Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ot tak, wymyśla sobie... Zwyczajnie, żebrak, włóczęga...
Mówił to lekkim, swobodnym tonem światowego człowieka. A kiedy ten i ów sięgnął do kieszeni, skinął przecząco ręką i ku wyjściu się zwrócił. Towarzystwo rozstąpiło się przed nim w milczeniu, służba się cofnęła od schodów. Prosty, wyniosły, zstąpił po nich zwolna w swojej kapuzie i nie oglądając się, szedł drogą ku krzyżowi na rozstaju.
Tam twarzą na ziemię padłszy, rozkrzyżował się, jakby w ogrójcowej męce.
A księżyc tymczasem wysoko na niebie stanął i przepiórki wabić się zaczęły.
Od blizkiej wsi kościelnej zadudniły wracające po odpuście wozy, a droga zaroiła się gromadkami kobiet i dzieci.
Wtedy Antoszek z ziemi wstał, na koszturze się swoim oparł i zaczął śpiewać:

„Święty Mikołaju,

Trzymaj wilka w raju,
Trzymaj go za nogę,

Aż trafię na drogę!“