Strona:Moi znajomi.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I jakże się Ksawery dowiedział?
— Aha... Zachorowała, na śmierć zachorowała... wołają mnie do niej. A już ją jegomość spowiadał. Tak idę — chwała Bogu — a ona: Synu, Ksawery, daruj! Tak ja patrzę, nie wiem co robić... Tak ona znów: Synu, Ksawery, daruj! Tak ja w płacz. Tak mnie jegomość w kark, a ja jej do nóg. Tak znów jegomość rękę jej bierze i na głowie mojej kładzie. A taka letka była ta ręka, jak piórko, a tak mi zaciężyła na głowie, jak ołów... A pani tylko dyszy aż w piersiach jej gra, a bledziuchna taka, jak ten opłatek, a gromnica, co ją jegomość trzymał, tylko chwir, chwir, na obie strony, że się tak już dusza do wyjścia tłukła...
Przestał i westchnął głęboko tem westchnieniem, z jakiem lud o rzeczach nadziemskich zwykł mówić.
— Tak jegomość: Pani Wilewska! Bóg widzi, wieczność czeka... Tak pani na to... niby matka...
— Otwórzcie drzwi, zawołajcie ludzi.
A już zachrzypiała.
Tak jegomość drzwi roztworzył i mówi:
Dignum et justum est... — Co w ministranturze tak samo stoi... Jak drzwi roztwo-