Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chylił i głosem cichym mówił, jakby sam do siebie:
— Ziemia... ziemia... szmat ziemi... a nad nią szmat nieba... Nic ot, a wszystko, wszystko!
Westchnął i umilkł. Po chwili innym jakby tonem rzekł:
— Raz przyszło pismo od brata... List, braterski list...
Wołają, idę. Rozłożyć go nie mogłem, tak mi ręce latały, utrzymać nie mogłem, tak mi serce odtrącało ramiona od piersi, wyczytać nie mogłem, tak mi łzy na niego padały gęste, gorące...
Urwał i patrzył w niebo. Z ciemnego kąta werendy dał się słyszeć krótki jęk, czy okrzyk stłumiony. Nikt wszakże nie zważał na to.
— Pisał mi brat — mówił po chwili wędrowiec — że tam trzeba dla mego dobra a mienia podpisu mojego... „Podpisu mi twojego trzeba, bracie, — pisał, — coby na straży mienia twojego stał i dobru twemu, tej ziemi, coś ją po rodzicach wziął, ostać się pozwolił w całości i bezpieczeństwie. Będę ją siał i orał, jakoby dla siebie, i zbierał jakoby dla siebie, aleć to wszystko twoje, a ja brat twój, jednej matki syn...