Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W tej chwili gospodarz powstał z fotelu, podszedł do balustrady ganku i ciężko się na niej wsparłszy, patrzył w kierunku sylwety z wielkiem natężeniem. O dwa, trzy staja ode dworu rozchodziły się drogi na prawo i na lewo. Krzyż tam stał między krzakami głogu i jałowca.
U tego krzyża zatrzymał się idący. Może się modlił, może miał chwilę wahania.
Jedna z dróg prowadziła do widnej stąd karczmy, a druga wprost w ganek. Palce gospodarza wpiły się w balustradę kurczowo, szyję miał wyciągniętą, wielką, podłużną bruzdę na czole, usta wpół otwarte wypuszczały nierówny, świszczący oddech.
A dokoła owalnego stołu rozmowa kipiała zdwojonym ruchem i gwarem. Zaiskrzyły się przy likierach oczy, zarumieniły twarze, spojrzenia i słowa krzyżowały się jak race.
Upłynęła chwila. Stojący pod krzyżem człowiek poruszył się i skierował kroki swoje ku dworowi. Wtedy gospodarz spokojnym, powolnym krokiem przeszedł wzdłuż werendę, zatrzymał się przy małym stoliku, na którym stała karafka i nalał sobie wody. Ale kiedy szklankę do ust podniósł, szkło zaszczękało głośno o białe zęby, a ręka trzęsła się jak