Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


masz tu prochu, pyłku, ziarna piasku, żebym nie krzyczał do niego. A co? Jak człowiek raz roztęskni sercu, już mu nie spocząć ni we dnie, mi w nocy. Ja tam, myśli tu... Ja tam, dusza tu... Ja tam...
Przełknął ślinę, rozprostował się nieco i tchnął głęboko, długo, jakby ze ściśnionej piersi.
Towarzystwo obstąpiło go dokoła. Żebrak ten zaciekawiał i mową i postawą swoją; na gospodarza nie zwracał nikt uwagi. Siedział on w głębokim fotelu z przechyloną w tył głową, z dłonią na oczach. Wargi miał pobielałe, włosy jakby przylepione potem do skroni. Silnie skurczone w kolanach nogi nadawały przykrą, ostro łamaną linię całej jego postaci.
Żebrak mówił dalej.
— Czasem, sam nie wiesz skąd zaleci taka woń, tak zapachnie w powietrzu, że rady sobie nie dasz... Łąkać to moja — myślę ja sobie, — łąka pokoszona... I już ja ani jedzenia, ani picia, ani spania, tylko węszę, jak ten zwierz nocny, tylko dyszę a dyszę...
A czasem znów szum usłyszę, szum wichru, co stepem goni, nie wiedzący kędy paść, albo kędy spocząć po haliznach szerokich, po