daleko za sobą.
Teraz dopiero pełną piersią tchnął, pojaśniał na twarzy i wesołem spojrzeniem po świecie powiódł; zaraz też ku rzece skręciwszy, w miałki bród jej wstąpił i nogi „po miemcach” obmył, jak ów dyabeł widły.
Szedł teraz wolniej, zadzierając głowę do słońca, jak to czynią dzieci i ptaki. Ale nie szczęściło mu się w tej drodze.
Zaledwie minął bagnistą łączkę, w którą tu Narew głęboko się wrzyna, a która u ludu nazwę Osniołki nosi, kiedy spostrzegł kościstą białą szkapę starego Hamera, jak zdążała ku Olendrom, ciągnąc wózek drożny, domowizny wszelkiej pełny, obok którego sam stary Hamer, w sukiennej czapce z podwiązanemi u uszu klapami, szedł i fajkę palił. Aż zamdliło Franka na takie spotkanie. Chciał w bok, kiedy zobaczył na wozie wielką malowaną skrzynię, którą u Łuki w Zagajnem nie raz, nie dwa widział, na skrzyni kociołek żelazny, co go też z tej tam chałupy znał, bo go sam do kowala nosił, dalej lnu siwego płachtę tak wypchaną, żeby go dwie dobre prządki przez zimę nie sprzędły, wreszcie okrutną kłodę kapusty, która się tylko na strony chwiała w wązkich drążkach, a za nią, z przewieszonym łbem za rozworę i spętanemi powrózkiem nogami kmieciate cielę, które się ulęgło sześć niedziel temu, właśnie kiedy ostatni raz nockę u Łuków nocował.
„Głupi” stanął i wytrzeszczył oczy, i osłupiał. Nie pytał, nie rozumował, tylko uczuł około serca jakowąś ckliwość.
Wóz przeciągał mimo niego zwolna. Stary Hamer, trzymając fajkę w ręku, przy drabkach szedł i pieniądze wysypane z brudnego mieszka na dłoń liczył. Franka nie widział nawet może. Ten wszakże po dobytku owym, na wozie zebranym, pałającym wzrokiem wodził, szepcąc cicho:
— Patrzajta, co ta moc niemiecka dobra ludziom odjęła i ku sobie ciągnie...
I z najwyższem przerażeniem w osłupiałych oczach, nędzną głową trząsł, jakoby na widok spustoszenia od pożaru albo powodzi.
Dopiero kiedy cielę, z łbem zwieszonym na wozie leżące, raz i drugi przeciągle bekło, odpadł od Franka strach, a ogarnęła go taka żałość, taki ogień mściwy go przeniknął, że, porwawszy się z onego osłupienia, ku Zagajnemu biegł, jakby tam ratować miał chudobę własną, własną chatę, własne dobro swoje.
Ptakiem prawie przeleciawszy spory kawał drogi, do wsi wpadł, prosto przed chałupę Łuki, która z kraju stała. Rojno tu było jakby na jarmarku, Gasio, niewielki żółty pokurcz, z ostrym jak u lisa pyskiem i spiczastemi uszami, nie wiedział na kogo wpierw szczekać.
Czy na rudego Gotlibowego parobka z Olendrów, który przy pomocy dwóch jeszcze, równie jak on sam rudych wyrostków, na wznak na ręczny wózek przewracał czerwoną oszkloną szafę Łuczyny; czy na oglądającego ladę u sieczkarni Niemca, który sam do siebie mamrotał a fajkę w zębach trzymał; czy na baby, które się z dziećmi u spódnic i u piersi zeszły, a stanąwszy u płotu radziły; czy na dziewkę, pomagającą gospodyni łapać kokosze; czy na targującego je Fryca, zięcia Hamera; czy na siemieniatkę, która mu się z rąk wyrwawszy, z wrzaskiem uciekała; czy na kręcące się pod nogami dzieci, czy wreszcie na psy cudze, które się tu za Niemcami z Olendrów zbiegły, wielkie, silne, kudłate i milczkiem węszące...
Ale głupi Franek tego wszystkiego nie widział nawet. On szukał Łuki, gospodarza. Zobaczył go. Stał w pośrodku podwórka, w czapie na bakier, w rozpiętej kamizeli. Był to chłop lat czterdziestu może, czarniawy, suchożyły i silnej budowy, trzymał za rogi byśka, który się wydzierał i schyliwszy między racice łeb twardy, szeroki, porykiwał groźnie. Przed Łuką stał rozkraczony, z rękami w kieszeniach od rajtuzów, najbogatszy z kolonistów, Gotlib, trzęsąc grubym karkiem i błyskając pod słońce tombakową dewizką i malowaną fajką, która mu się kołysała na opasłym brzuchu.
Dobijali targu. Chłop coraz głośniej krzyczał, a szamocąc się z byśkiem, jeden róg bydlęcia puścił i przez połę kamizeli rękę Niemcowi podawał; Niemiec gębę odął, powieki w pół zasunął, brwi podniósł, i nie wyjmując rąk z hajdawerów, przecząco grubym karkiem kręcił; kiedy nagle wpadł między nich Franek, za Frankiem dzieci, a za dziećmi Gasio.
Dzieci dawno już nie widziały „głupiego”. Ze świeżą tedy ciekawością rzuciły się ku niemu; a przytem wyglądał dzisiaj tak uciesznie, tyle różnego zielska miał we włosach, taki był obszarpany, zziajany, brudny.
— Głupi! głupi! Widzita głupiego! — wrzeszczały piskliwym głosem, któremu odpowiadało jasne, wesołe szczekanie pokurcza. On także zdawał się wołać: Głupi! głupi! głupi!
Ale Franek nie słyszał go nawet. Przyskoczył, chłopa za rękaw szarpnął, i zduszonym ze zmęczenia głosem zakrzyknął:
— Gospodarzu!.. gospodarzu! Łuko! Łukaszu!.. A to wam miemiec psia wiara skrzynię porwał, i cielę... złodziejska dusza... i kapustę z kłodą...
Mowa mu się rwała, powietrze ustami chwytał.
— Głupi! głupi! Widzita głupiego! — wrzeszczały dzieci z rosnącą uciechą.
Chłop odwrócił się nagle.
— A ciszej, kołtuny! — tupnął na dzieci — a pójdziesz!.. — krzyknął na Gasia, który oblatywał byśka, szczekając i za nogi go łapiąc, jakby się zapamiętał właśnie.
Franek chłopa za rękaw precz targał.
— Gospodarzu! Łuko!... — zaczął znów swoje. — A to złodziej...
Gotlib namarszczył się i cofnął krokiem. Stali niemal tuż przy studni, a głupiemu nie wiadomo, co do łba strzelić może.
— Idź głupi! — oburknął się chłop i odmachnął się gniewnie.
Ale Franek nie ustąpił z miejsca, tylko ścisnął kułak, w pierś zaklęsłą się grzmotnął i wielkim głosem zaklął:
— Bogdajżem się z tego miejsca nie ruszył, i bogdajem nocy nie doczekał, żeli łżę, żelim go u Osmółki z wozem nie widział, złodzieja, a na wozie waszej skrzyni, kłody i cielaka! Bogdajem.
— Wściorności! — wybuchnął nagle Łuka niewiadomo na byśka, czyli też na Franka. Baby zaczęły się przysuwać od płota, ten i ów obrócił ku mówiącemu głowę. Franek szeroko otwarte, pełne przerażenia oczy w Łukę wbił, nie pojmując zgoła, dlaczego chłop wszystkiego nie ciska i złodzieja gonić nie leci. Zdawało mu się, że go nie rozumie chyba, nie wierzy mu. Z większą tedy jeszcze siłą grzmotnął się kułakiem w piersi.
— Porwał gospodarzu!.. Porwał!.. Żebym tak szczęśliwego skonania doczekał, jak złodziej miemiec porwał!..
Gotlib odwrócił głowę, splunął, i znów się o krok cofnął.
Na chłopa uderzyły ognie.
— Co miał porywać, zatracona duszo, co?.. Sam przedałem!
Otrząsnął się. Frankowi ręka opadła.
— Głupi! głupi! głupi!.. — wołały dzieci, skacząc koło studni.
Franek patrzył na chłopa obłędnie, tępo, pomiarkować się zgoła nie mogąc. Z ustami otwartemi i wyciągniętą szyją stał przez chwilę niemo, aż zaczął głosem ochrypłym, zmienionym:
— Wy, gospodarzu?... Wy jemu przedali?.. Wy sami przedali?..
— Psssia... cie! — zaklął chłop, mocując się z byśkiem.
Franek go znów za rękaw pochwycił. Dyszał ciężko, oczy wysiadły mu na wierzch.
— Gadajta!.. Gadajta!... Samiśta przedali? Gadajta!..
Następował na chłopa, targając go za rękaw coraz gwałtowniej.
— Umykaj, pókim dobry! — huknął Łuka. — A żebyś ty zmarniał! Chorobna duszo... — Zaklął w tejże chwili na wyrywającego się byśka.
— A dummer Kerl!.. — szepnął wzgardliwie Gotlib i ramionami rzucił.
— Co to z głupim gadać! — roześmiała się któraś baba. Insze za nią. Każda się teraz wobec Niemca mądrą i polityczną okazać chciała. Nie były zresztą pewne, czy im samym przedawać co nie przyjdzie; ruszały tedy ramionami, poglądając z politowaniem i odwracając głowy.
W tej chwili wszakże, w narzuconym na ramiona kożuchu i z biczyskiem w ręku, przystąpił Filip Bodniak, szwagier Łuki, który gruntu nie miał, furmanił tylko, i Niemcom, żałującym i czasu, i koni, z Olendrów się najął. Chłop czerwony był jak burak, zsiadły, ospowaty, baranią czapę ze stroikiem z czoła zsunął, bo ze trzy litkupy miał we łbie i kurzyło mu się z czupryny, a język co nieco plątał. Bodniak, jako że sam gospodarzem na własnym szmacie ziemi nie siedział, do szwagra przykrość jakąś w sercu czuł i rad go poszczypywał słowem, bo zazdrosnych oczu był na cudze dobro. Ten tedy, rozkraczywszy się przed Frankiem, ręce w biodra wparł i niebardzo pewnie na nogach stojąc, rzekł:
— A i nie wiesz to głupi, co teraz chłopy, niby gospodarze, ze wszystkiego się wyprzedają, z domowizny, i też ze ziemi...
Chwyciła go czkawka, więc urwał.
Franek słuchał jakby ogłuszony.
— Ze ziemi... — powtórzył jak echo.
— Ze ziemi i z gruntu het precz, — ciągnął Bodniak — a idą głupi za morze...
— Za morze... — powtórzył Franek.
— Choć ta i suchoputna droga ponoć je, o trzy dni by nią człowiek ze Zagajnego zajechał... tyla, co o niej nie wiedzą...
— Nie wiedzą — powtórzył martwym głosem Franek.
— To ci tera het precz, licytacya... — mówił Bodniak, przełykając dręczącą go czkawkę — targowica... nie przymierzając, jak w kramie.
Podniósł rękę, czarniawym włosem zarosłą, grubemi żyłami zbrużdżoną, i wodził nią w powietrzu, ukazując palcem zebranych w podwórku. Mętne, tępe oczy Franka poszły za tym palcem. Teraz dopiero zobaczył rudego Gotlibowego parobka, szafę na wózku, i Niemca przy sieczkarni i Fryca z kokoszką w ręku, i baby, i obce psy kudłate, i byśka, i grubego Gotliba.
Wszystko. Patrzył, patrzył, nagle ręce opuścił i głowę na pierś skłonił. Gęstwina lnianych zwichrzonych włosów spadła mu na oczy. Wyglądał tak śmiesznie, że dzieci na nowo wybuchnęły wrzaskiem.
— Głupi Franek! Głupi Franek! Widzita głupiego Franka!
Jemu się usta zaczęły trząść, kolana zadygotały pod nim, obszarpana koszula podnosiła się coraz szybciej na wysoko bijącej piersi. Nagle zaszlochał głośno i błagalnie do Łuki się ozwał:
— Nie przedajta, gospodarzu, pola!.. Dlaboga, nie przedajta!.. Dlaboga rety, Maryo!..
Zaniósł się wielkim płaczem, i chwycił połę siermięgi gospodarza.
Chłop trząsł sobą, chcąc się uwolnić od niego i klął siarczyście.
— Nastąp pokrako!... Chorobna dusza!.. A żeby cię...
Zerwał się Franek i do Łuczyny podbiegł. Głębokie łkanie wstrząsało jego nędzną piersią.
— Gospodyni! — wołał przerywanym głosem — Gospodyni!.. Nie przedawajta miemcom chałupy! Dlaboga, rety! nie przedawajta chałupy!...
— Do cna ogłupiało chłopisko! — szeptały między sobą baby.
— Bo to nic?
— Na zwiosnę takiemu najgorzej...
— A odczepże się, odmieńcze! — krzyczała kobieta. — Owaryował, czy co! Adyć go weźta! — Ale nie trzeba go było brać. Sam porwał się i wyciągnąwszy przed siebie trzęsące się, łachmanami rękawów ledwo że okryte ręce, ryknął wielkim głosem:
— Rety!... Maryo!.. Rety!.. Ludzie!... Gospodarze!.. Nie przedawajta się miemcom!.. Dlaboga ludzie!.. Nie przedawajta!..
Uderzył w dłonie i złożonemi rękoma trząsł przed głupią swoją głową, a po śniadej twarzy leciały mu łzy, ciężkie, jasne, gorące.
— A dummer Kerl! — powtórzył Gotlib; poczem ziewnął, splunął, sukienną czapkę na głowie poprawił i do odwrotu się zbierał.
Tknęło to Łukę, który targu o byśka dobić chciał; z całą tedy pasyą zwrócił się do Franka:
— Ustąpisz mi ty na bok, zła duszo, czy nie ustąpisz? Chłopaki! Ruszta się ino!...
Ale chłopaki bawiły się zbyt dobrze całą tą „komedyą”, żeby się ruszać miały. Trącił jeden drugiego łokciem, spojrzeli po sobie, i stali.
Łuka się za Gotlibem puścił.
— Dalej, sąsiedzie! Półzłotka przyczyńcie i będzie zgoda z nami! Ja dziś do zgody, jak do wódki! U mnie tak! Dzień płaci... dzień traci. Dalej, panie Gotlib!... Zgoda!...
Mówił szybko, obficie, głośno, jakby chciał zagadać głupią mowę Franka.
Niemiec odchodził niby. Nie mógł on właściwie odejść, póki Bodniak stał, a z nim i furka jego, z której zwrócona łbem do dyszla szkapa wyciągała grubą, w bagnach sieczoną, trawę. Bodniakowi zaś nie spieszyło się wcale ze szwagrowego podwórka.
— No?... półzłotka! Jakże będzie? — powtarzał Łuka. — Kupujta, póki przedaję!... No?... Jakże?... Co ta będzieta na głupiego patrzeć! Róbma zgodę... Dalej go!...
Ale jeżeli kiedy, to właśnie teraz warto było na głupiego patrzeć. Jako ta rola nagle z wiosennego deszczu schnie, kiedy na nią słońce z wysoka uderzy, tak on po tych łzach bujnych odmienił się w twarzy, tak na niego uderzyła nagła wesołość. Jakoby nie ten, tak się przeinaczył, oczy kułakiem wytarł, jak miał szeroką gębę, tak się szeroko roześmiał, a chwyciwszy chłopakowi, co tam wpodle stał, czapczątko ze łba, sam je sobie na głowę nasadził, w biodra się rękami podparł i krzyknął wesoło:
— Hej ha!... Kiej przedawać, to przedawać! A duchem!... Nic się nie frasujta, gospodarzu! głupi wam pomoże! Nim słonko zajdzie, poprzedamy het precz wszyściutko do czysta!
Szeroki wybuch śmiechu przyjął tę przemowę głupiego. Niemcy nawet śmiać się zaczęli, zwłaszcza też one rude wyrostki Gotlibowe, u wózka stojące! Łuka poczerwieniał i łypnął gniewnie oczyma; ale kiedy spojrzał na owo ucieszne widowisko, jakie Franek z siebie uczynił, nie mógł wytrzymać i roześmiał się głośno. Głupi tymczasem przed chałupę skoczył. Stały tam i leżały różne sprzęty, z drogi onej szafie ruszone, jedne na drugich w kupie, jak na targowicy.
Franek się schylił, podniósł z ziemi stary lemiesz, a błyskając nim pod słońce, mówił:
— Panie miemiec! Patrzajta ino, jaki godny lemiesz! Oj nie mało on ziemi skroił... niemało skib odwalił... niemało chleba dobył, ale nam tera nic po nim, bo het precz grunt i gospodarkę przedajem, i ani my, ani dzieci po nas ziemi tej, tego pola, orać już nie będziem! Kupujta lemiesz!... Patrzta, jaki godny!
Śmiech buchnął na nowo w podwórku. Bodniak aż się za boki trzymał, aż mu oczy zachodziły łzami.
Głupi tymczasem chwycił płachtę lnianą, a trząsając nią, wołał:
— Hej!... Płachtę przedaję!... Patrzajta, co za płachta je!... Caluśka, bieluśka, na ołtarzu by ją można kłaść pod ten chleb janielski! Oj bywał ci w niej chleb janielski, bywał, ano to ziarno Boże pszeniczne a żytnie, co je gospodarz na tem polu siewał... Oj nie mało z niej ziarna w tę świętą ziemię poszło i niemało dobra z ziarna tego wyrosło... Dalej, kupujta, płachtę siewną, w kruchcie, w dzień Najświętszej Panienki siewnej poświęcaną.
I tera śmiech buchnął, ale cichszy jakiś. Łuczyna westchnęła nawet i pogładziła głowę najmłodszego swego, który się jej fartucha trzymał, szeroko na Franka wytrzeszczywszy oczy.
— Gospodyni! — zawołał nagle Franek.
— A gdzie przęślica? Przedaliśta len, przedajta i przęślicę. Już wy na niej kądzieli prządać nie będziecie, ani onej nici szarej na wrzecionie przy łuczywie puszczać... Nie będziecie przędzy motać, parników zwijać, pasem rachować... Nie będziecie płótna tkać, ani go na tej rosie porannej bielić, ani z niego koszul dzieciom zrządzać... Co wam po tem ? Dalej gospodyni! Dalej... Dawajta przęślicę... Niech kupują!
W małem podwórku Łuki robiło się coraz dziwniej jakoś, coraz uroczyściej. Chłopaki wspinały się jedne przez drugie, żeby na „głupiego” patrzeć, oczy starych przygasiła zaduma, czy troska. Nagle odezwał się głos przejmujący, dziecięcy:
— Bocian! Bocian! O... bocian!...
Kilka głów podniosło się za tym dziecięcym głosem.
Istotnie, nad kalenicą Łukowej stodółki i nad leżącą na niej, zeszłorocznym szuwarem jeszcze przytrzęsioną, broną, wzbijał się lotem szerokim pierwszy tej wiosny bocian.
— Bociek!...
— Wojtek!...
— Bocian!... — zaczęły wołać na różne głosy chłopaki, podrzucając czapki i klaszcząc w ręce.
Bocian, jakby na odpowiedź powitaniu temu, zaklekotał wesoło, roznośnie, coraz węższe nad gniazdem zataczając koła.
— Siądzie...
— Nie siądzie!...
— Siądzie!... — odzywały się dziewczęce głosy. Nawet uwaga bab i chłopów oderwała się na chwilę od „głupiego”. Ale Franek, zadarłszy na porówni z innymi głowę, kiwał się szyderczo, wzgardliwie.
— Oj głupi, głupi! Oj głupi ty, ptaku! — rzekł wreszcie. — A i czegóżeś tu leciał bez morze, bez wielkie, na gwiazdach noclegujący, na zorzach się budzący, głodu zażywający, nawałności i wojen powietrznych i przestrachów różnych bynajmniej się nie bojący?... Czegóżeś tu do Zagajnego leciał, jakoby ci też kto ślepia wybrał, drogi nie myląc, skrzydłom nie folgując, a onego wiatru wschodowego, od Narwi wiejącego, o Zagajnem pytając?
Do gniazdaś ty leciał, do miłego gniazda, do onego domu swego, gdzieś bocianięta swe hodował i słońcu się radował i ludzi cieszył i odpoczynienie swoje miał.
Oj przylecisz ty tu i na bezrok jeszcze, ale już gniazda twego nie będzie, jak tu i nas i gniazd naszych nie będzie... Miemce tu obsiądą, miemce tu gniazda swoje założą, a ty głupi precz... za morze... za morze!...
Podniósł głos, oczy chłopów znów się na niego zwróciły.
— Panie Gotlib! — zawołał — panie miemiec, bliżej tu sam, bliżej!... Jeszcze się tu niejedno do przedania najdzie, ino pieniądze liczcie!
Widzita te jaskółki nad wodą? Widzita tę modrość niebieską?... Widzita ten krzyż nade drogą?... Widzita het one górki, one mogiłki nasze?
Dalej! Wszyściutko przedajem! Kupujta tę modrość niebieską, ten krzyż przy drodze, te mogiłki!
Cisnął czapkę, spuścił głowę i zamilkł.
A potem, nad oną kupą domowizny przed chatą klęknąwszy, ręce przy ustach złożył i mówił mocnym głosem:
— Święty Boże! Święty mocny mocny! Święty a nieśmiertelny! zmiłuj się nad nami!
Zaszemrały za nim głosy, jako wiatr wiosenny. Chłopi głowy odkryli, baby poklękały, a Franek mówił dalej:
...Od powietrza, głodu, ognia i wojny, zachowaj nas, Panie!
...Od nagłej a niespodziewanej śmierci, zachowaj nas, Panie!
...Od morskiej i wszelakiej nawałności, zachowaj nas, Panie!
...O spokój gniazdom naszym, prosimy Cię Panie!
A jako zawsze głupi był, tak i tę modlitwę teraz na swój sposob zmyliwszy, wstał, świetliste oczy na powietrze podniósł i między ludźmi przeszedłszy ku rzece się puścił.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.
  1. Przypis własny Wikiźródeł Z Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasińskiego
  2. Pielgrzymowałem.
  3. Starania.
  4. Spodziewać.
  5. Żądzy.
  6. Z początku.
  7. Przypis własny Wikiźródeł (jid.) talit
  8. „Kacierz“ — sito z żelaznego drutu na długim drągu, przy dobywaniu żwiru używane.