Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


być musiała, bo mu kurcz przeleciał po twarzy.
— Tfu! tfu! — mówił dalej, splunąwszy. — Jaki wstyd! jaka hańba dla mnie, że nas jedna urodziła matka! Mój brat, pan jasny, pan wielmożny, a ja — włóczęga żebrzący...
O jasny panie! O panie wielmożny! Kat nawet przez rękawiczkę ręki-by ci nie podał! Tfu, tfu, jasny panie! wielmożny dziedzicu! Kat-by nawet śliny żałował, żeby ci w twarz plunąć.
Stał i trząsł zaciśniętą i wzniesioną pięścią, wbiwszy wzrok w ciemny kąt ganku. Dech mu się zaparł w piersi, usta drżały, w oczach miał ognie wilcze.
Skupieni dokoła niego panowie i panie patrzyli z ciekawością i trwogą. Gospodarz odsuwał się ze swoim fotelem coraz dalej, coraz głębiej, patrząc w przychodnia, jakby urzeczony.
Po chwili żebrak opanował się, obtarł twarz ręką, skłonił się i rzekł zmienionym głosem:
— Wielmożni państwo przebaczą Antoszkowi... Jak umie, tak ludzi zabawia... Po świecie z koszturem chodzi, historye różne