Ksawery

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Ksawery
Pochodzenie Moi znajomi
Data wydania 1904
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
KSAWERY


Nie mogę powiedzieć, żeby był idyotą, ale zawsze mniej znacznie miał rozumu, niż go ludzie na wsi miewać zwykli.

Co większa, rozum ten był całkiem innego gatunku. Może gorszego, może lepszego, trudno to powiedzieć, to pewna, że nie miał z niego wielkiej pomocy, ni pociechy w życiu.
Umiał naprzykład czytać i to nie tylko na elementarzu, ale także na ewangeliczce i żywotach świętych, rozumiał pisane, ministranturę z końca w koniec znał tak, że choć o północku, choć z zamkniętemi oczami wiedział, gdzie stoi amen, a gdzie co innego: pieśni wszystkie od roratowych aż do wielkanocnych z pamięci potrafił, a jak się do kropidła przyłożył, to taki miał «sztrych», jakby się na organistę rodził.
Ale nie umiał ani orać, ani siać, ani kosić, ani grabić; nie umiał nawet w garść plunąć i wideł się, albo łopaty jąć, a gdyby mu tak do młocki z cepem stanąć przyszło, możeby i tego nie wiedział, co dzierżak, a co bijak.
Szczególniej też nie miał żadnej składności do koni, a kiedy raz żydowi szkapę zaprzągł, to chłopaki na ziemię od śmiechu się pokładły, bo się dziesięć razy naszelników chwytał, nim je przypiął, a chomąto jak siodło usadził. Wszelako nie każda robota obcą mu była.
Drew nałupać, kartofli naskrobać, pierze drzeć, prząść na kółku, albo i na wrzecionie umiał tak, jak mało która baba potrafi, a kiedy ze skopkiem pod krową siadł, to tak mu to składnie szło, że nawet dworskie dójki w kąt mogły iść przed nim...
Wszystkiego tego wyuczył się w ciągu trzydziestu paru lat żywota swego, przez który to czas, od kiedy się na nogi podniósł, proboszczowi dobytek pasał, najpierw gęsi — jeszcze za życia ks. kanonika Rzepki, świeć Panie jego duszy, który go sierotą przygarnął, — potem świnie, potem krowy, potem wszystko razem, już za «jegomości».
Nieraz on, co prawda prosił, żeby go jegomość do innej roboty dał, ale choć odmowy nie doznał, zawsze się to przecież odkładało, aż do czasu, kiedy do lat dojdzie. Miarkował ci on, że lata już ma, i dawno; ale papieru na to nie było. Siaki, taki miał metrykę, jedni z matki, inni z obojga rodziców, a on nic.
Jegomość mówił, że w księgach nic o nim nie stoi, bo się w Krakowie rodził. Po co on się w Krakowie rodził, nigdy jakoś tego pomiarkować nie mógł. Wszyscy inni rodzili się to w Poddębicach, to w Dąbiu, to w Spendoszynie, to w Krępie, to w Niewieszu, a on, patrzajcież moi ludzie, nigdzie tylko w Krakowie! Jak stanął nieraz na polu, to i godzinę stał i w głowę się drapał i medytował, i nic wymedytować nie mógł. Żniwo szło za żniwem, kopanie za kopaniem, ci co z nim razem gęsi pasali, pożenili się, mieli dzieci, gospodarstwa, jeden się już nawet wyrostka dochował, a on lat jak nie miał tak nie miał.
Latem nosił Ksawery płócienny chałat, który dawniej jegomości w drogach od kurzu sługiwał, tudzież płócienne szarawary, wysoko pozawijane ponad kostkami nóg bosych, odrapanych i czarnych jak ta święta ziemia. Nosił także i koszulę, ale że jedną tylko miał i sam ją sobie po rowach przepierać musiał, rzadko więc była chędoga.
W zimie przybywała na to stara wełniana chusta, którą się obwiązywał, jako baby czynią, na krzyż przez piersi i za siebie popod pachy, tudzież niebieski, wypłowiały, po proboszczu dodzierany szalik, którym osłaniał głowę i uszy, wiążąc go sobie pod brodą. Czapki nie używał prawie, a jeśli ją kiedy miał, to w ręku nosił, «bo wszędzie nade światem je niebo i Pan Bóg przenajświętszy». W najtęższe mrozy okręcał słomą zsiniałe i poranione nogi i wdziewał na to stare koszlawe trzewiki, które mu podarowała «pani gospodyni», skoro już na nie przyszły ostatnie termina.
Nic bardziej rozrzewniającego, jak okoliczności, wśród których otrzymywał kolejno te różne części swojej garderoby. Kiedy, naprzykład, dostał chałat, spłakał się jak bóbr, tyle mu pięknych rzeczy nagadał jegomość, jakto ów chałat przez tyle a tyle lat suknią duchowną okrywał, jako powinien i nadal zostać szatą niewinności, jak Pan Bóg najwyższy lilie polne przyodziewa, iż wyglądają wspanialej niż król Salomon w całej swojej ozdobie...
Słuchając Ksawery, od płaczu utulić się nie mógł, ręce i nogi jegomości ucałował, chałat, przeżegnawszy się, oblókł z nabożeństwem i rzemieniem się, iż do jegomościnej tuszy daleko mu było, podpasał, poczem wystrugał sobie zakrzywioną u góry berlicę, z kory ją do białości obrał, i tak po rżysku za dobytkiem jegomościnym chodził, oczy do nieba podnosząc, a za dobrodzieja się modląc. Tego tylko żałował, że jegomość «owieczków» nie trzyma, boby je sobie pięknie po polu pasał, jako ten «Bonus Pastor» co w zakrystyi wisi, a tak musi nieraz poły za rzemień zakładać i uganiać się za świniami, co w kartofle burmistrzowskie lezą.
Przy otrzymaniu szarawarów znów była przemowa. Jegomość powiadał o ścieżkach pańskich, jako je prostować trzeba, o dwunastu pokoleniach wzbudzonych z lędźwi Abrahamowych i o różnych jeszcze rzeczach, których Ksawery co prawda, nie rozumiał dobrze, ale które go niemniej do głębi wzruszały.
Najpamiętniejszem wszakże było otrzymanie szalika. Jegomość wrócił wtedy z odpustu, wesół był, samowar na stół dawać kazał, a zobaczywszy Ksawerego, zawołał go do siebie, po ramieniu poklepał, herbaty mu szklankę nalał i pyta:
— I cóż panie Wilewski?
Ksawery usta otworzył i patrzy, do niego czy nie do niego?
A jegomość znowu:
— I cóż panie Wilewski?
I aż się za boki bierze i śmieje, patrząc na onego nieboraka, co przed nim zafrasowany stoi.
Ksawery szerzej jeszcze usta otworzył i wytrzeszczył oczy.
— A no — myśli sobie — wolno księdzu, jako księdzu.
Aż tu jegomość nagle śmiać się przestał, rękę jak na kazaniu wyciągnął i rzecze:
— Pamiętaj, że pokora niebiosa przebija. Ty sobie u mnie świnie paś, a co szlachcic jesteś, to szlachcic. To swoją drogą, a to swoją drogą. Tylko ja twoją metrykę z Krakowa dobędę...
Ksawery na to w płacz i buch księdzu do nóg, jak długi. Jezu miłosierny! «Metrykę» będzie miał jako i drudzy...
A ksiądz:
— Jeszcze ty mi nie tak będziesz dziękował, tylko czas przyjdzie. Człowiekiem cię zrobię, albo i zakrystyanem, bo z Onufra kulfon, tylko do lat dojdziesz. A teraz, masz!
Ściągnął ze szyi niebieski włóczkowy szalik, co go od chłodów wieczornych w drogi brał i Ksaweremu go podał.
A gdy ten płacząc stopy mu całował.
— A wiesz ty błaźnie, — rzekł — że święty Marcin połowę płaszcza odkroił i dał ubogiemu? Nie wiesz? Toś kiep! A ja ci powiadam, że kto ubogim daje, to Bogu pożycza. I to ci powiadam, że większa radość w niebie... Nie, nie to! No, jak tam było, tak było, na masz!
Ksawery nie śmiał szalika wziąć, aż sam jegomość zawiesił go na nim jak stułę i rozrzewniwszy się, za głowę go objął i do piersi przycisnął, iż to z natury litościw był na wszelakie chuderlactwo w swojej parafii.
Ksawery szlochał głośno.
— No, no! — rzekł jegomość. — Bądź cicho, nie płacz! Wszyscyśmy dzieci jednego Ojca, a ty mi świnie tak paś, żeby w szkodę nie lazły.
Długo, bardzo długo wspominał sobie tę rozmowę Ksawery, a najbardziej go zastanawiało to, że go ksiądz szlachcicem czynił i z szlachecka jakoś przezwał, kiedy on jako żywo żadnego przezwiska nie miał.
A co i raz to mu się zdawało, że już gdzieś to przezwisko słyszał. Bodaj, czy nie tak wołają na «Panią». Pani jest wdową, mieszka tuż przy kościele i pilnie Panu Bogu służy. Ona to obdarowała Ksawerego ową starą chustką, która go od zmarznięcia chroni. Ksawery pamięta ją od kiedy «gęsie» pasał. Tylko że wtedy wyższa była, prostsza, i włosy miała nie takie jak dziś białe. Pani Ksawerego nie lubi, kiedy go spotka na drodze, to się odwraca i idzie w inną stronę. Ale chustkę równo mu dała, niech jej to Bóg najwyższy odpłaci!
Tak przeszedł rok, przeszedł drugi rok — i nic. Jegomość jakby nie pamiętał co w ganku mówił, o Krakowie nie wspomni, na niego też inaczej nie woła, tylko jak zwykle «gamoniu», albo jak tam wypadnie. A on tymczasem «metryki» jak nie miał, tak nie miał.
Aż też kiedy mrozy ścisnęły tak, że dech słupem szedł, puścił się jegomościa w same Trzy Króle i na pocztę w miasteczku do noszenia listów przystał, żeby sobie na kożuch zarobić.
Wtedy to poznałam go jakoś...
Dziwne wrażenie robił ten biegnący przez pola wśród śnieżnej zamieci człowiek, z głową obwiązaną spłowiałym szmatem, z nogami owiniętemi słomą, w przewiązanym chustką chałacie płóciennym, którego poły rozwiewał wiatr mroźny, ukazując wyłażące z dziur kolana sine. Z boku wisiała na nim płócienna torba, a cienkie długie ramiona zdawały się go unosić nad ziemią, puszczone w ruch jak skrzydła. Pomimo wielkiego pośpiechu, z jakim wykonywał swoje poselstwa, zatrzymywał się przed każdym krzyżem, klękał na śniegu lub na grudzie gołej, a wązkie zbielałe jego wargi poruszały się szeptem modlitw i pacierzy.
Do nas ściągał zwykle na noc, wiedział, że dostanie kolacyę i kąt do spania w stajni lub w oborze. Gdy przyszedł, czeladź siedząc przy misie wybuchała śmiechem i drwinkami.
— A cóż to «Sawery» tak po cichu zajechał, żeśmy nie słyszeli? Kiepskiego foczpana Sawery ma, co nawet ognia z pakuł dać nie umie. Żeby my byli wiedzieli, toby my byli choć turowej pieczeni narządzili, prawda, Maryśka? A tak barszcz ino i kartofle, jeszcze z nich kucharka wszystkie skwarki wyjadła...
A inni:
— Cóż tam Sawery ustrzelił ze swego kija, co tak torba sterczy?
— Cichojta, nie gadajta, bo Sawery pieniądze niesie, co będzie Biernacice kupał...
A on tymczasem jak u proga stanął i «pochwalony» rzekł, tak tylko dyszał od onego biegu i ciepłe powietrze ustami chwytał. Uśmiechał się wszelako, kiwając głową i powtarzając:
— Aha! Aha!... Chwała Bogu! — iż to był zwykły jego przystęp do rozmowy.
Potem dopiero zaczynał drżeć całem swojem nędznem ciałem i przysuwał się do komina nieśmiało, kurcząc swoje długie, słomą owinięte nogi, kiedy mu zaś Maryśka w zgrabiałe i trzęsące się ręce nasypała gorących kartofli, przyciskał je do piersi i długo tak trzymał dla rozgrzania się, a łyżki z barszczem do gęby donieść nie mógł, tak dygotał cały.
Gdy mówił, zająkiwał się i uśmiechał, pokazując żółte, rzadko osadzone zęby. Zająkiwanie owo pochodziło stąd, że nie nawykł był z ludźmi gadać, tylko ze sobą, ot zwyczajnie, w polu, za bydłem. Czego się zaś uśmiechał, wie to chyba sam Pan Jezus z nieba, bo niedola to była ciężka i żywot bez wszelakiej rozkoszy.
Choć to i ten uśmiech jego też był osobliwy...
Pokaże bywało, wielkie żółte zęby, a twarz cała jakoby struchlała, po czole jakby kto broną przejechał, takie brózdy na niem, a w oczach tak mętno, jako w tych dołkach, co po deszczu na drodze stoją!
W połowie coś lutego dola jego poprawiła się nieco, obsiadł bowiem pustą izbę na czworaku i pilnował chłopskich dzieci. Była to jakby ochronka zimowa, gdzie się schodziło ze dwadzieścioro mniejszego i większego drobiazgu. Jedne darły pierze, drugie skubały szarpie, a Ksawery opowiadał im bajki, śpiewał pieśni, ciekawszym pokazywał na elementarzu. Byli tacy, których tej pierwszej zaraz zimy na Bas, Bąk — jak mówił — «wypromował».
A gdy zapachniała wiosna i pierwsze się trawy puściły, a uczniów i uczennic ubywać zaczęło, wdziewał Ksawery swój chałat, podpasywał się rzemieniem, zawijał szarawary, torbę przez plecy przewieszał i z listami biegał.
Pamiętam jeden taki wieczór, kiedy się wybrał od nas z zimowej sadyby. Był to wielki piątek. Wielkanoc przypadła wczesna, ciepły wiatr pociągał z południa, czajki biły się nad błotami za kowalowym jugiem, od lasu słychać było pohukiwanie bąka. Wieczorem, kiedy gorące przygotowania do święconego ochłodły nieco, wyszłam na drogę w pole. Cisza była wielka, szeroka, zorze zachodnie gasły, a na wschodzie podnosiła się pełnia wiosenna, złota zrazu i ogromna, potem coraz srebrzystsza i mniejsza.
Z daleka, z gościńca, dolatywał turkot bryczek i klekotanie wózków chłopskich, toczących się do miasteczka «na groby». Kiedy turkot dobiegał do Murowańca, wypadały psy karczmarskie, oszczekując je zajadle i znów wszystko cichło, wiatrak nawet stał nieruchomy na piaszczystem wzgórzu. Tylko modre wiosenne żuki lecące z wielkim zapędem w ostatni skraj zachodniej łuny, przecinały furcząc, powietrze, w którem tu i owdzie majaczyły lekkie, z świeżo zoranej ziemi idące opary, zbijając się w tuman nad łąką. Wtedy zobaczyłam spiesznie, na przełaj przez pastewnik idącego człowieka, który pod krzyżem przydrożnym klęknął, ziemię ucałował i podniósłszy obie ręce modlić się zaczął. Podszedłszy bliżej, zobaczyłam, że jest to Ksawery, już przybrany w swoje letnie «ornaty», jak je nazywał, z torbą przez plecy i z ową zakrzywioną berlicą tuż obok leżącą. Bose jego pięty sterczały za nim w smudze miesięcznej jasności, podobne do tych stygmatyzowanych stóp, które widzimy w ołtarzach, rozwiany chałat szeroko okrył czarną jeszcze ziemię, w tył przechylona, szczeciniastym żółtawym włosem pokryta głowa, zdawała się błyszczeć złotym kręgiem, a szeroka nieruchoma twarz jego była światłem srebrzystem zalana.
Nędzarz ten, ten śmieszny, idiotycznie uśmiechający się do ludzi człowiek, wyglądał jak święty w zachwyceniu.
Zaraz zaczął śpiewać. Głos mu się trząsł, głowa chwiała, łzy spadały jak iskry po twarzy. Była to owa pieśń stara znana:

...Jezu Chryste Panie miły,
Baranku bardzo cierpliwy...

Śpiew ten miał w sobie coś dziwnie przejmującego. Zdawało się, że to on właśnie ten bezrodny i bezdomny sierota, który pracą życia całego nie tylko do ciepłej szmaty na grzbiecie, ale nawet «do lat» dojść nie mógł, a przecież nigdy się nie skarżył, że to on sam jest: barankiem bardzo cierpliwym...
Następnej zimy Ksawery nie przyszedł obsiąść swojej izby w czworaku. Z listami nie przychodził także. Zaniepokoiło nas to zrazu, mówiliśmy o nim, aż potem wyszedł wszystkim z myśli i z pamięci.
Dopiero na samo podwiośnie, grzejąc się na młodem słońcu przed domem, zobaczyłam jak szedł od miasteczka. Gdyby nie to, że idąc przez pole głowę miał odkrytą, a czapkę w ręku, nie byłabym go nigdy poznała, tak był zewnętrznie zmieniony. Przedewszystkiem miał na sobie ciepłe palto, takież spodnie, grube wysokie buty, i niebieski fontaź wychodzący z pod kołnierza czystej, dość cienkiej koszuli. Struchlała twarz jego nabrała zdrowszej cery; oczy tylko nie straciły tego wyrazu przerażenia i martwoty, jaki im był właściwy.
Dziwiłam się w duchu tej zmianie, kiedy Ksawery przystąpiwszy do ławki przemówił «pochwalony» i pocałował moją suknię, jak to miał we zwyczaju.
— Aha... Aha... Chwała Bogu... — odezwał się patrząc na mnie z tym samym co dawniej idyotyczno-bolesnym uśmiechem, rozszerzającym usta jego od ucha do ucha.
— A! Ksawery! — rzekłam, okazując mu przyjemne zdziwienie.
— Ksawery Wilewski... — podpowiedział, kiwając się śmiesznie przede mną, co miało zapewne ukłon szlachecki oznaczać. — Aha, Wilewski, aha...
I zbliżywszy się do mojej twarzy:
— Chwała Bogu — szeptał. — Matkę mi Pan Jezus dał...
— Co? Jak?
— Aha... Aha... Ta pani, pani Wilewska, szlachcianka, obywatelka... Ale że była wtedy wdową, aha, i dlatego się w Krakowie rodziłem... Chwała Bogu...
Złożył ręce i oczy wzniósł do nieba, dziękując za swoje urodzenie, jakby za dar najwyższy.
— I jakże się Ksawery dowiedział?
— Aha... Zachorowała, na śmierć zachorowała... wołają mnie do niej. A już ją jegomość spowiadał. Tak idę — chwała Bogu — a ona: Synu, Ksawery, daruj! Tak ja patrzę, nie wiem co robić... Tak ona znów: Synu, Ksawery, daruj! Tak ja w płacz. Tak mnie jegomość w kark, a ja jej do nóg. Tak znów jegomość rękę jej bierze i na głowie mojej kładzie. A taka letka była ta ręka, jak piórko, a tak mi zaciężyła na głowie, jak ołów... A pani tylko dyszy aż w piersiach jej gra, a bledziuchna taka, jak ten opłatek, a gromnica, co ją jegomość trzymał, tylko chwir, chwir, na obie strony, że się tak już dusza do wyjścia tłukła...
Przestał i westchnął głęboko tem westchnieniem, z jakiem lud o rzeczach nadziemskich zwykł mówić.
— Tak jegomość: Pani Wilewska! Bóg widzi, wieczność czeka... Tak pani na to... niby matka...
— Otwórzcie drzwi, zawołajcie ludzi.
A już zachrzypiała.
Tak jegomość drzwi roztworzył i mówi:
Dignum et justum est... — Co w ministranturze tak samo stoi... Jak drzwi roztworzył, tak się zaraz naród zaczął walić, nawaliło się narodu pełna stancya...
Tak pani się na poduszki kazała podnieść i mówi:
— Przebaczcie mi, chrześcijańskie dusze, krzywdę tego oto syna mojego Ksawerego, którego w boleściach zrodziłam. Co wyznaję tu przed wami, bo się dusza moja sądu boskiego lęka. A to wam wyznaję po spowiedzi świętej, w godzinę śmierci mojej i błogosławię tego syna mego i wszystko co mam, jemu zostawuję. A niech mi to przebaczy Pan Bóg miłosierny, żem temu sierocie poniewierać się dała w ciężkiej nędzy przez cały wiek jego i przez wszystkie lata jego, amen.
Przestał Ksawery i przez chwilę pacierz szeptał, poczem tak mówił:
— Tak zaraz między narodem płacz buchnął, poklękali wszyscy, a jegomość do nich:
— Przyjmuję to zeznanie pani Wilewskiej w przytomności umysłu jej uczynione, a was wszystkich tu obecnych za świadków przed Bogiem i ludźmi biorę.
I zaraz na matkę, niby na panią Wilewską, oleje święte kładł, a naród odmawiał litanią za konających. Tak po tych olejach świętych matka zasnęła. Jak zasnęła, tak jegomość ludziom kazał precz wyjść, tylko organiścinę przy matce zostawił, a sam do mnie:
— A co? Nie mówiłem, żeś szlachcic? Matkę masz, a po ojca, to już sam Pan Bóg przenajświętszy osobno posłać musi dobrego pachołka, bo ulgnął gdzieś w śniegach podobno.
A potem spojrzał na mnie i mówi:
— I cóż tak stoisz, jak Piotrowin?
Bom stał, jak byłem, bosy, obtargany...
— Idź — mówi — i wykąp się — mówi — wymyj, wyczesz, żebyś matki w jej ostatnią godzinę nie straszył. Tak poszedłem. Jakem wrócił, tak już i «palito» i spodnie i krawat w pierwszej stancyi leżały na łóżku, co mi je wedle ściany uszykowali i buty tam były i kamizelka, i czapka, i koszula... Takem się zaraz w to wszystko oblókł...
— A matka — przerwałam — umarła?
— Aha! Aha! Nie umarła, chwała Bogu, nie umarła! Zaraz jej się po onych olejach świętych i po onem spaniu poprawiło, i przy dobrym rozumie z nami rozmawiała, rozpowiadając gdzie, co i jak, co przedać, co zostawić, jaki pochów sprawić, w jaką suknię ją oblec... Przywtarzała jej organiścina, ale co ja, to nie wiele z tego miarkowałem, tylkom jej u nóg leżał w onem «palicie» i w butach, i z czapką, i myślałem, że mi serce na dwoje pęknie od żałości...
Odwrócił głowę i pięścią wytarł oczy.
— A żałość to była taka słodka, właśnie jakby mi kto serce rozkroił i miodem smarował. Co spojrzę na panią, to sobie myślę: matka! A dusza ze mnie rwie się, jak ten ptak do gniazda...
Potem przyszła noc i pani spała. Z rana była jakoś rzeźwiejsza, organiścina kawy nagotowała...
— I dawno się to stało?
— A już będzie z pięć dni temu. Takem się spieszył, żeby tu przylecieć, opowiedzieć...
— I cóż Ksawery teraz robi?
— A nic. Przy matce, niby przy pani, siedzę, posługuję. Dźwigać ją trzeba, przenosić... Ale mi to wszystko miło. Jeszczem przez te pięć dni ani razu głodu nie miał, z zimna nie drżał... — dodał z cichym, wewnętrznym śmiechem rozradowania, i wsparłszy twarz na dłoni, stał tak kiwając głową z wielkiego nad dolą swoją dziwu, zapatrzony w runiejące pola z bolesnym swoim uśmiechem.
Może na polach tych upatrywał śladu bosych stóp swoich, odmrożonych i krwawiących po śniegu...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Przeszło lato. Nad ziemią przeciągały korowody jaskółek i mgły jesienne, klucze bocianów i deszczowe chmury, dzikie gęsi i wiatry, otrząsające z liści wszelkie drzewo żywe.

O Ksawerym od dawna mowy u nas nie było. Nie potrzebował tego, miał matkę. Aż, któregoś ranka, wśród mgły i szarugi listopadowej, zobaczyłam go jak sadził przez pole wielkimi krokami. Ale nie był to już ten Ksawery, który posiadał ciepłe «palito», sukienne spodnie, wysokie buty, czystą koszulę i niebieski fontaź. Był to ów dawny, tak dobrze znany mi nędzarz, w porozrywanym płóciennym chałacie, z obwiązaną starym szalikiem głową, z nagiemi kolanami, w wytartej, skrzyżowanej na piersiach, a związanej na plecach chuście, utykający na poobwijanych słomą nogach. Rzuciło się coś we mnie na ten widok, i jak stałam u okna, tak pobiegłam do kołowrota.
Zobaczył mnie z daleka i zaraz też uśmiechać się zaczął po swojemu, wpół boleśnie, a wpół idyotycznie.
— Bój się Boga, Ksawery! — zawołałam — co się z tobą stało?
— Aha... aha... — odkrzyknął mi wskróś wiatru, który pochwyciwszy głos jego, rozciągnął te dwa wyrazy w dziwny jakiś jęk. — Aha... z listami chodzę, proszę łaski pani...
— Jakto!... A matka? — zapytałam, gdyśmy się bliżej zeszli.
— Aha... matka... A jakże!... Ale że przy ludziach nie pięknie było... Nie można... Wdową wtedy była... Przez to się i rodzić musiałem w Krakowie...
Uśmiechnął się i patrząc osłupiałym wzrokiem w czarną, rozmiękłą ziemię, zaczął kiwać głową.
Czułam się dziwnie wzburzoną.
— I cóż? Zaparła się ciebie?
— A nie! Boże uchowaj! Zaprzeć się nie zaparła... Boże uchowaj! Tylko, że jak ozdrowiała, niech jej ta Bóg miłosierny da najdłuższe lata! to jakoś było nie pięknie...
Pochylił się i usta z boku ręką zastawił.
— Rozniosło się po całem miasteczku... Pani aptekarzowa przychodzić nie chciała, pani poczmistrzowa też... Przykro było... A i na ulicy ludzie patrzą... szepczą... wstyd... A wszystko przeze mnie, że to wdową wtedy była... — dodał przyciszonym głosem.
Deszcz ustał, wiatr przeciągał ze świstem po polu — szliśmy zwolna ku domowi.
— Tak mówi do mnie pani: Ksawery! — Tak ja na to: Co, matko! — Tak pani: — Nie wołaj na mnie matko, tylko wołaj: ciotko. Piękniej będzie przy ludziach... — A i sługa była w domu. Tak jak mówię: dobrze. — A już mi się zara krwią serce zalało... A no nic. Mówię ja — ciotko, tydzień, mówię dwa, a co powiem, to jakby kto we mnie nóż utknął. Aż przyszła precesya. Jak przyszła, tak burmistrzowa nie chciała matki za baldachimem w pobok siebie puścić.
Jak tam było, nie mogę wiedzieć, bom chorągiew przed jegomością niósł, ale, że się podobno głośno przemówiły. Jak się też przemówiły, tak matka z płaczem do domu. Wchodzę ja do stancyi, twarz rękami zakrywa i odwraca się ode mnie do okna. Zara pomiarkowałem, że cości źle. Jakem się też po pierwszej stancyi zaczął tłuc, tom się tłukł jak błędny, miejsca ani godziny znaleźć sobie nie mogąc, a takem się, niby w sercu, sam ze sobą bił, że aż trojakie poty na mnie wyszły... Jużem i jadła nie tknął, choć kiełbasa była... Oj, ciężko było... W książkach stoi, co w godzinę skonania wielkie na człowieka nastają ciężkości, ale się taka chyba nie najduje...
Zamilkł i przez długą chwilę kiwał nędzną głową, a oczy stroskane utkwił daleko gdzieś, w pędzonej wiatrem chmurze.
Westchnął potem i rzekł:

— Tak nie długo czekający na nieszpór dzwonią. A no nic. Przedzwonili, idzie matka do kościoła. Jak też poszła, takem zara te wszystkie ubiery, com je od matki miał, ze siebie zewlókł, a swoje ornaty, com je we węzełku na strychu chował, na się pokładłem, pacierz przed matczynem łóżkiem zmówiłem, podłogę w stancyi ucałowałem, kij wziąłem i puściłem się precz, w drogę... Niech tam! — myślę sobie. — Będzie piękniej przed ludźmi... Że to niby, proszę łaski pani, dodał szeptem, matka wdowa wtedy była...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.