Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wielkich obrusach śnieżnych, krukom rozesłanych pod niebem, i wiem przecie, że to nie co, tylko on wicher zły, a tak mnie nagle zamroczy, duszą zatrzęsie, załaskocze, tak łeb zakrąży, jakby pijanemu... Ot, mówię sobie, zboża moje złote szumią polem szerokiem, szumią jak okiem zajrzeć, kłos się po kłosie kładzie. Ot, jakie granie! Ot, jaka muzyka!
Albo mówię: — Ot, lasy moje huczą! Ot, dęby wierzchoły gną i jak maszty trzeszczą, ot, brzozy gałęźmi umiatają ziemię czarną....
Zadzwoni co? Dur na mnie! Wiem ci ja, kto i po co jedzie... A ot, mówię sobie, skowronek dzwoni, wiośnie się raduje... ot, pachną ugory świeżo rozorane... ot, rosa! ot, ruń młoda!
Brzęknie co? A czy mało tam brzęku? Ot, myślę ja sobie, kosy po łąkach brzęczą, ot śpiewki, ot wesele...
Zatrzeszczą iskry w kominie? — to łeb w ręce biorę i kołyszę się, kołyszę i dumam, dumam, dumam...
Zakołysał się na koszturze swoim i umilkł. Nie przerywał ciszy nikt; wszyscy z natężeniem słuchali.