Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Myślałem, że nigdy nie przejdzie. Tak dzień do dnia dokładał, jak drwa suche na ogień zniszczenia, tak noc do nocy dokładał, jak ziarna czarnego różańca.
Myślami go pędziłem, poganiałem tchnieniem...
Aż i przeszedł. Wybrałam się w drogę. Droga to była jak żmij... Co się skurczy, to się znów rozciągnie. A we mnie dusza już ze wszystkiem omdlała. Śmierci się wpierw doczekam — myślałem — niż końca tej drogi. Nie wrócę nigdy — myślałem — i kładłem się pod słupem drożnym, jak pies, i chciałem umrzeć. A nieprawda! Wróciłem.
Błysnął oczyma i rozśmiał się głośno, chrypliwym, zdławionym głosem.
— Ha! ha! ha! Wróciłem nie do dziedzictwa swego, ale na cudze śmietnisko, na śmietnisko hańby braterskiej...
Ten kawał ziemi nie był moim, ten las nie był moim, te pola, te łąki nie były moje. Nic nie było mego... Tak mi powiedział brat. Powiedział i dowiódł. A potem wygnał mnie, psami wyszczuł, wypędził. Mnie z mojej schedy! Mnie z mego działu, mnie z mojej...
Zatchnął się i przełknął ślinę. Gorzką