Strona:Moi znajomi.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przeszło lato. Nad ziemią przeciągały korowody jaskółek i mgły jesienne, klucze bocianów i deszczowe chmury, dzikie gęsi i wiatry, otrząsające z liści wszelkie drzewo żywe.
O Ksawerym od dawna mowy u nas nie było. Nie potrzebował tego, miał matkę. Aż, któregoś ranka, wśród mgły i szarugi listopadowej, zobaczyłam go jak sadził przez pole wielkimi krokami. Ale nie był to już ten Ksawery, który posiadał ciepłe «palito», sukienne spodnie, wysokie buty, czystą koszulę i niebieski fontaź. Był to ów dawny, tak dobrze znany mi nędzarz, w porozrywanym płóciennym chałacie, z obwiązaną starym szalikiem głową, z nagiemi kolanami, w wytartej, skrzyżowanej na piersiach, a związanej na plecach chuście, utykający na poobwijanych słomą nogach. Rzuciło się coś we mnie na ten widok, i jak stałam u okna, tak pobiegłam do kołowrota.
Zobaczył mnie z daleka i zaraz też uśmiechać się zaczął po swojemu, wpół boleśnie, a wpół idyotycznie.
— Bój się Boga, Ksawery! — zawołałam — co się z tobą stało?
— Aha... aha... — odkrzyknął mi wskróś wiatru, który pochwyciwszy głos jego, rozcią-