Moi znajomi/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Moi znajomi
Data wydania 1904
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
MARYA KONOPNICKA
Konopnicka Moi znajomi ornament 1.jpg

MOI ZNAJOMI
MARTWA NATURA — URBANOWA — MORZE
KSAWERY — W STARYM MŁYNIE — MOJA CIOTECZKA
W WINIARSKIM FORCIE — JÓZIK SROKACZ — MARYŚKA
LALKI MOICH DZIECI — BANASIOWA — ANUSIA
Z CMENTARZY
WYDANIE DRUGIE
Konopnicka Moi znajomi ornament 2.jpg
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKOW — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1904



............
O, gdyby nie wy, proste, mierne dusze,
Com was znalazła, jak się skarb znajduje,
Cobym robiła w świata zawierusze,
Gdzie ten największy, co najdalej pluje.
Gdy o was myślę, to się sercem kruszę
I wielkiem ludzi kochaniem przejmuję,
I wiem już za czem odwrócę tu głowę
Odchodząc w kraje ciche i zmierzchowe.
............
IMAGINA.
M. K.






KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.








MARTWA NATURA



Żałuję, bardzo żałuję, że wam nie mogę powiedzieć, jak wyglądał, gdy stał lub chodził, jakie miał poruszenia rąk i głowy, czy grzbiet jego był pochyły, czy prosty, a nadewszystko, jaki miał głos i spojrzenie. Nie dlatego, broń, Boże, iżbym z tych rzeczy sekret robić chciała, ale dlatego, żem go poznała w chwili wyjątkowego spokoju, kiedy głowa jego spoczywała nieruchomie, oczy były zamknięte, ręce skrzyżowane, a w piersi nie tylko głosu, ale i tchu już nie stało. Poznałam go w trumnie.
Trumna to była prosta, sosnowa, czarno bajcowana, z krzyżem blaszanym, płasko na wieku przybitym, a po obu jej stronach stały cztery świece, w ciężkich cynowych lichtarzach, należących do rekwizytów szpitalnej kapliczki. Zapalono je w ostatniej chwili, właśnie kiedy trzęsący się po nierównym bruku karawan jednokonny przed kapliczką stanął, a karawaniarz zlazł z kozła, aby poodpinać z guzików podjęte dla oszczędności brzegi całunu, obejmującego drewnianą podstawę wozu.
Jednocześnie skrzypnęła szpitalna brama, a w niej ukazał się stróż, do którego karawaniarz zaraz podszedł, wziął tabaki, zażył akuratnie, kichnął, a obtarłszy nos i wąsy rękawem żałobnego płaszcza, gawędzić zaczął, z czego korzystając koń karawaniarski, łeb spuścił, kiwnął nim kilka razy i przymrużywszy krwawe ślepie, zasnął.
Tymczasem odezwała się szpitalna sygnaturka głuchym, bezdźwięcznym brzękiem, posługacz drzwi kapliczki z wewnątrz otworzył, a garstka przechodniów, która się na widok karawana zatrzymała na przeciwległym trotuarze, z pośpiechem do nie weszła. Było tego z dziewięć, dziesięć osób. Dziadek żebrzący w starym żołnierskim szynelu, stróżka z trzeciej kamienicy, praczka z przeciwka, chłopak niosący szewskie kopyto, kupka dzieci, jegomość, który z podniesionym kołnierzem i uśmiechem mizantropa wyszedł z narożnego szynczku, wreszcie chłop w płótniance, bosy, ogorzały, obu powalanemi gliną rękami przyciskający wyrudziałą czapkę do odkrytej piersi.
Kobiety wchodząc żegnały się, przystępowały bliżej do trumny i klękały z głośnem a obojętnem westchnieniem; mężczyźni zatrzymywali się u proga, odpowiadali «na wieki» dziadkowi i brali od niego tabakę. Co zaś do dzieci, te rozeszły się zaraz ze szmerem po kątach, dotykając palcami lichtarzy, czarnego drewnianego pudła, na którem trumna stała, i ścian, po których martwej bieli ślizgał się żółty odblask czterech, chwiejących się lekko nad cienkiemi świecami, płomyków. Sygnaturka wciąż brzęczała fałszywym, rozbitym głosem...
Wtem bocznemi drzwiami, które łączyły kapliczkę z korytarzem szpitalnym, weszła zakonnica, tęgiej przysadzistej budowy, przyklękła przed umieszczonym w szczytowej ścianie krzyżem i zaraz powstawszy energicznym, prawie żołnierskim ruchem ku drzwiom się zwróciła. Tuż za nią weszło dwóch posługaczy, którzy też poklęknąwszy, przeżegnali się i stanęli gotowi trumnę brać a nieść.
Widocznem to było, że tutaj czasu na żadne bałamuctwa niema. Masz się rodzić, to się ródź, masz umierać, to umieraj, a jeśli chcesz być pochowanym, to zaraz, bo tam się już dziesięciu innych rodzi i umiera.
Wszystko to wyczytać było można z bystrego spojrzenia siwych oczu, które zakonnica z pewną niecierpliwością ku drzwiom wchodowym zwróciła.
Tymczasem obecni ruszyli się, aby «dobrodzikę» ucałować w rękę, najpierw dzieci, potem starsi. Chłop tylko pozostał u proga, a szeroko otwarte oczy jego, patrzyły przed siebie tępo, bezmyślnie.
— Kto to umarł Dobrodziuniu? — zagadnęła stróżka.
— To tam jeden! — odrzekła niedbale zakonnica, machnąwszy ręką w szerokim rękawie i nie patrząc nawet na mówiącą. Istotnie. Tam, gdzie umierają setki, cóż taki jeden znaczyć może?...
— A dzieci zostały? — pytała dalej stróżka.
— A jakże! Coś troje tego, czy czworo...
Zakonnica wzruszyła ramionami, jakby w politowaniu nad zaślepieniem tych, co umierając, zostawiają dzieci; oczy jej przecież zaszły troską o losy tych trojga czy czworga.
Stróżka i praczka zaczęły wzdychać i kiwać głowami.
W tej chwili właśnie, potknąwszy się o wysoki próg kapliczki, wpadło do niej troje dzieci. Szły widać śpiesznie i z daleka, bo twarze ich były spocone i silnie rozgrzane.
Najstarsza, dziesięcioletnia może dziewczynka w szarej, zniszczonej sukienczynie, w płaskim opasanym czarną wstążką kapeluszu i mocno przydeptanych trzewikach, trzymała za ręce dwóch chłopców, z których młodszy, z pięć lat może liczący, ledwo nadążał za nią, kołysząc się na swoich koszlawych nożętach. Obaj chłopcy trzymali łyczkowe kapelusze w ręku, włosy mieli jak szczotki do góry stojące, a na szyjach wielkie czarne kryzy, które żałobnie odbijały od połatanych kolorowych kurtek i spodeńków. Szli mocno stukając płytkiemi trzewikami, obutemi na bose ogorzałe nogi.
— A chodźcie no prędzej! — kiwnęła na nich stojąca przed trumną zakonnica. — Czemuż to tak późno? A babka gdzie?
I nie czekając odpowiedzi, pociągnęła dziewczynkę za rękaw.
— Uklęknijcie tu i zmówcie pacierz. Trzy Ojcze nasz, trzy Zdrowaś i trzy razy Wieczny odpoczynek. Tylko prędko!
Chłopcy patrzyli na zakonnicę wystraszonym wzrokiem: na śniadą twarz dziewczynki wybił gwałtowny rumieniec, usta jej się zatrzęsły, a oczy napełniły łzami.
— Czy to córka? — spytała znów półgłosem stróżka.
— A córka, najstarsza córka.
— A matkę mają?
— Gdzie zaś tam mają! Jeszcze w jesieni tu u nas umarła.
— To i na co mu się, Dobrodziuniu, zmarło? — pytała praczka.
— A Bóg go tam wie, moja pani. Na suchoty, czy co. Kaszlał, kaszlał, aż i umarł.
— Czy to profesyant? — przemówił jegomość z podniesionym kołnierzem, skubiąc żółtą bródkę.
— Jaki on tam profesyant! — wzruszając ramionami odrzekła zakonnica. — Posłaniec był, nie żaden profesyant.
— No, dzieci, już? — spytała, zwracając się do klęczących.
Dziewczynka i teraz jeszcze braci za ręce trzymała, wlepiwszy w trumnę oczy, z których padały wielkie jasne łzy na jej szarą, zniszczoną sukienczynę.
Sieroty zerwały się jak na komendę.
— To już czekać niema co — mówiła dalej zakonnica. — Kiedy babka nie przyszła, to widać już nie przyjdzie. Dalej, bierzcie!
Rozkaz odnosił się do posługaczy, którzy po obu bokach trumny stanąwszy, sięgnęli po nią.
Wtem ode drzwi dał się słyszeć stukot kija, szukającego drogi dla starych nóg, na wpół oślepłej kobiety, która przecież sama szła, szeroko otworzywszy zbielałe źrenice i macając przed sobą chudą, wyschłą ręką.
— Babka, babka!... — poszedł szept od progu, a gromadka rozsunęła się na obie strony.
— Dalej, babusiu! Dalej, dajcie rękę! — przemówiła z żywością zakonnica, chcąc ślepą podprowadzić do trumny.
Ale stara kobieta zatrzepała w powietrzu wyschłemi dłońmi.
— Nie trzeba, nie! Ja wszystko widzę. Ja sama... wszystko widzę! — Kazia! Jesteś tu, Kazia? — dodała zaraz suchym, twardym głosem.
Dziewczynka puściła chłopców i do babki podszedłszy, pocałowała ją w rękę.
— Cóż? — pytała stara — zamknęli już ojca? — Co?
— Zamknęli, babusiu... I dziecko wybuchnęło niepohamowanym płaczem.
— No to niechże otworzą! Niechże otworzą jeszcze! Pod głowę mu oto przyniosłam... Ma być pochów, to niech będzie pochów...
I rozwinęła przed sobą trzęsącemi się rękami, kawałek oszytego szlarką perkalu, do którego czterech rogów przyczepione były kokardki z lichej białej wstążki.
— Pod głowę przyniosłam... Niechże otworzą...
I szła prosto na trumnę, szerzej jeszcze otwierając oślepłe oczy, aż rękoma jej dotknąwszy o krok się cofnęła z głuchem jakiemś mruczeniem.
— Kazia! — zawołała znowu, ale głos jej złamał się nagle, a usta zapadłe w milczeniu poruszać się zaczęły.
Zakonnica kiwnęła na posługaczy. Jeden z nich zsunął z trumny nieprzybite jeszcze wieko.
Wtedy to ukazała mi się woskowo-żółta twarz zmarłego, do której przywarł jakiś wyraz twardy i posępny. Na zapadłych piersiach złożone były ręce, w których tkwił papierowy, jaskrawo malowany obrazek, wyciągnięte nogi strasznie wypoczywały po wszystkich kursach z «listem» i «z posyłką».
Obecni zaczęli się przysuwać i wspinać na palce.
Wtedy drugi z posługaczy podłożył ręce i podniósł w połowie trupa.
— Dawaj pani, bo ciężko! — przemówił do starej.
Ale stara nie puszczała chusty.
— Gdzieżbym ja komu?... Ja... matka — mruczała, stukając grubym swoim kijem po stopniach wzniesienia. — Gdzieżbym ja komu... Sama rodziła, sama i na śmierć ułożę...
Nie mogła wszakże wejść. Czy sił jej nagle zabrakło, czy chwiejące się stopnie dostatecznej nie dawały podpory, że nie mogła.
— Kazia!... Kazia... prowadź! — rzekła zmienionym głosem.
Dziewczynka podbiegła i wpół objęła starą.
— Tu babusiu, tu... — mówiła, kierując rękami ślepej. Tu... o tu, głowa...
— Dalej, kładź pani prędzej, masz pani kłaść! — wołał niecierpliwie posługacz.
Stara kobieta zdawała go się nie słyszeć. Kij puściła na ziemię, a wsunąwszy wyschłe ręce w trumnę, zaścielała poomacku ostatnie dla syna posłanie.
— Szpitalnego pochowu się bałeś — mruczała półgłosem — a ot tobie, synku, własny pochów, nie szpitalny... Nie pójdziesz do wspólnego dołu, nie bój się, nie... Trumnę własną masz, płatną, nie borgowaną; pokładne zapłacone. Na dwadzieścia lat, synku, komorne w poświęcanej ziemi... Karawan masz, cztery świece masz, wszystko masz. Piętnaście rubli wydałam, synku... Dla ciebie, nie dla siebie. Dla siebie nic nie schowałam, nic, synku! Jak ty wpierw, tak co mnie po tem?
Mówiła to z jakąś bolesną dumą, trzęsąc głową siwą.
Obecni wzdychali. Zakonnica odmawiała głośno Pater noster, zasunąwszy ręce głęboko w rękawy.
— No! włożyła pani, czy nie włożyła? — ofuknął posługacz, i nie czekając odpowiedzi, trupa na ręce ślepej puścił.
— Oh! oh!... — jęknęła nagle i pochyliła się cała nad trumną. — Oh! oh!... Weź mnie, Józef, do domu! Do wiecznego domu...
Siwa jej głowa mocno trząść się zaczęła, a łzy ciężkie, grube padały na piersi syna. Chwilę trwała cisza, wśród której słychać było szlochanie kobiet. Dzieci patrzyły wystraszone, zakonnica zaczynała Ave.
Nagle wyprostowała się ślepa.
— Kazia! — przemówiła znów dawnym swoim twardym głosem — a dajno dzieci! Niech pożegnają ojca.
Dziewczynka dźwignęła z wysiłkiem młodszego do wysokości trumny.
— Pocałuj, Maniuś ojca w rękę — rzekła dysząc ciężko. — Ale malec z przestrachem odwrócił twarzyczkę od wnętrza trumny.
— Dalej! Pocałuj, kiedy mówię — nalegała trzymająca go w powietrzu siostra.
Wtem babka wyciągnęła rękę i natrafiwszy na głowę wnuka, przycisnęła ją do złożonych rąk zmarłego.
— Julek — rzekła dziewczynka, puściwszy młodszego brata — pójdź ty teraz, pożegnaj ojca.
Starszy chłopiec sam się wdrapał i wspiąwszy się na palce pocałował rękaw ojcowski.
Babka i tę głowinę przycisnęła do piersi trupa.
— Patrz, a pamiętaj sobie — mówiła — że choć twój ojciec w szpitalu umarł, ale równo pochów miał własny... Trumnę miał, wszystko miał... Żebyś to sobie pamiętał!
— O la Boga! — niecierpliwili się tymczasem posługacze. — Żeby tak człowiek ze wszystkiemi takie termedyje miał, toby nie stało czasu i na połowę tego, co się teraz przez ręce przewinie.
Dziewczynka pociągnęła babkę za sobą. Zaraz też dało się słyszeć kilkanaście uderzeń młotka przytwierdzających wieko trumienne.
— A blacha? Gdzie blacha? — zapytała stara.
Wyjęto blachę z kąta.
Powiodła ręką po trumnie i wskazała miejsce.
— Tu... tu przybić! A kapa na wierzch!
Kapą nazywała kawałek perkalu, który wychodził z trumny.
— Kazia! — dodała. — A patrz tam, czy aby prosto przybijają. Bo to wszystko płatne... I wstążkę żeby było widać!
Dwa uderzenia młotka przytwierdziły w tej chwili blachę, na której był napis:

Śp. JÓZEF SZCZEPTEK
posłaniec miejski
żył lat 43

Dokładniejszej rekomendacyi przy pierwszem zapoznaniu się, trudno było wymagać.
— Dalej go!... Na prawo! Nie tak! Z tej strony! Pod górę! Dość! — wołali kolejno obaj posługacze, poczem trumnę wynosić zaczęto.
Dziad stęknął w tej chwili i głośno zaczął mówić wieczny odpoczynek. Liczył na uznanie obecnych.
Dosłyszawszy go stara zaniepokoiła się i po kieszeniach szukać zaczęła.
Nie mogła wszakże nic znaleźć.
— Jeszcze gdzieś... — mruczała — był grosz... czy dwa...
Zbliżyłam się, podając dziewczynce trochę drobnej monety.
Mała zrozumiała i nie dziękując wzięła z niej dwie sztuki i podsunęła je babce.
— Jest, babusiu... — rzekła — jest...
Ślepa podniosła wysoko głowę i wyciągnęła rękę.
— Na! macie! — rzekła. — Za duszę Józefa!
A nie gadajcie, żeście darmo pacierz mówili. Jak ma być pochów, to niech będzie!
I z podniesioną głową wyszła powoli z kaplicy, stukając przed sobą kijem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .




URBANOWA


Ktoby to pomyślał, że nazwisko, które potem tak szeroko zasłynąć miało w dziedzinie poezyi, usłyszę po raz pierwszy w kuchni, z ust starej, sześć razy na tydzień pijanej kucharki.

A przecież tak było i to z okazyi stłuczonego garnka.
Wogóle garnki tłukły się u nas, jakby na komendę. Z rana bowiem Urbanowej «czegoś się ręce trzęsły», w południe «wszystko jej z rąk leciało», wieczorem zaś «cała nie mogła». Jeśli zaś przypadkiem «mogła», to zwykle wtedy «musiała duchem skoczyć naprzeciwko», poczem w kuchni bywało prawdziwe pobojowisko.
Zresztą, jeśli mówię, że garnki się tłukły, to dlatego tylko, że mnie Urbanowa nie słyszy. Nie słyszy ona już od dawna, od bardzo dawna, nikogo... W obecności jej bowiem nie odważyłabym się była nigdy powiedzieć, że się garnek stłukł. Na to były specyalne określenia, których liczba mnożyła się co dzień, w miarę wzrastającej potrzeby. Garnek mógł się «oberżnąć», «okroić», «pęknąć», «wyszczerbić», «utrącić», «wyślizgnąć», lub zgoła «klapnąć». Przy takiem bogactwie wyrażeń, malujących każdy pojedynczy przypadek, już nie wiem, coby za garnek był, żeby się koniecznie upierał przy tem, jako został «stłuczony».
A ponieważ żaden stłuczony nie był, przeto Urbanowa nigdy ich nie wyrzucała, ale takich inwalidów rzędami ustawionych, miała w kuchni całe police i utrzymywała cały ten lazaret w największym porządku.
Każdy niedobitek miał nie tylko swoje miejsce, ale także i swoją historyę.
Kiedy trzeba było obiad gotować, Urbanowa zdejmowała pierwszy z nich wzdychając i kiwając głową.
— Jeszczebyś ty pożył, nieboraku, żeby nie fajerka... Garnek był jak rzepa... Taki dzwon miał, że to ha!
Stawiała go i zdejmowała inny.
— Garncowy garnek... żebym tak zdrowa była! Jaka to polewa!... On jeszcze dziś więcej wart, niż drugi cały...
Stawiała go i wzdychała mocniej jeszcze, poczem sięgała po trzeci.
— Na kanonickim rynku go kupiłam... Dziś sześć tygodni... Nie, łżę!... Dziś pięć tygodni i trzy dni... Złoty i groszy sześć dałam za niego. Żebym tak jutra doczekała, jak sprawiedliwie mówię... Żeby się nie był utrącił, toby do roku wytrzymał... Garnek jak śkło...
Z kolei brała czwarty. Ten zawsze ją zastanawiał najmocniej. Opukiwała go, przeglądała pod światło i kręciła głową.
— I niech tu kto mądry będzie, którędy on ciecze?... A ciecze, choroba!...
I tak szło dalej i dalej, póki ten, w którym już naprawdę rosół wstawiać miała, z trzęsących się rąk jej nie rymnął na ziemię.
Wtedy nastawał sądny dzień w kuchni.
— Masz babo, redutę! — wołała Urbanowa, uderzając, w suche, pomarszczone ręce. — Znowu skorupa! A bodajżeś zalśnuł!... Nienastarczone rzeczy z temi skorupami... No, i rób co chcesz! Taki nowy garnek... A bodajżeś zmarniał!... Półsiodma czeskiego dałam... Tygodnia jeszcze nie ma... A żeby to choroba, z takiem gospodarstwem!... Ale to tak, kiedy żelaznych garnków w domu niema, tylko same skorupy...
Jakem była u państwa Asnyk, to tam nijakich skorupianych garnków nie było. Same żelazne, jeden w drugi, jak wybrane... Żebym tak jutra doczekała, jak nie łżę... Same żelazne!... Żebym tak mego Jaśka szczęśliwie wychowała!...
Po tym pierwszym wybuchu do wieczora już było w kółko jedno i to samo.
U państwa Asnyk było tak a tak, u państwa Asnyk nigdy tego nie bywało, u państwa Asnyk tego nauczona, u państwa Asnyk do tego nienawykła... słowem gotowy prejudykat na każdą porę dnia i nocy i na wszystkie życia kuchennego wypadki.
Przyszło do tego, że bardzo wiele rzeczy, dla świętego spokoju, robiło się u nas tak, jak «u państwa Asnyk».
Jedne żeleźniaki szły jakoś oporem, gdyż ojciec mój był na tym punkcie twardym konserwatystą i utrzymywał, że dobry rosół tylko z glinianego garnka być może.
Stąd powstawały różne zaburzenia, którym nie umiałam zapobiedz, lubo byłam bardzo poważną, dziesięcioletnią osobą, trudniącą się naczelnym zarządem naszego sierocego domu, pomiędzy odrabianiem lekcyi do księdza Kubusiewicza, a strojeniem lalek.
Tu wyznać muszę z całą pokorą, że skutkiem zupełnego w owe czasy braku poetyckich przeczuć, nazwisko «państwa Asnyk», rodziców poety, obrzydło mi tak, żem go po prostu znieść nie mogła i uciekałam w ostatni kąt, ile razy Urbanowa rozpoczynała swoją Odyseję o żelaznych garnkach.
A było tego coraz więcej i coraz częściej. Z początku raz, dwa razy na tydzień, potem codzień, potem jeszcze wieczorkiem, potem od rana do nocy. Jedyny wyjątek stanowiły soboty.
W soboty i ręce mniej się Urbanowej trzęsły i nie tak jej wszystko z nich leciało i takiego trajkotania o «państwu Asnyk» nie było.
Od południa za to grzała Urbanowa wodę, czasem ług nawet, dobywała resztki z całotygodniowych obiadów, szykowała nici i łatki, prosiła mnie o mydło i nawleczenie igły, a wszystko to popłakując i wycierając nos w gruby kuchenny fartuch, a wyglądając co raz na schody. Nad wieczorem przychodził Jasiek. Wysoki był, chudy, czarniawy, ospowaty i terminował u szewca Pośpieszyńskiego. Lat miał może ze szesnaście. Przychodził zwykle brudny, odarty, z miną dziwnie wygłodzoną. Urbanowa przyjmowała go szturchańcem w bok lub w kark, gdzie się dało, wpychała go do kuchni i zaczynała płakać. Chłopak całował ją w rękę, siadał na kuferku i patrzał osowiały to na matkę, to na przykryte rynki w kominie.
Dotąd pamiętam i te chmurne, a chciwe w stronę komina spojrzenia, i te jego długie cienkie nogi w trepach, zwieszające się z wysokiego kufra...
Lubiłam bardzo Jaśka. Raz, że nigdy przy nim nie było mowy o «państwu Asnyk», a także i dlatego, że mi obiecał uszyć trzewiczki dla najstarszej z moich lalek — Anusi. Cuda, jakie o trzewiczkach owych opowiadał, były niewyczerpanym przedmiotem naszych rozmów, w czasie których zapominałam zupełnie o swojej powadze gospodyni domu, ale wlazłszy na wysoki kuchenny stołek, klękałam na nim, i zapatrzona w Jaśka, wycierałam łokcie po kuchennym stole.
Zachwytów wszakże moich nie uwzględniała Urbanowa bynajmniej i wypraszała mnie zwykle za drzwi.
Ale ja i tak widziałam przez dziurkę od klucza, że matka najpierw ściąga z Jaśka spencerek i kamizelczynę, że nalewa potem na miednicę wody, bierze mydło, nagina chłopaka nad stołek, przyczem daje mu w kark raz, albo dwa razy, że ściąga mu z rękawów koszulę i szoruje szyję, głowę, twarz, uszy i ręce, czyniąc zaś to wszystko, co chwila nos uciera i płacze.
Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego? Czy że koszula była taka czarna jak sadze, czy że na grzbiecie chłopaka było tyle sińców, czy że mu żebra omal nie wyłaziły przez skórę...
Wymywszy Jaśka, dobywała Urbanowa czystą koszulę, z którą chłopak szedł za komin, a gdy wylazł z tej kryjówki już obleczony, czesała go, szturkając w kark, jeśli nie dość głowę przychylał, przyczem znów zaczynała płakać i nos wycierać co chwila. Po tej dopiero operacyi dobywała z pieca rynki i garnuszki, a kiedy Jasiek jadł, łatała jego ubranie, popłakując i wzdychając ciężko. Celem mojego czatowania przez dziurkę od klucza było właśnie jak najrychlejsze wypatrzenie tej szczęśliwej chwili. Wpadałam wtedy do kuchni, a Jasiek zaczął mi na nowo opowiadać, po raz setny może, jakie to będą owe Anusine trzewiczki.
Miałam je dostać na gwiazdkę, ale nie dostałam, bo Jasiek był srodze czemś zaturbowany.
Tymczasem przyszła wigilia Trzech Króli...
Wieczór był mroźny, pogodny, szopka chodziła po mieście; nie taka tam stajenka malowana, z wołem, osłem i «Małgorzatką tańcującą z huzarami», ale prawdziwy teatr, z żywych mówiących osób, między któremi była śmierć, anioł i dyabeł.
Kiedy pokojówka wpadła na schody z krzykiem, że już idą, serce we mnie zatrzęsło się tak, żem głosu wydać nie mogła.
Był to pierwszy teatr, jaki widziałam w mem życiu.
Trzeba było wszakże czekać długą jeszcze chwilę, zanim przedstawienie odbyło się na dole u gospodarza. Myślałam, że się to nigdy nie skończy. Rozległy się nareszcie po schodach ciężkie kroki, i brzęki łańcucha, a do stołowego pokoju weszli aktorzy, poprzedzeni przez straszliwie czarnego, z wywieszonym aż na piersi, czerwonym, sukiennym językiem dyabła, który się skłonił i rzekł piekielnym basem:
— Niech będzie pochwalony!
Chwyciłam pokojówkę za kaftan. Dusza we mnie zamierała...
Za dyabłem wbiegł lekkim krokiem minister króla Heroda. Ten miał na sobie obcisłe do kolan pantalony, niebieską zarzucona na ramię pelerynę z jakiejś rozprutej spódnicy i biret, z pięknem białem piórem z angielskiej bibułki.
Dworak skłonił się uprzejmie, wziął krzesło z pod ściany, postawił na środku pokoju, poczem schyliwszy głowę, drzwi przed monarchą otworzył. Król Herod wszedł chmurny, «w zamysłach», ze spuszczoną głową; miał długi, czerwony, widocznie z poszwy jakiejś zaimprowizowany płaszcz, berło w ręku i złotą koronę. Twarz jego wydała mi się jakby znajoma jakaś...
Tuż za nim wsunęła się nieludzko biała śmierć, odziana prześcieradłem, z pod którego wyglądały buty z cholewami, i z kosą w ręku stanęła za królewskim tronem.
Nie widział jej wszakże, zbrodniczym myślom oddany Herod, a rozparłszy się w swojej trochę jeszcze zapierzonej purpurze, rozpoczął sztukę krwawym dyalogiem.
Zaledwie jednak wymówił pierwsze jego słowa, kiedy ode drzwi dało się słyszeć głośne klaśnięcie w dłonie i krzyk przenikliwy:
— Jasiek! Mój Jasiek! Mój król! Mój królewicz złoty!
I zanim Herod mógł się opamiętać, już Urbanowa rzuciła się przed nim na ziemię, i w uniesieniu najwyższej radości, ręce jego i kraj szaty z płaczem całować zaczęła.
Zrazu monarcha, nie chcąc wychodzić z swej roli, próbował monologować dalej; nagle przecież głos mu się złamał, usta zadrgały, a po zbladłej twarzy łzy, niby iskry srebrne, migały jedna za drugą...
Zrobiło się zamieszanie. Minister głośno sarkał, że się król «na nic zgapił». Śmierć radziła raz jeszcze wszystko rozpocząć na nowo, tło zaś tej jedynej w swoim rodzaju sytuacyi tworzył piskliwy, perliczy głos anioła, który od początku przedstawienia, w równych odstępach wyśpiewywał z za pieca: Gloria! Gloria, in excelsis Deo!
I znowu:
Gloria! Gloria, in excelsis Deo!
Co do dyabła, ten ani na chwilę nie stracił rezonu, ale stanąwszy przed królem Herodem, uderzył w podłogę wielkim czarnym drągiem, i brzęknąwszy łańcuchem zaryczał:
«Zaklinam cię, przeklinam cię przez ten kij dębowy!»...
Na widzach zrobiło to piorunujący efekt, a monarsze przywróciło straconą równowagę umysłu. Ponieważ zaś Józka, pokojówka, i młodsza z drugiego piętra odciągnęły tymczasem Urbanową na stronę, przedstawienie odbyło się szczęśliwie, aż do tej stanowczej chwili, kiedy król ścięty kosą śmierci, opuszcza na ramię ukoronowaną głowę, a dyabeł nadziewa go na widły mówiąc:

«Królu Herodzie! Za twe zbytki
Pójdź do piekła, boś ty brzydki!»


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Od owej szopki to i owo zmieniło się u nas.
Garnki wprawdzie po dawnemu się tłukły, ale o «państwu Asnyk» nie było tak często mowy. Za to czas zaczął się liczyć w naszej kuchni od całkiem nowej ery.
— O la Boga! — mówiła teraz Urbanowa — a toć ja ten garnek kupiłam w tydzień potem, jak Jasiek był królem! A on już ciecze, choroba!
Albo też:
— Ale gdzie zaś, panienko! Przecie my ten sążeń drzewa zaczęli akurat trzy dni przed tem, nim Jasiek był królem!
A mówiła to z taką powagą, z takiem przekonaniem, jakby królestwo Jaśka było spełnionym faktem politycznym i dało się w ściśle oznaczonych granicach na karcie geograficznej wykazać. Zaczęła też w tym czasie przebąkiwać, że musi Jaśka od Pośpieszyńskiego odebrać, bo «co mu ta po siewstwie».
Jeszcze i w tem zaszła zmiana, że Urbanowa nie myła teraz króla Heroda sama, ale szturchnąwszy go na powitanie, nalewała wodę, dawała mu mydło do ręki i kazała samemu sobie «kosierować» — jak mówiła — uszy, twarz, szyję i głowę, tylko stojąc nad nim pilnowała, żeby to zrobił «dokumentnie». Czesania przecież nie wyrzekła się jeszcze.
Mniej się jej także ręce jakoś trzęsły. Do dawniej już uprzywilejowanej pod tym względem soboty, przybyła teraz i niedziela jeszcze.
W niedzielę po południu, uprzątnąwszy kuchnię, otwierała Urbanowa swój wysoki kufer i wydobywszy z niego monarszą Jaśka purpurę, tudzież koronę z pozłotka, kładła je na swojem łóżku i przypatrywała im się długo z uśmiechem na zwiędłych ustach, kiwając głową i ocierając oczy świeżo wypranym fartuchem.
Jeśli chłopak przybiegł do matki, to go prosiła:
— Mój Jasiek! Mój złocisty! Zawdziej-no na siebie ten ornat i koronę!... Niech ja się ciebie napatrzę! Niech ja się nacieszę!
Jasiek się wzdragał, ale zwykle kończyło się na tem, że «zawdziewał» co matka chciała, a stara uderzała z klaskiem w dłonie, wołając:
— Istny król! Na króla się rodził! Żebym tak zdrowa była, jak na króla! Przypatrzcie się moi ludzie... Istny król!...
Był to wszakże ciągle jeszcze ten sam czarniawy, chudy, ospowaty drągal, tylko, że purpura coraz krótszą na niego się stawała.
Czasem też recytował swoją rolę. Słuchałam go z zachwytem, a Urbanowa zalewała się łzami. Żaden, najgenialniejszy nawet tragik nie miał tak wzruszonych słuchaczy.
W trzy lata coś potem — podlotkiem już byłam — przyniósł ktoś wiadomość, że Urbanowa dogorywa w blizkiej suterynie. Jak stałam, tak zbiegłam po schodach. Od dawna już wprawdzie stara pijaczka nie służyła u nas, ale zawsze bardzo ją lubiłam.
Kiedym weszła, nie widziałam nic zrazu w tej wilgotnej, dusznej izbie, bo pod pułapem błąkały się dymy ze spalonego świeżo przez kumoszki «ziela». W pośrodku stała kupka kobiet, gwarząc półgłosem o różnych rodzajach śmierci. W głębi, na wysoko zasłanem kraciastą pierzyną łóżku, leżała stara Urbanowa. Twarz jej zaszła już cieniem śmierci; nikły oddech ledwo piersi jej poruszał, oczy tylko z wyrazem błogości i zachwytu wzniesione były do góry.
Lewa jej ręka przytrzymywała zapaloną gromnicę, prawa leżała na ramieniu Jaśka, który wstrząsany głuchem łkaniem, z twarzą ukrytą w matczynej pierzynie, klęczał przy łóżku w królewskiej purpurze i złotej koronie na głowie.
Z pod purpury ukazywały się od dawna widać nie łatane przez matkę, stare spłowiałe spodnie i trepy na bosych, wychudzonych nogach...





MORZE



Najsłodszem marzeniem pana Prospera Kaputkiewicza było wystawienie szekspirowskiej «Burzy» w teatrze, którego miał szczęście być maszynistą i dekoratorem.
Co mu tę myśl po raz pierwszy poddało — trudno wiedzieć.
Zdaje się, iż uderzony nią został z powodu podobieństwa imienia swojego z imieniem szlachetnego «Prospero», bohatera «Burzy», na który to wniosek naprowadza szczególniej fakt, iż nie tylko świeżo przez siebie przemalowane dekoracye do najpopularniejszej w sezonie tragedyi pod tytułem: «Walentyna, czyli pantofel bez pary», ale nawet kwity na swoją lichą pensyjkę podpisywał od niejakiego czasu «Prospero Kaputkiewicz», dodając do tego misterny zakręt w kształcie splątanej liny okrętowej.
Tak czy owak, zaprzeczyć się nie da, iż marzenie to opanowało go w tej samej mniej więcej porze, kiedy poszukując wyższej niż ta, którą posiadał drabinki, wdrapał się był stękając na teatralne strychy, gdzie pomiędzy nagromadzonemi od dawna rupieciami błąkało się kilkanaście książek z owej wiosennej doby romantyzmu, jaką przechodzi każdy prowincyonalny teatr, zanim dyrektor jego przekona się, iż tylko grając «Pantofla bez pary», można sobie raz na rok kupić parę butów... Drabinki nie znalazł wprawdzie, ale w godzinę potem zbiegał mocno wzruszony z wązkich i skrzypiących schodów, ściskając pod pachą niedogryziony przez myszy wolumin, na którego noszącej ślad dawnych złoceń okładce, widniało nieśmiertelne popiersie Szekspira.
Tego młodzieńczego zbiegnięcia mógł staremu maszyniście szczególniej pozazdrościć pierwszy kochanek trupy, pan Rufin Puzderko, za którego musiano wyrzucić z repertoaru wszystkie miłosno-balkonowe sceny, ponieważ zdarzało się, że po okrzyku: «Ach, otóż jesteś w objęciu mem!» upływało trzy do czterech minut zanim wgramolił się na schody do balkonu wiodące, a słowa mdlejącej z upojenia kochanki: «Ach, jak gwałtownie ściska mnie!» — przypadały mniej więcej na tę właśnie chwilę, kiedy ich trzeci szczebel przebywał z trudnością.
Że musiało to w wysokim stopniu psuć efekt takiej miłosnej sceny, nikt chyba nie zaprzeczy. Ale nie tylko strona estetyczna na szwank narażoną była. Niemniej cierpiała na tem i etyczna strona przedstawienia. Do zbytku bowiem i w sposób całkiem demoralizujący bywała akcentowaną tradycyjna ślepota mężów w takich np. sytuacyach, kiedy zdradzony małżonek wołał zaciskając pięście: «Ach, gdyby nie był z oczu mych znikł», lub też: «O nocy, która skryłaś go!» — podczas gdy pan Puzderko ze zwykłą swoją ślamazarnością połową zaledwie pleców zdążył się do niego odwrócić i stawiał stopę na pierwszym dopiero szczeblu niebezpiecznej z balkonu przeprawy.
Kaputkiewiczowi nie zazdrościł wszakże nikt, bo go nikt nie widział. Wprost ze schodów wbiegł on do swojej zaśmieconej izdebki, drzwi na klucz zamknął, a potrąciwszy dekoracyę do siódmego aktu «Walentyny», na stołek pod okienkiem padł i trzęsącemi się jeszcze ze wzruszenia rękami, Szekspira okurzać zaczął.
Zwiędłe jego, głęboko zbróżdżone czoło dziwnie się przy tem zajęciu rozjaśniło, a w starych zmęczonych oczach zamigotał jakiś blask młodości. Okurzywszy książkę, pan Prosper rozłożył ją przed sobą, obu kościstemi rękami przegarnął na tył głowy rzadkie i mocno już siwiejące włosy, chude, szpiczaste łokcie na okienku oparł, obu dłońmi objął skronie, pochylił się, westchnął, jak przed modlitwą i zaczął czytać «Burzę».
Po niejakim czasie poruszył kilka razy plecami, jakby chłód poczuł i łopatki do góry przeciągnął. Była to pora, w której zmieniał zwykle swój stary surdut na starszy jeszcze szlafrok kratkowany, którego wierzch i podszewka wisiały tu i owdzie w strzępy, ale wata była jeszcze wcale dobra. Szlafrok leżał pod ręką niemal, ciągnąc ku sobie oczy Kaputkiewicza tak, że one mimowoli zwróciły się kilka razy w tę stronę. Nie sięgnął przecież po niego stary maszynista, gdyż zdało mu się nieprzystojną rzeczą Szekspira w szlafroku czytać. Ścisnął się tylko sam w sobie, żeby mu cieplej było, nogę na nogę założył, ramiona pod uszy stulił i czytał.
Godziny wybijały jedna po drugiej na poblizkiej wieży, wczesny zmierzch dnia jesiennego napełniał kąty izdebki coraz gęstniejącym cieniem, na kartę książki upadł cienki promień nowiu, który zabłysnął wysoko na perłowem niebie.
Kaputkiewicz wciąż czytał, coraz niżej pochylając głowę, coraz silniej ściskając skronie i wytężając oczy. Aż wkońcu zaczęły się litery mieszać, majaczyć, plątać w jakieś esy, floresy, muszle, arabeski, wyskakiwać z linii, a promień miesięczny rozwinął dwa gazowe skrzydełka, zatrzepotał niemi pod sam koniec długiego nosa pana Prospera i nagle w Arleja zmieniony, chwycił się samego brzeżka książki, zawisnął głową na dół, rozsypał włosy złote po całej karcie, aż na zapadłe piersi i lichy wydarty surdut maszynisty...
Zmrużył oczy Kaputkiewicz i zapatrzył się w to srebrne zjawisko z jakimś błogim, przypomnianym z lat młodych uśmiechem; długa jego, zwiędła, z silnie wystającą chrząstką szyja, zdawała się wyłazić z obwiązującej ją wysoko niebieskiej, bawełnianej chustki, a wszystkie zmarszczki zebrane około ust i oczu, przybrały wyraz rozrzewnienia...
Gdzie to, gdzie to te czasy, kiedy on włosy takie...
Westchnął, przetarł ręką czoło i zerwawszy się ze stołka, zaczął biegać po zagraconej izdebce, potrącając ramy, pędzle, deski i inne przybory swej codziennej pracy. Biegając, chwytał się od czasu do czasu za głowę, jakby uderzony widokiem jakiegoś ogromu, a drżące usta jego poruszały się półgłośnym szeptem:
— Wielki! wielki! wielki!...
Były to jakby suplikacye nieskończenie słabego ducha, wobec ducha nieskończenie silnego.
Po pierwszym tym wybuchu uspokoił się stary dekorator, a nałożywszy krótką swoją fajeczkę, wyszukał sobie jakąś wężykowatą linię pomiędzy oknem a piecem, na której mniej było gratów i wolniejszym po niej chodził krokiem. Za nim ślizgał się cichy blask miesięczny, odrzucając na ścianę długi i zgarbiony cień jego postaci.
Kaputkiewicz marzył...
Ach, i on miał młodość swoją i swoje porywy wielkości. I on pisał niegdyś na szkolnej ławie jeszcze, dramat bardzo krwawy. Ani szkół wszakże, ani dramatu nie skończył. Przyszły bowiem czasy wielkiej tragedyi, w której tyluż prawie było bohaterów co aktorów, a z której cało wychodzili tylko suflerzy.
Zadumał się Kaputkiewicz...
Nagle stanął i uderzył dłonią w łysiejące czoło.
— A gdyby też tak dać kiedy Szekspira, ha? Wystawić taką oto «Burzę», hę?... Alboby klapła, alboby i poszła. Kto wie? Możeby i poszła. A może i nie... Szekspir, rzecz górna. Kto się tu na tem pozna w tej dziurze? Chociaż znowu — licho wie! I tu przecież są ludzie... Nie można zawsze dawać tego starego «Pantofla bez pary». Taki teatr — to hańba po prostu!... Skręcił w bok i potrącił nogą dekoracyę, którą mu dla przemalowania jakiegoś szczegółu do izdebki wstawiono. Dawszy ten wyraz swej wzgardzie, znów zaczął monologować.
— Burza... Burza!... Tylko jakby to wyszło? Burza morska, ot co!... Bez morza ani rusz...
Spuścił głowę i coraz szybciej po izdebce biegał.
— Maszynerya nowa musi być... To już jak amen w pacierzu. To, co tu mają, na psa się nie zdało. Jest wprawdzie w magazynie ze dwadzieścia łokci wody wcale nieźle malowanej. Wcale nieźle... Ale to nie dla Szekspira! Jakaś śpiąca, stojąca, martwa całkiem woda. Pod łódkę ujdzie, ale pod okręt — na nic... Nie, nie, na psa się nie zdało!...
On stworzy morze. On je zrobi żywem, wzburzonem, huczącem. On fale wzruszy do głębi, zakręci wiry, wyrzuci trąby morskie w powietrze, rozpryska piany, bałwany na bałwanach spiętrzy. On stworzy burzę!
Podszedł do okienka, pchnął je i połową ciała wychylił się na ulicę. Duszno mu było w izdebce. Pierś miał wzniesioną, nozdrza śpiczastego nosa szeroko rozdęte, skronie tętniące, w oczach ogień.
Na ulicy była cisza... Kilka bladych gwiazd drżało na październikowem, lekką mgłą owianem niebie, sierp księżycowy odcinał się od tego tła wyrazisty i błyszczący złotem.
Kaputkiewicz odetchnął raz i drugi silnie, jak gdyby wciągał w płuca szalejący wicher, oczy jego zdawały się wyzywać pioruny i błyskawice, młodzieńczym ruchem odrzucił w tył głowę, jakby strząsając słone bryzgi z włosów, pierś podał naprzód, zacisnął pięści i w głęboką ciszę wieczoru rzucił kilka nagłych, urwanych okrzyków, podobnych do głosu albatrosa, szybującego nad tonącym statkiem.
W tej chwili właśnie dały się słyszeć w uliczce człapiące kroki i zachrypła piosenka krawca z przeciwka, który regularnie o tej godzinie pijany do domu powracał.
Kaputkiewicz drgnął i zawstydzony cofnął się z okienka, czekając aż się krawiec oddali. Zamknął je potem, westchnął, a fantazya jego przybrała spokojniejszą postać. Chodził teraz rozważnie, powoli, ręce z wygasłą fajeczką w tył założywszy i spuściwszy głowę, kombinował, liczył, mruczał, uśmiechał się i marszczył, wreszcie nie zapalając nawet światła, rzucił się na twarde posłanie i próbował zasnąć...
Ale sen nie prędko dziś przyszedł nawiedzić izdebkę starego maszynisty.
Ledwo mu się oczy powlokły, natychmiast szum bałwanów morskich napełnił powietrze izdebki. Kaputkiewiczowi zdawało się wyraźnie, że mu się woda przez uszy przelewa. Zrywał się, wytrząsał palcem uszy i przecierał oczy, ale złudzenie i wtedy nie ustawało. Stojąca pod smugą księżycowego światła dekoracya siódmego aktu «Pantofla bez pary» wydawała mu się rozpiętym żaglem bocianiego gniazda, a własny jego kratkowany szlafrok zemdloną dziewicą, której załamane ręce przedziwnie naśladował układem dziurawych na łokciach rękawów.
Usnął wreszcie Kaputkiewicz, ale i sen nie przyniósł mu spokoju. Zrazu śniło mu się, że jest Bosmanem z szekspirowskiej «Burzy» i że od jego dzielności ocalenie okrętu zawisło.
— Ostro, chłopcy, ostro! — wołał we śnie.
— Ruszajcie się, ruszajcie! Spuścić maszt naczelny! Żywo! Żywo! Niżej! Rozepnijcie dolny żagiel! Żywo!
— Żeby ich piorun z ich wyciem! — dodawał pod adresem rozpaczającej załogi.
— W kajutach siedzieć! Do kajut! Do kajut! Na bok!...
Pracował sam za dziesięciu, czuł, jak mu pot czoło zalewa.
— W tył! W tył! — krzyczał ochrypłym z wytężenia głosem. — Dodajcie dwa żagle! Nazad na otwarte morze! Nazad!... Nazad!...
W tem rrrum! Maszt główny runął z piekielnym hukiem, a Kaputkiewicz zerwał się i usiadł na łóżku. Serce mu biło jak dzwon, usta miał zaschłe od krzyku, czoło oblane potem.
Zmiarkowawszy atoli, że jest we własnej izbie, uspokoił się, westchnął, przełknął ślinę, otarł drżącą ręką czoło, przeżegnał się krzyżem świętym i znowu zasnął.
Teraz śniło mu się, że jest szekspirowskim Prospero i wywołuje burzę...
Widział się dostojnym starcem w obszernej, bramowanej futrem szacie i w głowę zachodził nie mogąc sobie przypomnieć, na jakie raty wziął ją od Klemfisza, który go stale odziewał. Dręczyło go to zrazu niezmiernie, lecz uspokoił się wreszcie, widząc, że ma srebrną, rozwianą wichrem brodę i orle wejrzenie, z czem ostatecznie Klemfisz nigdyby go poznać nie mógł.
Siedząc na nadbrzeżnej skale swej wyspy, opierał stopy o pnie koralowe i perłowe muszle, między któremi widniał napis: «Dzieła Wiliama Szekspira, przekład Paszkowskiego. Tom III-ci».
Jedna z rąk jego spoczywała na wielkiej otwartej księdze, a druga, wyciągnięta z laską runiczną na morze, kierowała wzburzonym żywiołem. Bałwany morskie ryczały i pieniły się wściekle. Zaledwie odrobina zgrzytu maszyneryi dawała się słyszeć niekiedy. Chmury przewalały się w powietrzu, tworząc coraz groźniejszą ciemność. Zdala, na samym krańcu widnokręgu okręt jakiś rozpaczliwie walczył z nawałnicą. Wskróś huku wód spiętrzonych i wtórujących im grzmotów, które ten hultaj, Jasiek, nieporównanie umiał w ruch puszczać, słychać było okrzyki tonących. Ucho śniącego wyróżniało z pośród nich dokładnie przerażone głosy pana Rufina Puzderko i panny Modesty Trykotowiczówny, pierwszej amantki trupy. Noc, ciemność, zgroza, ach, co za burza! Co za wspaniała burza!... Skinął w prawo, a fale zrywały się, jak tabun rozhukanych koni: skinął w lewo, a przybiegały mu do stóp, jak oswojone brytany.
Naraz podniósł runiczną laskę swoją. Grom ryknął w powietrzu, fosforyczne światło zalało cały widnokrąg, a na rozdartych chmurach błysnął ognistym wężem napis:

«Kaputkiewicz fecit».

Niepohamowana pycha rozdęła zapadłą pierś starego maszynisty, zatykając mu oddech, dusząc go niemal. Był mistrzem, był silnym, był wielkim, wielkim, wielkim. Szekspir wydawał mu się żakiem, a dyrektor trupy ziarnkiem piasku, lichem ziarnkiem piasku... niczem więcej!
Obudził się rozgorączkowany i drżący, a że dzień był jak wół, przybrał się mało wiele i chwyciwszy pod rękę Szekspira, do dyrektora pobiegł.
Dyrektor w skarpetkach uwijał się po kuchni, dmuchając w samowar i szykując szklanki. Błyszcząca para świeżo wyczyszczonych butów stała na kuchennym stole.
Kaputkiewicz wpadł jak wicher.
— Panie dyrektorze dobrodzieju! — krzyknął już od progu. — Albo dajemy «Burzę», albo szelma imię moje.
Tu uderzył się w piersi, aż echo jękło.
— Ciii...cho! Ciii...cho — zaświstał przez szparę w zębach pan dyrektor. — Obudzisz jegomość Magdusię, do licha!
I podreptał ku drzwiom od pokoju żony, aby je przymknąć dyskretnie. Na palcach szedł, lubo był w skarpetkach, przysiadając i prostując się naprzemian, dla większej elastyczności chodu.
Skonfundowany Kaputkiewicz, uderzył się ręką w usta i tak już pozostał, dopóki dyrektor z takiemiż przysiudami nie wrócił ode drzwi.
Teraz byli swobodniejsi.
— To pani dyrektorowa dobrodzika śpi jeszcze? — zagadnął szeptem stary maszynista.
— Jakżeś chciał? — zasyczał dyrektor — herbaty jeszcze niema...
Tu świsnął w samowar, jak lokomotywa, poczem schyliwszy się pod stół, wyciągnął stamtąd mocno zabłocone trzewiki Magdusi i skrobiąc się w głowę, przyglądał się im chwilę w milczeniu.
— Cóż to jegomość tak z rana? — zwrócił się wreszcie do Kaputkiewicza, z rezygnacyą ujmując wytartą w długiej służbie szczotkę.
— Panie dyrektorze dobrodzieju! — zaczął gorącym szeptem maszynista. — Miałem tej nocy objawienie, jakby... Trzeba nam dać «Burzę»!
Dyrektor szczotkę zatrzymał w powietrzu i bystro na starego spojrzał.
— Co za burzę? Jak co? Jaką znowu burzę? nie był zwolennikiem burz... Magdusia umiała mu je od dawna obrzydzić...
— Nieśmiertelną, wielką, szekspirowską «Burzę»! — podnosząc o pół tonu głos, szeptał Kaputkiewicz w samo ucho dyrektora, schyliwszy swą kościstą postać do jego niepoczesnej figurki. — Morze biorę na siebie — ja!
Tu znów grzmotnął się w piersi, aż w nich dźwiękło.
Dyrektor słuchał, namarszczywszy brwi z namysłem i nie spuszczając zawieszonej w powietrzu szczotki.
— A wiesz jegomość — rzekł po chwili — że to jest myśl!
— Spodziewam się! — krzyknął, zapomniawszy o śpiącej Magdusi Kaputkiewicz, prostując się w całej swej długości.
— Ciii...cho! — świsnął dyrektor, jak przez flecik.
Maszynista znów się ręką w usta palnął.
— Nie może być — mówił po chwili szeptem — tylko niech pan dyrektor dobrodziej pomyśli o tem. Okryjemy się sławą, zapędzimy w kozi róg Kraków i Warszawę! To będzie tryumf! To będzie koniec świata! To będzie...
Brakło mu porównań, ale usta jego drżały od słów, których wypowiedzieć nie umiał.
Dyrektor z rozmachem szczotkował wykrzywiony trzewik Magdusi. I jemu zaczął się udzielać zapał maszynisty.
— A wiesz, jegomość — zaświstał lekkim flażeoletem — że to w lipcu mija dwadzieścia lat okrągłych, jak nasz teatr...
— Szelma imię moje, prawda! — wrzasnął znów na całe gardło Kaputkiewicz. — Będzie jubileusz!...
— Ciii!... Ciii!... — syczał jak wąż małżonek Magdusi, oglądając się trwożnie ku drzwiom. — Jegomość nie wrzeszcz do licha! Możemy się przecież po ludzku rozmówić...
Postawił wyczyszczony trzewik na stole i sięgnął po drugi. Kaputkiewicz stał przez chwilę z zamurowanemi kościstą dłonią ustami. Ale w pokoju pani była zupełna cisza, przerywana tylko głębokiem chrapaniem. Odetchnął wtedy z pewną ulgą i rzekł:
— Bodajże cię! Człowiek sam, jak palec, na świecie, to i zapomina... Cóżem to chciał mówić? Ale! Jubileusz! Co pan dyrektor dobrodziej mówi na jubileusz?
— To jest — cedził przez szparę w zębach dyrektor — jubileusz, jak jubileusz... Ale jubileusik, tak sobie niewielki jubileusik mógłby być... Co jegomość chcesz?...
Przechylił głowę i przypatrywał się warstwie błota na obcasie żony, wysoko brwi podniósłszy.
— Ot tak z benefisikiem dla mnie... To jest nie tyle dla mnie, ile dla Magdusi...
— To się wie, że z benefisem! — zaczął znów głośniej maszynista. — Benefis będzie jak wół! Ale damy «Burzę»! Bez tego — ani rusz! Jakie ja zrobię morze! Jakie morze!... Chryste Panie!
Chwycił się oburącz za głowę, jakby ją od pęknięcia chciał bronić.
Zamilkli. W ciszy, jaka zapełniła teraz szczupłą kuchenkę, słychać było tylko zamaszyste suwanie szczotki, na którą spocony małżonek Magdusi pluł z lekka od czasu do czasu z właściwem sobie poświstywaniem.
Nareszcie drugi trzewik został wyczyszczony, a pan dyrektor siadł na stołku, aby wzuć buty. Zaledwie jednak czynność tę rozpoczął, kiedy za drzwiami małżeńskiej komnaty dał się słyszeć gruby głos pani:
— Ludwik! Ludwik! Samowar jest?
Skoczył o jednym bucie pan dyrektor sycząc jak grzechotnik.
— Już!... Już, duszko!... Już szumi!...
Tu zaczął świstać w samowar na różne najmniej prawdopodobne tony.
Kaputkiewicz na palcach do komina podszedł.
— Kiedy tak — szepnął — to może jabym później...
— Ciii!... — przerwał dyrektor, zwracając ku niemu twarz nabrzękłą i rozczerwienioną. — Ja sam wieczorkiem zajdę... Pogadamy spokojniej... Naradzić się trzeba, obliczyć. Tymczasem ani mrumru nikomu!...
— Ludwik! Ludwik! — odezwała się Magdusia. — Z kim ty tam znów gadasz?
— Nic, nic duszko! — zapewniał pan dyrektor, nabierając pełne płuca powietrza, aby je z sykiem i gwizdem w samowar wydmuchać, podczas gdy stary maszynista skuliwszy długą szyję i ramiona, unosił jak bocian długą swą figurę, zmierzając ku drzwiom posuwistym krokiem.
W progu dopiero obejrzał się na zwierzchnika. Skinęli sobie w milczeniu głowami na znak porozumienia, a Kaputkiewicz szczęśliwie się do swej izdebki wycofał.
Tak została rzuconą i przyjętą w zasadzie myśl przedstawienia szekspirowskiej «Burzy».
Od myśli tej wszakże do jej wykonania była długa i ciernista droga...
Życie Kaputkiewicza rozdzieliło się teraz jakby na dwie połowy.
W jednej, która się nazywała dniem, stary dekorator zamazywał wielkie i małe płótna w drzewa, świątynie, pałace, ogrody haremu, kolumny, lasy, fontanny, urządzał zapadającą się pod szatanami ziemię, groby, z których podnosili się umarli, jak niemniej wielkie apoteozy, pełne białych i błękitno-różowych aniołków.
W drugiej zaś, która się nazywała nocą, zamykał się ze swoim Szekspirem w coraz bardziej zaśmieconej izdebce; czytał, marzył, rozmyślał, a potem drapał się na strychy, gdzie od niedawna przeniósł część swego warsztatu i przy kopcącej lampce do późna dłubał, stukał, piłował, toczył, aż póki ostatecznie wyczerpany nie zwlókł się na swoje posłanie.
Ten tryb życia starego maszynisty miał dwojakie następstwo. Pierwszem była potrojona konsumcya Gelb-Wirginii i potrzeba wyrobienia sobie nadzwyczajnego kredytu w najbliższej dystrybucyi, drugiem powszechne między kolegami mniemanie, że dostał bzika.
Istotnie, można go było o bzika posądzić, widząc jak w starym, wiatrem podszytym surducie na moście całemi godzinami stoi pochylony przez spróchniałą poręcz, zapatrzony w rzekę. Można go było wtedy szturchnąć, co mówię, przejechać, stratować, a on nie czułby tego. Na co tam patrzał — zagadką było dla wszystkich. Jedni mówili, że utonęły mu w rzece znaczne pieniądze, drudzy, że sam topić się myśli. Poziome duchy! Nikt nie odgadł, że ta woda miała objawić staremu maszyniście największą ze wszystkich tajemnic, tajemnicę swego życia, swego ruchu. Nie objawiła jednak.
Była też to nędzna, bardzo nędzna rzeczka, wysychająca niemal całkowicie w upały i wiosną tylko tocząca się bystrzej nieco. Kaputkiewicz dla rozruszania jej w jesiennej ociężałości przynosił z sobą na most pełne kieszenie nazbieranych pod rogatkami kamieni mniejszych i większych, które służyć mu miały do wywołania rozmaitych zjawisk i kombinacyi ruchu. Kamienie te rzucał stary do wody, już to największy kaliber, z góry, z rozmachem, dla utworzenia lejkowatego wiru, już puszczając w lot małe, skośnym rzutem nad samą prawie powierzchnią rzeczki, którą kamyk muskał lecąc i odbijając się jakby dawał nurka. Ten ostatni rzut, zwany «kaczką», doprowadził Kaputkiewicz do wielkiej doskonałości, wywołując całe szeregi kół i kółek, rozchodzących się coraz dalej, dalej...
W czasie tych ćwiczeń swoich, miał on zawsze przy sobie całą armią dzieciaków, czego się wszakże zdawał nie spostrzegać wcale i wtedy dopiero, kiedy po mistrzowskiej «kaczce» podnosił się wrzask uwielbienia — stary spoglądał, jakby przebudzony, stulał wychudłe ramiona, grzbietu naginał i wracał do swojej izdebki.
Dawniej, dla powiększenia swych nędznych dochodów, podejmował się robót postronnych zniżał się nawet niekiedy aż do malowania szyldów. Teraz porzucił wszystko, aby pracować na sławę. Nie dojadł, nie dospał, cierpiał niedostatek wszelaki. Wychudł tak wreszcie i zczerniał, że ci, co go dawniej nazywali «zaschłym pendzlem», przyszli teraz do wniosku, że porównanie nadto jest pochlebnem.
Dzień przechodził na pracy pośpiesznej, gorączkowej, noc na bardziej jeszcze gorączkowych próbach i marzeniach. Ukradkowe narady z dyrektorem podsycały jeszcze ten ogień trawiący duszę i ciało starego dekoratora. Postanowiono rzecz całą trzymać w tajemnicy dopóty, dopóki Kaputkiewicz nie wynajdzie takiej maszyneryi, któraby malowanej wodzie nadawała doskonały pozór życia. Wtedy dopiero miano rozpisywać i rozdawać role. Zafukany przez Magdusię dyrektor byłby się w zupełności zadowolnił dotychczasowymi środkami przedstawienia morza, byleby tylko benefisik maleńki...
Ale Kaputkiewicz i słuchać o tem nie chciał. Cała młoda żądza sławy ożyła w nim teraz i pochłonęła go całkowicie. Budził się i zasypiał z tą jedną myślą, żeby stworzyć morze. Leżący nieodstępnie na stoliku Szekspir stał się jego demonem, jego złym duchem.
Gdybyż to przynajmniej lato! Gdyby burza! Ale nie... Ołowiane niebo jesieni odbite w leniwo ciekącej wodzie nie dawało żadnego natchnienia. Sam z siebie musiał wszystko snuć Kaputkiewicz jak pająk i to go zjadło. Zamalował już z pięćdziesiąt łokci kartonu, za własny krwawy grosz zakupionego, nawijał go na korby, przeciągnął z lewej na prawą i z prawej na lewą stronę — i nic! Zawsze to było tylko płótno, tylko malowana woda. Targał się wtedy za włosy stary maszynista i wpadał na czas jakiś w ponure odrętwienie. Myśli jednak nie porzucał... Tlała ona w nim i paliła się dniem i nocą kosztem jego nędznego, prawdziwie po donkiszotowsku wychudłego ciała.
Głód, bezsenność, gorączka byłyby go dawno z nóg zwaliły, gdyby nie nadzieja, która mu szeptała, że lada chwila błyśnie ten szczęśliwy pomysł, który imię jego okryje niespożytą sławą.
Jakoż błysnął.
Późna już była godzina, Kaputkiewicz śmiertelnie znużony zabierał się do odwrotu z teatralnych strychów, kiedy nagle, pod rozrzucony karton potoczył mu się z ręki gruby wałek wywołując niesłychany efekt falowania. Chwycił się za głowę Kaputkiewicz i stanął jak wryty. Usta miał otwarte, oczy na wierzch wysiadłe, w sercu jak gdyby sztych, który nagle bicie jego wstrzymał... To było morze!
W jednej chwili umysł jego objął i pochwycił wskazówkę przypadku. W jednej chwili zrodziła się w myśli jego kombinacya całego systemu toczących się pod płótnem olbrzymich wałów, któreby wywoływać mogły potężne bałwanienie się wzburzonego morza. W jednej chwili uczuł się wielkim, nieśmiertelnym. Piersi miał tak ściśnione, że ledwo mógł oddychać; wychudłe, długie nogi dygotały pod nim jak w febrze. Bał się poruszyć, żeby nie spłoszyć tego, co objawieniem nazywał, bał się puścić z rąk głowę starą, aby mu jej szaleństwo nagłego tryumfu nie zawróciło.
Burza, pioruny, wichry, ognie bengalskie, a wśród nich wężem błyskawicy jaśniejące:

«Kaputkiewicz fecit».

Wszystko to wirowało mu w mózgu, rozsadzało czaszkę.
Jak długo tak stał i co go opamiętało nareszcie — sam nie wiedział. Ale gdy wrócił do izdebki, trzęsące się ręce jego nie mogły trafić do klamki, a nogi tak mu się plątały i gięły, jak gdyby ze słomy.
Późno się obudził nazajutrz stary maszynista, a kiedy sobie po dniu przypomniał, co zaszło na teatralnych strychach tej nocy, chwycił z kołka czapkę i wybiegł na miasto, aby nie oszaleć z radości.
Istotnie, czasu do stracenia nie było. Trzeba było z każdej chwili korzystać, spieszyć się, ruszać. Przedewszystkiem zaś należało uciec od pokusy wygadania się przed dyrektorem, zanimby wszystko nie zostało należycie wykombinowane.
— Kombinacya — grunt! — powtarzał sobie w duszy Kaputkiewicz, zupełnie już zapomniawszy o udziale przypadku w wielkiem swem odkryciu i upojony przyszłą sławą tak, że się niemal końcem nosa na przechodniów natykał.
Dawniej, wczoraj jeszcze, byłby każdego za podobną nieuwagę najpokorniej przeprosił. Ale dziś... Dziś zdawało mu się, że ma szczególny przywilej nie zważania na nic i na nikogo.
Nie byłże wielkim wynalazcą, twórcą olbrzymiego przewrotu, co mówię, twórcą nowej w dziejach teatralnych ery? Nie byłże Kaputkiewiczem, który «fecit» morze?
Gdyby ci ludzie wiedzieli, jaką myśl niesie w swej głowie, czyliżby mu się nie usuwali z drogi z pełnym admiracyi szeptem: «Kaputkiewicz... Kaputkiewicz idzie».
Nazwisko to, które w porównaniu z takim np. Wellingtonem, wydawało mu się dawniej nieco pospolitem, przybrało teraz w jego wyobraźni wszystkie cechy tych wielkich, wyrocznych imion, które w dziejach ludzkości stoją niby zdala widne piramidy.
— Kaputkiewicz... Kaputkiewicz... — powtarzał w myśli z razu, potem szeptem, potem półgłosem, z coraz gorętszym, modlitewnym niemal, akcentem czci i uwielbienia, a uszy jego upajały się tym dźwiękiem jakby najsłodszą muzyką.
Zamilkł wreszcie, gdyż wrażenie stało się aż bolesnem niemal i nad jego siły. Wyprostował się tylko, podniósł brwi, oczy do połowy powiekami przysłonił, policzki zapadłe wydął i usiłował podać naprzód pierś zaklęsłą, tudzież wciągnięty we własne otchłanie żołądek. Usiłowania te wszakże nie odnosiły należytego skutku, a pan Prosper zadowolić się umiał nadmiernem wyciągnięciem długiej, chudej szyi, jakoteż podniesieniem do możliwej wysokości śpiczastego nosa i dawno nietkniętego brzytwą podbródka.
Żałował tylko, że tak mało ludzi spotyka go w ulicy. Gdzie siedzą? W jakich mysich jamach wszyscy się pochowali do licha?
Wprawdzie wczoraj jeszcze okrążał rynek z daleka, tyłami się przebierając na ulicę Teatralną, byle tylko «nie leźć w oczy nikomu», jak mówił... Ale co innego było wczoraj, co innego jest dziś.
Tu przyszło mu na myśl, że istotnie marnuje się w tem «miasteczku». To nie Warszawa!
W tej chwili właśnie przechodził koło piwiarni, której właściciel stojąc w progu w grubo watowanym tołubie huknął mu basem «dzień dobry». Kaputkiewicz przyjął to pozdrowienie z niesmakiem. Uchylił czapki, usta skrzywił, niby do uśmiechu i kiwnął głową. Czuł się w niemiły sposób dotkniętym poufałością «szynkarza». Znajdował ją wprost nieprzyzwoitą. W Warszawie, nie zdarzyłoby się nic podobnego. Tam umieją cenić ludzi.
Istotnie, czego on tu siedzi? Na co czeka? Co tu za przyszłość dla niego? Genialne pomysły rozwijają się należycie tylko w świetle wielkich ognisk sztuki...
Zdanie, to, które mu tak szczęśliwie na myśl przyszło, wyczytał był Kaputkiewicz w jakiejś krytyce teatralnej wielkiego stylu, której autor obficie się zapożyczał z magazynu ogólników.
Teraz wszakże stary maszynista dałby sobie głowę uciąć za to, że jest ono własnym jego, jak najoryginalniejszym pomysłem, i aż przystanął, aby je sobie raz jeszcze powtórzyć. Był po prostu olśniony. Dokopał się widać jakiejś złotej żyły w swym mózgu. Kto wie, co jeszcze wymyśleć może.
Przebiegał w pamięci różne znane sobie odkrycia i żałował, że je ludzie przed nim już zrobili. Druk, kolej żelazna, telegraf, wydały mu się dziecinną igraszką.
Czuł, że wynalazłby je jak nic, gdyby jeszcze wynalezionemi nie były.
Wszak stworzył — morze!
Mijał teraz wystawę fotografa na zakręcie ulicy i to nadało myślom jego inny kierunek.
Zaraz potem będzie miał gruby wydatek. Będzie się musiał fotografować w małym i dużym formacie. Winien jest tę pamiątkę potomnym. Może nawet wypadnie fotografować wnętrze izdebki, w której mieszka. Jego stary kuferek krajczakiem nakryty, jego łóżko, stolik, fajkę, szlafrok, gitarę... najmniejszą drobnostkę, której używał, której się dotykał.
Ta myśl rozrzewniła go. Zdało mu się, że od śmierci jego upłynęły długie, długie lata, i że widzi pielgrzymujące do izdebki swojej późne pokolenia, które tu wstępują z pochyloną głową, wstrzymanym oddechem i bijącem sercem...
Błogi smutek napełnił jego duszę, a zamglone oczy patrzyły daleko przed siebie.
Tak przeszedłszy kilkanaście kroków zawrócił się i stanął przed wystawą fotografa niepewny jaki wyraz w stanowczej chwili nada obliczu swojemu.
Najodpowiedniejszą wydała mu się maska głębokiego myśliciela, badacza. Ściągnął tedy czoło w grube fałdy, brwi zsunął, spojrzenie zaostrzył i wytężył w przestrzeń. Ale zaledwie przybrał ten wyraz twarzy, kiedy zdało mu się, że słyszy grzmot oklasków, którym witają go tłumy.
Spuścił więc oczy, usta złożył do uśmiechu pełnego skromnej godności i położywszy rękę na piersiach, pochylił głowę.
Oklaski nie ustawały. Zrazu trząsł się od nich teatr, potem ulica Teatralna, potem rynek, plac przed magistratem, wreszcie całe miasto. Stara dzwonnica kościelna chwiała się w swych fundamentach, domy drżały.
Zmęczywszy dłonie, tłum tupał, stukał laskami, krzyczał, wył, wpadał w konwulsye. Takiego szalonego uniesienia, takiej wściekłej egzaltacyi mas nie widziano, jak świat światem.
Wieńce i bukiety gradem leciały pod stopy Kaputkiewicza; całe zaspy róż i konwalii obejmowały go, tłoczyły, dusiły niemal. Stary maszynista czuł wyraźnie ich silne, upajające zapachy.
Przymknął teraz oczy, usta na pół otworzył i ciężko dyszał. Wtem chwycono go za ramiona i podniesiono wysoko nad tłumem, a z tysiąca rozległ się, rykowi gromu podobny okrzyk: «Niech żyje!»
Wtedy Kaputkiewicz podniósł głowę i rzucił spojrzenie tryumfu.
Jedno tylko spojrzenie, ale ogarniające świat cały szczęścia i sławy.
Przelotny promień zimowego słońca odbił się teraz w upojonych najwyższą pychą źrenicach starego maszynisty. Chwila ta płaciła mu za cały wiek trudów, biedy, poniewierki. Na mrozie stał w lichym wytartym surducie, a nie czuł zimna, naczczo był, a nie czuł głodu.
Wtem potrącił go ktoś z przechodniów i to go przywołało do rzeczywistości. Kaputkiewicz drgnął, odwrócił głowę i spojrzał błędnym wzrokiem człowieka, który się z głębokiego snu budzi.
W pierwszej chwili zdawał się zgoła nie wiedzieć gdzie jest i co się z nim dzieje. Tymczasem przechodzień, tęgi, głośno sapiący, w niedźwiedziej szubie mężczyzna, cofnął się krokiem, wytrzeszczył okrągłe, cebulowate oczy, popatrzył, splunął i znowu popatrzył.
— Albo Prosper, albo i nie Prosper — mruczał sam do siebie. — Tfu! Na psa urok! Taki chyba Prosper!
Przechylił głowę i zastąpiwszy drogę zabierającemu się do odwrotu Kaputkiewiczowi, przypatrywał mu się z blizka.
— Prosper! Jak Pana Boga mego kocham, Prosper! — huknął wreszcie jak z beczki i zanim się stary dekorator mógł zmiarkować, już go chwycił w potężne ramiona i cisnął do niedźwiedziej szuby.
— Ignacy... Ignacy... — bełkotał zdławionym głosem Kaputkiewicz — Ignacy... bracie...
— A niechże cię nie znam! — wołał pan Ignacy, odsuwając od siebie Kaputkiewicza na długość swoich grubych ramion, z których go nie puszczał. — A toć my się ze dwadzieścia lat chyba nie widzieli! Dwadzieścia lat... — powtórzył kiwając głową. — Pamiętasz pod Kuźnicą? He... he... bratku! to były czasy!
Kaputkiewicz zbyt nagle wyrzucony z koła swych marzeń, biernie przyjmował zapały pana Ignacego. Wobec tego, co przeżył przed chwilą i co pochłaniało całą jego istotę, ubiegłe owe czasy, Kuźnica, spotkanie z przyjacielem młodości — wydawały mu się snem jakby. Kiwał wprawdzie także głową, ale wzrok jego wyrażał wielkie roztargnienie.
— Oj czasy, czasy!... Eh!... — rzucił ręką pan Ignacy i westchnął.
— No, ale cóż my tu tak będziemy na zimnie stali? Możebyśmy gdzie zaszli, hę?
Kaputkiewicz się zawahał.
— Przyznam ci się — rzekł niepewnym głosem — że mam robotę... Będzie bałamuctwo...
— Co tam robota! — huknął p. Ignacy — Roboty dyabli nie wezmą! Myślisz że i ja nie mam roboty? Potąd jej mam! — dodał przeciągając grubym palcem po swojem bawolem podgardlu. — Dalej, nie dróż się. Bałamuctwa żadnego nie będzie.
Weszli do poblizkiego handelku.
— No jakże ci się powodzi? — pytał pan Ignacy, wypróżniwszy sumiennie kieliszek starki.
— Nieźle — rzekł krótko Kaputkiewicz.
Nie był w usposobieniu do wywnętrzeń. Od czasu jak powziął zamiar przedstawienia «Burzy» utworzył się w nim samym odrębny jakiś świat myśli i uczuć, który z światem zewnętrznym nic nie miał wspólnego. Czuł jednakże stary maszynista, że mu nie wypada okazywać się tak zupełnie obojętnym. Zmusił się więc do zapytania pana Ignacego.
— A tobie?
— Niby mnie? — rzekł pan Ignacy, mając usta zapchane przekąską — a no, jak widzisz, spasłem się jak lew, ożeniłem się, wioska jest, uczciwy kawał chleba jest... Tylko dzieci nie ma — dodał, osłaniając usta nastawioną z boku dłonią i pochylając się ku Kaputkiewiczowi.
Chwilę jadł w milczeniu.
— Nie moja w tem wina — przemówił potem, ocierając usta serwetą.
— Żona mi ciągle choruje, kwęka, codzień doktor i apteka; to wody, to proszki, to inne jakieś dyabły... Ot i teraz bieda mnie z domu wygnała. Do morza każą jechać, licho wie poco. Ja tu, panie, mam młóckę, odstawy, a tu rzucaj panie wszystko i jedź. Skaranie Boskie!...
Odsapnął ciężko, co mogło równie dobrze za westchnienie uchodzić.
Kaputkiewiczowi przy wzmiance o morzu błysnęły oczy. Zatrzymał w powietrzu rękę, którą niósł do ust jakiś kąsek i pochylił się naprzód.
— Do morza? — zapytał jakimś dziwnym głosem.
Zdawało mu się, że wymawiając ten wyraz następuje ktoś na jego prawa, przywileje, że wdziera się w jego dziedzictwo, że fałszuje dokumenta.
Myśl jego na tym wyrazie stanęła jak na kotwicy. Kotwicę tę czuł zapuszczoną w sam rdzeń swego mózgu. Teraz ją poruszono i mózg mu szarpnięto.
Przez chwilę pozostał tak pochylony z szyją wyciągniętą ponad stołem, wpatrując się niespokojnie w lśniące oblicze pana Ignacego. Wzrok jego wyrażał jakąś dziwną mieszaninę zdumienia, admiracyi, zawiści i żalu.
Tak... Są ludzie, którzy o morzu mówią jak o kuflu piwa... Nie wiedzą, nie rozumieją, nie znają... Skąd mają znać?... Czy z teatru? Z tego co dotąd przedstawiano jako morze?
Gorzki uśmiech osiadł na jego ustach.
Odchylił się na poręcz krzesła i bębnił palcami po stole, patrząc ironicznie w pieprzniczkę.
Pan Ignacy tymczasem guziki swojej bekieszy rozpiął i głośno sapał.
— No, ale gadajże, bracie, cóż ty? Zawsze po staremu pacykujesz te swoje michałki?
Michałkami nazywał pan Ignacy wszelkie drobnostki, fraszki, rzeczy nie warte wzmianki.
— A po staremu! — odparł Kaputkiewicz, nie zmieniając ironicznego spojrzenia.
— Jakoś cię to niebardzo utuczyło, hę?... — mówił dalej pan Ignacy, patrząc z współczuciem na zapadłą twarz maszynisty.
Kaputkiewicz zmarszczył czoło i przyśpieszył tempo swego marsza. Od pewnego czasu nie lubił, żeby mu się tak przypatrywano. Wzrok zbyt uparty, zdawał mu się wzrokiem śledzącym: a on miał przecież swoją tajemnicę. Przytem ten ton politowania względem niego, teraz, kiedy był na drodze do takiej wielkości, do takiej sławy, zdawał mu się niewłaściwym.
— Albo wiesz, bracie, — mówił dalej dobrodusznie pan Ignacy — rzuć ty do dyabła całe to paskudztwo, jedź do nas, i po ludzku z nami żyj na wsi!
Kaputkiewicz był jak na mękach.
— Nie mogę! — rzekł sucho.
Zmiarkowawszy przecież, że robi przykrość towarzyszowi, dodał serdecznie:
— Dziękuję ci, Ignacy, ale nie mogę...
— Co tam nie mogę — mówił rezolutnie pan Ignacy, machnąwszy wielką swoją ręką. — Ot byś z żoną moją kwękał razem... Byłaby z was para dobrana. Ty chudy i ona chuda, ty żółty i ona żółta... Albo wiesz co! — zawołał uderzony nową myślał i zerwał się z krzesła — jedź z nami do morza! Jak Pana Boga mego kocham, jedź! Grosza cię to nie będzie kosztowało, a mnie zrobisz prawdziwą łaskę, prawdziwe dobrodziejstwo, zbawisz mnie, bracie!
Rzucił się do Kaputkiewicza, dusząc go w objęciach, zaklinając, prosząc, płacząc niemal.
— Zmiłuj się, Prosperku, nie odmawiaj, kiedy w Boga wierzysz! Nigdy ci tego nie zapomnę. Do śmierci wdzięczny ci będę! Wszak to my druhy ze szkolnej ławy, towarzysze broni... Pamiętasz Kuźnicę?... Eh, bracie! Nie bądź taki twardy! Toż ja ciebie dwadzieścia lat nie widział... Eh, bracie!...
Kaputkiewicz walczył sam z sobą. Z jednej strony nie rad był przyjmować to, co łaską zdawać się mogło, z drugiej zaś — co za pokusa! Zobaczyć morze! prawdziwe, żywe morze! Mieć przed oczyma taki model! Arcydzieło tworzyć z natury!
Pot wystąpił mu na czoło, nogi pod nim drżały, ale kark trzymał sztywno, broniąc się uściskom p. Ignacego i powtarzając tylko:
— Co znowu!... Co znowu!...
Ale pan Ignacy miał to do siebie, że jak się przy czem raz uparł, to się stać musiało.
Razem z wypitą w handelku starką i butelką wina, uderzyły mu do głowy wspomnienia młodości, a Kaputkiewicz był mu w tej chwili tak drogim, że po prostu życia bez niego nie mógł sobie wyobrazić. A przytem uśmiechała mu się myśl, że będzie miał kogo przy żonie zostawiać, a tak zażyje nieco swobody.
Coraz więc silniej nacierał na Kaputkiewicza swoją czułością i argumentami.
— Miejże sumienie, Prosperku, duszo! — wołał patetycznie. — Miej litość nademną! Cóż ja tam będę sam robił między temi rozbójnikami Włochami? Okradną nas, jak Pana Boga mego kocham, kupią i przedadzą, Judasze! Zagałuszą gdzie do licha!
Ani ja do kogo po ludzku zagadać, ani się z kim napić... Przepadnę, jak ruda mysz, przepadnę bez ciebie. Nie odmawiaj bracie! Kiedy w Boga wierzysz, nie odmawiaj!
Zawisł na szyi Kaputkiewicza całym swoim ciężarem, całując go po obu, dawno nieogolonych policzkach.
Kaputkiewiczowi zrobiło się gorąco; zaczynał mięknąć widocznie.
— Co znowu!... Co znowu!... — powtarzał coraz słabszym głosem. — A robota? A teatr? A dyrektor?
— Furda wszystko, bracie! — wołał pan Ignacy, którego mocna starka coraz bardziej rozmarzać zaczęła. — Do dyrektora idziem zaraz i sprawiamy mu taką bibkę, że to... śmierci naszej amen! Dyrektor trup. Jakbyś go już widział. A nie zechce pić, to pal go sześć! Będę się tam lada łyka prosił! Zabieram cię jak swego i basta. No, nie kręć nosem, Prosperku! Jakeś katolik — wielkie słowo! — nie kręć nosem! Chcesz? Znam tu doktora, co jak tylko kiwnę, to ci na dziesięć chorób świadectwo wystawi. Nie tylko do Włoch będziesz mógł jechać, ale do samego dyabła rogatego. Ja w tem! Kpij sobie, Prosperku, z dyrektora! Ja ci to powiadam!
Kaputkiewiczowi w głowie się to wszystko pomieścić nie mogło. Skąd on — tak nagle... taką podróż...
Przeżegnał się lewą ręką i ramionami wzruszył.
Sierdzisty szlachcic opamiętać mu się nie dał...
— Ty się żegnaj, nie żegnaj, Prosperku, a taki jechać musisz! Sam Pan Bóg z nieba to sprawił, żeśmy się spotkali. Tyle lat... Tyle lat... Koledzy... bracia rodzeni!... — Zaczął chlipać płaczliwie, wycierając pięścią swe okrągłe oczy. Kaputkiewicz był zwyciężony; oponował już tylko dla formy.
— Ale bo — mówił — ja tak po starokawalersku... Jak mnie widzisz, tak mnie pisz.
Podniósł ramiona, rozłożył ręce i spojrzał na końce swych po dwakroć zelowanych butów.
— Pensyjka licha, stroić się niema za co, a tam może elegancye wielkie...
— Co? gdzie? którędy? Jakie znów elegancye? Żebyś ty tak zdrów był, Prosperku, jak tu o jakie elegancye idzie. Że tam niby ta szuba? Jak Pana Boga mego kocham, bierz szubę! Na mnie i tak przyciężka, unieść się w niej nie mogę. Ja sobie mam swoje stare szopy i szopów się nie puszczam, a ty sobie masz niedźwiedzie i basta.
Namarszczył się gniewnie stary maszynista.
— Słuchaj, Ignacy — rzekł suchym, twardym głosem. — Jeśli mnie stąd wypędzić nie chcesz, to mi tu z szubą nie wyjeżdżaj. Jeszcze nie wiadomo, kto kiedyś w jakiej szubie będzie chodził. Przyszłość to dopiero pokaże. Może nie tak bardzo daleka. A dziś co mam, to mam swoje. A ty mnie nie obrażaj!
— Boże miłosierny! — sumitował się, składając ręce p. Ignacy. — Ja cię obrażam? Ależ Prosperku, kochanie, nie bądź taki szarpki! Jabym ci nieba przychylił. Jabym ci wszystko oddał! Czy to ja nie brat? Nie druh? Boże miłosierny!
Rozpłakał się na dobre pan Ignacy, a Kaputkiewicz rzucił mu się na szyję.
— Hu! Hu! Hu!... — szlochał szlachcic na łonie maszynisty. — Dwadzieścia lat... hu... hu... hu!... Dwadzieścia lat, bracie! Srebro, złoto widziałem, a ciebie nie widziałem! Chcesz pieniędzy? Bierz pieniądze!
Tu cisnął na stół swój wypchany pugilares.
— Chcesz kapoty? — Bierz kapotę!
Tu zaczął ściągać z rękawów bekieszę. Kaputkiewicz bił się w piersi, ściskał, przepraszał, aż nareszcie stanęło na tem, że pojutrze jadą.
Noc już była i po dniu mroźnym zerwała się śnieżyca, kiedy stary maszynista powrócił do swojej nieopalonej izdebki. Wiatr powiewał jego wytartym surdutem, ale zapał i nadzieja ogrzewały go i napełniały mu pierś błogiem ciepłem. To, co dziś przeżył, to, czego dziś doznał, przesuwało się w jego mózgu czarodziejskim, tęczowym obrazem.
Dziwna rzecz. Pan Ignacy, jego starka, jego niedźwiedzia szuba, a nawet zamierzona podróż, nie miały dla niego tej rzeczywistości, takich wyraźnych dotykalnych kształtów, co owa pełna upojeń halucynacya przed wystawą fotografa. Dość mu było przymknąć oczy, alby znów przed sobą zobaczyć te tłumy, uniesione najwyższym zapałem. Odróżniał nawet niektóre fizyognomie znanych sobie osób. Widział wyraźnie powiewające chustki dam, a pomiędzy laskami, któremi stukali mężczyźni, spostrzegł srebrną gałkę, osadzoną w formie gruszki na kiju prezydenta.
Wrażenie było tak potężne i tak nieodparte, że Kaputkiewicz uznał konieczną potrzebę dania mu jakiegoś wyrazu na zewnątrz.
Chwycił pędzle, stanął przed stalugą i przy kopcącej lampie gorączkowo szkicować zaczął projekt transparentu, który nazwisko jego miał połączyć na wieki z nieśmiertelnem imieniem Szekspira.
Ręce mu zgrabiały, nogi jak kość zziębły, oddech szedł w powietrze nieogrzanej izby silnym słupem pary, a przecież stary maszynista nie rzucił roboty dopóty, dopóki na sztaludze nie błysło w chmurach piorunowym wężem:
«Kaputkiewicz fecit».
Wtedy rzucił się na swój twardy tapczan, a otuliwszy wynędzniałe ciało starym kratkowanym szlafrokiem, zasnął przy wspomnieniu wstrząsających miastem oklasków, których echa w mózgu jego drgały.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Był dzień parny, godzina południowa, słońce piekło niezwykle w tej porze roku, kiedy Kaputkiewicz w rozpiętym surducie i jak szmigą machając ręką, w której niósł kapelusz, szedł wielkim krokiem po wysadzonej akacyami drodze, która przecina Lido, a idzie do morza.
Od rana już dziś niebo nie było zupełnie czyste, ale jakby zachuchane lekkiemi parami. Teraz na zachodnim krańcu widnokręgu zaczęły się nie wiedzieć skąd zlatywać i gromadzić drobne, białawe chmurki, wydłużając się, zaokrąglając i zbijając razem. Siedzące wzdłuż drogi przekupki owoców kłóciły się z sobą zawzięcie, a wielkie żółte muchy latając nad ich straganami, zdawały się brzęczeć z równem rozdrażnieniem.
Tymczasem zaruszały się listeczki niedostrzeżonym tchem wiatru na samych czubkach akacyi, a drobne ukryte w gąszczu ich ptaszęta zaczęły świerkać żałośnie.
Następna fala wiatru obudziła szelesty na niższych gałązkach, napełniając je niepokojem pierzchających skrzydeł. Od trzeciej poszły dreszcze po trawach i mietlicach, wśród których zaczęły sykać monotonnie cykady, aż odezwały się suche, metaliczne chrzęsty w wielkich, srebrzystych, po piasku rzucających się ostach, między któremi przebiegały, niby czarne błyskawice, rozdrażnione gorącem jaszczurki.
Pan Prosper przyspieszał kroku, nie wiele zważając na to, co się wkoło dzieje.
Wzrok jego wytężony i błyszczący gorączkowem oczekiwaniem wybiegał daleko naprzód, długa wyciągnięta szyja zdawała się wysyłać za nim głowę, która ze swej strony powierzała najdalszy posterunek spiczastemu nosowi, przecinającemu powietrze cienką, ostrą linią.
Ani głowa przecież, ani nos, ani wzrok nawet nie mogły nadążyć myślom starego maszynisty. Myśli te były już nad brzegiem, już się kołysały na falach, zanim pan Prosper połowę drogi przebył.
Sam zapewne nie przyznałby się do tego ale faktem jest, że już sobie utworzył w myśli miarę, podług której osądzi morze.
Będzie ono albo podobnem do jego dekoracyi, albo niepodobnem. Poza to kryteryum myśli jego nie wybiegały w tej chwili, nie umiały wybiedz.
Morze podobne do jego dekoracyi, byłoby piękne, wielkie, wspaniałe, morza zaś niepodobnego do swoich dekoracyi wcale sobie wyobrazić nie mógł.
I to był punkt, na którym myśli jego traciły równowagę, zataczały się jak błędne i wpadały w otchłań.
Tą otchłanią było także morze...
Dla otrzeźwienia się z zawrotu, który go chwytał, p. Prosper usiłował przypomnieć sobie i uprzytomnić wypadki kilku dni ubiegłych. Ale w mózgu jego wszystko się zlewało w dziwny chaos, a tym chaosem znowu było — morze.
Teraz uderzała nowa fala wiatru i zakręciwszy drobnym, miałkim pyłem rzuciła tuman duszący w powietrze. Sykanie, ćwierkanie, brzęczenie — umilkły w jednej chwili.
Cała zachodnia strona nieba była jakby ogromnym portem, pełnym białych żagli, ku którym zapóźnione dążyły z pośpiechem. Nagle pociemniały chmurki, i zmieniły się w oszańcowany rudą czerwonością tabor; a świecące nad nim słońce straciwszy swą promienną świetność, zdawało się być rozżarzonym węglem.
Fala wiatru, która teraz przyszła, gnała przed sobą całą ławicę piasku, zasypywała nim trawy, kręciła z niego tu i owdzie lejki i miotała nimi z zachodu na wschód ze świstem.
Ludzie, których pan Prosper spotykał, szli wszyscy w przeciwnym kierunku. Wszyscy się zdawali uciekać od morza. Były to praczki z koszami na głowach, wyrobnicy z koszami na plecach, przewoźnicy z wiosłami i drągami na ramionach. Szli z pośpiechem, pochylając czoło przeciwko fali wiatru, który już to rozdymał ich odzież, już to opinał je wokoło tych ciał prostych, silnych, gibkich. Idąc ten i ów spojrzał z dziwem na starego człowieka, który spieszył tam, skąd oni oddalali się w popłochu. Kobiety oglądały się za nim ciekawie, szepcząc imię Madonny.
Tymczasem ciemność wzmagała się szybko. Białe owe chmurki stały się ołowianemi chmurkami, które opłonęły cały widnokrąg, grubiejąc na zachodzie w sine i czarniawe kłęby. W parnem powietrzu wzmagał się szum, jak gdyby tysiąca lecących ku ziemi skrzydeł, a za szumem szły szerokie, chłodniejsze oddechy, jak gdyby przez przepaść wytchnione.
Kaputkiewiczowi silniej zaczęło bić serce. Chwilę tak szedł w najwyższem oczekiwaniu, kiedy naraz uderzyła w niego, niesiona wiatrem ławica piasku, oślepiając go i podnosząc dokoła nieprzejrzaną chmurą.
Kiedy przetarł oczy, przed nim było — morze. Kaputkiewicz stanął jak wryty i otworzył usta. Z gardła jego wyszedł jakiś krótki, zdławiony okrzyk.
To, co widział przed sobą, nie podobnem było ani odrobiny do jego dekoracyi. Była to ciemna, zwarta masa wód, które kołysały się na swych śródziemnych piastach olbrzymim, szerokim ruchem, nie dającym się ocenić należycie na małej przestrzeni.
Ruch ten nie marszczył wód i nie fryzował fal w pieniste frendzle, ale w nie wgłębiał lub podnosił nad niemi leżące na nich mroki. Przy brzegu słaby, dawał się on spostrzedz w całej swojej sile na śródmorzu, skąd rozbujane wody z głuchym pluskiem na piaski się parły. Z wód tych zdawała się podnosić ciemność ku niebu; z nieba schodziła ciemność aż do morza. Wśród tych łączących się zmierzchów przebłyskiwały mewy na szeroko rozciągniętych skrzydłach. Ogromne te ruchy powietrza i wód odbywały się wśród względnej ciszy. Niebo i morze pracowały piersiami, lecz nie przemówiły jeszcze...
Kaputkiewicz stał jak urzeczony.
Takiego morza nie wyobrażał sobie zgoła, nie mógł pojąć, po prostu nie zgadzał się na nie. Patrzył i nie rozumiał, badał i nie mógł schwycić tajemnicy, która leżała przed nim niezgłębiona.
Gruby sękaty kij, na którym splótł obie swoje wielkie ręce, dawał podporę jego pochylonej naprzód postaci. Wiatr rozrzucał długie, siwe jego włosy i poły wytartego surduta. Czoło zsunęło się w grube fałdy, wzrok wytężył, muskuły twarzy znieruchomiały. Cała istota jego zdawała się brać udział w pracy przepaści.
Naraz w powietrzu rozległ się huk głuchy, któremu odpowiedział stłumiony łoskot głębin. Chmury zawarczały jak brytany, morze ryknęło jak lew...
Zaraz potem uderzyły ostre, przeszywające świsty wichrów, które z wizgiem i wyciem gnały grube mroki, jak zwierza do kniei.
Kilka błyskawic przeszyło te mroki, lecz po nich ciemność zdawała się głębsza jeszcze. Przyśpieszony ruch morza zdradzał się coraz twardszym pluskiem fal wbiegających na piaski.
Kaputkiewiczowi zdawało się, że się morze podnosi i idzie ku niemu ze swoją przepastną ciemnością. On też stąpił krokiem naprzód i bardziej się na swoim sękaczu pochylił. W mózgu jego odbywała się gwałtowna reakcya... To co sobie wyobrażał genialnym wynalazkiem, okazało się teraz błazeństwem po prostu. Wały? Gdzież tu jakie wały mogły choć w przybliżeniu oddać to rozkołysanie się wód zmieszanych w jedno z coraz gęstniejącym mrokiem burzy? Gdzie farby, któremiby namalować można tę żywą, tysiąc kształtów biorącą, pełną ruchu ciemność? Gdzie scena, której ramą byłoby takie niebo!
Patrzył stary maszynista, patrzył, patrzył, zdawało się, że morze chce pochłonąć wzrokiem.
Nagle strach go jakiś ogarnął przed tym tajemniczym żywiołem. Zadrgały mu powieki, głowa trząść się zaczęła, usta się poruszały szeptem pełnym zgrozy. Z bolesnym jakimś wysiłkiem cofnął oczy aż do brzegu i utkwił je w jednej tylko fali u stóp jego trwożnie bijącej. Ale i ta wydała mu się zbyt potężną, zbyt cudowną. Coraz silniej trzęsła się jego głowa siwa, coraz szybciej wznosiła się i opadała jego pierś ściśniona.
Wtem bliższy, groźniejszy huk wstrząsnął powietrzem i wodą. Wściekłe wichry zerwały się i uderzyły w morze, piętrząc fale na falach i odsłaniając przepaści. Potężne bałwany zdawały się teraz podnosić aż do nieba; czarne pędzone wichrem chmury zdawały się zstępować aż do morza. Morze przewalało się jak zwierz ranny i parło z rykiem na brzegi; powietrze drgało tysiącem mgnień błyskawicznych i pełzających ogników.
W chwilę potem zrobiła się cisza. Fale ustąpiły od brzegu, na śródmorzu tylko przewalając się z twardym pluskiem. Kaputkiewicz stał ciągle, naprzód podany i nieporuszony.
Kij jego, w czwartej swojej części zagłębił się w ruchomy piasek, oparte na nim ręce trzęsły się z wysilenia. On patrzył w niebo, to znowu na morze, a nieruchome przedtem rysy jego drgały jakiemś wielkiem wzruszeniem.
Naraz, w pośród tej ciszy, ryknęły gromy jak salwy armatnie. Wszystko się zakręciło, zakotłowało, zkłębiło w jeden wściekły orkan. Huk, trzask, świst, łomot, napełniły niebo i ziemię, a złote węże prostopadłe bijących piorunów co chwila rozdzierały grube, namacalne niemal ciemności.
Stary maszynista nie spuszczał z nich oczu. On wyczytywał na nich jakieś ogromnej miary głoski, jakieś tajemnicze runy, które mu piętnowały duszę i wypalały na mózgu ogniste znamiona. Puścił wreszcie kij, podniósł w górę trzęsące się ręce, patrząc w rozpłomienione jak tabor niebiosa, poruszył wargami bez dźwięku. Aż podniosła mu się pierś nagłem łkaniem, padł na kolana, zakrył oczy dłońmi i wielkim głosem zawołał:
Deus... Deus fecit!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
W miesiąc potem powrócił Kaputkiewicz do swojej izdebki. Zestarzały był, zmizerowany, zmieniony. Pierwsze jego spojrzenie padło na Szekspira. Pokiwał głową, wziął książkę ze stołu, ucałował, owinął w papier i schował na samo dno swego przykrytego krajczakiem kuferka. Powlókł się potem ciężkim krokiem na strychy, wałek pod belkę wetknął, karton zwinął i za komin wsadził, warsztat rozebrał i na dół zniósł częściami. Rzucił się potem na swój tapczan i twardo zasnął. Nazajutrz z rana zabrał się gorliwie do przemalowania niektórych szczegółów w dekoracyi siódmego aktu «Pantofla bez pary»...




KSAWERY


Nie mogę powiedzieć, żeby był idyotą, ale zawsze mniej znacznie miał rozumu, niż go ludzie na wsi miewać zwykli.

Co większa, rozum ten był całkiem innego gatunku. Może gorszego, może lepszego, trudno to powiedzieć, to pewna, że nie miał z niego wielkiej pomocy, ni pociechy w życiu.
Umiał naprzykład czytać i to nie tylko na elementarzu, ale także na ewangeliczce i żywotach świętych, rozumiał pisane, ministranturę z końca w koniec znał tak, że choć o północku, choć z zamkniętemi oczami wiedział, gdzie stoi amen, a gdzie co innego: pieśni wszystkie od roratowych aż do wielkanocnych z pamięci potrafił, a jak się do kropidła przyłożył, to taki miał «sztrych», jakby się na organistę rodził.
Ale nie umiał ani orać, ani siać, ani kosić, ani grabić; nie umiał nawet w garść plunąć i wideł się, albo łopaty jąć, a gdyby mu tak do młocki z cepem stanąć przyszło, możeby i tego nie wiedział, co dzierżak, a co bijak.
Szczególniej też nie miał żadnej składności do koni, a kiedy raz żydowi szkapę zaprzągł, to chłopaki na ziemię od śmiechu się pokładły, bo się dziesięć razy naszelników chwytał, nim je przypiął, a chomąto jak siodło usadził. Wszelako nie każda robota obcą mu była.
Drew nałupać, kartofli naskrobać, pierze drzeć, prząść na kółku, albo i na wrzecionie umiał tak, jak mało która baba potrafi, a kiedy ze skopkiem pod krową siadł, to tak mu to składnie szło, że nawet dworskie dójki w kąt mogły iść przed nim...
Wszystkiego tego wyuczył się w ciągu trzydziestu paru lat żywota swego, przez który to czas, od kiedy się na nogi podniósł, proboszczowi dobytek pasał, najpierw gęsi — jeszcze za życia ks. kanonika Rzepki, świeć Panie jego duszy, który go sierotą przygarnął, — potem świnie, potem krowy, potem wszystko razem, już za «jegomości».
Nieraz on, co prawda prosił, żeby go jegomość do innej roboty dał, ale choć odmowy nie doznał, zawsze się to przecież odkładało, aż do czasu, kiedy do lat dojdzie. Miarkował ci on, że lata już ma, i dawno; ale papieru na to nie było. Siaki, taki miał metrykę, jedni z matki, inni z obojga rodziców, a on nic.
Jegomość mówił, że w księgach nic o nim nie stoi, bo się w Krakowie rodził. Po co on się w Krakowie rodził, nigdy jakoś tego pomiarkować nie mógł. Wszyscy inni rodzili się to w Poddębicach, to w Dąbiu, to w Spendoszynie, to w Krępie, to w Niewieszu, a on, patrzajcież moi ludzie, nigdzie tylko w Krakowie! Jak stanął nieraz na polu, to i godzinę stał i w głowę się drapał i medytował, i nic wymedytować nie mógł. Żniwo szło za żniwem, kopanie za kopaniem, ci co z nim razem gęsi pasali, pożenili się, mieli dzieci, gospodarstwa, jeden się już nawet wyrostka dochował, a on lat jak nie miał tak nie miał.
Latem nosił Ksawery płócienny chałat, który dawniej jegomości w drogach od kurzu sługiwał, tudzież płócienne szarawary, wysoko pozawijane ponad kostkami nóg bosych, odrapanych i czarnych jak ta święta ziemia. Nosił także i koszulę, ale że jedną tylko miał i sam ją sobie po rowach przepierać musiał, rzadko więc była chędoga.
W zimie przybywała na to stara wełniana chusta, którą się obwiązywał, jako baby czynią, na krzyż przez piersi i za siebie popod pachy, tudzież niebieski, wypłowiały, po proboszczu dodzierany szalik, którym osłaniał głowę i uszy, wiążąc go sobie pod brodą. Czapki nie używał prawie, a jeśli ją kiedy miał, to w ręku nosił, «bo wszędzie nade światem je niebo i Pan Bóg przenajświętszy». W najtęższe mrozy okręcał słomą zsiniałe i poranione nogi i wdziewał na to stare koszlawe trzewiki, które mu podarowała «pani gospodyni», skoro już na nie przyszły ostatnie termina.
Nic bardziej rozrzewniającego, jak okoliczności, wśród których otrzymywał kolejno te różne części swojej garderoby. Kiedy, naprzykład, dostał chałat, spłakał się jak bóbr, tyle mu pięknych rzeczy nagadał jegomość, jakto ów chałat przez tyle a tyle lat suknią duchowną okrywał, jako powinien i nadal zostać szatą niewinności, jak Pan Bóg najwyższy lilie polne przyodziewa, iż wyglądają wspanialej niż król Salomon w całej swojej ozdobie...
Słuchając Ksawery, od płaczu utulić się nie mógł, ręce i nogi jegomości ucałował, chałat, przeżegnawszy się, oblókł z nabożeństwem i rzemieniem się, iż do jegomościnej tuszy daleko mu było, podpasał, poczem wystrugał sobie zakrzywioną u góry berlicę, z kory ją do białości obrał, i tak po rżysku za dobytkiem jegomościnym chodził, oczy do nieba podnosząc, a za dobrodzieja się modląc. Tego tylko żałował, że jegomość «owieczków» nie trzyma, boby je sobie pięknie po polu pasał, jako ten «Bonus Pastor» co w zakrystyi wisi, a tak musi nieraz poły za rzemień zakładać i uganiać się za świniami, co w kartofle burmistrzowskie lezą.
Przy otrzymaniu szarawarów znów była przemowa. Jegomość powiadał o ścieżkach pańskich, jako je prostować trzeba, o dwunastu pokoleniach wzbudzonych z lędźwi Abrahamowych i o różnych jeszcze rzeczach, których Ksawery co prawda, nie rozumiał dobrze, ale które go niemniej do głębi wzruszały.
Najpamiętniejszem wszakże było otrzymanie szalika. Jegomość wrócił wtedy z odpustu, wesół był, samowar na stół dawać kazał, a zobaczywszy Ksawerego, zawołał go do siebie, po ramieniu poklepał, herbaty mu szklankę nalał i pyta:
— I cóż panie Wilewski?
Ksawery usta otworzył i patrzy, do niego czy nie do niego?
A jegomość znowu:
— I cóż panie Wilewski?
I aż się za boki bierze i śmieje, patrząc na onego nieboraka, co przed nim zafrasowany stoi.
Ksawery szerzej jeszcze usta otworzył i wytrzeszczył oczy.
— A no — myśli sobie — wolno księdzu, jako księdzu.
Aż tu jegomość nagle śmiać się przestał, rękę jak na kazaniu wyciągnął i rzecze:
— Pamiętaj, że pokora niebiosa przebija. Ty sobie u mnie świnie paś, a co szlachcic jesteś, to szlachcic. To swoją drogą, a to swoją drogą. Tylko ja twoją metrykę z Krakowa dobędę...
Ksawery na to w płacz i buch księdzu do nóg, jak długi. Jezu miłosierny! «Metrykę» będzie miał jako i drudzy...
A ksiądz:
— Jeszcze ty mi nie tak będziesz dziękował, tylko czas przyjdzie. Człowiekiem cię zrobię, albo i zakrystyanem, bo z Onufra kulfon, tylko do lat dojdziesz. A teraz, masz!
Ściągnął ze szyi niebieski włóczkowy szalik, co go od chłodów wieczornych w drogi brał i Ksaweremu go podał.
A gdy ten płacząc stopy mu całował.
— A wiesz ty błaźnie, — rzekł — że święty Marcin połowę płaszcza odkroił i dał ubogiemu? Nie wiesz? Toś kiep! A ja ci powiadam, że kto ubogim daje, to Bogu pożycza. I to ci powiadam, że większa radość w niebie... Nie, nie to! No, jak tam było, tak było, na masz!
Ksawery nie śmiał szalika wziąć, aż sam jegomość zawiesił go na nim jak stułę i rozrzewniwszy się, za głowę go objął i do piersi przycisnął, iż to z natury litościw był na wszelakie chuderlactwo w swojej parafii.
Ksawery szlochał głośno.
— No, no! — rzekł jegomość. — Bądź cicho, nie płacz! Wszyscyśmy dzieci jednego Ojca, a ty mi świnie tak paś, żeby w szkodę nie lazły.
Długo, bardzo długo wspominał sobie tę rozmowę Ksawery, a najbardziej go zastanawiało to, że go ksiądz szlachcicem czynił i z szlachecka jakoś przezwał, kiedy on jako żywo żadnego przezwiska nie miał.
A co i raz to mu się zdawało, że już gdzieś to przezwisko słyszał. Bodaj, czy nie tak wołają na «Panią». Pani jest wdową, mieszka tuż przy kościele i pilnie Panu Bogu służy. Ona to obdarowała Ksawerego ową starą chustką, która go od zmarznięcia chroni. Ksawery pamięta ją od kiedy «gęsie» pasał. Tylko że wtedy wyższa była, prostsza, i włosy miała nie takie jak dziś białe. Pani Ksawerego nie lubi, kiedy go spotka na drodze, to się odwraca i idzie w inną stronę. Ale chustkę równo mu dała, niech jej to Bóg najwyższy odpłaci!
Tak przeszedł rok, przeszedł drugi rok — i nic. Jegomość jakby nie pamiętał co w ganku mówił, o Krakowie nie wspomni, na niego też inaczej nie woła, tylko jak zwykle «gamoniu», albo jak tam wypadnie. A on tymczasem «metryki» jak nie miał, tak nie miał.
Aż też kiedy mrozy ścisnęły tak, że dech słupem szedł, puścił się jegomościa w same Trzy Króle i na pocztę w miasteczku do noszenia listów przystał, żeby sobie na kożuch zarobić.
Wtedy to poznałam go jakoś...
Dziwne wrażenie robił ten biegnący przez pola wśród śnieżnej zamieci człowiek, z głową obwiązaną spłowiałym szmatem, z nogami owiniętemi słomą, w przewiązanym chustką chałacie płóciennym, którego poły rozwiewał wiatr mroźny, ukazując wyłażące z dziur kolana sine. Z boku wisiała na nim płócienna torba, a cienkie długie ramiona zdawały się go unosić nad ziemią, puszczone w ruch jak skrzydła. Pomimo wielkiego pośpiechu, z jakim wykonywał swoje poselstwa, zatrzymywał się przed każdym krzyżem, klękał na śniegu lub na grudzie gołej, a wązkie zbielałe jego wargi poruszały się szeptem modlitw i pacierzy.
Do nas ściągał zwykle na noc, wiedział, że dostanie kolacyę i kąt do spania w stajni lub w oborze. Gdy przyszedł, czeladź siedząc przy misie wybuchała śmiechem i drwinkami.
— A cóż to «Sawery» tak po cichu zajechał, żeśmy nie słyszeli? Kiepskiego foczpana Sawery ma, co nawet ognia z pakuł dać nie umie. Żeby my byli wiedzieli, toby my byli choć turowej pieczeni narządzili, prawda, Maryśka? A tak barszcz ino i kartofle, jeszcze z nich kucharka wszystkie skwarki wyjadła...
A inni:
— Cóż tam Sawery ustrzelił ze swego kija, co tak torba sterczy?
— Cichojta, nie gadajta, bo Sawery pieniądze niesie, co będzie Biernacice kupał...
A on tymczasem jak u proga stanął i «pochwalony» rzekł, tak tylko dyszał od onego biegu i ciepłe powietrze ustami chwytał. Uśmiechał się wszelako, kiwając głową i powtarzając:
— Aha! Aha!... Chwała Bogu! — iż to był zwykły jego przystęp do rozmowy.
Potem dopiero zaczynał drżeć całem swojem nędznem ciałem i przysuwał się do komina nieśmiało, kurcząc swoje długie, słomą owinięte nogi, kiedy mu zaś Maryśka w zgrabiałe i trzęsące się ręce nasypała gorących kartofli, przyciskał je do piersi i długo tak trzymał dla rozgrzania się, a łyżki z barszczem do gęby donieść nie mógł, tak dygotał cały.
Gdy mówił, zająkiwał się i uśmiechał, pokazując żółte, rzadko osadzone zęby. Zająkiwanie owo pochodziło stąd, że nie nawykł był z ludźmi gadać, tylko ze sobą, ot zwyczajnie, w polu, za bydłem. Czego się zaś uśmiechał, wie to chyba sam Pan Jezus z nieba, bo niedola to była ciężka i żywot bez wszelakiej rozkoszy.
Choć to i ten uśmiech jego też był osobliwy...
Pokaże bywało, wielkie żółte zęby, a twarz cała jakoby struchlała, po czole jakby kto broną przejechał, takie brózdy na niem, a w oczach tak mętno, jako w tych dołkach, co po deszczu na drodze stoją!
W połowie coś lutego dola jego poprawiła się nieco, obsiadł bowiem pustą izbę na czworaku i pilnował chłopskich dzieci. Była to jakby ochronka zimowa, gdzie się schodziło ze dwadzieścioro mniejszego i większego drobiazgu. Jedne darły pierze, drugie skubały szarpie, a Ksawery opowiadał im bajki, śpiewał pieśni, ciekawszym pokazywał na elementarzu. Byli tacy, których tej pierwszej zaraz zimy na Bas, Bąk — jak mówił — «wypromował».
A gdy zapachniała wiosna i pierwsze się trawy puściły, a uczniów i uczennic ubywać zaczęło, wdziewał Ksawery swój chałat, podpasywał się rzemieniem, zawijał szarawary, torbę przez plecy przewieszał i z listami biegał.
Pamiętam jeden taki wieczór, kiedy się wybrał od nas z zimowej sadyby. Był to wielki piątek. Wielkanoc przypadła wczesna, ciepły wiatr pociągał z południa, czajki biły się nad błotami za kowalowym jugiem, od lasu słychać było pohukiwanie bąka. Wieczorem, kiedy gorące przygotowania do święconego ochłodły nieco, wyszłam na drogę w pole. Cisza była wielka, szeroka, zorze zachodnie gasły, a na wschodzie podnosiła się pełnia wiosenna, złota zrazu i ogromna, potem coraz srebrzystsza i mniejsza.
Z daleka, z gościńca, dolatywał turkot bryczek i klekotanie wózków chłopskich, toczących się do miasteczka «na groby». Kiedy turkot dobiegał do Murowańca, wypadały psy karczmarskie, oszczekując je zajadle i znów wszystko cichło, wiatrak nawet stał nieruchomy na piaszczystem wzgórzu. Tylko modre wiosenne żuki lecące z wielkim zapędem w ostatni skraj zachodniej łuny, przecinały furcząc, powietrze, w którem tu i owdzie majaczyły lekkie, z świeżo zoranej ziemi idące opary, zbijając się w tuman nad łąką. Wtedy zobaczyłam spiesznie, na przełaj przez pastewnik idącego człowieka, który pod krzyżem przydrożnym klęknął, ziemię ucałował i podniósłszy obie ręce modlić się zaczął. Podszedłszy bliżej, zobaczyłam, że jest to Ksawery, już przybrany w swoje letnie «ornaty», jak je nazywał, z torbą przez plecy i z ową zakrzywioną berlicą tuż obok leżącą. Bose jego pięty sterczały za nim w smudze miesięcznej jasności, podobne do tych stygmatyzowanych stóp, które widzimy w ołtarzach, rozwiany chałat szeroko okrył czarną jeszcze ziemię, w tył przechylona, szczeciniastym żółtawym włosem pokryta głowa, zdawała się błyszczeć złotym kręgiem, a szeroka nieruchoma twarz jego była światłem srebrzystem zalana.
Nędzarz ten, ten śmieszny, idiotycznie uśmiechający się do ludzi człowiek, wyglądał jak święty w zachwyceniu.
Zaraz zaczął śpiewać. Głos mu się trząsł, głowa chwiała, łzy spadały jak iskry po twarzy. Była to owa pieśń stara znana:

...Jezu Chryste Panie miły,
Baranku bardzo cierpliwy...

Śpiew ten miał w sobie coś dziwnie przejmującego. Zdawało się, że to on właśnie ten bezrodny i bezdomny sierota, który pracą życia całego nie tylko do ciepłej szmaty na grzbiecie, ale nawet «do lat» dojść nie mógł, a przecież nigdy się nie skarżył, że to on sam jest: barankiem bardzo cierpliwym...
Następnej zimy Ksawery nie przyszedł obsiąść swojej izby w czworaku. Z listami nie przychodził także. Zaniepokoiło nas to zrazu, mówiliśmy o nim, aż potem wyszedł wszystkim z myśli i z pamięci.
Dopiero na samo podwiośnie, grzejąc się na młodem słońcu przed domem, zobaczyłam jak szedł od miasteczka. Gdyby nie to, że idąc przez pole głowę miał odkrytą, a czapkę w ręku, nie byłabym go nigdy poznała, tak był zewnętrznie zmieniony. Przedewszystkiem miał na sobie ciepłe palto, takież spodnie, grube wysokie buty, i niebieski fontaź wychodzący z pod kołnierza czystej, dość cienkiej koszuli. Struchlała twarz jego nabrała zdrowszej cery; oczy tylko nie straciły tego wyrazu przerażenia i martwoty, jaki im był właściwy.
Dziwiłam się w duchu tej zmianie, kiedy Ksawery przystąpiwszy do ławki przemówił «pochwalony» i pocałował moją suknię, jak to miał we zwyczaju.
— Aha... Aha... Chwała Bogu... — odezwał się patrząc na mnie z tym samym co dawniej idyotyczno-bolesnym uśmiechem, rozszerzającym usta jego od ucha do ucha.
— A! Ksawery! — rzekłam, okazując mu przyjemne zdziwienie.
— Ksawery Wilewski... — podpowiedział, kiwając się śmiesznie przede mną, co miało zapewne ukłon szlachecki oznaczać. — Aha, Wilewski, aha...
I zbliżywszy się do mojej twarzy:
— Chwała Bogu — szeptał. — Matkę mi Pan Jezus dał...
— Co? Jak?
— Aha... Aha... Ta pani, pani Wilewska, szlachcianka, obywatelka... Ale że była wtedy wdową, aha, i dlatego się w Krakowie rodziłem... Chwała Bogu...
Złożył ręce i oczy wzniósł do nieba, dziękując za swoje urodzenie, jakby za dar najwyższy.
— I jakże się Ksawery dowiedział?
— Aha... Zachorowała, na śmierć zachorowała... wołają mnie do niej. A już ją jegomość spowiadał. Tak idę — chwała Bogu — a ona: Synu, Ksawery, daruj! Tak ja patrzę, nie wiem co robić... Tak ona znów: Synu, Ksawery, daruj! Tak ja w płacz. Tak mnie jegomość w kark, a ja jej do nóg. Tak znów jegomość rękę jej bierze i na głowie mojej kładzie. A taka letka była ta ręka, jak piórko, a tak mi zaciężyła na głowie, jak ołów... A pani tylko dyszy aż w piersiach jej gra, a bledziuchna taka, jak ten opłatek, a gromnica, co ją jegomość trzymał, tylko chwir, chwir, na obie strony, że się tak już dusza do wyjścia tłukła...
Przestał i westchnął głęboko tem westchnieniem, z jakiem lud o rzeczach nadziemskich zwykł mówić.
— Tak jegomość: Pani Wilewska! Bóg widzi, wieczność czeka... Tak pani na to... niby matka...
— Otwórzcie drzwi, zawołajcie ludzi.
A już zachrzypiała.
Tak jegomość drzwi roztworzył i mówi:
Dignum et justum est... — Co w ministranturze tak samo stoi... Jak drzwi roztworzył, tak się zaraz naród zaczął walić, nawaliło się narodu pełna stancya...
Tak pani się na poduszki kazała podnieść i mówi:
— Przebaczcie mi, chrześcijańskie dusze, krzywdę tego oto syna mojego Ksawerego, którego w boleściach zrodziłam. Co wyznaję tu przed wami, bo się dusza moja sądu boskiego lęka. A to wam wyznaję po spowiedzi świętej, w godzinę śmierci mojej i błogosławię tego syna mego i wszystko co mam, jemu zostawuję. A niech mi to przebaczy Pan Bóg miłosierny, żem temu sierocie poniewierać się dała w ciężkiej nędzy przez cały wiek jego i przez wszystkie lata jego, amen.
Przestał Ksawery i przez chwilę pacierz szeptał, poczem tak mówił:
— Tak zaraz między narodem płacz buchnął, poklękali wszyscy, a jegomość do nich:
— Przyjmuję to zeznanie pani Wilewskiej w przytomności umysłu jej uczynione, a was wszystkich tu obecnych za świadków przed Bogiem i ludźmi biorę.
I zaraz na matkę, niby na panią Wilewską, oleje święte kładł, a naród odmawiał litanią za konających. Tak po tych olejach świętych matka zasnęła. Jak zasnęła, tak jegomość ludziom kazał precz wyjść, tylko organiścinę przy matce zostawił, a sam do mnie:
— A co? Nie mówiłem, żeś szlachcic? Matkę masz, a po ojca, to już sam Pan Bóg przenajświętszy osobno posłać musi dobrego pachołka, bo ulgnął gdzieś w śniegach podobno.
A potem spojrzał na mnie i mówi:
— I cóż tak stoisz, jak Piotrowin?
Bom stał, jak byłem, bosy, obtargany...
— Idź — mówi — i wykąp się — mówi — wymyj, wyczesz, żebyś matki w jej ostatnią godzinę nie straszył. Tak poszedłem. Jakem wrócił, tak już i «palito» i spodnie i krawat w pierwszej stancyi leżały na łóżku, co mi je wedle ściany uszykowali i buty tam były i kamizelka, i czapka, i koszula... Takem się zaraz w to wszystko oblókł...
— A matka — przerwałam — umarła?
— Aha! Aha! Nie umarła, chwała Bogu, nie umarła! Zaraz jej się po onych olejach świętych i po onem spaniu poprawiło, i przy dobrym rozumie z nami rozmawiała, rozpowiadając gdzie, co i jak, co przedać, co zostawić, jaki pochów sprawić, w jaką suknię ją oblec... Przywtarzała jej organiścina, ale co ja, to nie wiele z tego miarkowałem, tylkom jej u nóg leżał w onem «palicie» i w butach, i z czapką, i myślałem, że mi serce na dwoje pęknie od żałości...
Odwrócił głowę i pięścią wytarł oczy.
— A żałość to była taka słodka, właśnie jakby mi kto serce rozkroił i miodem smarował. Co spojrzę na panią, to sobie myślę: matka! A dusza ze mnie rwie się, jak ten ptak do gniazda...
Potem przyszła noc i pani spała. Z rana była jakoś rzeźwiejsza, organiścina kawy nagotowała...
— I dawno się to stało?
— A już będzie z pięć dni temu. Takem się spieszył, żeby tu przylecieć, opowiedzieć...
— I cóż Ksawery teraz robi?
— A nic. Przy matce, niby przy pani, siedzę, posługuję. Dźwigać ją trzeba, przenosić... Ale mi to wszystko miło. Jeszczem przez te pięć dni ani razu głodu nie miał, z zimna nie drżał... — dodał z cichym, wewnętrznym śmiechem rozradowania, i wsparłszy twarz na dłoni, stał tak kiwając głową z wielkiego nad dolą swoją dziwu, zapatrzony w runiejące pola z bolesnym swoim uśmiechem.
Może na polach tych upatrywał śladu bosych stóp swoich, odmrożonych i krwawiących po śniegu...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Przeszło lato. Nad ziemią przeciągały korowody jaskółek i mgły jesienne, klucze bocianów i deszczowe chmury, dzikie gęsi i wiatry, otrząsające z liści wszelkie drzewo żywe.

O Ksawerym od dawna mowy u nas nie było. Nie potrzebował tego, miał matkę. Aż, któregoś ranka, wśród mgły i szarugi listopadowej, zobaczyłam go jak sadził przez pole wielkimi krokami. Ale nie był to już ten Ksawery, który posiadał ciepłe «palito», sukienne spodnie, wysokie buty, czystą koszulę i niebieski fontaź. Był to ów dawny, tak dobrze znany mi nędzarz, w porozrywanym płóciennym chałacie, z obwiązaną starym szalikiem głową, z nagiemi kolanami, w wytartej, skrzyżowanej na piersiach, a związanej na plecach chuście, utykający na poobwijanych słomą nogach. Rzuciło się coś we mnie na ten widok, i jak stałam u okna, tak pobiegłam do kołowrota.
Zobaczył mnie z daleka i zaraz też uśmiechać się zaczął po swojemu, wpół boleśnie, a wpół idyotycznie.
— Bój się Boga, Ksawery! — zawołałam — co się z tobą stało?
— Aha... aha... — odkrzyknął mi wskróś wiatru, który pochwyciwszy głos jego, rozciągnął te dwa wyrazy w dziwny jakiś jęk. — Aha... z listami chodzę, proszę łaski pani...
— Jakto!... A matka? — zapytałam, gdyśmy się bliżej zeszli.
— Aha... matka... A jakże!... Ale że przy ludziach nie pięknie było... Nie można... Wdową wtedy była... Przez to się i rodzić musiałem w Krakowie...
Uśmiechnął się i patrząc osłupiałym wzrokiem w czarną, rozmiękłą ziemię, zaczął kiwać głową.
Czułam się dziwnie wzburzoną.
— I cóż? Zaparła się ciebie?
— A nie! Boże uchowaj! Zaprzeć się nie zaparła... Boże uchowaj! Tylko, że jak ozdrowiała, niech jej ta Bóg miłosierny da najdłuższe lata! to jakoś było nie pięknie...
Pochylił się i usta z boku ręką zastawił.
— Rozniosło się po całem miasteczku... Pani aptekarzowa przychodzić nie chciała, pani poczmistrzowa też... Przykro było... A i na ulicy ludzie patrzą... szepczą... wstyd... A wszystko przeze mnie, że to wdową wtedy była... — dodał przyciszonym głosem.
Deszcz ustał, wiatr przeciągał ze świstem po polu — szliśmy zwolna ku domowi.
— Tak mówi do mnie pani: Ksawery! — Tak ja na to: Co, matko! — Tak pani: — Nie wołaj na mnie matko, tylko wołaj: ciotko. Piękniej będzie przy ludziach... — A i sługa była w domu. Tak jak mówię: dobrze. — A już mi się zara krwią serce zalało... A no nic. Mówię ja — ciotko, tydzień, mówię dwa, a co powiem, to jakby kto we mnie nóż utknął. Aż przyszła precesya. Jak przyszła, tak burmistrzowa nie chciała matki za baldachimem w pobok siebie puścić.
Jak tam było, nie mogę wiedzieć, bom chorągiew przed jegomością niósł, ale, że się podobno głośno przemówiły. Jak się też przemówiły, tak matka z płaczem do domu. Wchodzę ja do stancyi, twarz rękami zakrywa i odwraca się ode mnie do okna. Zara pomiarkowałem, że cości źle. Jakem się też po pierwszej stancyi zaczął tłuc, tom się tłukł jak błędny, miejsca ani godziny znaleźć sobie nie mogąc, a takem się, niby w sercu, sam ze sobą bił, że aż trojakie poty na mnie wyszły... Jużem i jadła nie tknął, choć kiełbasa była... Oj, ciężko było... W książkach stoi, co w godzinę skonania wielkie na człowieka nastają ciężkości, ale się taka chyba nie najduje...
Zamilkł i przez długą chwilę kiwał nędzną głową, a oczy stroskane utkwił daleko gdzieś, w pędzonej wiatrem chmurze.
Westchnął potem i rzekł:

— Tak nie długo czekający na nieszpór dzwonią. A no nic. Przedzwonili, idzie matka do kościoła. Jak też poszła, takem zara te wszystkie ubiery, com je od matki miał, ze siebie zewlókł, a swoje ornaty, com je we węzełku na strychu chował, na się pokładłem, pacierz przed matczynem łóżkiem zmówiłem, podłogę w stancyi ucałowałem, kij wziąłem i puściłem się precz, w drogę... Niech tam! — myślę sobie. — Będzie piękniej przed ludźmi... Że to niby, proszę łaski pani, dodał szeptem, matka wdowa wtedy była...




W STARYM MŁYNIE
Opowiadanie Jankowi


W samym cyplu Neru i Warty stał młyn. Kiedym go poznała, już się on «starym młynem» nazywał. Nie dlatego, żeby na tem miejscu z dawien dawna istniał i stare czasy pamiętał, ale dlatego, że przed dwoma, czy trzema laty zbudowano w tym samym cyplu «młyn nowy», powyżej tylko nieco, który żółtością świeżo pobitych gontów pod słońce świecił, a robotę okrutnie machał, z świeżą jakby, niestrudzoną jeszcze ochotą i mocą.

Na nowym młynie siedział Niemiec Strauch, z włosem jak szczecina strzyżonym, z karkiem tak tłustym, że mu się przez kołnierz fałdą przelewał, z małemi świecącemi na wierzchu głowy oczkami, do czysta wygolony na twarzy okrągłej, dużej, jak cynober czerwonej. Strauch miał dwie, główne roboty: pocił się i klął. Pocił się i zimą i latem, a klął czy mu się dobrze, czy zaś nieco gorzej wiodło.
Prosty naród to tam zwyczajnie klątw takich szwabskich nawet nie rozumiał, ale młynarczyki latały jak frygi, pod tym złym językiem, który ciągle, niby paprzyca się obracał w tłustej gębie majstra, i pod temi świecącemi oczkami, z których, jakby szydła szły, kiedy na ludzi patrzył.
Pełno zaś tu było i ruchu i gwaru, i uwijania się, niby much w ukropie, bo sam Strauch, cały dzień nad ludźmi swymi, w biały fartuch opięty, na krótkich, jak u jamnika nogach dreptał, wielkie palce tłustych rąk swoich, za ramiączka żółtej kamizelki zatkawszy, sapiąc i klnąc na przemiany.
A w miarę, jak w «Nowym młynie» krętanina rosła, w «Starym» robiło się coraz ciszej, coraz puściej. Nierzadki dzień był zrazu, nierzadki tydzień potem, w którym nikt do niego nie zajrzał.
Mógł teraz pan Balcer Warawąs, Warawąsowskim powszechnie zwany, który z łomżyńskiej szlachty czynszowej ród swój wywodził, a tu przybyszem osiadł, coraz spokojniej z fajeczki swojej pykać i zgarbiwszy się w płóciennej swojej kapocie, coraz dłużej w rzekę odnoszącą bryzgi z pod kół nowego młyna patrzeć, i ogromne swoje wąsiska w dół motać, i niewysnute nigdy dumy w starej głowie snuć.
Głowa ta od lat kilku zaciężyła nagle ku ziemi, zwisając, jakby ugodzona wielką jakąś mocą, ku wyschłej i zapadłej piersi.
Mało kto widywał teraz chudą, pożółkłą, głęboko rzeźbioną twarz Warawąsa, wśród której sterczał nos potężny, pod zapadłemi, siwemi, dziwnej łagodności oczyma, i której cienkie, delikatne wargi coraz rzadziej otwierały się, aby wypuścić jakie skąpe i urwane słowo.
Wąsiska tylko okrutne, z ojca na syna w rodzie tym idące, daleko poza chudemi policzkami widne, znali wszyscy, a jedyny, z dawnej czeladzi pozostały głupkowaty parobek, «Kulasem» dla poobwijanych i różą podziurawionych nóg zwany, z gwałtownego ich ruchu lub opuszczenia odgadywał, «którą nogą» — jak mawiał, stary wstał z twardego swego tapczana.
Badaniu onych wąsów mógł się Kulas tem swobodniej oddawać, że roboty we młynie tak, jakby nie było; bo choć majster co rano dokolutka oba ganki obchodził i jednej pajęczynce ostać się u pułapów nie dał, młyna przecież nie puszczał, ale zeszedłszy na wodę, zadumany stawał i czekał. A czekając nie patrzył na drogę, którą mógłby kto z kilka worków ziarna przywieść, tylko ku lasowi w pole, gdzie na górze stał krzyż stary, a pod nim głaz bielił się zdala. Co prawda, to na drogę nie było co i patrzeć. Zarosła bowiem trawą szeroko, a w starej kolei, na zawrocie, chwasty się po wiosennych deszczach puściły. A kto je wydeptać miał? Kulas tylko po niej chodził z gębą na nic obluzowaną w zawiasach od ziewania i żucia, zresztą ani żywej duszy.
Dopiero od Nowego młyna zaczynało się życie.
Raz wraz trajkotały tam koła i dudniła ziemia, kiedy przyszły mrozy; raz wraz piszczały osie i brzęczały naszelniki, szarpane wielką siłą, kiedy nastały wiosenne roztopy, lub jesienne błota; raz wraz pyliły się nią gęste, białe kurzawy, kiedy suchość letnia rozpaliła piaski. Zaraz wszakże za młynem, jakby wszystko uciął. Stawał nieraz Kulas na drodze i pochłaniał chciwie te brzęki, te dudnienia, te kurzawy białe.
Oj urwałby się, urwał od starego, gdyby nie robota. Roboty się okrutnie bał i to od maleńka; a teraz, zależawszy pola, tak od niej odstał, że choć łeb utnij, same ręce odpadają od wszystkiego, nad czem się zapocić trzeba. A i jeść pono Niemiec skąpo daje. Wzdychał tedy Kulas, melancholią wielką nad losem swoim zdjęty, i zwolna zawracał ku staremu młynowi, aby do misy zgotowanej przez starą żołnierkę Łukaszową siąść, potem na ławie zadrzemać.
Po co Warawąs parobka tego trzymał, ludzie w głowy zachodzili. Żywić go musiał, odziewać, a i płacić coś nie coś jeszcze. Łukaszowa cały ogród dyni wyłącznie dla niego na polewkę sadziła; były zaś dni, że z grochowin tylko do miski wyłaził, napełniając ziewaniem całę izbę i wnosząc do niej olbrzymią, niepohamowaną nudę. Zresztą robił, co chciał. Od rana tylko z obowiązku przed Warawąsem stawał.
— A co? — pytał krótko stary, przenikliwie patrząc mu w oczy.
— A nic, panie mynarzu — odpowiadał Kulas, kilka liter nie wymawiający, czy to z natury, czy też z lenistwa i onego to obluzowania szczęk, któremi ciągle ruszał, i na tem się kończyły jego całodzienne z panem Balcerem relacye. Poza tem dostawał się w słodkie jarzmo Łukaszowej, która mu wszelaką folgę gwoli onej róży w nogach dawała.
Stary Warawąs szedł młyn tymczasem opatrywać. Obchodził ganki, oglądał kosze, uczepiał worki, obciągał pytle, dmuchał, trząsł, okurzał, poczem, jakby przypomniawszy sobie coś, ręką machał i nad rzeką stanąwszy, zwieszał głowę, to na wodę bystro, to w pole ku lasowi patrząc.
Powiadał mi Jesionowski, także szlachcic czynszowy, rodem z Dębego, z uniejowskiej hordy idący, że pięć, sześć lat temu, «Stary młyn» wówczas po prostu «Balcerówką» zwany, tężej jeszcze robotę machał, niż teraz nowy. Wielkie zaś koła, szeroką szczeblowiną zębate, tak srodze zapędne miał, że zdala, z daleka, słychać było warkot jego nieustanny a gromki. Droga też do młyna wyjeżdżona była czyście, a piasek, przemieszany na niej co dnia dziesięć razy, nie zatrzymał śladu wczorajszego kopyta albo racicy, tak wozy, coraz nowe szły, jedne o drugie zawadzając osiami, jedne przez drugie spiesząc. A jak postawały, to jak na kiermaszu było ludu, i sprzężaju i zboża. Na przydróżkach nawet nie utrzymało się źdźbło trawy, tak ją wydeptały baby, po ćwiartce, co biedniejsze, na plecach do młyna ziarno niosące. Procesyą to wszystko ciągnęło ze Zdun, z Małej i Wielkiej Leźnicy, z Tumidaja, z Tędowa, z Podłęża, z Parsk, ze Zbylczyc, z Grodziska, z kolonii, z dworów, Bóg wie skąd. A młyn huczał a huczał i trząsł się i zgrzytał i z sykiem i szumem wodę kołem rwał i piany garnął i rozpryskał, aż dylowina dębowa w nim drżała, a deski ganków i pomostów jęczały w sobie, jak żywe.
A jakie tam mąki szły, jakie kasze, jakie donsty, jakie szruty, jak żubrowane ziarno, to na podziwienie ludzkie. Dość powiedzieć, że wędrowna, młynarska czeladź do Balcerówki, jak na ogranicę ciągnęła, by się na ten ład piękny i na tę sztukę popatrzeć a i pouczyć co nieco.
W niedzielę za to ucichał ten cały gwar, cały ten łomot i tartas, a wtedy słychać było od samego rana cienki głosik Julisi, pana Balcera pięknej jedynaczki, która szeleszcząc swoją niebieską, świeżo wyprasowaną sukienką, po izbach się zwijała, albo w ogródku przystanąwszy, malwy różowe rwała, śpiewając wesoło:

Pasła panna, pasła panna
Prześlicznego pawia...

albo znów żałośnie:

Śliczne gwoździki, piękne tulipany,
Gdzieżeś, ach gdzieżeś, Janku mój kochany!

Ale to nie były jeszcze najpiękniejsze pieśni. Umiała ona i inne jeszcze, szlacheckie, które ciągnioną nutą śpiewywała z wielkiem pojęciem, jak np.

Ach Adelo, porzuć lament...

albo:

Powiejcie wiatry od wschodu...

w której to pieśni trochę się przy końcu tylko myliła.
Albo też wreszcie:

Na, masz ten pierścień na znak sprzyjania —
A nie powiadaj, że to od kochania...

które umiała wybornie a śpiewała z takiem uczuciem, że w jej ciemno szafirowych oczach zapalały się przytem, jakby dwie wielkie gwiazdy, a śliczna twarzyczka, jak lilia, bladła.
Słuchając śpiewania jedynaczki swej, pan Balcer prostował się, wązkie jego wargi rozszerzał przebłogi uśmiech, a cała postać opływała jakiemś rozjaśnieniem wewnętrznem.
Ale świeży, pełen młodości głos pięknej Julisi, nie tylko nad panem Balcerem moc taką miał. Kulas nawet usłyszawszy ją na strychach, gdzie ulęgałki przed rabunkiem młynarczyków chował i po dziesięć razy na dzień przebierał, po drabinie złaził, stanąwszy u płotka sadu, w boki się ujmował, a zginając i prostując w kolanach swoje okaleczałe nogi, co miało ruch taneczny oznaczać, śpiewał:

A ja sobie podrygom,
Ze Słomceskom Jadwigom...

Dalszych wierszy pieśń ta nie miała, ale była ulubioną przyśpiewką Kulasa, który kto wie nawet czy nie sam ją ułożył, ku wspomnieniu tej szczęśliwej chwili, kiedy jakaś Jadwiga Słomczewska zdecydowała się dzielić podrygiwanie biednego kaleki...
To pewna, że kiedy młynarczyki dopytywały się, co to była za Jadwiga, Kulas śmiał się i pokazywał swoje, wielkie żółte zęby, a z gardła jego, dobywało się warczenie, jakiem nieraz bronił ulęgałek w otrębach.
Stąd zrodziło się podejrzenie, że Jadwiga Słomczewska nigdy nie istniała i nędzny Kulas tem imieniem oblekł jakąś marę swej wyobraźni i pożądanie własnego, wydziedziczonego z miłości serca.
Jednego nawet lata ustroiły młynarczyki w balcerowskiem prosie, okrutnego, z rękami rozczapierzonemi na dwóch kijach stracha, ze starej spodnicy Łukaszowej, z resztek kamizelki pana Warawąsa i z poobrywanego kapelusza organisty z Tumu, a Janek Graczyk najmłodszy, ale piśmienny, na drewnianej deseczce, na wierzchu kija, wielkiemi literami smołą wypisał: «Słomczeska Jadwiga».
Sprofanowany w ten sposób ideał Kulasa, nie przestał być przecie jego ideałem, choć tego dnia, kiedy ów strach w prosie stanął, tylko połowę polewki z dyni zjadłszy, od razu się w grochowiny zaszył, do ulęgałek nie zajrzawszy nawet.
Teraz to wszystko przeszło. Głos ślicznej Julisi czarnowłosej i modrookiej, która w niebieskiej sukience, jak niezabudka nad rzeką tą wzrosła, nie budził już echa. Młynarczyki rozbiegły się za chlebem, młyn zczerniał, zgłuchł, opustoszał prawie, droga zarosła, w prosie tylko sterczały dwa patyki i deszczem spłukana tablica, na której chmurą teraz siadały niepłoszone wróble.
Najwięcej wszakże odbiła się ta zmiana na starym Warawąsie. Jak był wysoki, tak się zgiął we dwoje; jego płócienna kapota wisiała na nim, jak na wyschłym kołku, wąsy opadły, oblicze zaklęsło, wzrok wygasł. Czasem tylko okazywało się w nim wielkie zadziwienie; wodził wtedy oczyma po młynie, po sadzie, po rzece, czasem rozstawiał wychudłe ręce i patrzył uporczywie w niebo, jakby tam szukając rozwiązania dręczących go wątpliwości.
Z nieba wszakże zlatywało tylko stado gołębi srebrzących się w locie i obsiadało jego starą głowę i ramiona i trzepotało się u nóg jego, gruchając i podlatując, póki starca nie odeszło owo zadziwienie i nie nasypał ulubieńcom swoim ziarna.
Na młyn nowy i na Straucha nie zwracał żadnej uwagi. Jakby ich nie było. Mówi kto o nich, to głową kiwnie, bez niechęci, bez ciekawości, ale sam nie zagadnie nigdy o sąsiadach swojej Balcerówki. Balcerówka też zamieniła się zwolna w osadę rolną; kawałek chleba i kartofle dobywano z niej, a rzeka i młyn na niej — jakby nie istniały.
W niedzielę pan Balcer przebierał się staranniej, wdziewał granatową kapotę z potrzebami, na szyi wiązał czerwoną, bawełnianą chustkę, na głowę zasadzał magierkę z czarnym barankiem i z laską w ręku do kościoła szedł.
W kościele zatrzymywał się tuż przy drzwiach i o kruchciane drzwi wsparty dobywał z kieszeni gromnicę i zapaliwszy ją, stał z owem trupiem światłem w ręku, patrząc na ukrzyżowanego w wielkim ołtarzu Chrystusa, blade jego cienkie wargi nie poruszały się ani jednem słowem modlitwy; jeśli się modlił, to chyba jakimś wewnętrznym krzykiem duszy. Dopiero kiedy organ na «Święty Boże» uderzył, szedł pan Balcer dużym krokiem przed sam wielki ołtarz i tu się na ziemi rozkrzyżowany kładł z wielkim jękiem i tak przez całe suplikacye leżał, podnosząc siwą głowę i uderzając czołem w kościelną podłogę.
Jaka tam była rozmowa jego z Bogiem — nie wiedzieć.
Ano wstawał po niej w wielkich potach, we łzach, jakby w spracowaniu okrutnem, z twarzą, po której płomienie szły, z błyskawicami w siwych oczach, i nie czekając aż inne pieśni organista odśpiewa, z gromnicą swoją wychodził, dziwnie prosty, do dawnej dużości swojej cudem jakby wrócony, z podniesioną głową tem wyżej, im głębiej wpierw w prochu leżała z magierką na grubej lasce. Zaś pod lipą na kościelnym cmentarzyku siadłszy, gasił gromnicę, ogarek do kieszeni chował i do dawnej, znękanej postaci wracając, wlókł się ku staremu młynowi.
Widząc ja go tedy raz i drugi, jak to swoje nabożeństwo czynił, zapaliłam się chęcią wielką bliższej z nim rozmowy. Aż i przyszła taka chwila. Nie od razu, ale przyszła: dobiłam się do tej duszy, cierpliwością długą i pracą.
Pamiętam, jesienny był dzień, z cichego, wrześniowego nieba szedł blask modry i silny, zieloność jarzyn omdlała była i już gdzieniegdzie rdzawa. Wzdłuż tylko rzeki, świeżym majem ciągnęły się smugi traw miękkich i puszczających się z nadbrzeżnej grzęzawicy, aż w głąb wody, tataraków i ciemniejszej trzciny.
Ogromna świeżość, chłodem biła z rzeki na brzeg wyniosły, wyszarpany, podmyty z jednej strony, a z drugiej rozścielający się płasko. W nowym młynie huczało jak w kotle. Krzyki i nawoływania ludzkie głuszyły niemal szum wody, aż na cichą Balcerówkę się niosąc.
Staliśmy właśnie ja i stary Warawąs, na kładce, wypuszczonej z młyna na rzekę, kiedy na drodze od lasu idącej, rozległ się śpiew donośny, bezfrasobliwy, szeroki, a zarazem jakby bębnienie na jakimś blaszanym statku.
Drgnął stary, o żerdkę oburącz oparty i podniósłszy zblakłe, głęboko pod czaszką osadzone oczy, przenikliwie na drogę patrzył.
Szli po niej dwaj ludzie, którzy gdy się zbliżyli, znać było, że do wędrownej czeladzi należą. Krótkie mieli spencery, wyładowane torby płócienne na plecach utrzymywały parciane szle, przez piersi na krzyż idące, krótkie fajki u guzików mosiężnych, obuwie płytkie, na tył głowy nasunięte, omączone czapki, u szyi fontazie kolorowych chustek, na wierzch wypuszczone, w ręku kije. Niższy, czarny i kędzierzawy, miał przy boku podłużne blaszane pudło, na którem bębnił w takt piosenki, której słowa można już było rozpoznać. Zaczynali świeżą na dwa głosy strofkę.

Wer in den Himmel, sagt man,
Wollte geh’n — sagt man,
Der muss ein Pelz — sagt man,
Mit sich nehmen — sagt man.

Denn in dem Himmel — sagt man,
Da ist kalt — sagt man,
Denn der Schnee — sagt man,
’Runter fällt — sagt man.

Szarpnął się w tył pan Warawąs przy pierwszych słowach tej piosnki, ale na kładce został, tylko ciemny rumieniec wybił mu nagle na zwiędłą twarz i podszedł aż pod skronie, stare piersi ciężko dyszały a zblakłe oczy, czerwonym żarem roztlały. Wędrowcy tymczasem skręcili z drogi i pod młyn podeszli. Jeden z nich uchylił czapki:
Glück auf! — zaczął przyjaźnie.
Ale pan Balcer nie dał mu przyjść do słowa.
— Niema! — wołał, machając rękami tak, jakby ich od progu swego chciał odpędzić, — Niema roboty! Kein Arbeit! Weg! Precz! Do Niemca! Do nowego młyna! Weg!... Tam! Tam! — I trząsł wyciągniętą ręką w stronę huczącej rzeki i trząsł głową siwą, a okrutne wąsiska groźnie się podniosły, wśród rozognionej gniewem twarzy.
Wskróś tego gniewu znać było w obliczu starca jakiś wielki zabobonny przestrach, który ześrodkował się w nieruchomych, pełnych przerażenia oczach.
Podczas, gdy jedno z jego zwiędłych ramion, wyciągnięte ku rzece, trzęsło się namiętną żądzą oddalenia jak najrychlej nieproszonych gości, drugie szeroko rozpostartą dłonią zastawiało pierś, jakby broniąc jej od jakiegoś złowrogiego ciosu.
Wędrowna czeladź popatrzyła na pana Balcera, potem na siebie, potem na koło młyńskie, między szczeblowiną którego zwieszały się uschłe na siano, wygarnięte kiedyś z rzeki wodorosty, potem na rzekę w stronę Nowego młyna, zaszwargotali wreszcie między sobą i kiwnąwszy głowami, odeszli na on huk i łoskot Strauchowej siedziby, wzdłuż rzeki się ku niej biorąc.
Już zawróciwszy, kilka razy jeszcze zakołysali głowami, jakoby z dziwu, poczem rozległa się przeciągła nuta, znanej wśród wędrownej czeladzi pieśni:

Das Jahr ist gut, das Braunbier ist gerathen,

D’rum wünsch’ ich nichts mehr, als drei Tausend Dukaten.

Ja — drei Tausend Dukaten...

Pieśń ta, porwana szumem i hukiem wody, prędko była już tylko ledwo dosłyszalnem echem.
Dopóki wszakże brzmiała, stary Warawąs prowadził śpiewających zapalonemi oczyma, dysząc głośno, a kładka, na której znów obie ręce oparł, skrzypiała pod ich żelaznem ujęciem. I dopiero wtedy, gdy głosy, słabnąc stopniowo, ucichły, a postacie idących na zakręcie zniknęły, odetchnął głęboko pan Balcer, wytężone źrenice przymknął na chwilę i pot z czoła trzęsącą się jeszcze z wysilenia dłonią otarł. Poczem wąsy raz i drugi na dół szarpnąwszy, przygasł w twarzy z onych gniewnych ogniów, tem żółtsze i jakby woskowe pokazując oblicze.
— Zgiń... przepadnij!... — zamruczał wreszcie drżącemi wargami, poczem bystro na mnie spojrzawszy, dodał:
— Człowiek ani wie, kiedy się licho do domu jego wnęci... Ale niedoczekanie twoje!
Oddychał szybko i głośno. W starej jego piersi obudził się widać ból dawny, który sobie ujścia szukał. Bojąc się go spłoszyć, milczałam i patrzyłam w rzekę. Umiałam już z nim mówić temi długiemi milczeniami, do których w samotności swej przywykł.
Rzeka płynęła w ogniach, pod zachód się już miało. Nad łąkami wstawały opary.
— Takiego, to raz tylko za próg puścić — przemówił nagle Warawąs — oho! już i po spokoju! Snu nie zaznasz, dobra nie uwidzisz, pociechy się nie doczekasz... Niekatolicki naród... Strach, jakie sztuki umieją. Jest — źle, niema go — jeszcze gorzej. Za takim to i dola, jako ten gołąb odleci... Oj! dola, dola! Niewierna ona! I ludzie niewierni i kamienie niewierne i dzieci niewierne! Oj! ciężko na świecie chrześcijańskiej duszy!
Westchnął z głębi starych piersi i długą chwilę milczał. Westchnęłam także, oczu nie zdejmując z wielkiej, gorejącej na wodzie łuny.
Pan Balcer, łokciami się o żerdkę wsparłszy, zapytał z cicha:
— A co? Poszli? Przepadli? Nie widać?
— Nie widać — odpowiedziałam, nie odwracając głowy.
— Bodaj ich! — zamruczał stary.
Poczem nagle, pochyliwszy się ku mnie, rzekł:
— A to, pani moja, cała bieda z takiego mi, jak owi tam, poszła...
Urwał — i jeszcze próbował, czy mu dusza zmilczy — ale słowa nagłą falą na usta mu się rzuciły. Odetchnął tedy głęboko i tak mówił z cicha:
— Wędrował, a no wędrował. Hans mu było imię. Od pruskiej granicy szedł, od Elbląga, czy co... A młyn wtedy na okolicę był głośny, nie trza mówić, wszyscy o tem wiedzieli. Tak się tu i został. Takie «reisery», wiadomo, po młynach chodzą, nowej roboty szukając i przewąchując co lepszą naukę. U nas to tego obyczaju niema, ale u Niemców jest. A no dobrze. Został, to i został. Czeladnik świeży zawsze się przy młynie przygodzi. Chętny był, rzeźki, do roboty się ostro brał — zostawiłem.
A rok był taki, że niepamiętane rzeczy! Ludzie, jak na odpust jechali i szli, zboża się porodziły okrutne, ziarno sypało aż strach... Co chłop mendel omłóci, to już ci korczyk żyta do młyna wiezie. Okrutnie się ludzie pobogacili onego roku... Lada cham, to sobie pytlować mąkę do drugiego razu dawał. A jagieł to tak po komorach, po faskach baby miały, jak drugi raz i otrąb nie mają.
A mój Hans uwija się a przyśpiewuje. Takie oto bzdurne pieśni, jak ci tam... A robota we młynie aż dudni. Pięć kamieni szło, a jeszczem nadążyć nie mógł. Dwóch czeladzi jeszczem przyjął i parobka i przerobić my tej roboty nie mogli. To inszy rok już po ostatkach bastuje, a ten wcale przednówku do samych nowych żniw nie miał, takie były zboża!
A co? — zapytał nagle, przerywając sam sobie — do nowego młyna poszli... a co?
I przyłożywszy rękę do czoła, zmrużył siwe oczy i pod słońce wzdłuż rzeki patrzył. Ale światło zalało rzekę aż po brzegi i nie dawało na migotanie swoje długo patrzeć. Wszystko teraz stało w złocie i czerwieni: wierzby, łozina i szuwary nadbrzeżne; a one lilie wodne jakby z korala cięte, w tem morzu się ognistem pławią.
Stary popatrzał, popatrzał i westchnął ciężko.
— Krwawi się teraz ta rzeka, jako serce moje — przemówił kiwając głową — ale sercu ciężej, bo krew z niego nie spłynie, jako z wody spłynie...
— A cóż ów Hans? — spytałam, jakby z niechcenia.
— Oj, żmij to był i wąż przeklęty... I sam nie wiem, do dziś dnia, choć łeb utnij, nie wiem, jakim się oni sposobem zgadali... Dziewczyna Boga wezwać po szwabsku nie umiała, on też po naszemu ani rusz. A jednak... Miłosierny Boże! Zakryj ty już ręką swoją one oczy stare, aby tego nie widziały...
Przycisnął dłoń do powiek i chwilę ją tak trzymał w milczeniu. Poczem rzekł:
— Jakem tylko pomiarkował, że Julisia raz wraz do młyna przylatuje i dziesięć interesów na godzinę do mnie ma, a wszystko, byle tylko na onego szwaba zerknąć, takem sobie pomyślał: Czekaj psubracie! Wypędzić cię nie wypędzę, boby dziewczyna serce do mnie straciła... A jednąm ją miał, pani moja, jako to słonko na niebie, jak tę duszę w ciele... Ale takiego ci pieprzu dam, że stąd sam wylecisz i nie wrócisz się, choćbyś tu oka zapomniał. Takem ja sobie, pani moja, myślał i rozmyślał i takiem sobie postanowienie wziął.
Więc zacząłem mego szwaba siarczystą robotą prażyć, taką robotą, że to niewytrzymane rzeczy. Noc uśpi, noc obudzi, ani siąść, ani tchnąć — nic! Do łokci ręce, psubracie, pourabiaj, myślę, do krwawego potu, siedm razy na godzinę się zapoć, myślę, nosem w ziemię zaryj — myślę — to ci się bałamuctwa z dziewczyną odechce... I walę ziarna w dwoje tyle na kosze, a worki pakuję takie, że i koń miałby co dźwigać, z góry na dół, z dołu na górę na złamanie karku pędzam, zjeść nie daję, orzę w niego tak, że niech Pan Bóg broni! Wyciągnął się, pobielał na twarzy, jakby po zimnicy, oczy mu się, jak u wilka na mróz zaświeciły — i nic. Zęby bywało ściśnie, aż mu zgrzytną, jak u strzygi, i robotę taką, coby i na trzech było z czubem, ino za siebie przerzuci. Ano dobrze. Święta nie daję, niedzieli nie daję — nic. Aż i dziewczyna pobladła, posmutniała, płakiwać po kątach zaczęła. Pękało mi serce, alem się już zawziął okrutnym zawziątkiem. Zawszeć to człowiek szlachcic od rodu, Warawąsoski... Nie z tych stron, nie... Z łomżyńskiej ziemi szlachta my byli, czynszowa, prawda, ale się żaden z nas, ze szwabami, jak Bóg Bogiem, nie bratał, od dziada, pradziada.
Szarpnął siwego wąsa i przymilkł na chwilę.
Ano, minął tydzień, minęły dwa tygodnie, minęły trzy tygodnie — i nic. Mój Niemiec o odstaniu od młyna ani myśli. A jużem sam tak się owem prażeniem zmordował, żem ledwo nogi za sobą powłóczył. Czekajże! — myślę ja sobie. — Nie przeprę cię robotą, to cię przeprę sztuką. A znałem jednę sztukę młynarską, co mnie jej jeden stary majster, Francuz nauczył, że to we francuskim kraju straszne młyny są i straszne młynarskie sztuki...
Mówiąc to, przyciszył głosu i nagle urwał.
— Dawniej tobym o tem za srebro, złoto nie powiadał — rzekł po chwili — ale teraz, niech tam!
Machnął ręką i zamyślił się ciężko. Rzeka pociemniała tymczasem, a chłód surowy z niej powiał. Szumiała jeszcze i pryskała, jakby wrzątkiem pod nowym młynem woda, ale gwar ludzkich głosów już przymilkł, i wozy przestały turkotać. Po wierzchołach gorzały tu i owdzie pod zachodnią łuną wierzby, dołem siność zmierzchu szeroko już szła, a na pobladłym wschodzie wybłysnął sierp perłowy. W późnych grykach, prosach, zaczęły się wabić świegotliwie kuropatwy, nad błotami, w oparach kruczały żórawie, a daleko, gdzieś daleko, dzwon się na Anioł Pański odezwał...
— Pamiętam, była sobota — mówił z cicha Warawąs.
— Z wieczora zaraz z młynam szwaba wyprawił, a sam się zostałem. Odpocznij sobie — mówię — bo od północka młyn pójdzie. Jużem się, pani moja, i Boga obrażać nie bał, i w niedzielę, jak ten poganin, do roboty pędzał, a wszystko z tego zawzięcia. Tak mój Hans poszedł.
Jak też poszedł, takem z puzderka dobył piórko z żywem srebrem i zapuściłem na największy kamień. Rozpełzło się to tylko po kamieniu, jak woda i już. A trzeba wiedzieć, że taki kamień za nic mleć nie będzie. Obraca się to, obraca, a ziarna nie weźmie. Staluj, jak chcesz, i wyżej, i niżej, nie weźmie. Taka to jest sztuka. A cóż! Kamień, to już jakby na nic. Wszystkie kanty het precz ona rtęć zaleje, choć go na nowo kuj. Wypalenie tylko pomoże... Taka sztuka!
Ale jużem nie dbał, jenom okazyi z onym szwabem szukał, choćby też z własną utratą... Niech z torbami pójdę, myślę sobie, a ty Niemcze, z młyna precz! Roboty nawaliłem huk, o północku obudziłem Niemca, a sam się układłem, ale nie śpię. Gdzie mi tam do spania! Switaniem idę ja na młyn, a tu robota wszystka het, precz zwalona. Worki poodczepiane, podłoga umieciona, a mój Hans przed młynem na tym kamieniu zalanym słomę pali.
Blady, jak żgło, oczy, jak to świętojańskie próchno mu się świecą, ale nic, mina gęsta, tylko pogwizduje sobie...
Ażem się przeżegnał. Czort go uczy — myślę. I robotę machnął i kamień z młyna wytoczył, i sztuki się domyślił, i ratunek na nią znalazł. A kulasa do pomocy tylko miał i pachciarza z Leśnicy, co zboże ostatni przywiózł.
To taka złość, pani moja, zakipiała we mnie, że byłbym zębami rwał.
I nie o szkodę mi szło, choć i to nie żart. Wypalenie co prawda pomoże, ale już kamień porzysty potem się robi i kruchy, już on na swojem miejscu nie odpowie, już nie taki. A no, nie o to mi szło. Niemiec wypalił kamień, przebrał się, do śniadania siadł i nic. Dziewczyna się też zaraz nawinęła, na szwaba popatrzyła, do sadu wybiegła i zaraz do Kulasa. A co? a jak? a czemu czeladnik taki blady? a czy się tatuńcio nie gniewa? a czy co ze sobą gadali?...
Żem, słysząc to, trupem nie padł, Bóg łaskaw. Hans od śniadania wstał i mówił do mnie — a jużem szwabską jego mowę coś nie coś rozumiał.
— Mądrzyście wy, panie majster, ale i ja niegłupi. — I poszedł.
Cały dzień potem, na płocie od ogrodu, na oczach dziewczynie siedział i gwizdał, i przyśpiewywał, a na fleciku przygrywał, właśnie, jak ten ptak na wiosnę. A dziewczyna w ogrodzie, to w okienku, jak róża się na twarzy pali, a oczyma za nim wodzi, a cała drży, jak ten liść na wiosennym wietrze... Wstyd mówić. Taki szwab i szlacheckie dziecko...
Splunął stary i zatrząsł głową siwą...
Na wschodzie błysnęła gwiazda jedna, druga, sierp miesięczny rozpalił się, jak złoty, rzeka pod nim srebrną łuską drżała, uciszona teraz i senna. W powietrzu też wszystkie gwary i głosy umilkły. Szła noc.
— To, pani moja — mówił dalej Warawąs — przeszło tak pół roku. Pan Bóg miłosierny za grzechy mi je policzy; Hans za trzech, gdzie za czterech pracuje, a o wędrówce ani wspomnienia, a co się odezwę, żeby mu już czas w dalszą drogę, to dziewczyna cała w płomieniach stoi, i łzami pruszy, i ustka zaciska, i po kątach płacze, że niby to takiego tyrana okrutnego za ojca ma...
A ja całymi dniami jakby z ćwiekiem we łbie chodzę, a przyjdzie noc, to się jak na szyszkach z boku na bok przewracam, jednem uchem śpię, drugiem słucham, ażem z tego wszystkiego wysechł, jako trzaska.
Tak w tem ustawicznem niespaniu i ciężkiem myśleniu nowa mi rada do głowy przyszła. Rozważyłem ją sobie tak i tak, rozmyślałem, wołam dziewczynę i mówię:
— Słuchaj Juliś, pojedziem do chrzestnej, bo się już stęskniła za tobą.
A mieszkała ta chrzestna, niby moja kuma, coś ze cztery mile od naszego młyna. Zapłoniła się jedynaczka moja, ale nic nie śmiała rzec, tylko oczy, jak te dwa bławaty opuściła i pocałowawszy mnie w rękę, spytała:
— A na długo, tatuńciu?
Ukłuło mnie to zapytanie, jako żądłem w serce, alem się rozśmiał tylko:
— Na dwa dni z jutrem — odrzekłem, chociem w głowie wcale co inszego osnuł.
Ano, zawiozłem dziewczynę. Trzy dni siedziałem i gadałem z kumą. Jużem i o zyski i o robotę nie dbał... A czwartego, kiedyśmy się już umówili, jak i co, świtaniem — dziewczyna moja spała jeszcze — wstałem, zaprzągłem szkapę i wróciłem do domu sam.
I co to zdrada!
Tom nie śmiał, pani moja, wróciwszy, szwabowi owemu w oczy spojrzeć, choć to niekatolickie plemię przecie, a i to prawda, że kiedy ojcu o dziecko idzie, to mu dużo wolno... A co poradzić? Nie śmiałem. Tom, jak ten wilk po młynie pierwszego dnia chodził, żeby się z oczyma czeladnika nie spotkać, a jadło tom sobie kazał do alkierza nosić, żeby z nim w jednej misce łyżki, jako ten Judasz, nie maczać...
A mój czeladnik obszedł mnie tylko raz i drugi, jak ten zły pies, popatrzył na mnie z podełba i nic. Drugiego dnia to samo. Ale przecie jakoś mi lżej było. Ot, myślę sobie, potęskni dziewczyna, potęskni i zapomni. Kuma ją do miasteczka powiezie, świecidełko jakie kupi. Był też tam w okolicy kawaler grzeczny, gorzelany, który już zdawna o Julisię przepytywał... Ot i zapomni może.
A zaprzysiągłem, jak na toż kumę, że chociażby dziewczyna niczem się ułagodzić nie dała, choćby zaklinała, koni jej nie ma dać, a w razie czego sukienkę Julisiną modrą i trzewiczki schować.
Trzeciego dnia na odwieczerz, słońce się już kulą z nieba toczyło, przystępuje do mnie mój czeladnik i wręcz pyta:
— A gdzie to została córka wasza, panie majster?
Zakipiało wszystko we mnie, alem się pohamował i mówię:
— Gdzie została, to została, dość, że jej niema i nie będzie.
— Tak? — pyta jeszcze i oczyma świdruje, świdruje mnie aż do mózgów.
— A tak! — mówię, a serce dygoce we mnie jak pytel.
— Ha no — mówi — to i mnie tu nie będzie.
— Z Bogiem — mówię ja na to, a nogi aż latają podemną.
A on na to:
— Z Bogiem, albo i nie z Bogiem. Pokazaliście wy mnie, panie majster, swoją sztukę, pokażę i ja...
Odstąpił i do roboty poszedł.
— Ot, gadanie — pomyślałem sobie, ale mi do samego wieczora strach jakiś kościami wstrząsał.
Skończyła się robota — nic. Zamknąłem się w alkierzu. Kulas mi tylko przyszedł pod okno powiedzieć, że czeladnik manatki swoje zbiera i węzełki wiąże. Rzuciłem się na tapczan i czekałem końca.
A pełnia była tej nocy i księżyc od dwóch godzin już na niebie, jak rybie oko stał.
Nagle usłyszałem śpiewanie Hansa. Umiał on różne pieśni i różne śpiewywał, alem tej nie słyszał jeszcze. Dziwna to była pieśń. Łaskotaniem jakby po sercu szła, a taką moc miała w sobie, żem doleżeć nie mógł, tylkom wstał i do okna podszedł. Śpiewał godzinę może, może więcej, poczem głos jego zaczął się oddalać od młyna. Wyszedłem z alkierza i przez sień. Jasno było jak we dnie... Chryste Jezu! Kiedy jasność onę wspomnę...
Przerwał opowieść swoją Warawąs i silnie drżeć zaczął. Zęby jego szczękały przez chwilę jak w febrze, spojrzenie miał osłupiałe i mętne.
Opanował się przecież i głęboko odetchnąwszy, tak mówił:
— W jasności onej wielkiej, drogą ku lasowi, szedł Hans z tłomoczkiem na kiju i śpiewał, a za nim z daleka — bogdajbym oślepł na wieki! — za nim boso, w białych szatkach tylko, szła z wyciągniętemi przed siebie rączkami i ze spuszczonemi oczyma, blada, jak opłatek, Julisia.
Krzyknąłem i rzuciłem się do niej. Nie obejrzała się nawet. Dopiero kiedym jej dopadł i za ramię chwycił, u nóg mi runęła jak martwa.
— Ty co, dziewczyno! Gdzie? jak?...
A ona:
— Zabij, tatuńciu — mówi — albo puść mnie za nim. Zabij, bo inaczej się tu nie ostanę chyba w trumnie. Przez ogień — mówi — przelecę, przez wodę przepłynę... Albo puść — mówi — tatuńciu, albo zabij!
Jak ten robak się wiła, jak ta zuzula jęczała, jak żywica do rąk i do nóg mi lepła...
Jezu miłosierny! Co miałem robić? Puściłem...
Stary otarł pot z czoła, zęby znowu szczękać mu zaczęły.
— Wstała — wyszeptał po chwili, przełykając ślinę — wstała i poszła. Jak cień za nim poszła, jako mgła łężna, tak samo, jako wpierw, wyciągnąwszy rączki przed siebie i przymknąwszy oczy. Jako ten gołąb, co na pożar, z gniazda, skrzydła rozpuściwszy, oślepły leci — tak poszła. Padłem na drogę, łbem o ziemię tłukłem, jak ten zwierz leśny ryczałem, jak pies wyłem — nie wróciła. Ten czartowski zaprzedaniec wciąż śpiewał. Poszła za nim. Cóż jej ojciec, dom, ród, cóż jej wszystko? Duszę mu zaprzedała, poszła...
Urwał i dyszał ciężko, poczem z nagłem pomieszaniem w oczach pochylił się niżej jeszcze ku mnie i rzekł przyciszonym głosem:
— Słyszałem ja, pani moja, o czarowaniach różnych i o różnych sztukach młynarskich. Słyszałem, że drugi człowiek tak kamienie zaczarować potrafi, że jemu tylko mlewo pójdzie, a nikomu inszemu nie pójdzie. Słyszałem, że taki człowiek co zechce, to ze młyna za sobą wyprowadzić może, wodę nawet od koła na wróci — alem nie wierzył...
Moc Boska, myślałem i — tyle.
A tu patrzę ja, pani moja, a w owej wielkiej jasności kamień młyński drogą się za Hansem toczy... Cały w blaskach, aż srebrny, właśnie jakby kto po równej ziemi pełnię miesięczną potoczył... Stoję ja struchlały i patrzę, a tu drugi się toczy, i trzeci i czwarty... Jezu Chryste! Wszystkie się potoczyły za Hansowem śpiewaniem... Chciałem wołać, chciałem gonić, ale gdzie! Nogi jakby mi w ziemię wrosły. A i to do myśli mi przyszło, że kiedy córka, kiedy rodzone dziecko tak mnie rzuciło, starego sierotę i poszło — to cóż kamienie?...
To cóż kamienie? — powtórzył z naciskiem, trzęsąc siwą głową, poczem wyprostował się nagle i wyciągnął ku lasowi ramię.
— Wszystko się potoczyło — rzekł silnym głosem — wszystko odemnie odeszło na wielką jasność miesięczną, tam, het, precz...
Zamilkł i chwilę stał tak wyprostowany, z głową wzniesioną i z wyciągniętem ramieniem. Zgarbił się potem, pochylił, na żerdce ciężko wsparł i wracając do cichej swojej mowy, rzekł, jakby sam do siebie:

— A jednak... tak sobie czasem myślę, że gdybym był wtedy na one kamienie zawołał, toby się może wróciły...




MOJA CIOTECZKA
Fraszka


— Ależ cioteczko!

— Ależ, mój Julku, nie irytuj mnie napróżno! A przedewszystkiem... precz Żolka! — nie całuj mnie tak ciągle w ręce.
— Ależ, kiedy bo te rączki, jakby stworzone do całowania! — odrzekłem, nie puszczając prawej, a usiłując pochwycić lewą, która cofnęła się przedemną, między proste fałdy sukni.
— O jakież-to paluszki! Jak z cukru. Cioteczka cała... O, jakie to śliczne rumieńce!
— Idźże sobie już, mój drogi! Wstydziłbyś się takie rzeczy gadać!
— Jakie rzeczy! Czego się mam wstydzić? Jak Boga kocham! Albo to nie prawda? — mówiłem to swobodnie na pozór, ale w istocie mocno byłem zakłopotany, stojąc przed ciotką moją, panną Konstancyą Pullewiczówną, właścicielką bardzo wysokiej, bardzo wązkiej i bardzo białej kamienicy na Starem mieście, w pachnącym lewandą saloniku, którego ściany dziewiczo odbijały od zieleni mnóstwa nagromadzonych pod oknami krzewów. Staroświeckie, białemi pokrowcami obciągnięte meble, stały pod ścianami temi sztywne, a twardy, nieprzystępny taburet, na którym w pierwszej chwili zniechęcony siadłem, zdawał się oburzać poufałością taką z mojej strony.
Sama panna Konstancya, około lat czterdziestu mieć mogąca, wysoka, prosta, szczupła, w swojej czarnej sukni, z delikatną, bladą twarzą, i ciemnemi, gładko zaczesanemi włosami, które tu i owdzie srebrne przerzucały nici, podobną była do mniszki.
W tej chwili siedziała wyprostowana i sztywna na jednem z wązkich i wysokich krzeseł, a po jej szczupłych policzkach przesuwał się delikatny rumieniec pomieszania i niecierpliwości. Przy nogach jej kręciła się Żolka i Finusia; w sporym, niebieskim szalem wysłanym koszyku, spała jedwabnista Pafcia, a najzłośliwsza, w wiecznej ze mną wojnie będąca Djanka, warczała pod fortepianem.
Wszystko to usposobiło mnie melancholicznie. Pierwsza dopiero zyskowna robota trafiała mi się od czasu, jakem patent dostał, ale trzeba było wyjechać daleko, a nie miałem przy kim zostawić Anulki, z którą rok temu ledwośmy się pobrali.
Chwilę trwała cisza, nie wróżąca nic dobrego. Postanowiłem wszakże raz jeszcze szturm przypuścić.
— Więc jakże będzie, cioteczko? — zapytałem najmilszym, na jaki stać mnie było głosem.
Wzruszyła niecierpliwie ramionami.
— Cóż ma być? Nic nie będzie...
— Ale cioteczka wie, że ja wyjechać muszę, że jeśli propozycyą takiej firmy odrzucę, to stracę i zarobek znaczny i bardzo dobrą na przyszłość klientelę i odmawia mi takiej drobnostki.
— A śliczna mi drobnostka! — odrzekła żywszym nieco głosem — wziąć do siebie młodą mężatkę na cztery tygodnie...
— Ale nie na cztery! Może na trzy, na dwa, albo ja wiem. Będę się śpieszył, będę po nocach pracował, aby tylko jak najprędzej wrócić... Mnie samemu będzie tęskno.
— O ja wiem! — przemówiła, patrząc na mnie z wysokości swego twardego krzesła i ściągając wzgardliwie górną, wązką wargę.
Udałem, że wzgardy tej dla moich matrymonialnych tęsknot nie dostrzegam.
— Niech cioteczka tylko pomyśli! — modliłem się dalej. — Czyż ja mogę zostawić tak samą ptaszynę moją? Ani ona tu matki, ani rodziny... Zamartwi mi się, zapłacze, zatęskni! Jeszcze w takiem położeniu...
Błyskawica przebiegła po twarzy starej panny. Zerwała się z krzesła i pochyliwszy nieco, wystawiła wprost moich piersi biały i cienki paluszek. Żolka, Finusia i Djanka widząc tę zaczepną pozycyę swej pani, rzuciły się ku mnie z głośnem ujadaniem. Pafcia przez sen warczeć zaczęła.
— Otóż to właśnie! — zawołała panna Pullewiczówna tryumfującym głosem sędziego, któremu się uda wydobyć z ust winowajcy wyznanie.
— Otóż to właśnie! W takiem położeniu! Zastrzegam, że to własne twoje słowa. Ja sama nigdybym... Precz Żolka! Leżeć Finiusiu!... ale kiedy mnie do tego doprowadziłeś... Ciszej Djanka!... to ci raz muszę oczy otworzyć! Cóż to mój kochany, czy masz mnie za dziecko? Czy sądzisz, że nie wiem, co wynika «z takiego położenia», w jakiem się twoja żona znajduje. O mój kochany! Nie jestem tak naiwną. Wiedz, że już blizko od dziesięciu lat wierzyć przestałam w te wasze bociany... ciszej Djanka! I we wszystkie inne kłamstwa! I dlatego to postanowiłam sobie tylko takich lokatorów do domu mojego przyjmować, którzy nie mieli, nie mają i nie będą mieli dzieci... To jest kontraktami zawarowane... O tak mój drogi... Wiem, wszystko wiem! Od dziesięciu lat już wiem!...
Mówiła to szybko, wzruszonym i przyciszonym głosem, po którym przebiegało lekkie drżenie, a ciemny karmin zaszedł jej aż pod skronie.
— Od dziesięciu lat! Aż tak dawno! Cha! cha! cha! cha! Ależ cioteczko! Na miłosierdzie boskie nie wytrzymam... Cha! cha! cha! A toćże moja Anulka...
— Tylko ty bądź cicho! Proszę cię, bądź cicho! — mówiła stara panna gorączkowo — bo znów gotów jesteś głupstwo jakie powiedzieć.
— Ależ cioteczko! — perswadowałem, poskromiwszy się nieco. — Teraz w bociany nie wierzą nawet pensyonarki...
— Już ty mi tylko nie mów nic, nic nie tłómacz — broniła się panna Konstancya. — Uszy mi więdną od twego gadania!
— Więdną? Ależ przeciwnie! Ja widzę, że się one prześlicznie rumienią. Ot to lewe naprzykład. Istny koralik! Aż mnie kusi, żeby w nie co poszepnąć...
Stara panna cofnęła się krokiem i obie ręce podniosła do uszu, jakby broniąc mi do nich przystępu. Brwi miała gniewnie ściągnięte, usta rozchylone i drżące, oczy jej ciskały błyskawice. Była prawie piękną w tej chwili.
— Na Boga! — zawołała — dosyć już tego! Nie nadużywaj swego położenia! Pamiętaj, że jesteś w mieszkaniu...
Urwała i zwróciwszy wzrok ku drzwiom, zdawała się nasłuchiwać czegoś. Istotnie w przedpokoju zrobił się jakiś zamęt, ktoś chodził, wracał, przebiegał — otwierano drzwi do sieni, skąd dolatywały zmieszane kobiece głosy i jakby miauczenie kota. Finka i Żolka szczekały krótko i nastawiwszy uszy, podbiegły do progu. Djanka wlazłszy pod kanapę, gwałtownie ujadać zaczęła.
Nie zdołałem się jeszcze zoryentować, skąd mi przychodzi taka niespodziewana dywersya, kiedy do saloniku wpadła zdyszana Wojciechowa.
— Proszę pani... proszę pani! — mówiła chwytając głośno oddech, który jej wzruszenie odjęło.
— Proszę pani...
Zapasła się kobiecina, więc ku piersiom podniosła ręce i po chwili dopiero buchnęła, jak z pod szpuntu:
— Podrzucili nam...
— Co? Co podrzucili? — zawołała stara panna z największem przerażeniem w głosie...
— A cóżby? — krzyknęła Wojciechowa. — Adyć dziecko.
— Dziecko? Jezus, Marya, Józefie Święty! — krzyknęła panna Konstancya i chwyciwszy się za głowę, stanęła jak skamieniała.
W salce zrobiła się cisza. Wojciechowa stała u progu z otwartą gębą, dysząc głośno. Co do mnie, skubałem brodę, nie śmiejąc się ruszyć.
— Matko przenajświętsza! Matko przenajświętsza — szepnęła stara panna drżącemi wargami. Ośmieliła się wreszcie otworzyć przymknięte oczy i spojrzeć na Wojciechową.
— Czy tylko jesteści pewni, że to dziecko?
— A cóż to, proszę pani! — rzuciła się baba — ślepam, czy co. Dzieciaka nie znam? Chwalić Boga, swoich własnych miałam...
— Już dobrze, już dobrze, już bądźcie cicho! — wołała stara panna ręce do uszu podnosząc. — O Boże miłosierny! Więc kiedy to jest dziecko, to weźcie je, weźcie natychmiast i odnieście matce...
— Acha!... matce tam! — odparła Wojciechowa, ruszywszy ramionami — taka matka będzie ta akurat czekała, aż jej kto dzieciaka odniesie...
— O ja nieszczęśliwa! — jęknęła stara panna. — No to je weźcie, połóżcie gdzieindziej, wynieście z domu, tylko aby niech tutaj nie będzie!
— Ależ cioteczko! — rzekłem, patrząc łagodnie w jej przerażone, latające jak jaskółki oczy. — Czyż podobna wyrzucić z domu dziecko, żeby zmarzło? Wszak to zimno, mróz! A może jeszcze głodne, nagie...
Stara panna poczęła drżeć na całem ciele.
— Boże miłosierny, Boże miłosierny! — szeptała składając ręce jak do modlitwy...
— No i jakże proszę pani. Mam go brać, czy nie brać? Tak piszczy, co strach...
— Moja Wojciechowa — idźcie — stójcie — czekajcie! Boże, Boże zmiłuj się! Julek! Możebyś ty go zabrał?
— Ja? W Imię Ojca i Syna. Cóż znowu? Moja cioteczko! Mógłbym jeszcze wpaść w jakie niepotrzebne suspicye u mojej żony. Ja nie mogę, w żaden sposób nie mogę...
Tymczasem jakaś litościwa dusza stanęła we drzwiach w przedpokoju.
— A zróbcież co Wojciechowa z tym dzieciakiem, kiedy wam go Pan Bóg dał! Przecie nie szczeniak, coby tak pod progiem leżało... Chrzczone może...
— Jezus Marya, Jezus Marya! — wołała stara panna biegając po saloniku, jakby nieprzytomna. — Co za skandal! Co za skandal! To już wszyscy w całej kamienicy o tem wiedzą! Ja tego nie przeżyję chyba!
Załamała ręce i stanęła patrząc na mnie błagalnym wzrokiem.
Żal mi jej się zrobiło serdecznie.
— Ale co za skandal znowu, cioteczko! Toć się to każdemu zdarzyć może! Niech się cioteczka uspokoi! Proszę, bardzo proszę! Dajcie no tego pasażera! — zwróciłem się do Wojciechowej, widząc, że się nikt na rezolucyę zdobyć nie może. — Trzebaż go przynajmniej zobaczyć.
Wojciechowa wyszła, a po chwili przyniosła jakiś tobołek, z którego głębi wydobywało się ciche kwilenie.
— O, to już spore bobo! — rzekłem przypatrując się podrzutkowi, zawiniętemu w ubogie, lecz dość schludne chusty. — A jakie ładne! Cóż to, chłopiec czy dziewczyna?
— Julku! — krzyknęła ciotka, chwytając mnie za rękę. — Na miłość boską cię zaklinam, oszczędzaj mnie, proszę!
— Ależ dobrze, dobrze! — uspakajałem jej dziewiczy przestrach. — Przecież mi osobiście tak bardzo o to nie chodzi...
— Chłopak, proszę pana, — odrzekła tryumfalnie Wojciechowa — będzie już chyba miał ze dwadzieścia niedziel. Łepski dzieciak!
Podszedłem do starej panny, która odbiegła od nas tuląc się w kącie saloniku, z jakiemś febrycznem drżeniem.
— Ale pójdźże cioteczko — rzekłem ujmując jej rękę. — Nie bójże się! Przypatrz się temu malcowi! Nie taki dyabeł straszny, jak go malują. To wcale ładny dzieciak...
— Mój Julku, o jedno cię proszę! — mówiła do mnie z pałającemi oczyma. — O jedno cię proszę: wyrażaj się skromniej! Dzieciak... dzieciak... Czy nie mógłbyś tego nazwać inaczej?
Parsknąłem śmiechem.
— Inaczej? A to mi się podoba! Jakże ja to będę nazywał inaczej! Kartofel, czy jak u licha...
— Ale! — pochwyciła Wojciechowa — kiej dzieciak, to dzieciak. Wiadome rzeczy...
Stara panna zacisnęła usta i spuściła oczy.
— No, cioteczko, pójdź go zobaczyć. Zrób to dla mnie, proszę ciebie.
Opierała się, ale pociągnąłem ją za sobą.
Nogi trzęsły się pod nią, na twarz uderzyły rumieńce.
— O patrz tylko — mówiłem, nie puszczając jej ręki — jaki to śliczny chłopak! Jakie ma bystre oczęta! Uśmiecha się... Dalibóg, że się uśmiecha...
Stara panna stała nad dzieckiem, wstrzymując oddech i rozszerzając źrenice.
— Weź go cioteczko na ręce! — nalegałem. — Weź tylko na jednę chwilkę! Zobaczysz, jakie to miłe.
Panna Konstancya cofnęła się przestraszona.
— Nie! Nie! Nigdy! — krzyknęła, zasłaniając się obiema rękami.
— Hojda! Hojda! — przemawiała tymczasem pieszczotliwie Wojciechowa, bujając w powietrzu chłopczynę, rozwiniętego z grubej, wełnianej chusty.
Dzieciak, któremu ten ruch widocznie sprawiał przyjemność, śmiał się głośno, łaskotliwie, rozczapierzywszy nóżki i rączyny.
Wyglądał on, jak wielki motyl na tle białych ścian saloniku, które dziwnie poweselały jakoś.
Stara panna wyciągnęła szyję i pochyliwszy się nieco, przypatrywała się podrzutkowi ciekawie. Oddech jej był przyśpieszony, w twarzy widniał jeszcze przestrach, ale wpółotwarte usta nabierały stopniowo niezwykłej słodyczy.
Tymczasem zadziwiona tak osobliwym widowiskiem Finka, Żolka i Djanka, zaczęły ujadać na przeróżne głosy, obskakując Wojciechową dokoła.
— Żolka precz! Finusia leżeć! Ciszej Djanka! — wołała panna Konstancya, odpędzając je na stronę.
Spojrzałem na nią z wdzięcznością. Brała go w obronę... Postanowiłem kuć moje żelazo...
— Dajcie mi chłopca, Wojciechowa! Pójdź no tu obywatelu! — rzekłem, wyciągając ręce.
— Ale! Zaraz tam! — odparła baba. — Jeszcze mi go pan przełamie, abo co, i będzie.
To «mi» mówiła takim tonem, jakby go urodziła, wykarmiła, i jakby był szczególną jej własnością. Przyznam się, że mnie to rozgniewało.
— Co ma być? — rzekłem zirytowany. — Już wy się nie bójcie! Niech tylko on mi krzywdy jakiej nie zrobi, to i ja mu z pewnością nie! Dawajcież go, kiedy mówię...
Wziąłem chłopca na ręce. Patrzył na mnie zdziwionym, poważnym wzrokiem, spadłego nagle cherubina...
— Widzisz cioteczko, jaki ładny! — rzekłem, podchodząc z nim do panny Konstancyi. — Jak się patrzy, jak się rozgląda! Mądry chłopak. A jaki duży! Weź go proszę, cioteczko! Nie bój się! Biedny, biedny sierotka... — mówiłem, tuląc go w ramionach.
Na twarzy starej panny odbiła się wzruszająca walka. Rumieńce przelatywały po twarzy naprzemian z nagłą bladością, a opuszczone wzdłuż sukni ręce nadawały całej postaci wyraz niemocy i rezygnacyi.
Pochyliłem się ku niej, a usta moje znalazły się tuż przy lewem uszku, które jeszcze nie zdążyło ostygnąć. Szeptałem w nie teraz naprawdę.
— Nie wyrzucisz go przecież cioteczko! Ocalisz tę ludzką istotę, tego przyszłego człowieka... Przytulisz go, zajmiesz się, wychowasz. Poznasz słodycze macierzyństwa, zapełnisz pustkę życia... Nie pożałujesz mu strawy, pieszczoty, uśmiechu... W dziewictwie twojem matką będziesz... Dopełnisz przeznaczenia swojego...
Pochyliła głowę na moje ramię i zasłoniwszy twarz ręką, cicho łkała. Żolka, Finusia i Pafcia nagle zbudzone, zawyły najprzeraźliwszym głosem, a dziecię przelękło się i zaczęło płakać. Stara panna odsłoniła wtedy twarz od łez mokrą, ale dziwnie jasną.
— Wojciechowo — rzekła — zabierzcie sobie te psy do kuchni. Dziecko się ich lęka...
Miałem ochotę paść przed nią na kolana.
— Weź je, weź, cioteczko! — nalegałem pełen otuchy. — Raz je tylko przytul do piersi, zobaczysz, jak to słodko!
— Kiedy się boję, Julku... — rzekła cichym głosem. — Ręce mi drżą... Nie trzymałam nigdy dziecka...
— No, to siądź cioteczko! Położę ci je na kolanach...
Pozwoliła się zaprowadzić do jednego z wysokich przypominających konfesyonały fotelów i siadła. Zawinąłem dziecko w szal, na którym przed chwilą wylegiwała się Pafcia i położyłem je na kolanach starej panny.
Chciała je wziąć, ale nie umiała jakoś zabrać się do tego. Wojciechowa wzruszała ramionami, nie ukrywając swego oburzenia.
— O!... Bo to zaś kto tak dzieciaka bierze? Adyć przecie tu, pod paszkę! Tak! A teraz drugą ręką... pod krzyzik...Tak!
I układała delikatne ręce panny Konstancji, która uśmiechała się i rumieniła, jak róża.
— Niech będzie pochwalony! — odezwał się od progu nagle tubalny głos sąsiada, wielkiego wielbiciela panny Konstancyi, który tylko jakoś z jej psami pogodzić się nie mógł.
— A cóż to — mówił dalej rubasznie. — Przemienienie pańskie, czy skończenie świata? Ani Filunki, ani Pifusi (przekręcał zawsze ich nazwy) a pani moja z dzieciątkiem na łonie niby Madonna jaka...
Uśmiechnęła się do niego, nie podając ręki, gdyż nie była pewną, czy bezpieczniej byłoby wysunąć tę «z pod paszki», czy tę «z pod krzyzika».
— Ejże — mówił dalej, zacierając ręce doktor — aż człowieka coś kusi, żeby przy tych jasełkach klęknąć, jak wół lub osioł z kolendy... A skądże to pani moja takich śliczności dostała?
— Pan Bóg dał! — rzekła panna Konstancya słodkim, miękkim głosem.
Zacząłem się żegnać. Przychyliła mi czoła, na którem ze czcią złożyłem usta.

— A przywieź mi swoją Anulkę — szepnęła — i nie zabijaj się tam pracą, nie spiesz... Niech już tam!...




W WINIARSKIM FORCIE


Ranek był świeży, wiosenny słoneczny.

W winiarskim forcie, w Poznaniu, piał grubym chrypliwym głosem wielki kałakucki kogut. Piew to był głuchy, jakby ze ściśniętej gardzieli idący, zakończony charczeniem dwóch kłócących się z sobą falsetowych tonów, urwanych na jakiejś niesfornej, czkawkę przypominającej nucie.
Sam kogut wszakże wiele o głosie swoim rozumieć musiał, gdyż po każdem zapianiu stawał jak wryty, i wysuwając coraz wyżej z barków grubą, włochato obrosłą szyję, szybko, jak gdyby w podziwie obracał na wszystkie strony łeb ciężki, nakryty wielkim, aż na oczy spadającym pierzastym szyszakiem.
W zdumieniu swojem zapominał nawet na chwilę o rozgrzebywaniu śmietnika, stojąc tak na jednej z silnych, aż do ostrogi kępami pierza obrosłych nóg czarnych, podczas gdy druga wyciągnięta w tył ze skulonemi pazurami, zbierała się niezgrabnie do postawienia następnego kroku.
Nim go wszakże postawić zdążył, już ze wszystkich przedmieść poblizkich, z Waliszewa, z Nowej-Grobli, ze Środki — rozlegało się jasne, szerokie, donośne pianie zwykłych polskich kurów, to pojedynczo, to razem po dwóch, po trzech, jak tam którego chwyciła myśl dobra. Pomiędzy tymi wyrobionymi i w doskonałą muzyczną frazę zaokrąglonymi głosami słychać było piskliwe, zupełnie jeszcze pozbawione szkoły wyrwasy młodych kogutków, które zaraz wszakże zagłuszał jeden lub drugi wyborny solista.
Wielki kałakut słuchał, przechylał na obie strony obciążoną ogromnym czubem i nabrzmiałymi koralami głowę, sinawą błonką zakrywał na jedno mgnienie oka okrągłe, rubinowe źrenice, ale się zwyciężonym nie uznawał, i skoro tylko nieco po przedmieściach ucichło, bił po sobie ciężkiemi lotami i zanosił się grubem chrapliwem pianiem.
Natychmiast czyste, metaliczne głosy jego adwersarzy uderzały w powietrze ze zdwojoną siłą. Czuć w nich było rozdrażnienie niezwykłe.
Sąsiad z winiarskiego fortu świeżym był przybyszem; przedmiejskie koguty nie nawykły jeszcze do jego tubalnego głosu. Wiadomo było, iż uważają go wprost za szykanę.
Kałakut nie mniej czuł się podrażnionym. Nie umiał nawet zgoła wytłómaczyć sobie, dlaczego właściwie ksiądz Johann Wurst, pan jego, przeniósł się tu z Westfalii, z miasteczka, gdzie wszystkie koguty tak samo basem piały, i gdzie żaden kur nie robił skandalu jakimiś wykrzykami z za płota.
Było to wprost nie do pojęcia.
I znów się ciężkiemi skrzydłami po żebrach tłukł i zanosił przeraźliwem pianiem.
— Szwabska — krew! — zaklął wachmistrz Dzieszuk, czyszcząc odświętny mundur przy otwartem oknie. — Drze się, jakby kto barana rznął. Że też to choć i pianie, to insze katolickie, a insze znów szwabskie...
Wachmistrz Dzieszuk, chłop ogromny, a suchy jak chmielowa tyka, dawno już w wojsku służył, a z żołnierzy Polaków był w forcie najstarszym. Tutaj ostry jego wąs poszroniał, tu mu twarz zwiędła i wyschła, tu się w ptasi dziób zaostrzył nos jego kościsty, tu mu się nieco pochyliły bary, tutaj ociężały nogi.
Ale chociaż tak dawno karabin pruski dźwigał, ze «szwabami» nigdy jakoś pogodzić się nie mógł.
Dwa też były u niego gatunki ludzi i rzeczy: «Szwabska — krew» i «Polska — krew». Wszystkie nawet wypadki życia swojego do tych dwu kategoryi odnosił. Dwa razy był naprzykład «szwabska — krew» raniony: w szlezwiskiej i francuskiej wojnie; a raz mu ksiądz Cydzik, proboszcz dywizyjny, podarował «polska — krew», książkę od pacierza ze złoconemi brzegami i pięknym futerałem.
Jeden tylko odolanowski i kuźmiński atak kwietniowy wspominając, mieszał te obie kategorye tak, że sam już nie wiedział, gdzie tam w tej zawierusze była krew polska, a gdzie znowu szwabska, i dopiero kiedy w opowiadaniu do bicia słupów granicznych przez generała Willisena przychodziło — ostygał, prostował się, a rozłożywszy suche i długie ramiona, jak męka pańska na rozdrożu, milcząc stał i gestem pokazywał, że z jednej strony była wówczas «polska», a z drugiej «szwabska» krew.
Wąs mu wtedy szroniasty drżał nad niemą wargą, a zresztą żaden z willisenowskich słupów nie był bardziej nieruchomy i więcej milczący.
Co niedziela paradował Dzieszuk ze swoją książką od pacierza na mszy żołnierskiej, którą proboszcz dywizyjny wczesnym rankiem u Fary miewał.
Piękna to rzecz była widzieć, kiedy w długiej, po-jezuickiej nawie parami się ustawiła wiara z winiarskiego fortu, mając nad sobą, jak sztandar, krótko strzyżony łeb Dzieszuka, który wzrostem nad wszystkimi górował. Czasami łeb ten szronem pokryty zdawał się być tak wysoko, jakby nim Dzieszuk chciał dostać tych gwoździ, którymi przybite były nogi ukrzyżowanego w ołtarzu Chrystusa, i bić o nie czołem.
Patrzyli też w niego młodsi, jakby w tęczę, a niejeden co księdza nie dojrzał i dzwonka, nie pojął, ruchami owego łba Dzieszukowego w słuchaniu mszy się rządził.
Stał Dzieszuk, stali wszyscy, jakby w ziemię wrośli; klękał — klękali, niby las podcięty; bił się w piersi — głuchy łomot setek rąk, w kułak złożonych, rozlegał się, jak stłumione uderzenia młotem.
W jednem tylko nie mogli podkomendni naśladować wachmistrza swojego, a mianowicie w tym wspaniałym geście, jakim Dzieszuk książkę swoją z futerała wyciągał, złocone jej karty otwierał, a podniósłszy do wysokości uzbrojonego w okulary potężnego nosa, na całą długość ramion wyciągniętą przed nim trzymał. Tego stanowczo nie mógł naśladować nikt, i na tym punkcie pozostał Dzieszuk niedościgłym wzorem.
Niemniej wszakże czuła się wiara dumną z posiadania wachmistrza, który ma tak piękną książkę, a co niedziela ścisk był koło Dzieszuka, bo każdy rad był choć futerał od niej podczas nabożeństwa trzymać.
Nie byle komu powierzał go Dzieszuk i nie wpierw w ręce dał, aż ostrym swoim wzrokiem na wylot kandydata do trzymania przebrawszy, uprzytomnił sobie jego całotygodniowe sprawki. Boże broń «makuły» jakiej i «zatrząśnienia oczu», jak mawiał. Uważano też niemal owo trzymanie futerała za niższy jakby stopień służenia do mszy, a Dzieszukowe czytanie z książki, jakby za celebrę.
Umiał wszelako Dzieszuk być wspaniałomyślnym, a kiedy wiara dobrze się sprawiała, to półgłosem modlitwy zwolna czytał, aby je najbliżsi słyszeć mogli. Pomdlały mu nieraz srodze od trzymania książki onej ręce; ale nie wpierw ją składał, aż ksiądz Cydzik, zrzuciwszy ornat po mszy, w albie tylko u ołtarza stawał, i obróciwszy na kościół twarz szczupłą, bladą i przezroczystą niemal, znakiem krzyża szeroko zakreślonym w powietrzu nad pochylonemi głowami żołnierzy, zaczynał naukę niedzielną: «W imię Ojca, i Syna, i Ducha świętego».
Żegnał się wtedy Dzieszuk, żegnała za Dzieszukiem wiara, a po całej nawie szedł szmer jednostajny, aż ucichł gdzieś u drzwi, u kruchty.
Proste były nauki ks. Cydzika, ale i Dzieszukowi i podkomendnym jego niezwykle trafiały do serca. Cichy, delikatny głos mowcy przejmował serca te na wskróś, już dźwiękiem samym; tak, że ledwo ksiądz usta otworzył, już się dawało słyszeć w szeregach powstrzymywane sapanie.
Dzieszuk i w tem przecież karność utrzymać potrafił. Jakże to? To jeden będzie sobie w wąsy dmuchał, a drugi nie będzie słyszał nauki przez niego? Jeszcze co!... Oglądał się tedy marsem, chrząkał, a sapanie wnet cichło po kątach.
Dopiero kiedy wachmistrz dobył czerwonej bawełnianej chustki i nos potężny nią utarł, a westchnął sobie z głębi, wolno było pofolgować wezbranemu sercu.
Wtedy to, jak na komendę, ucierała wiara nosy, a strzeliste westchnienia unosiły się, jak wiatr, aż pod wielki, kryształkami obwieszony świecznik, którego płomyki też zaczynały migotać i mrugać, jak oczy do płaczu gotowe.
Płakano wszakże przy większych tylko okazyach. Ot, kiedy na ten przykład, Dzieszuk z książki swojej zagrzmiał na mszy pasterskiej: «Bóg się rodzi, moc truchleje»; albo kiedy na wielkopiątkowej pasyi ryknął wielkim głosem: «Jezu Chryste Panie miły, Baranku bardzo cierpliwy!» — lub kiedy wreszcie, podczas rezurekcyi, jak z moździerza huknął: «Wesoły nam dziś dzień nastał!» Tę pieśń lubił szczególniej, a w miarę, jak ją śpiewał, głos jego młodniał i nabierał słodyczy, tak, że przy słowach: «Witajże Jezu najsłodszy, Synaczku mój najmilszy», podobny był gruchaniu gołębia, który lubo przytwardy już nieco na pieczeń, tokować przecież nie zapomniał jeszcze.
Słodycz ta pozostawała mu w głosie i w spojrzeniu na cały ten dzień, który raz na zawsze spędzał u kuma swego, strażnika trzeciej bramy w winiarskim forcie, Wojciecha Kociały, igrając z dziatkami jego i pożywając dar boży, iż to sam, sierota stary, domu swego i ogniska nie miał, odkąd syn jego jedyny, pod Odolanowem... szwabska krew!...
Nie kończył tego wachmistrz Dzieszuk nigdy; ale się przy tych słowach znów stawał podobny do willisenowskich słupów.
A ot i dziś, wielkiego dnia po wielkiej nocy i święconego jajka Bóg doczekać dał. Od wczoraj już fort cały pełen był zapachów gorącego ciasta i mięsiwa, które zagłuszała nieco czeremcha kwitnąca bujnie i rozgrzana słońcem kwietniowem.
Dzwony u Fary biją a biją, jakby pęknąć miały, a Dzieszuk nie śpieszy się jakoś. A czego się spieszyć?
To nie ksiądz Cydzik będzie dzisiaj mszę żołnierską odprawiał. Złe jakieś szepty chodziły już od dawna po winiarskim forcie, ba, po mieście całem. Gadali ludzie, że nowy proboszcz przybywał z daleka; gadali, że nawet po polsku nie umie...
Nie umie? Jakżeby to? Po jakiemużby się tu z ludźmi dogadał?
Tak sobie rozumował Dzieszuk, ale jakby mu mrówki po sercu lazły.
Ksiądz Cydzik od kilku dni nie wychodzi z domu. Powiadają, że chory. Może chory, a może i nie chory. Może to tylko polityka taka. Jak politykować nie ma, kiedy od piątku na cudzych jakby śmieciach siedzi, bo się już nowy proboszcz sprowadził z betami, z gratami, z kurami, ot i z tym kałakutem przeklętym, a dziś pierwszą mszę żołnierską ma mieć...
A no, da się to widzieć! Przestał mundur czyścić; wdział go na siebie i ruszył naprzód.
Wchodzi wiara, jak zawsze, dwójkami do Fary, a łeb Dzieszuka wyżej jeszcze niż zwykle nad wszystkiemi sterczy.
Na prawo przed ołtarzem klęczy w ławeczce ksiądz Cydzik, w starej swojej, znoszonej sutannie. Obie ręce złożone na wytartym brewiarzu, na rękach oparte czoło; z boku tylko widać nieco twarz jego zmizerowaną i żółtą, jak wosk.
Zaruszał się wąs szroniasty nad wargą Dzieszuka, ale nic. A tuż zaraz i dzwonek brzęczy u drzwi zakrystyi.
Wszedł nowy proboszcz — wspaniała osoba — i tubalnym głosem zaintonował «Asperges». Rozstąpiły się dwójki na obie strony nawy, a celebrant ruszył środkiem, poprzedzony przez wylękłego i plączącego nogami chłopaka z kubełkiem wody, w komeżce.
Niema co, wspaniała osoba! Gdzie tam do niego księdzu Cydzikowi! Czarna kędzierzawa głowa, twarz mięsista, rumiana, świecące oczy; ręce białe i tłuste, ruchy zamaszyste. A buty skrzypią, jak u pana komendanta; a z pod kapy widać nową błyszczącą sutannę. Kropidłem macha, jakby kij w ręku trzymał; po ludziach bystro pogląda, jakby ich od razu przeczuć chciał. Jaki taki oczy spuścić musiał.
Zaczęła się msza.
Ksiądz Cydzik nie podnosił głowy.
Zdawało się Dzieszukowi, że przez blade, cienkie palce klęczącego przesączyło się na brewiarz jakby kropel parę... i nagle go coś przy sercu ścisnęło. Żeby sobie wybić próżne myśli z głowy, dobył książkę i modlić się z niej zaczął. Ale modlitwa mu nie szła. Szczególniej to go stropiło, że nowy organista, który razem z nowym proboszczem nastał, trele jakieś wywodzi, a zwykłych pieśni wcale nie zaczyna.
I msza odprawiała się jakoś dziwnie krótko, węzłowato. Nie było w niej tych długich modłów, tych cichych zachwyceń dawnego proboszcza. Od «Introit» do «Ewangelii» — jakby z bicza trzasł. Połowy, gdzie! ćwierci zwykłych modlitw swoich nie zdążył Dzieszuk odczytać, kiedy już ksiądz «Credo» śpiewał. Przed podniesieniem znów oczy od książki oderwać musiał wachmistrz, bo mu się zdało, że świece ciemniej się jakoś u ołtarza palą, i że chyba połowa pogasła. Ale nie. Paliły się wszystkie. Tylko czemu ten organista nie zaczyna pieśni?
Ta pieśń doroczna, ta pieśń nieśpiewana, tak mu wierciła w głowie, że padłszy na kolana przy podniesieniu, bił się w piersi jak na «Agnus», a za nim wiara grzmociła się tak samo, aż do ostatniego.
Ksiądz Cydzik klęczał nieporuszony. Zdawało się, iż to jest figura kamienna, której nadano twarz ludzką, bardzo bladą.
Po «Podniesieniu» szronowaty łeb Dzieszuka obrócił się ku chórowi. Natychmiast wiara uczyniła toż samo. Na chórze wszakże nie odezwała się pieśń oczekiwana.
Dzieszuk zupełnie modlić się nie mógł. Trzymał wprawdzie książkę swoją na wysokości nosa, ale litery i wiersze migały mu przed oczyma, jak czarne punkta i wężyki. Wydłużał i przyciągał ręce, ale to nie pomagało.
Westchnął nareszcie z uczuciem ulgi, kiedy ksiądz wysokim tonem zaśpiewał: «Ite missa est — Alleluja!»
Ano, kiedy »Alleluja», to już dobrze. Przynajmniej się wie, że to po polsku. Już chrząknął, już wydął piersi, już nogi dla pewniejszego dobycia głosu rozstawił, kiedy nowy proboszcz, zrzuciwszy ornat, przed ołtarzem, w albie, z sutą u szyi wstęgą żółtą, do nauki stanął, i zakreślając szeroko w powietrzu nad zebranymi znak krzyża, donośnym odezwał się głosem:
«Im Namen des Vaters, des Sohnes, und des heiligen Geistes. — Amen!»
Dzieszuk, który już do czoła rękę był podniósł, spuścił ją, jak paraliżem tknięty.
Co to? Co to jest? Co to ma znaczyć?
— «Meine theuren Brüder!» — zaczął ksiądz swoją przemowę.
— Chryste! To naprawdę?... Chryste! Chryste! Chryste!...
Wypadła z głuchym łoskotem książka z rąk Dzieszuka, a ręce te, drżące i kościste ręce podnosiły się zwolna coraz wyżej ku krzyżowi.
Wiara patrzyła w niego, jak w obraz cudowny. A łeb Dzieszuka razem z rękoma podnosić się zdawał tuż, tuż do nóg Ukrzyżowanego. Jeszcze chwila, a dostanie on nóg tych rękoma, oplecie je, uściśnie, i włóczyć się będzie u tych stóp przebitych, i nie puści, póki go tu zaraz nie przeżegna po polsku ksiądz Cydzik, póki Mateusz, stary organista, nie zagrzmi: «Wesoły nam dziś dzień nastał».
Wesoły... Chryste! Chryste! Toż dzień sądu, a nie dzień wesela. Chryste! to takie zmartwychwstanie Twoje? To nie zmartwychwstanie, ale męka! Męka, i krew, i żółć, i przebicie boku włócznią!... Słońce i gwiazdy się zaćmiły, ziemia się wstrzęsła, powstawali z grobu umarli!... Boże, Boże! czemuś mnie opuścił? Boże, Boże! czemuś mnie opuścił?...
I ryknął stary Dzieszuk nagłym płaczem, i padł na kolana, i wpatrzony w Chrystusa ukrzyżowanego, wielkim głosem zaczął śpiewać:

»Któryś za nas cierpiał rany,
Jezu Chryste zmiłuj się nad nami!»

A za nim wiara tuż na kolana i w szloch, i w ono błaganie żałosne...
Stropił się nowy proboszcz u ołtarza, pomylił, z drugiego końca zaczął, i znów się pomylił, ale nauki nie przerwał. Chłopaka tylko w komeżce w bok szturchnął, wskazując mu palcem Dzieszuka.
Chłopak podszedł do wachmistrza i trącił go w ramię. Nic. Trącił go tedy powtórnie. Ale Dzieszuk nie czuł tego nawet. Zdawało mu się, że słyszy wbijanie nowych słupów willisenowskich... Wszakże on je pamięta dobrze. Od Noteci stały, od Krotoszyna, od Międzychodza, od Kępna, ale nie tu, nie tu, nie tu! Tu nie było ani jednego! On wie, że nie było, on przysiądz gotów!
I rozpostarł ręce, i twarzą na ziemię ległszy, rozkrzyżował się szeroko na kamiennych taflach, jakby broniąc przystępu tym słupom, które się same poruszały i coraz dalej szły, szły...
Ksiądz Cydzik klęczał nieruchomy z pochyloną na ręce twarzą, a jego wątłą postacią wstrząsało wewnętrzne łkanie.
Dawno już się nauka skończyła, a ksiądz Johann Wurst przez zakrystyą na plebanię wracał, kiedy Dzieszuk oderwał swój łeb siwy od kamiennych tafli podłogi, podniósł się, zatoczył, i jak pijany ku drzwiom iść zaczął, zapomniawszy, po raz pierwszy, zabrać książkę swoją.
Przy drzwiach trącił go Kociała.
— Ej, co tam kumie! Dajcie spokój! Czekamy ze święconem jajkiem...
— Kto święcił? — zapytał głuchym głosem Dzieszuk.
— A któżby?... Nowotny...
— Pożywajcie z Panem Jezusem — odparł Dzieszuk i powlókł się na kwaterę.
Tu zrzucił mundur, padł na tapczan, ukrył głowę w ręce, i długo widać było, jak się wstrząsa jego grzbiet kościsty.
Nad wieczorem rozbudził się, zjadł kawał czarnego żołnierskiego chleba, i zapaliwszy fajkę, zaczął chodzić po szczupłej stancyjce.
Chodził długo. Już w forcie winiarskim wszystkie światła zgasły, a jeszcze jego ciężkie kroki rozlegały się wśród cichej nocy.
Niebo tymczasem zaciągnęło się lekkiemi chmurkami, a ciepły, rzęsny deszcz wiosenny uderzył z pluskiem grubych kropli w ziemię.
Zatrzepotał się wtedy na grzędzie olbrzymi kałakut i zapiał na tę zmianę swym grobowym głosem.
Dzieszuk drgnął i nagle stanął. Stał przez chwilę, potem zarzucił stary lejbik, czapkę nacisnął na uszy i wyszedł, przyciszając kroku.
Nazajutrz kucharka księdza Wursta podniosła okrutny lament. Ulubiony kałakut nowego proboszcza leżał wyciągnięty tuż pod żerdzią, która mu za grzędę służyła. Grube jego pierzem obrosłe nogi sterczały skulonemi pazurami wysoko do góry, szyja była skręcona, przy silnym dziobie nieco krwi zaschłej.

Była to zapewne «szwabska krew».




JÓZIK SROKACZ


.
Moim synom.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Siedzieliśmy właśnie przy stole.
Dzień był prześliczny, wrześniowy; mgły ranne wytarły się około południa w słoneczną pogodę, w której bladawem, już jesień zapowiadającym błękicie polatywały lekkie strzępki pajęczyny. Przez otwarte okna widać było nad drogą złote pyły wzbite przez pędzone do wody bydło, a w powietrzu, nasyconem jędrną wonią, świeżo zoranej ziemi, rozległo się potężne porykiwanie buhaja. Było tak ciepło, że pszczoły na późne gryki rojem szły, a drobniuchne muszki wirowały słupem w każdym słonecznym promieniu. Z ogrodu, gdzie kilka kobiet zajętych było około warzywa, wpadały silne zapachy kopru i przywiędłych liści; mały wiatr poruszał firanki, przynosząc z posieczyska wrzaskliwe gęganie żerujących gęsi i echa nawoływań pastuszych.
Wszystkie te odgłosy, przeciągłe i urwane, silne i echowe, roztapiały się w jednostajnym, miarowo wzbierającym i opadającym huku i zgrzycie puszczonej w ruch młockarni, na której odkrytym kieracie siedział Józik Srokacz, gwiżdżąc wesołym, ptasim niemal głosem.
Mimo dnia ciepłego, odziany był w kożuch, bo jak go od rana za chłodu włożył, tak mu się już potem i zrzucać nie chciało. Luzem go wszakże puścił, rzemień na nim rozpiąwszy i czapkę z daszkiem ze spotniałego czoła w tył, na gęstwinę ciemnych włosów zsunął. Z batem tylko, na cztery konie w lejc wyszykowanym, rady sobie jakoś dać nie mógł i raz wraz go plątał, stosując długość sznurka do zaprzężonych po parze u długich dyszlów szkapiąt, którym słomiane okulary porobił, że nienawykłe były w kieracie chodzić. Uszykował nareszcie bat i potrzaskując nim z lekka, przerywał sobie od czasu do czasu gwizdanie już po to, aby jakąś przypomnianą zwrotkę zaśpiewać, już aby na ociągające się konie krzyknąć: Wio maluśkie!... wiśta! wio!...
Z otwartej na ściężaj stodoły buchał gwar zmieszanych głosów. Dziewczęta podniecane gwizdaniem Srokacza, który jedynakiem u matki wdowy był i sześć morgów gruntu, teraz w dzierżawę oddanych dziedziczył, prześcigały się w robocie, śpiewaniu i żartach. Podwórze było tak blizko, że wszystko to można było widzieć i słyszeć przez otwarte okna jadalni.
Przy stole nie mniej było gwarnie i wesoło. Panowie wrócili właśnie z polowania, każdy więc z nich miał w pogotowiu jakąś nadzwyczajną historyę o swojem bezprzykładnem nieszczęściu, albo powodzeniu. Dwa piękne wyżły kręciły się koło stołu, kładąc swe lśniące łby na kolana myśliwych i patrząc na ich twarze swemi rozumnemi oczami.
Właśnie się był rozognił spór o dobroć użytej do dzisiejszych popisów broni. Dziwna rzecz... Nie interesował on mnie w najmniejszej mierze, a jednak z zupełną dokładnością odbił się w mojej pamięci.
— Jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham! — wołał gruby szlachcic, który na punkcie zaklęć miał różne swoje oryginalności — jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak fuzyjka pana Michała nicpotem! Na oko cacko, ani słowa, buzi dać, ale do ręki...
Tu ścisnął ramiona, wysunął z pomiędzy nich głowę, wydął dolną wargę i tuż pod pachami rozłożył obie dłonie; miało to oznaczać zupełne zwątpienie o przymiotach fuzyi pana Michała.
— O ho! ho!... rozśmiał się tubalnie pan Michał. — Już tylko sąsiad dobrodziej o mojej fuzji nie gadaj! O wszystkiem możesz sąsiad dobrodziej rozprawiać, nawet o polityce chińskiej i zaćmieniu księżyca, tylko nie o mojej Lefoszówce; na tem się trzeba znać, mości dobrodzieju
— Znać! znać!... Cóż tam za straszna historya znać się na tem? Lefoszówka! Wielkie rzeczy? Ja z moją kozią nogą...
— Za pozwoleniem! — wtrącił się ktoś trzeci. — Pańska kozia noga dobra na...
— Na co dobra, to dobra! Jak w moim ręku to na wszystko dobra. Rękę trzeba mieć i oko — ot co!
— Ale, co tam! — huczał poruszony do żywego pan Michał. — Sąsiad dobrodziej porządnej fuzyi w ręku widać jeszcze nie miałeś. Moja Lefoszówka...
— Pfi! — odciął się przerywając gruby szlachcic. — Wielka parada Lefoszówka! Mój ekonom Lefoszówkę ma, a Biernacic i tak jeszcze nie targuje! Jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak prawda!
Śmiech buchnął dokoła stołu, poczem zaczęto brać wniesioną potrawę, i to spór przerwało.
W tej chwili wielki płowy motyl przez okno wpadł i krążąc nad stołem, uderzał miękkiemi skrzydłami w rzniętą, odbijającą promień słoneczny karafkę.
— Omacnica! — przemówiło jedno z dzieci, wyciągając rękę, by go spłoszyć.
— Trupia główka! — odezwało się drugie.
Przy stole zrobiło się tak cicho, że wyraźnie słychać było niezmiernie szybkie bicie skrzydeł motyla, na tle westchnień i sapań huczącej młockarni i Józikowego gwizdania. Naraz gwizdanie owo urwało się w półtaktu, a Józik krzyknął niecierpliwie.
— Prr!... Pm!... A bodaj cię...
Maszyna huczała dalej. Zdawało się, że wszystkie tryby jej kół jęczą i zgrzytają w jakimś niezmiernym bólu.
— Prrr!... A prrr!... ozwał się znowu, gniewny głos Józika. — A żeby was choroba... A prrr!... — zawołał raz jeszcze przeciągle. Wyraźnie czuć było jakby jakiś przestrach w tem wołaniu.
Podniosłam ku oknu głowę, gdy wtem uderzył w powietrze krzyk ostry, urwany, krzyk śmiertelnej walki i trwogi.
— Reta! Reta! — wrzasnęły jednocześnie prawie zmieszane ludzkie głosy. Maszyna przestała huczeć, stanęła... Zerwaliśmy się od stołu, jedni biegli do sieni, drudzy do okien, — myślano zrazu, że gore... Od stodół biegła Ulina z rękami wyciągniętemi przed sobą i okropnym wrzaskiem.
— O Jezu, Jezu, o Jezu! O Jezu, Jezu!...
— Co to? Co się stało?
— Józik... O Jezu, Jezu!.. Józik... Józikowi rękę urwało!...
Rzuciliśmy się w podwórze.
Podwórzem — nigdy nie zapomnę tego widoku, — podwórzem, jak wicher, leciał Józik wprost na studnię, lejąc za sobą krwi strugę i rycząc nieludzkim głosem. Nim go zatrzymać zdołano, do studni dopadł, okręcił się, za pierś chwycił i runął w sam środek stojącej u poidła kałuży. Tu omdlał.
Długa chwila upłynęła, zanim z kupy głów nad kałużą schylonych, wynurzyło się trzech parobków, niosących Józika. Teraz można go było lepiej widzieć. Głowę miał zwieszoną, oczy zamknięte, wargi sine, szczęki przykro ściśnione, twarz śmiertelną prawie. Bez kożucha był i lejbik razem z koszulą miał zerwany z piersi przez połowę; u prawego, tuż przy karku, na prędce chustkami przewiązanego ramienia, wisiały krwawe mięsa w długich strzępach. Drugą, zwisającą bezwładnie rękę, podtrzymywał jeden z mężczyzn, za grupą tą idący. Spora gromada ludzi otaczała niosących Józika, a cicho było tak, jak za pogrzebem.
— W prawo! do oficyn! — zabrzmiała krótka komenda gospodarza — i znów cisza.
Jedna z dziewuch zaszlochała głośniej.
— Baby precz! — odezwał się rozkaz, stłumionym wydany głosem — i uciszyło się znowu.
Weszli w sień nizką ostrożnie przestępując próg wysoki i schylając głowy.
Przed studnią stała kałuża krwi, w której nagle, stu promieniami przejrzało się słońce; drugą taką piła chciwie ziemia z pod kierata, od którego mały chłopak pospiesznie odprzęgał konie.
Posyłano je z bryczką po felczera i doktora.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

— A już to ja — mówił zgryziony gospodarz, wróciwszy z gośćmi z oficyn i cisnąwszy czapkę na stół — zawsze mam takie szczęście! Co sobie do tej fornalki chłopaka dobiorę, to mi go jakieś licho weźmie. Miałem Jędrka, ożenił się w grunt, miałem Szymka, do wojska poszedł. A już mi się też szykuje, jak żydowi rola!
— A ja powiem sąsiadowi — rzekł gruby szlachcic — że mi się to wszystko wyśniło. Śniła mi się dziś sól. A jak mi się tylko śni sól, regularnie, jak zapisał, wiadomości o czyjejś śmierci spodziewać się mogę. I to jeszcze nie była taka biała sól, niby warzonka, ale czarna w bryłach, z ziemią. Oho — myślę sobie, jakem się obudził, pewno chłop jaki umrze. Jeszcze rachowałem, że może stary Bugaj, wie sąsiad, ten co z brzega od Piotrycha siedzi, bo przychodził niedawno po proszki... — Kiedy to nawet — powiadam sąsiadowi — jak mi klacz, wie sąsiad, Jochymka, ta dyszlowa, com nią w zeszłym roku jeździł, padła, to mi się także sól śniła; jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak prawda!
— I jakimże się to stało sposobem? — zapytał jeden z mężczyzn, puszczając kłąb dym z cygara, które w oficynie zapalił, bo mu się niedobrze na widok krwi zrobiło.
— A takim, że ten gałgan Jasiek spędził ją do piany, a potem...
— Ale ja się nie o klacz, tylko o tego chłopaka pytam!
— A cóż! — rzekł gospodarz, który stroskany w okno patrzał. — Najpierw mu się w tryby bat wplątał, a kiedy go wyciągał, chwyciło kożuch i rękę.
— I nie mógł zatrzymać koni?
— A nie mógł. Krzyczał, powiadają, ale to tam dość jak się raz obróci...
Machnął ręką i westchnął.
— Szczególny wypadek! — wtrącił gość palący.
— A ja powiadam sąsiadowi dobrodziejowi — mówił gruby szlachcic — że wszystkie te machiny to dyabła warte. Dawniej chłop cepem walił — i dobra. A teraz...
— Ba! pańszczyzna była! Z pańszczyzną każdy był mądry. Najgłupszy szlachcic...
— O ho, ho!... — przerwał grubas — byli i oni mądrzy! Póki była pańszczyzna, przy każdym chłopie ekonoma trzeba było stawiać. Niema pańszczyzny — płacić sobie każą jak urzędniki w biurze. O ho! ho!... Mądry to naród!
— Ale to, powiadam sąsiadowi — przemówił znów gospodarz — trzeba na to wszystko mojego szczęścia. Akurat w przeszłym tygodniu nie było jednego dnia młocki, myślę więc sobie: każę kierat deskami obić. Zawsze to ostrożność nie zawadzi. Jużem miał trzyrublówkę w ręku i chciałem zawołać fornala, kiedy dyabli nadali Brysia z Uniejowa, wie sąsiad, tego czarnego. Zagadałem się, bo żyd wracał z Łowicza i jak to sąsiad wie, przy gawędzie zupełnie mi wywietrzało z głowy. Teraz mię gryzie...
Znów głowę odwrócił do okna i patrzał w nizkie ciemne drzwi oficyn, przed któremi na żółtym, świeżo z rana usypanym piasku, widać było wielkie rude plamy.
— Iii... Co tam gryzie! — pocieszał gruby szlachcic. — Żeby tak człowiek wszystko do głowy dopuszczał, toby zwaryować trzeba. Jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak prawda! A gdzie sąsiad dobrodziej po deski chciałeś posłać? — zapytał po chwili jakby uderzony nową jakąś myślą.
— Na Spendoskie...
— No, to widzi sąsiad, że czyby sąsiad był posłał na Spendoskie, czy nie posłał, to byłby jeden skutek, bo na Spendoskiem calówek brakło, a za tamte szelma żyd zdziera po trzy trojaki za łokieć. Ktoby mu płacił! A toćby takie obicie kierata bajońskie sumy kosztowało! Toby nie trzy ruble, ale pięć rubli było mało!
— Ale naturalnie! — potwierdził pan z cygarem.
— Zresztą, czy deski były, czy nie były, jak mi się tylko sól śniła, to musiał być wypadek. Czy tu, czy u mnie w domu — musiał być! — To już sobie sąsiad dobrodziej wyperswaduj!
Gruby szlachcic uderzył ręką w stół, aż szyby brzękły.
Gospodarz wszakże nie wychodził ze swego frasobliwego zamyślenia.
— I jak to zawsze — rzekł po chwili — w drogę coś człowiekowi wleźć musi. Miałem akurat jutro do Kalisza jechać, bo mam tam w jednej sprawie termin na dwudziestego, a tu, masz dyable kaftan! Licho wie... Może trzeba będzie jeszcze do Łęczycy po drugiego doktora posłać...
— O ho! ho!... — zawołał milczący dotąd pan Michał — po drugiego! Zaraz po drugiego! Może do Warszawy jeszcze sąsiad poślesz po Kosińskiego! A cóż to ten z Uniejowa zły? To sąsiad myślisz dwóch doktorów do jednego chłopa sprowadzać?
Był tak oburzony i zirytowany, jakby owo sprowadzenie na własny jego koszt odbywać się miało.
— No — mówił, usprawiedliwiając się gospodarz — zawszeć to przecie człowiek. Niech będzie jak chce, trzeba go ratować. Zawszeć on już trzeci rok u mnie służy, pracuje...
— Pracuje, bo mu sąsiad płacisz! Wielka parada, że chłop pracuje! Nie będzie pracował tu, to będzie pracował gdzieindziej. Cóż to on sąsiadowi darmo pracuje, czy co?
— Darmo, nie darmo. Aleć zawsze obowiązek jest...
— No, to go też sąsiad spełniasz. Posłałeś po doktora, po felczera, na pościeli leży, na materacach... Sąsiad może myślisz, że jak ozdrowieje, to ci będzie za dwóch robił? Szczególną wdzięczność okaże? Śmiej się sąsiad z tego! Jak ozdrowieje, to najpierw nie będzie nawet za jednego robił, bo choćby i poradził, to zawsze zmówi na to, że kaleka, a powtóre, jak się zdarzy okazya, to tak samo będzie jedną ręką kradł, jak dotąd kradł dwiema.
— Prawda! Jak Matkę Boską ukrzyżowaną kocham, tak prawda! — rozśmiał się gruby szlachcic z doskonałem zadowoleniem z powyższych uwag.
— No tak, widzi sąsiad — rzekł po chwili gospodarz — ale ten z Uniejowa młody, niedoświadczony, a w Łęczycy jest dobry operator; zawsze szkoda chłopaka...
— Ale zmiłuj się sąsiad — przerwał zgryźliwie pan Michał — taka kuracya, to nie chi-chi! Sąsiad będziesz musiał przynajmniej przez dwa dni fornalkę w rozgonie trzymać. A lekarstwa, a dyety, a felczer jeszcze! To gruby kusz!
— Licho nadało! — rzekł gospodarz i cmoknąwszy niecierpliwie językiem, trzasnął w palce.
W tej chwili zaturkotało pod Murowańcem i psy karczmarskie drogę oszczekiwać zaczęły. Doktor z Uniejowa przyjechał. Panowie wyszli przed dom, ruch się zrobił w oficynie.
Młody doktór kazał przedewszystkiem usunąć gromadę bab, które się tam były w sieniach zebrały, cisnąc jedna przez drugą i lamentując głośno; obrzucił potem wzrokiem pokój.
— Łóżko wprost okna przesunąć — rzekł krótko. — Płótno jest, woda ciepła jest. To dobrze.
Zwrócił się do gospodarza.
— Będzie pan łaskaw kazać tu przyjść jakiemu roztropnemu i silnemu człowiekowi.
Zawołano karbowego. Wszedł we drzwiach zgarbiony, a gdy się wyprostował, do nizkiego pułapu prawie sięgnął głową. Był to najtęższy chłop z całej dworskiej służby. Rudo zarastał i miał pozór pnia z gruba ociosanego. Zdawał się też nadzwyczaj silnym, przecież gdy spojrzał na zbroczone krwią poduszki i leżącą wśród nich martwą niemal głowę Józka, szybko zaczął mrugać oczami i pociągać nosem.
— Chodźcie-no tu bliżej — rzekł doktór, dając mu miednicę z wodą. Chłop wziął ją w ręce i zaczął przestępować z nogi na nogę. Felczer przygotowywał gąbki i płótna, kaszląc i plując w dość niemiły sposób.
Doktór odwrócił się raz jeszcze.
— Panowie będą łaskawi wyjść — rzekł krótko do rozmawiających pod oknem gości. Spojrzeli po sobie, jeden i drugi wzruszył ramionami, pan palący cygaro uśmiechnął się sceptycznie.
— Jak wyjść, to wyjść... — rzekł gruby szlachcic i pierwszy posunął do drzwi: za nim drudzy.
— Potrzebne z chłopem takie ceregiele! — przemówił pan z cygarem, kiedy już byli za drzwi wyszli.
W tej chwili doktór spojrzał na mnie jakimś niezdecydowanym wzrokiem.
— Pani... — zaczął wahająco, — pani może zostać — dokończył niespodzianie.
Nie widział, że w kątku zostało także dziesięcioletnie dziecko, najstarszy syn domu.
Zaczął się opatrunek. Kiedy odwiązano chustkę, Józik jęknął raz tylko i omdlał. Cisza była taka, że słychać było brzęk muchy latającej po szybach w oknie. Doktór wydawał polecenia krótkie, monosylabowe.
— Nożyczki... płótno... gąbka... niżej... wyżej...
Karbowy stał, jak mógł najdalej od łóżka, wyciągnąwszy przed siebie ręce z miednicą pełną krwi, w całej ich długości.
Przymykał on od czasu do czasu oczy i odwracał głowę. Po niejakiej chwili zbladł bardzo, a ręce trząść mu się zaczęły.
— Wielmożny panie, — rzekł zmienionym głosem. — Niech kto bierze, bo padnę...
Gospodarz obejrzał się, nie było nikogo. On sam podpierał poduszki i trzeźwił rannego.
— Ja, tatku! — przemówiło wtedy proszącym głosem dziecko, a wysunąwszy się z kąta, podeszło do łóżka, śmiało ujmując w cienkie rączyny swoje ową krwawą misę. Na jego siły był to ciężar znaczny, chłopiec wszakże trzymał ją krzepko, wpatrzony w Józika szeroko otwartemi oczyma. Karbowy runął we drzwi, zataczając się, jak pijany.
W tej chwili chory znów jęknął i otworzył oczy. Otworzył, poruszył ustami i zdobywając się z widocznym trudem na przytomność, zatrzymał wzrok na dziecku.
Dziecko patrzyło także, szeroko, uparcie, jakby urzeczone. Któż wie, co tam sobie powiedziały te dwa krzyżujące się spojrzenia, z których jedno miało wyraz wielkiego, poważnego zdziwienia, a drugie śmiertelnej męki.
— Józik, — zdawały się mówić oczy dziecka — Józik przez co ty umierasz? Dlaczego?
— Oj, paniczu — skarżył się gasnący wzrok Srokacza — oj pożałowali wy kilka łokci desek... oj niedużo, a pożałowali... Przez to ja umieram... dlatego...
— Józik! — mówiły znów coraz szerzej otwierające się oczy chłopca. — Józik! a gdzie twoja ręka?
— Oj, została się tam ręka moja, paniczu — odpowiadało spojrzenie Srokacza, — gdzie ja robił dla was... gdzie pracował dla was... dobra, chleba dla was dobywał... Oj została się na piasku, cała krwią ciekąca...
Powieki dziecka zaczęły drżeć lekko, głęboka zmarszczka wystąpiła mu na czoło i dwie wielkie, jasne łzy, padły w krwawą misę.
Ranny zamknął oczy, z głuchym, przeciągłym jękiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

We dwa tygodnie potem Józik dogorywał.
Godzina była ranna, izba pełna bab, które dowiedziawszy się, że ksiądz z Panem Jezusem do Józika jedzie, przybiegły, jak która stała, z dziećmi na ręku, porzuciwszy garnki i miski w kominie, a teraz zbite w kupki, szeptały półgłosem pacierze, wzdychając i ucierając nosy.
Drzwi otwierały się i zamykały ciągle, ludzi przybywało coraz to więcej; każdy z wchodzących mówił w progu: «niech będzie pochwalony», a szmer zmieszanych głosów odpowiadał: «na wieki wieków». Tworzyło to jakąś dziwnie przejmującą litanią, która w krótkich przestankach na kilkadziesiąt głosów odmawiana była. Przestanki wypełniała rozmowa. Świeżo przybyli dopytywali się o chorego, ci, którzy przyszli dawniej, gadali o potocznych sprawach, wzdychając wszakże od czasu do czasu, lub kiwając głową. Ani wzdychać, ani gadać, nie bronił już im teraz przy Józiku nikt... I tak go wkrótce miała ogarnąć cisza wiekuista. Ci, co nie zdążyli przyjść na czas, kiedy ksiądz oleje święte na Józika kładł, i nie widzieli jak matka jego, rzuciwszy się na ziemię, głową o podłogę tłukła, krzycząc i zawodząc, pocieszali się tem, że zobaczą przynajmniej, kiedy chłopak konać zacznie. Coraz też która z bab wspinała się na palce i przez głowy kumoszek ku łóżku patrzyła. Na łóżku leżał Józik z zamkniętemi oczyma, których pociemniałe i zapadłe powieki tworzyły wśród woskowo-żółtej twarzy dwie sinawe plamy. Gęstwa ciemnych, odrzuconych od zaklęsłych skroni włosów odkrywała pożółkłe, przerznięte paru poprzecznemi zmarszczkami czoło, około ust spalonych gorączką widne były głębokie, bolesne bruzdy. Po zaostrzonych rysach twarzy ślizgał się i chwiał żółty odblask zapalonej w głowach łóżka gromnicy, a jedyna, bezkrwista prawie i wyschła ręka leżała na piersiach poruszanych rzadkim, głębokim, kończącą się już pracę płuc zapowiadającym oddechem. Noc spędził dziś Józik bardzo niespokojnie. Zrywał się, wołał na konie, chciał iść do matki po czystą koszulę, i narzekał, że musi rznąć sieczkę, a jego ręka boli, oj boli... ta prawa.
Skaleczył się w nią wczoraj... nie, łońskiego lata, kiedy paniczowi biczysko strugał... Z osiki go strugał, z żałosnego drzewa, co choć drzewo, a zatrzęsło się w sobie, kiedy Pan Jezus konał... Oj konanie! konanie, ciężkie bojowanie!.. Jak zastrugał gałąź, polała się z niej krew... na kożuch mu się polała, na lejbik, na koszulę... cała kałuża krwi... O jak ta ręka boli! O jak cięży! O!...
Z jękiem upadał na poduszki, a po chwili znów się zrywał i majaczył. Była no bardzo ciężka, prawdziwie męczeńska noc. Nad ranem dopiero ochłodła mu głowa, zażądał pić i zasnął. Spał może ze trzy godziny, a po przebudzeniu patrzył przytomnie i zdawał się namyślać nad czemś. Westchnął potem kilka razy głęboko, a spostrzegłszy małego, kręcącego się po izbie chłopaka rzekł:
— A skocz ino Jędrek do Pana, coby po urząd do kancelaryi posłał; będę testamenta pisać...
A widząc, że chłopak gębę otworzył i w głowę się drapie:
— A biegajże duchem, — dodał — bo ja dziś umierać będę.
— Jezu! — wrzasnął chłopak jak oparzony i we drzwi się rzucił.
Józik patrzył za nim, a gdy się drzwi zamknęły rzekł:
— Już ja to sobie wszystko dawno umyślił, zara wtedy, jak mi rękę dochtory ucieni.
— I cóż tobie po testamencie, Józik? — rzekłam — matkę przecie masz...
— Matka nie wieczna, a jabym spokojnego skonania nie miał...
Nie chciałam go drażnić i zamilkłam.
Przytomny był, ale niespokojny bardzo; coraz częściej poglądał w okno.
— Żeby aby prędzej! Żeby aby prędzej! — powtarzał z wzmagającą, się niecierpliwością w głosie.
Wszedł wreszcie gospodarz domu, a jednocześnie zaturkotała bryczka; «urząd» przybywał.
Smiertelna twarz Józika ożyła jakby. Na pozdrowienie wójta wyraźnie odpowiedział: «na wieki», a potem uspokojonemi oczyma za pisarzem wodził, podczas gdy ten stolik sobie i papier szykował. Kiedy wreszcie wszystko było gotowe, na poduszki dźwignąć się kazał i pełnym, jasnym głosem rzekł:
— Ja będę powiadał co i jak, a pan pisarz niech wszystko akuratnie spisuje!
Zrobiła się wielka cisza.
— W imię Ojca, — zaczął, lecz urwał i jęknął; nie miał już prawej ręki, którąby się mógł przeżegnać.
Głowa mu opadła w tył, oczy się zamknęły, myśleliśmy, że kona; wzmógł się jednak i tak mówił dalej:
— Niech pan pisarz fort wszystko spisuje!
— W imię Ojca i Syna i Ducha świętego amen. Ja, Józef Srokacz, po przezwisku Kobylak, bo są insze Srokacze w Pietrowie, a znów insze w Bronówku... ale te z drugiego rodu są...
Zawahał się, widocznie nie bardzo wiedział, jak ma dalej mówić.
— Zdrowy na umyśle, — podpowiedział pisarz półgłosem.
— A jużci! — rzekł Józik, — zdrowy na zmysłach, ino, że przez jednej ręki, co mi ją Pan Jezus wziął... niech mu ta będzie cześć i chwała przenajświętsza!
Westchnął głęboko i tak dalej mówił:
— Gdyż Pan Bóg miłosierny, w Trójcy świętej jedyny, woła mnie do chwały swojej przenajświętszej i do żywota wiecznego amen, nie ze starości i nie z choroby, ino ze złej godziny, którą na mnie dopuścić raczył, ja Józef Srokacz, mający po ojcu Jakóbie Srokaczu sześć morgów gruntu w Kobylnikach, zapisuję i oddaję te sześć morgów wielmożnemu panu i wielmożnej pani, u którego państwa wielmożnego trzy lata służywszy, krzywdy nie doznawszy, umieram z wdzięcznem sercem i wszelaką przychylnością. A iż mnie w ciężkiej godzinie opatrywali, doktorów przy mnie trzymali, nocą pilnujący, w dzień karmiący i pojący, niczego nie żałujący, bynajmniej się czem nie brzydzący. A upraszam pokornie, aby matka moja do wieku swego na gruncie tym dożyła w spokojności, a gdyby się to ubóstwo moje małe wielmożnym państwu zdało, aby to więc choć na panicza poszło. Pokornie to ochfiaruję, Bogu wszystkich oddaję i z Bogiem ostawiam, za wszystko dobro dziękujący, a o pochów proszący. Amen.
— Józik! Józik! Ty co?... ryknął płaczem gospodarz i na piersi mu się rzucił. Toż ty przezemnie umierasz, marnie ze świata schodzisz! Przez te głupie deski, co ich u kierata nie było! Józik! bój się Boga, bo mi serce pęknie! Nic nie chcę! nie przyjmę! Udławiłbym się chlebem z twego pola! Nic nie chcę! Pochów ci, jak rodzonemu synowi sprawię, Bożą mękę, krzyż w tem miejscu, w podwórzu, postawić dam!... Józik bój się Boga!...
Chwilę było słychać tylko płacz ogromny.
— Oj, nie trza, panie, — przemówił wreszcie zmienionym głosem Józik — nie trza! Już tam była męka i krew była... Już tam Pan Bóg miłosierny ręką swoją przenajświętszą krzyżyk dla mnie położył... A jabym spokojnego sumienia nie miał... Jabym... Niech ino pan pisarz prędko papier wedle podpisu daje...
Mówił coraz ciszej, z widocznym wysiłkiem: pot mu wystąpił na czoło, głos się rwał, w piersiach zaczęło chrypieć.
Wyciągnął jednak rękę po papier, a gdy mu ją podparto, trzy krzyże pod testamentem swoim postawił; nie przestał wszelako płonącemi oczyma za nim wodzić, póki go nie podpisali świadkowie i póki wójt nie przyłożył pieczęci.
Westchnął wtedy głęboko i śmiertelnie zmęczony osunął się na poduszki bezwładnie.
W trzy dni potem sprawiono mu «pochów».

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .




MARYŚKA


Ciężka była tego roku zima.

Od trzech dni dął wicher z północy, jak chłop się z ludźmi mocując, jak wilk wyjąc, a śnieżycą tak miótł, że oczu na świat pokazać nie było można. Nim parobek ze stajni do kuchni przypadł, już wyglądał jak bałwan śnieżny; nim dziewka wody ze studni nabrała, już wicher dziesięć razy okręcił koło niej spódnicę, szamocąc nią na wszystkie strony i furcząc jak chorągiewką. Kto nosa wytknął, cofał się co rychlej, bo dech w piersiach rwało, a w oczy jakby szkłem szło; psy nawet legły w kuchni pod ławą, wtuliwszy pod się ogony.
W kuchni u pułapu wisiały gęste, białe pary, idące z ogromnych żelaznych saganów, w których się gotowały kartofle, a od czasu do czasu buchał z ogniska kłąb dymu z iskrami, bo z komina okrutnie nazad miotło.
U progu topniała wązka smuga nawianego przez szpary śniegu, rozdeptywana w błotniste ślady na ubitej z gliny podłodze, a tuż zaraz stara Kubina, we dwa kruki zgięta, siekała w cebrze buraki dla świń, podnosząc i opuszczając siekacz, osadzony na wypolerowanym od jej drżących, starych, pomarszczonych dłoni, drążku.
Pod jednem oknem przędły dziewki, których dziś do innej, pozadomowej roboty nie sposób było zająć, pod drugiem stał długi, wązki stół, na którym na podsypce z otrąb w trzy rzędy ułożone były surowe jeszcze i rozrastające się dopiero bochny razowego chleba.
Pomiędzy bochnami temi zaraz z brzegu leżały dwa widocznie większe, wetknięciem palca w ciasto naznaczone, a przy nich pomniejsza czubato obtoczona kukiełka. Takie dwa większe bochny i taka czubata kukiełka występowały na stole przy każdem pieczeniu chleba coś już ze trzy lata, a nikomu do głowy nie przyszło sarkać na nierówną miarę. Każdy bowiem dobrze wiedział, że bochny owe robi Maryśka kucharka nie dla siebie, ale dla Antka fornala, a kukiełkę dla swego małego «Antosia», który miał takież same, jak Antek fornal niebieskie oczy i takąż samą lnianą, jak on czuprynę, a wziął się na świecie ot tak, z dobrej woli, będzie temu cości dwa lata. Tylko dziś, kiedy Maryśka oblepiony ciastem palec w bochny wtykała, trąciła Ulina Marcynę łokciem i obie się cicho, wzruszywszy ramionami, roześmiały.
Tymczasem co i raz to wpadał do kuchni który z rżnących sieczkę parobków, dla ogrzania się i chwycenia z parującego sagana kilku gorących, twardawych jeszcze kartofli, które przez chwilę z ręki w rękę, dmuchając, przerzucał, potem za pazuchę chował, a nacisnąwszy czapę na uszy, zmykał przed wrzaskiem kucharki.
Raz nawet bardzo szeroko otworzyły się drzwi, a do kuchni wleciało trzech chłopaków od bydła, trzaskając w zgrabiałe ręce i krzycząc: «Hu!... a hu!... a hu!...», poczem stanęli u komina tupiąc chałaśliwie i bijąc nogą o nogę, a pociągając głośno czerwonymi, jak gile nosami.
Za każdem otwarciem drzwi wpadał przeraźliwy gwizd wichru razem z kłębem drobniutkich igiełek śnieżnych; przędące dziewki wołały wtedy: «Zamykać tam! zamykać!», a psy warczały i skomliły przez sen. Jedna tylko Maryśka dziwnie była obojętna na te wypadki kuchennego życia. Chłopakom, którzy cały komin zastąpili i nosy w sam żar powtykali, nic nie rzekła, na parobków chwytających kartofle z saganów nie krzyknęła, tylko się po kuchni kręciła, dziesięć razy jedno w rękę biorąc i kładąc, jakby sama nie wiedziała co robi.
Sięgnęła do łyżnika, wzięła kopyść i w ogniu nią grzebać zaczęła, aż chłopaki gęby na nią porozdziawiały, jako wrony; sięgnęła po sól i sól rozsypała na ziemię; ogień ugasać zaczął, drew nie dołożyła, a tak się jej nogi plątały, że nim od stołu do komina doszła, to się trzy razy potknęła o małego «Jantosia», który za nią na bosaka dreptał, spódnicy się jej czepiając, ot tak, jak co dnia chadzał, w jednej koszulinie ze starego pacześnego podołka matki zrobionej i w chuścinie zawiązanej przez plecy i piersi, na opak, pod paszki. I jego wszakże Maryśka spostrzegać się nie zdawała, odsuwając tylko niekiedy od siebie szybkim, niecierpliwym, w zupełnem milczeniu dokonywanym ruchem, tak jak się odsuwa stojący na drodze stołek.
Tymczasem piec się upalił, żar niewygarnięty pokrył się delikatnym, siwym popiołkiem, a Maryśka trzeci już raz do kąta po kociubę szła i trzeci raz, jak błędna, bez kociuby do komina wracała. Co drzwi skrzypną, to nią coś szarpie, odwraca głowę i patrzy...
— Ten chlebaszek — odezwała się wreszcie Baśka jakoby sama do siebie — to się na nic rozrusza...
A na to Marcyna.
— A bogać! przez łopatę poleci...
— Maryśka! — głośniej zawołała Franka. — Co ty? blekotu się objadła? A dyć ci przecie piec na nic wystygnie, a z chleba placki będą!
Ale Maryśka nie odezwała się ani w tę, ani w tę stronę, jakby to nie do niej.
Jak stanęła na pośrodku izby, tak stała, upatrując czegoś po kątach, ale po oczach jej znać było, że sama nie wie, za czem się ogląda; drepcący za nią Jantoś darł się już od chwili: «mama jeść! mama jeść!», nie zważała na to, a najpewniej nie słyszała go wcale.
Zmrok szybko zapadał, rytmiczny zgrzyt sieczkarni przycichał zwolna, studzienny żóraw zaskrzypiał raz i drugi, fornale wodę brali.
Wtem Witek, najmłodszy z trzech stojących u żaru pastuchów, odezwał się cienkim głosem:
— A kartofli na kolacyą to dziś będzie do cna mało, bo się aby w saganach gotują, a w zieleźniaku nic!
Za takie odezwanie się, wszelkim pojęciom o kuchennej karności przeciwne, byłby każdego innego dnia warząchwią przez łeb dostał; a dziś Maryśka popatrzała tylko na chłopaka, i jakby przypomniawszy coś sobie, koszyk z kartoflami wysunęła z kąta, żelaźniak ustawiła przy nim, stołek i skrobaczkę chwyciła, kiedy naraz wskroś słabnącego wycia wichury dało się słyszeć dalekie, stłumione bębnienie.
Wyprostowała się nagle jak struna, stołek i skrobaczkę puściła i z wyciągniętą ku oknu szyją stanęła jak skamieniała.
Jaskrawa, na wierzchu głowy związana chusteczka, zesunęła się z jej ciemnych włosów; śniada, szczupła twarz, po rembrandtowsku oświetlona z jednej strony pełnym blaskiem ogniska, a z drugiej w zmierzchu tonąca — wyrażała jakieś bezbrzeżne zdumienie, a piwne, złotawe, głęboko zapadłe oczy, z osłupieniem patrzyły w kłębiącą się poza oknem śnieżycę.
Co prawda, to już ludzie od kopania kartofli, ba, od grabienia siana gadali, że Antek o dziewuchę Sekurów uderzyć myśli. Ale nie wierzyła temu, nie mogła uwierzyć. Zdawało jej się, że w ostatniej chwili coś się przeciwnego stanie i że on, jej Antek...
Dech jej w piersiach zaparło, otworzyła kilka razy usta, żeby zachwycić powietrza, w oczach jej cości migotało, a nogi się pod nią trzęsły.
A kiedy tak stała w ubogiej swojej krótkiej spódniczynie i w siwej lnianej koszuli, z rękami bezwładnie opadniętemi wzdłuż ciała, mimo zmroku można było poznać, że się blizkiego macierzyństwa spodziewa.
Furczenie wrzecion przycichło tymczasem, przędzące dziewki, które też dosłyszały bębnienie, trąciły się łokciami, pokasłując i zagadując głośno.
— Marcyna! — odezwała się Baśka, szturchnąwszy obok siedzącą. — Co się pchasz? Nie możesz bokiem sieść, kiedy widzisz, że ciasno? Rozparła się jak do rozplecin na dzieży!...
— A co? — odcięła się wesoło Marcyna — aboby to nie mieli co rozplatać? Nie mam to warkoczka, jak się patrzy?
— Ino się nie chwal, nie chwal! Żeby i na ciebie co nie przyszło!...
— Co ta ma przyjść! Ja się tu nijakiego zaprószenia oczów nie boję! okazyi sobie nijakiej nie daję!
— Juści że racya. Kto nie szuka, nie znajdzie. — Zachichotały i ucichły. Wrzeciona znów furczeć zaczęły.
Wtem między jednym poświstem wichru a drugim dało się słyszeć bliższe już i donioślejsze bębnienie. Wicher porywał głosy skrzypicy, ale bęben wyraźnie słychać było, jak się od Murowańca przybliża.
Dziewki powtykały nosy w kądziele i jakoby nic nie słysząc, przędły zapalczywie.
Wtem pies leżący pod ławą krótko warknął, a potem zawył głucho, przenikliwie. Maryśka zaczęła się trząść, jak w zimnicy. Bębnienie to stłumione nagłym zapędem wichury, to jasne i donośne, zbliżało się ciągle.
Nagle drzwi się otwarły, a do kuchni razem z Jędrkiem fornalem wpadły piskliwe tony skrzypicy i grube basowanie Maćkowe.
— Hu!... — wrzasnął Jędrek od progu — buchając jak komin parą. — Hu!... zimno!
Rznął czapkę o ławę i w boki się ujął.
— Dalej dziewuchy! szykować nogi! Antek z wódką do Sekury wali. Hu!... ha!... Maryśka — zwrócił się do kucharki — dawaj duchem kolacyą, bo mi się śpieszy!...
Ale Maryśka nagle się oburącz chwyciła za głowę i z głośnym płaczem jak stała, tak wypadła za drzwi.
Wtedy Ulina podniosła się i westchnąwszy rzekła:
— Oj, oj! źle głupiemu na świecie, kiej rozumu nie ma! — Poczem na komin drew przyłożyła i chwyciwszy sagan przez grubą ścierkę, poszła do miśnika odcedzić kartofle.
Z za węgła tymczasem słychać było wskróś wichru ciężkie, bolesne zawodzenie Maryśki, a nieco dalej zbliżającą się do wsi kapelę.
Mały Jantoś, którego matka wybiegając pchnęła, jak siadł raptem na środku izby, tak i siedział becząc.
Nie minęło jednak trzy pacierze, kiedy Maryśka napowrót do kuchni, cała w ogniu, wpadła. Zęby miała ścięte, mokre włosy lepły jej do skroni, ręce dygotały jak w febrze, piersi wznosiły się i opadały ciężko.
Nie płakała jednak, ale wpadłszy jak burza, drzwiami za sobą huknęła tak, aż wszystkie łyżki w łyżniku i szyby w oknach szczękły, a chwyciwszy sagan z rąk Ulinie, soli do kartofli wsypała, wstrząsła niemi z wielkiej mocy i z całej siły pałką je tłuc zaczęła. Tłukła i tłukła, na maść je utłukła, a jeszcze nie przestawała; kiedy zaś się obróciła do światła, zdawało się, że jej iskry z oczu szły, jako więc tej złej wilczycy, ruszonej w gnieździe.
Skończywszy z jednym saganem, chwyciła drugi i do miśnika, oparłszy go o łono, niosła. Nagle postawiła go w pośrodku drogi na ziemi, skoczyła do stołu i z owych naznaczonych bochnów po kawale ciasta urwawszy, świniom ciasto ono w pomyje z największą pasyą rzuciła. Poczem odcedziwszy ów drugi sagan, z wielkim go pędem nazad do komina poniosła. Na drodze jej siedział beczący dzieciak.
— Umykaj! — wrzasła, idąc wprost na niego.
Ale dzieciak nie myślał się ruszać. Wtedy go nogą jak psiaka kopnęła tak, że aż w kąt pod stół zaleciał i rozbiwszy głowinę o dębowy krzyżulec, drzeć się w niebogłosy począł.
— Cichoj! cichoj, Jantoś! — odezwał się wtedy Jędrek, który przez cały ten czas złośliwemi oczyma za Maryśką wodził. — Cichoj, cichoj, przyniosę ci z Antkowych zmowin kukiełkę.
Zapaliła się jeszcze większym żarem na twarzy Maryśka, a chwyciwszy w ramiona chłopaka, zatrzęsła nim w powietrzą krzycząc syczącym głosem:
— Będziesz ty cicho, bąku zatracony!... Będziesz ty cicho?...
Ale chłopak wrzasnął mocniej jeszcze.
Wtedy Maryśka, jak go trzymała, tak drzwi nim pchnęła, i wyleciawszy przed kuchnię, w sam środek wielkiej kupy śniegu, którą pod kasztan od progu, po nocnej zadymce, odmiotły chłopaki, rzuciła.
Brudne koszulątko aż mu głowę okryło, do góry się w tym impecie podniósłszy, a chłopak golutkiem ciałem po pachy w śnieg zapadł i jak się w płaczu uniósł, tak aż zesiniał cały.
Maryśka pędem do kuchni wróciła, drzwiami trzasła i potrąciwszy trzy razy stołek, plecami do dziewuch siadła i z wielkim pośpiechem kartofle skrobać zaczęła, ciskając je w żeleźniak z taką złością, jakby go porozbijać chciała.
— Masz ty sumienie tak dzieciaka poniewierać?... — odezwała się pochmurnie Ulina. — A cóż on ci, chudziątko winien, że żyje? Prosił ci się na świat, czy co?
Maryśka ni słowa nie rzekła, tylko silnie nosem pociągać zaczęła; naraz z pałających jej oczu posypały się gęste, drobne łzy, jak deszcz rzęsisty.
Po twarzy jej leciały, jak iskierki złote, jedna drugą potrącając, jedna za drugą goniąc, na pierś jej przywiędłą, na siwą koszulę, słonością swoją usta jej przejmując. Łez tych Maryśka nie ocierała wszakże, tylko od czasu do czasu mrużąc oczy przed ich nawałnością i przełykując gorycz ich słoną, skrobane kartofle coraz szybciej do żelaźniaka rzucała. Chrypliwy, zanoszący się płacz dziecka, słabym tylko, przeze drzwi zamknięte dochodził odgłosem.
Wysoka, jasnowłosa Ulina parę razy poruszyła się niespokojnie.
— A biegaj no, Witek — odezwała się wreszcie — i przynieś dzieciaka, bo do cna «skargnie».
Witek nie śpieszył się. Stał bowiem do drzwi zwrócony, z podełba na Maryśkę patrząc, a miarkując co bezpieczniej, iść, czy zostać.
— A rusz-że się! — nagliła Ulina.
— Co mu ta będzie! — z filozoficznym spokojem przemówił Jędrek. — Takie fornalskie dziecko, to jest «fain» gatunek! takiego gatunku ani mróz nie zgryzie, ani ogień nie spali, ani woda nie zaleje. To jest kochany gatunek! Prawda Maryśka?
Zachichotały dziewczyny, a Maryśce łzy się jak sitem puściły na nowo.
Tymczasem weszło trzech jeszcze parobków.
— Maryśka! — zawołał od progu zaraz Jeronim. — A co ty? A toż twój chłopak po uszy w śniegu siedzi i już do cna zachrypiał! A biegajże duchem po niego!
Zerwała się nagle, stołek z rozmachem nogą pchnęła i sypiąc łzami, we drzwi jak wiatr uderzyła. Zaczem chwyciwszy chłopaka, do kuchni go wniosła i z równym impetem jak wpierw w kupę śniegu, na mocno rozgrzanej blasze posadziła.
Zasyczało w koło chłopaka koszulątko, gorącą parą odeszło, a dzieciak przeraźliwie wrzasnął.
Wtedy podniosła się jasnowłosa Ulina, fartuch swój pod dzieciaka podłożyła, na bok go podsunęła nieco, a sięgnąwszy na półkę pod garnek, skórkę chleba odłamała i w rękę chłopakowi wsadziła. Poczem podeszła do stołu, owe uszkodzone bochny zarównała, żar z upalonego pieca wygarnęła i do sadzania chleba się zabrała. Czyniła zaś to wszystko z powolnymi, trochę ciężkimi ruchami, a nie przemówiwszy ani słowa, tylko parę razy na wesołego Jędrka wejrzawszy, który, gwiżdżąc przez zęby, oczyma za nią wodził i w takt oddalającemu się już teraz bębnowi przytupywał po ubitej z gliny podłodze.
Uspokoił się dzieciak i chciwie chleb gryźć począł, ale, że go nagłe ciepło gorącym duchem obeszło i bardzo zmorzyło, więc jak siedział z ona skórką w piąstce, tak się raz i drugi zakiwał, poczem zwiesiwszy konopiastą główkę na sterczącą z pod chustki brzuszynę, zasnął.
W kuchni tymczasem zmrok zapadł, a Jeronim sięgnął do żaru drewienkiem i lampkę rozpalił.
Maryśki jakby nie było.
Ulina z Baśką chleb wsadziły i czeluść założyły deską; mała piegowata Franka stół wysunęła, miski ustawiła, żuru w nie ponalewała, ponakładała kartofli, parobcy sami sobie łyżki wzięli i zasiedli do kolacyi.
Zaczęto jeść i gawędzić.
— Ale to tam — mówił Stach — siarczyste «zmowy» będą, bo Antek aż dwa garnce wódki z Murowańca wziął i kwartę haraku.
— Nieprawda — odezwał się Józiek — bo wódki było garniec, trzy kwarty i pięć półkwaterków, jako że na więcej szkła my nie mieli, i kwarta haraku. Sam z nim chodziłem.
— Nie kijem go, ino pałką... — rzekł Jeronim, poczem chwilę jedli w milczeniu, chłopi zwolna i z powagą, dziewki jakby ukradkiem, a chłopaki jeden przez drugiego gęby sobie parzyli.
— Powiadali u Stasiaków — zagadała Franka — co Sekurzyna dwie gęsie na czerninę zabiła.
— Fiu... u-u-u! — gwizdnął Jędrek — to ci gala! Żeby ci tak choć łapę dali albo grdykę, tobyś miała co do ostatków obgryzować...
— A bogać! — rozśmiała się Franka.
— Ano — przerwał z powagą Jeronim — trzy morgi gruntu na dziewuchę idzie, to ta i zmowy godne muszą być.
— Powiadała Kukulina — odezwała się Baśka — co Sekury dwie krowy za dziewuchą dają.
— Abo to nie bogacze? — rzekł Stach.
— O Jezu, Jezu miłosierny! — sieknęła z kąta stara Kubina, która z małej miseczki na osóbku jadła, jako że się nią parobcy brzydzili, bo była bolących oczu. Stęknięcie to, wydobyte z zapadłej, wyschłej piersi starej Kubiny, oznaczać miało uwielbienie dla bogactw Sekurów, którzy takie majątki za córką dawali.
— I i i i!... — pisnął cienkim głosem mały Witek — takie to ta i krowy! Przecie je codzień na pastewniku widzę, to wiem. Jednąby workiem zabił, a druga ze wszystkiem jeszcze jałówka...
— Zawszeć rachować dwoje bydła — tłómaczył Stach.
— Ale! — poparła go Marcyna.
— Latoś jałówka, a na bezrok krowa — dodał sentencyonalnie Jeronim.
Umilkli...
Wskróś jękliwego zawodzenia i zrywających się poświstów wichru, słychać było donośny huk bębna, który taneczną, coraz wyraźniejszą nutę na troje drobił, z wielkiej mocy przybijając pierwsze uderzenie, a dwa drugie mimo, jakoby od niechcenia puszczając; już z samego tego bębnienia znać było, że zmowy będą nie byle jakie.
Parobcy zaczęli kręcić głowami.
— Musiał Łuka tęgo łapę wysmarować — zagadał jeden — kiedy tak skórę na bębnie z dobra woli psuje.
— A bo to nie! — przyświadczył inny. — Antek dziś od pana pięć rubli wziął...
— Na takie zmowy to ta i pięć rubli nie wielka obrada... Tera wódka, tera harak, tera muzyka...
Tymczasem Maryśka, jakoby rozmów tych nie słysząc, nizko schylona nad żeleźniakiem, kartofle naskrobane płukała, bujnemi a drobnemi łzami mącąc wodę. Aż nagle, jak gdyby przypomniawszy coś sobie, żeleźniak na ziemi zostawiła, a sama jak stała, tak się pędem do stajen puściła. Jędrek wstał, wyjrzał za nią i rzekł:
— Oho, leci Maryśka prosto do Antkowej stajni. Pewnikiem po sukmanę. Ma chłop szczęście, że ją oblókł na siebie, a lejbik ino na kołku zostawił.
Roześmieli się parobcy, dziewki dyplomatycznie milczały; ano, niewiadomo, co jeszcze kogo spotkać kiedyś może...
Maryśka istotnie poleciała do stajni po Antkową sukmanę; w kwadrans wszakże potem bez sukmany wróciła, niosąc w ręku parę świeżo podzelowanych, z wyczernionemi cholewami butów, które na skrzynkę swoją z wielką złością cisnąwszy, siadła przy nich i mocno płakać zaczęła.
Wicher tymczasem świszczał i jęczał, jakby zawodząc nad jej dolą, nad czarną, nad sierocą, a bęben huczał, a huczał, zagłuszając nawet chwilami zawieję.
Jedzącym zrobiło się czegoś markotno; parobcy przycichli, dziewki zaczęły wzdychać, słychać tylko było brzęk łyżek i chlipanie żuru. Wtem śpiący na kotlinie dzieciak mocniej sobą kiwnął, na bok się obalił i uderzywszy głową o porzucone na blasze drewka, zcicha, ochrypłym od niedawnego krzyku głosem piszczeć zaczął. Porwała się Maryśka ze skrzynki, chłopca w ramiona chwyciła, poczem całując i oblewając łzami, na łóżko go swoje poniosła, róg pierzyny odwinęła, dzieciaka pod nią wsadziła i załamawszy ręce, stanęła nad nim, kołysząc głową żałośnie. Nagle rozplotły się jej ręce, odwróciła głowę i nadsłuchiwała przez chwilę huczącego tuż przed chatą Sekurów bębna.
— Maryśka! — przemówił do niej Jeronim. — A nie pójdziesz to jeść? Do cna ci kartofle ogłąbieją...
— Co jej ta już, chudziaszkowi, po kartoflach — zagadnęła jękliwie stara Kubina ze swojego kąta. — Jej ta kartofle, chudziaszkowi, nie w głowie...
— Oj, Boże... Boże... — westchnęła wysoka Ulina, wstając z ławy i rzucając łyżkę swoją do miśnika.
Inne dziewki też wzdychać zaczęły.
Maryśka nie odpowiedziała, ale jak gdyby nagłą uderzona myślą, chwyciła z pod łóżka worek i motykę, obwiązała się chustką i znów z kuchni pędem wybiegła. Wiatr tylko świsnął za nią, uderzywszy drzwiami o odźwierek i zaraz nakryła ją śnieżyca, wśród której wyglądała jak drobny punkt czarny, coraz bardziej zagłębiający się w szaloną zadymkę.
— A wyjrzyj-no, Witek — przemówił Jeronim — gdzie Maryśka poleciała? Obwiesi się jeszcze dziewka i będzie...
Witek prysnął ze stołka, jak iskra. Za Witkiem podniósł się Jędrek, przeciągnął, rzemienia na kożuchu mało wiele rozpuścił, do skrzynki Maryścynej podszedł, i wziąwszy w rękę owe Antkowe, przyniesione ze stajni buty, pilnie je oglądał.
— Ano — odezwał się po chwili — buty jak buty, wcale jeszcze niczego. Zelówka nowa — tu stuknął palcem w podeszwę — pięć złotych za nią Antek dał, przyszwy całe, brat bratu, warte dziesięć złotych albo i więcej.
— Pokaż ino! — odezwał się drugi, i znów buty oglądać zaczął.
Kolejką to poszło. Oglądali parobcy, oglądały dziewki i wszyscy zgodzili się na to, że Maryśka może za one buty dostać choćby i całe dwa ruble. Prawa jej do zabrania Antkowi i do sprzedania ich, nikt nie zaprzeczał i nikt o niem nie wątpił. Musi przecie krzywdy swojej chociaż na tem patrzeć. Jędrek nawet swoje buciska słomą wypchane zdjął, i owe Antkowe wzuł, próbując czy dobre.
Wtem wpadł Witek, drzwiami huknął i kłąb pary z gęby puściwszy zawył, jak wilczak w kniei.
— Huuu!... A huuu!...
A tuż za nim śnieżycy słup i przeraźliwy świst wściekłej wichury.
— No i co? — zagadnął Jeronim.
— A to poleciała za stodołę — recytował cienkim głosem Witek — prościuśko do Antkowych kartofli i rozwala kopczyk.
— Psssia!... — syknął trzasnąwszy w palce Jędrek, który już buty był zzuł i na skrzynkę je napowrót zaniósł.
— A to ci komedya! — roześmiała się Marcyna.
Zawtórowała jej chichotem Baśka. Rzecz zaczynała być poważną, parobcy spochmurnieli. W twarzach ich widać było głęboki namysł: czy rozwalaniu Antkowego kopczyka zapobiedz, czy też dać pokój. Głowami kręcili, jeden na drugiego poglądał, a łyżki coraz wolniej zanurzały się w misce.
— No, no! — dawało się słyszeć od czasu do czasu — no, no!
Wreszcie podniósł się Jeronim, łyżkę na stół cisnął i machnąwszy ręką rzekł:
— A niech ta!
A gdy ku niemu podniosły się głowy parobków, tak mówił dalej:
— Zawszeć to ta łatwiej chłopu na trzech morgach i o dwojgu bydląt, choćby mu też i kartofle do sadzonki kupić przyszło, niż takiej ta mizerocie z dzieciakiem u spódnicy i z drugim za pasem. Co prawda, to nie grzech. Zawszeć to sierocka krzywda. Bierze Antek bogaczkę, niechże się i ta chudoba czymniebądź zasili.
Chwilę po tej przemowie trwało milczenie. Parobcy pootwierawszy gęby, ważyli sobie w myśli Jeronimowe słowa, jak tam którego było rozumienie, dziewki znów wzdychać zaczęły. Jeden tylko Jędrek, który zawsze w opozycyi stawał, przymrużył filuternie siwe oczy i rzekł:
— Jeronim rajcuje, bo sam za Górczyną, nie za dziewuchami patrzy, a Górczyna, wiadome rzeczy, choćby i co, to kartofli nie weźmie, jeszcze prędzej sołtysowych dosypie...
Spłonął na twarzy czarniawy Jeronim, ale że chłop był nadewszystko roztropny, więc splunął tylko szeroko, a nacisnąwszy czapkę na uszy, zwolna z kuchni wyszedł.
Za nim wysunęli się inni.
Tymczasem Maryśka, do kopczyka Antkowego dopadłszy, zaczęła z niego śnieg motyką odgrzebywać, dobierając się mozolnie do zmarzniętej ziemi.
Ciężka to była praca. Zadymka w same oczy miotła, mróz ciało przejmował i drętwił, wichura ledwo ustać na nogach dawała.
W powietrzu leżała ta ciemność biaława, do gęstej mgły podobna, której mniej jeszcze dojrzeć pozwala, niżeli noc czarna. Jak szerokie i dalekie pole, od Piotrowa, od Kobylnik, od Biernacic, porywały się z ziemi śnieżyste tumany i z wizgiem pędziły przed siebie. Trudno było oddychać, trudno oczy w tej zamieci otworzyć. Za stodołą nawet, gdzie kopczyk stał, miotło tak prawie, jak i na golaźni. Co jeden tuman przeleciał, to już drugi, wyjąc, słup sypkiego śniegu kręcił; nie można było zgoła pomiarkować, z której strony większy impet idzie, tak szeroko polem rwało, to umiatając je po górkach do czysta, to sypiąc śnieżną ławicą, a od boru taki trzask szedł i taki łomot straszny, jakby się tam wszystko het precz waliło.
Załzawione oczy dziewczyny obeszły u rzęsów szronem, para przy nozdrzach jej marzła, pył śnieżny wichrem niesiony, dławił ją i dusił. Nie zważała na to, ale zarzuciwszy worek na głowę, z wielką siłą rozbijać zaczęła głęboko zamarzłą ziemię. Nogi jej dygotały, zgrabiałe ręce ledwo mogły utrzymać motykę, której głuchym uderzeniom odpowiadał z drugiego końca wsi huczący na zmowach Antka z Sekurzanką bęben. Ten bęben dwoił jej siły. Póki go słychać było, póty w ziemię biła z wielkiej mocy, gdy umilknął, podnosiła głowę, nasłuchując. Dyszała wtedy ciężko, na czole jej występowały głębokie, podłużne bruzdy, wąskie wargi zaciskały się bolesnym kurczem, a szczupła śniada twarz przybierała wyraz twardy i srogi. Czuła też wtedy Maryśka, że ją mróz ograża i za piersi chwyta, a śnieżyca po gołych nogach, jakby drobnym żwirem siecze, z okrutnym niosąc się zapędem.
Odwaliła nareszcie pierwszą bryłę zmarzniętej ziemi i poczuła jednocześnie, że jej krew z pod paznogci trysła. W tej samej wszakże chwili bęben zahuczał raźno, a dziewczyna, raz tylko jęknąwszy, z nową siłą motyką w kopiec uderzać zaczęła. Trzeba było otwór rozprzestrzenić tak, aby w nim stanąć i obrócić się było można. Szło to jak z kamienia.
Nogi tak jej z zimna srogiego zdrętwiały, że musiała przysiąść na nich, aby odeszły cokolwiek.
Chwilami zdawało jej się, że kopie wielką mogiłę na siebie, na Antka, na Jantosia i na ono niewiniątko nieurodzone jeszcze... Huk bębna wydawał jej się wtedy jako bicie dalekich dzwonów, a zapęd i jęki wichury jako organ w kościele grający. I nagle chwytała ją niewstrzymana żałość, a z oczu sypały się łzy bujne i drobne, przemagając gorącością swoją owo straszne zimno, które je dopiero wówczas ścinało lodem, kiedy się już z jej pałającej twarzy stoczyły. Wprędce jednak wybuchała w niej okrutna zawziętość, a posępny ogień łzy owe w oczach jej wysuszał.
Po godzinie takiej pracy, od której pot siedmioraki wystąpił i obmarzł na plecach jej i na czole, a motyka w rękach się zagrzała, wyniosła Maryśka z Antkowego kopczyka pierwszy worek kartofli, i we dwoje pod ciężarem jego zgięta, poszła je wysypać do małej komórki przy czeladniej kuchni, gdzie stara Kubina sypiała i gdzie stały magle. Wysypawszy w kącik, otarła zastygły pot z czoła i szczękając zębami pobiegła po drugi worek. Nie mogła na raz wziąć więcej jak pół korca, i to z wielkim trudem; półkorcze owo nagarniała w worek rękoma, w których coraz dotkliwszy ból czuła. Kiedy już worek był pełny, przyciągała go na brzeg jamy, siadała w śniegu poniżej i w ten sposób zadawała sobie brzemię owo na plecy; zanim się jednak podniosła pod tym ciężarem i stanęła na chwiejących się nogach, czuła jak jej w krzyżach coś trzeszczy i jak wszystkie kości w niej chrupocą. Czasem jęknęła krótko, czasem usta tylko do jęku otwarła, a nie wydała głosu.
Wicher za nią jęczał, wicher za nią po ziemi się tarzał i bił sobą o trzeszczące węgły stodoły...
Zmordowany bębnieniem Łuka, kilka już razy odpoczywał, taneczna ochota wzbierała i opadała w chacie u Sekurów, a Maryśka z rosnącą zawziętością kartofle z Antkowego kopczyka nosiła.
W kopczyku było może dziesięć, może dwanaście korcy — dobra skrzynia. Wiedziała o tem, bo sama je Antkowi sypać w dołek pomagała. Zatrwożyło też to ją wielce, że przy dziesiątym coś worku krew jej się nosem rzuciła, a w oczach stanęły mroczki. Toż to była ledwo połowa roboty. Jak szła z workiem, tak pod górką przysiadła, i śniegiem krew tamowała, poczem podychawszy mało wiele, zebrała się i dźwignęła. Ale już jej było niesporo. Nogi w kolanach same się gięły, ręce w ramionach mdlały, z krzyża ku lędźwiom ból okrutny szedł, jakby ją kto na pół przetrącił.
Z następnym workiem już dwa razy przysiadać i odpoczywać musiała. Ścięte jej zęby coraz częściej przepuszczały krótkie, urwane sieknięcie. Zimny pot przylepiał jej na skroniach włosy, w uszach szumiało, jak pod młyńskiem kołem.
Zwietrzył ją pies od Stasiaków i z wielkiem ujadaniem za stodołę przyleciał. Pies był zły, i Maryśka zwykle go się bała. Teraz jednak, nic na ujadanie ono nie dbając, robiła swoje, a pies takoż nie wytrwał długo, i kilka razy okręciwszy się na onej strasznej zawiei, ogon pod się wziął i stuliwszy uszy, skomląc ku chałupie Stasiaka odbiegł.
Worek, który teraz Maryśka nagarnęła, wydał jej się nade wszystkie ciężki. Postawiła go tedy napowrót i usypała nieco kartofli, z pół ćwiartki może, poczem jęknąwszy dźwignęła i poszła. W pół drogi wszakże taka ją obeszła niemoc, że go postawić musiała, i za czuprynę chwyciwszy po śniegu do komórki przyciągnęła.
Wróciwszy do kopczyka, nasypała już tylko ćwiartkę może, ale i od tego zamroczyło ją tak, że się ledwo, motyką podpierając, do komórki dowlokła.
W tej chwili właśnie Stach, fornal, ze zmów Antkowych wcześniej do koni wracający, na całe gardło, podwórzem idąc, śpiewał:

...„A we—ź mnie Wo—jtek za zonę,
Da ci — matu—sia pierzone.
Pierzone puchowe,
Sto złotych gotowe,
Malowaną skrzy—nię,
I śliczną dziewczy—nę!...”

Stanęła w progu Maryśka pod ciężarem swoim o odźwierek oparta, i chwilę słuchała, jakby nieprzytomna. Zaczem cisnąwszy worek i motykę na sporą już kupkę usypanych przy maglach kartofli, rzuciła się na nią z załamanemi rękami i wielkim głosem ryknęła:

— Antek!... mój Antek!... mój Antek!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kilka miesięcy coś potem — Maryśka już dawno nie służyła we dworze — dowiedziałam się, że leży ona chora na tyfus u matki swojej, starej Jędrzejki, która na komornem w chałupie Stasiaków siedziała. Kiedym do izby weszła, usłyszałam płacz dziecka i stukot biegunów kolebki. Kolebka z paru deszczułek, nędznie sklecona, ustawiona była tuż przy łóżku, na którem leżała Maryśka. Na brzeżku kolebki siedział «Jantoś» w równie brudnej jak dawniej, tylko nieco krótszej koszulinie, i odbijając się bosą piętą od ceglanej podłogi, kołysał dziecko piszcząc monotonnym głosem:
«Aaa—a!... Aaa—a!...»
W całej izbie znać było wielką biedę.
Maryśka odwróciła głowę od ściany.
Twarz miała zapadłą, oczy gorączką błyszczące, ciemne rumieńce na wychudzonych policzkach.
Patrzyła wzrokiem zmąconym, ale była przytomną.
— I cóż ty, Marysia? Chorujesz? — zapytałam zbliżając się do łóżka.
Próbowała unieść się i przemówić, ale nie mogła; głowa jej opadła, usta poruszyły się bez głosu, po rozpalonej twarzy nagła bladość przeszła i dwie łzy grube potoczyły się z pod spuszczonych rzęs.
— A toć! — odezwała się stara Jędrzejka. Docna wskórania dziewczysko nie ma. Ono to niby i nie taka chora, ino że nijakiej w niej mocy. A skąd ma być moc! Abo to zje co godnego, albo i wypije? Kapkę ta tego mleka, co go od Stasiaczki uproszę i tyla! Abo to człowiek ma co czem, przy takiej chorobie począć? Miała poduszkę — przedała, worek ino tera pod głowę podtyka; wełny sobie na wełniak narządziła — też my ją przedać musieli, żeby choć na ten chlebaszek grosz był, boć to człowiek gruntu nie ma, swego ziarnka nie uświadczy... Mielimy dwie kury, poniosłam do karczmy, bo raili, co dobrze wódkę tłustą pić... Człowiekby z pod ziemi ten grosz wykopał, żeby ino mógł...
Podparła wyschłą ręką brodę i zaczęła wzdychać; z pod spuszczonych rzęsów Maryśki znów dwie wielkie, jasne łzy wybiegły i stoczyły się na jej pierś zapadłą.
Stojąc tuż przy chorej i słuchając wzdychania Jędrzejki, podniosłam oczy na ścianę.

Na ścianie, tuż nad łóżkiem, pomiędzy świętemi obrazami, tylko poniżej nieco wisiały na gwoździu nowo podzelowane z wyczernionemi cholewami, trochę tylko kurzem przysute — niesprzedane Antkowe buty.




LALKI MOICH DZIECI


Lalki moich dzieci dzieliły się na dwa wielkie obozy: Framużaków i Szkatulaków.

Pierwsi dlatego tak się nazywali, że miejscem ich zamieszkania była framuga w stołowym pokoju, a raczej szafka w murze, na której górnych półkach stały półmiski i talerze; drudzy zaś dlatego, że zamieszkiwali dużą szkatułę, pod piecem w pokoju szkolnym stojącą, niegdyś porucznikowski neseser podróżny p. Wawrzyńca, ojczystego dziada moich dzieci, gdy ten pod jenerałem Romarino służył.
Fabrykacyą lalek trudnili się przeważnie chłopcy. Dziewczyny nie umiały ani takiego twardego łba z waty i gałganków uwinąć, ani tak wytrzymałego korpusu uformować, ani rąk i nóg, też z waty skręconych i obszytych płótnem, umocnić tak silnie we właściwem miejscu. Stąd też zapewne pochodziły te linie surowe, prostokątne, ta wzgarda dla wdzięku i miękkości kształtów, jaką się odznaczały te lalki, a także i to, że daleko więcej tak pomiędzy Framużakami jak i Szkatulakami było mężczyzn niźli kobiet. Z początku oba te obozy żyły razem na dolnej półce framugi, ale kiedy ich coraz więcej przybywać zaczęło, część przeniosła się do szkatuły, skutkiem czego z czasem nastąpiło rozdwojenie, ba, nieprzyjaźń jawna.
Przedewszystkiem Szkatulaki zniewieścieli zupełnie. Wnętrze starego nesesera, wybite czerwonym, spłowiałym aksamitem i podzielone na różne przegródki, dawało pole do tworzenia coraz to nowych wymagań i zbytków. Tam, gdzie niegdyś stała wielka cukiernica, zrobiono salę balową; na miejscu czajnika był stołowy pokój z kurytarzem; po herbatnicy zajął plac sam wódz Szkatulaków, a po ustroniach do likierów i rumów przeznaczonych, mieściły się buduary dam. Reszta towarzystwa zajmowała drugą kondygnacyę, która, jakkolwiek umieszczona pod pierwszą, w rodzaju dna podwójnego, niemniej nosiła ślady demoralizującego aksamitu. Framużaki tymczasem rośli w siłę i prawdziwie męskie prowadzili życie, śpiąc na gołej desce, i ledwo damom udzielając osobnego, w pudełku od cygar, schronienia.
Powierzchownością swoją różnili się także wybitnie jedni od drugich. Framużaki chodzili w suknie, z którego Tadzio szył im spodnie, kurtki i gunie na słotę. Wódz ich, ks. Józef Poniatowski, nosił frak mundurowy, przepasany szarfą z wspaniałym węzłem, tak, jak jenerała Ney’a rysują. Chlubą Framużaków były sztywne gorsy, wyrabiane z kart odwróconych na różową lub niebieską stronę, a uzbrojenie ich składało się z karabinów, robionych z smolnego łuczywa dla pospolitaków, tudzież ze szpad, przygotowywanych z obsadek do piór i z ołówków dla starszyzny. Całkiem poślednia służba uzbrojenia nie miała, a także nosiła kurtki bez rękawów, ponieważ rękawy najwięcej do uszycia przedstawiały trudności.
Szkatulaki używali różnych tkanin i materyi. Gemejny wprawdzie ubierali się ciemno, ale oficerów można było widzieć w kitajkach, muślinach, tiulach różnej barwy. Gorsów też, które Framużakom za puklerze w walce służyły, nie nosili wcale, tylko fontazie na szyi wiązane. Wodzem Szkatulaków był książę Manio. Nędza to była fizyczna, wyjątkowa nawet w tym obozie. Łebek maleńki, chwiejący się na obie strony, korpus wątły, nogi cienkie i ogromnie wydłużone, ręce ledwo się trzymające ramion. Ks. Manio nosił bareżowe czarne spodnie, oszyte u dołu frendzlą i koronkowy lub jedwabny fraczek. Był tak słaby, że prawie nikt go nigdy nie widział stojącym, i najczęściej się po buduarach damskich rozlegiwał. Faktycznym też przywódcą Szkatulaków był Bohdarenko, srogi, dziki, gruby, i jak mówiono — nadzwyczaj silny. Ten ubierał się z wschodnim przepychem. Najjaskrawsze kawałki materyi szły na jego szerokie hajdawery, a nogi miał już raz na zawsze umalowane na żółto, co przedstawiało buty.
I Framużaki mieli swoich popularnych bohaterów, a najsławniejszymi z nich byli Czarniecki, Kościuszko i Chodkiewicz. Współczesność tych mężów z sobą, a także z Poniatowskim, nie raziła nikogo.
Damy Framużków i Szkatulaków niewiele się pomiędzy sobą różniły. Ale o pierwszych było w ogóle daleko mniej mowy, podczas gdy drugie ciągle występowały na pierwszy plan w Szkatule. Największą zdaje się przyczyną tego był salon; zwłaszcza też od kiedy Staś fortepian do niego z kory wykroił, na dwóch patyczkach go obsadził, i klawisze ze skrawków papieru ponalepiał. Raz wraz wtedy balowano u Szkatulaków, a pojedynki, kochania, śluby — ciągle były w robocie.
Najgorzej wszakże działo się wówczas, kiedy przychodziło do bitwy. Damy Szkatulaków krzyczały, spazmowały, biegły za oficerami, niekiedy nawet całą kupą towarzyszyły księciu Maniowi, ciągnionemu na plac boju w pudełku wysłanem watą. Sprawiało to ogromne zamieszanie i wielu nieporządków bywało przyczyną.
Damy z Framugi zapewne nie były lepsze. Ale to niezawodna, że umiano sobie jakoś lepiej z niemi radzić. Był tam bowiem już z urzędu postanowiony «Juliusz, który bawi damy», i jak tylko zrobił się jaki alarm albo nastawała publiczna trwoga, a damy zaczynały swoje «ach» i «och», natychmiast wysyłano do nich Juliusza, który aż do przywrócenia spokoju siedział z niemi w pudełku od cygar, uspakajając je, bawiąc i ratując w mdłościach. Juliusz był to piękny, wysoki, nadzwyczaj składny młodzieniec, przedmiot skrytej zawiści księcia Mania, który już raz nawet na niego z zasadzki przez opryszków godził.
Kiedy czasy były spokojne, tak Szkatulaki jak i Framużaki bawili się albo polowaniem w wielkim krzu bzowym przed kuchnią rosnącym, albo wyprawami do Brazylii albo też manewrami floty.
Polowanie bywało nie byle jakie. Przedewszystkiem w najciaśniejszych przesmykach między zawiłemi gałęźmi i korzeniami krzu, zarosłego na głucho zielskiem wszelakiem, ustawiały się oba obozy, poczem chłopcy wyciągali z sieni borsuczą skórę, wlekli ją w kierz, rozpierali na kijach, i tak stawała się niedźwiedziem w mateczniku siedzącym. Teraz dopiero zaczynał się piekielny hałas. Tadzio trąbił pobudkę myśliwską na wyłamanej szyi z starego liwara, dziewczyny napędzały zwierza naganką, a stara ślepa ogarzyca Wolta, zerwawszy się z swego legowiska, obskakiwała krzak dokoła z takiem, ujadaniem, jak w najtęższej kniei. Wtedy rozlegały się zabójcze strzały z wyrobionych przez Pawła, porządkowego, rusznic, a niedźwiedź, lubo się twardo trzymał, przecież padał wkońcu, na uciechę starej Wolty, która rzucała się na niego z jasnem, radosnem, z lat młodszych przypomnianem graniem.
Choć polowanie zazwyczaj kończyło się tryumfem myśliwych, zawsze przecie ten i ów oberwał na niem coś z reszty, a i to się zdarzało, że Miśka na dobre jakiego Framużaka albo Szkatulaka spłatał. Wtedy niesiono umarłego na marach pod kapliczkę w rogu ogrodu stojącą, a kapelan obozowy odprawiał uroczyste egzekwie. Każdy bowiem obóz miał swojego. Kapelan Szkatulaków, młody wikaryusz, słyną z wymowy, a na kazania jego nawet damy z Framugi chodziły; Framużaków zaś «Kordecki» z żołnierskiego animuszu był głośny. Nabożeństwo jego kończyło się krótko. Stawał pod kapliczką, w białej komży, z wyciągniętą ręką, w którą mu kropidło włożono, podczas gdy Staś, za organistę służący, śpiewał.
I na tem się kończyła cała ceremonia. Krótko a dobitnie, prawdziwie po żołniersku.
Kapelan Framużaków był wielkim myśliwcem, ale i ksiądz wikary nie lubił za piecem siedzieć — owszem, w różnych imprezach brał udział. Pewnego razu tak go nawet poturbowano, że mu cały nowy korpus dorabiać było potrzeba. I wtedy to zrodziła się w Szkatule kwestya (dziewięć na dziesięć daję, że pierwsze podniosły ją «damy»), czy kreowany w ten sposób nowy obywatel żenić się może, czy nie może?...
Pamiętam, było to przy rannej kawie, spóźnionej nieco z powodu gości z miasta, kiedy zjawiła się przedemną delegacya z powyższem pytaniem. Zaczęliśmy je tedy roztrząsać z rozmaitych punktów, ale zdania były tak podzielone, że jednomyślności w żaden sposób osiągnąć nie było można. Wreszcie, po długiej naradzie, większością głosów rozstrzygnięto, że ponieważ w głowie to właśnie mieściła się świadomość poprzedniego stanu, a głowa pozostała, przeto nawet po dorobieniu innego do niej korpusu ksiądz wikary, jako nowy obywatel, żenić się nie może. Gdyby jednak stary korpus się znalazł i mógł zostać odrestaurowany, a nową do niego przyprawiono głowę, to i owszem, niech bierze wdowę albo pannę.
Ściśle rzeczy biorąc, niewielka była pomiędzy niemi różnica. O ile bowiem mężczyźni tak u Framużaków jak i u Szkatulaków mieli swoją indywidualność, swoje imię, stanowisko a nieraz i wybitną charakterystykę, o tyle kobiety zawsze uważane i traktowane były zbiorowo. Mówiło się o nich «damy» — i tyle. A i to jeszcze zauważyć trzeba, że wszystkie chodziły w rannych godzinach na pensyę, «do pani Rajmer», i z tego stadyum pensyonarek nie wychodziły wtedy nawet, kiedy zostawały mężatkami. Pensyonat pani Rajmer znajdował się na pastewniku pod stogiem lucerny, a damy dosyć daleko przenoszone do niego być musiały. Jaki tam był kurs nauk, nigdy tego jakoś dociec nie mogłam, ale to wiem, że głównie uczyły się po francusku i że najbardziej zaawansowane umiały już mówić: «bon jour monsieur» oraz: «merci monsieur». Z tego «monsieur» widać, że głównie na użytek a raczej na zgubę spokoju oficerów francuzczyzna ta obróconą być miała. Wprawdzie damy z Framugi w czasie odwiedzin u dam ze Szkatuły, mówiły bardzo biegle innym jeszcze, jakimś podobno angielskim językiem, ale go nigdy zrozumieć ani wymiarkować nie mogłam, tak wymowa ich była szybką i obfitą. Framużaki wzruszali na to ramionami. Był to naród dość prosty.
Wyprawy do Brazylii także były bardzo zajmujące. Oba obozy sadowiły się wtedy w głębi kuchennych, do góry nogami przewróconych stołków, i wyjeżdżały na kilka godzin z bronią i żywnością. Pociągową siłę stanowili chłopcy, tuż za wozami biegła, naszczekując, Wolta, a dalej podążały dziewczyny, niosąc różne pionierskie, z wielkim trudem nagromadzone narzędzia, jako to motykę, służącą Maryśce do podbierania kartofli dla czeladzi, siekacz używany do siekania chwastu i buraków dla trzody, pogrzebacz od poprawiania w piecu, a jak się dobrze udało, to i tasak.
Jakie tam w kuchni robiło się piekło, jaki był gwałt, kiedy najpotrzebniejszych rzeczy pod ręką brakło, tego się opisywać nie podejmuję.
Wyprawa szła przez ogród, przez łąkę, brzezinkę i aż prawie pod kolonią Pietrzycha zatrzymywała się w dolince, której dno stanowił gruby pokład jeziornego żwiru, a ściany — znacznie wyniesione i szeroko ciągnące się piaszczyste wzgórza. W dolince, nieraz na samym wierzchu można było znaleźć stare wytarte pieniążki; gliniane, malowane, podłużne paciorki; różne skorupy, zęby i tym podobne skarby, z których powodu właśnie dzieci całej tej miejscowości nazwę Brazylii nadały. Zaraz po przybyciu wyprawy dzielono grunta, sypano kopce i rozpoczynały się poszukiwania. Tak Framużaki jak i Szkatulaki głównie szukali pieniędzy... Wolta tymczasem zapędzała się aż do pietrychowych kaczek, które z wielkim wrzaskiem i szumem zrywały się z Bugajowej kępy, trzepocąc hałaśliwie skrzydłami. Na to wypadały psy od Pietrycha, dwa wielkie żółte brytany, i zaczynała się zajadła walka, której echa aż pod Grodzisk się niosły.
Naturalnie, że i polowania i wyprawy do Brazylii nie zawsze kończyły się zgodą; owszem, bardzo często dawały powód do groźnych między obozami zatargów. Nie po każdym wszakże zatargu przychodziło zaraz do bitwy. Rozjątrzenie rosło wprawdzie, ale się powstrzymywano od jego objawów, aż zebrało się tyle wzajemnej goryczy, że jakiś błahy powód dawał hasło do najtragiczniejszych wydarzeń.
Pewnego razu, właśnie kiedy przezwyciężając zadawnioną niechęć, bankiet w Szkatule dla sąsiadów dać miano, z powodu, że któryś z ich gładyszów serce damy z Framugi posiadł, zobaczono nad stawem w ogrodzie kilka żab zabitych. Wnet ktoś z Framużaków odezwał się z przekąsem, że Szkatulaki żaby owe na pieczenie dla gości szykują. Naturalnie! Wszak oni wojsko swoje zgniłemi śledziami żywią, a groch dla niego z osypką mieszają. Co im to szkodzi? Byle książę Manio bażanty jadał...
Zawrzało wśród Szkatulaków po takiej zniewadze. Godzina nie minęła, a ze Szkatuły wywieszono czerwoną chorągiew, co wszędzie i zawsze znaczy wyzwanie do boju. Natychmiast na patyku w szparę ściany przed Framugą zatkniętym, ukazała się chorągiew czarna. Był to znak, że dzielny naród Framużaków nie tylko bój przyjmuje, ale go chce mieć na śmierć i na życie. Jakoż oba wojska zaczęły się zbierać do kupy...
Można sobie wyobrazić zamieszanie, jakie powstało między damami, które już przygotowały toalety balowe.
— Juliusz! Gdzie Juliusz? — rozległy się wołania. Ale Juliusz był nie do znalezienia.
Okazało się wreszcie, że się poszedł topić z rozpaczy, ponieważ dama, którą miał gładysz ze Szkatuły poślubić, była jego bohdanką. Naturalnie, że mu topienie się owo wyperswadowano, a sam książę Poniatowski przysiągł, jako, póki on żyje, na małżeństwo żadnej z dam swoich z nikczemnymi Szkatulakami nie zezwoli, poczem udobruchanego Juliusza wsadzono między mdlejące i spazmujące w pudełku od cygar damy, żeby przynajmniej z tej strony był spokój.
W Szkatule za to działo się o wiele gorzej, a od krzyków, jakie tam wyprawiały damy, rada wojenna poprostu traciła głowę.
Nareszcie uciszyło się wszystko około południa, a na pół drogi pomiędzy Szkatułą a Framugą wystąpiło czterech heroldów, po dwóch z każdej strony. Tu dopiero się rozpoczął homeryczny wstęp do walki. Heroldowie ci bowiem byli to najbardziej języczni i najwprawniejsi w przeróżne drażniące zaczepki, przedstawiciele obydwu obozów. Zarzuty, przycinki, repliki, wymówki, posypały się gradem. Przypomniano sobie powody do uraz i sporów od dziada, pradziada. Jeszcze jeden nie skończył, już drugi zaczynał, ale słuszność przyznać każe, iż chociaż argumenty Framużaków zasadniejsze się być zdawały, celniej przecież niemi strzelali i wprawniej obracali językiem Szkatulaki, których Staś reprezentował. Co do wojsk obu, te stały w pogotowiu, wybrawszy sobie jak najkorzystniejsze pozycye na wielkim składanym stole.
Zderzyły się nareszcie obie armie z ogromnym impetem. Bohdarenko, łbem uderzając, jak tur, w kolumny nieprzyjaciela, bił wściekle, o reguły wojennej sztuki nie pytał, a Szkatulaków swoich zagrzewał dzikimi okrzyki. Czarniecki i Kościuszko sprawnie uderzali drobnymi, zawczasu przygotowanymi oddziałami, oszczędzając dzielnych swoich ludzi. Zajadłość z jednej strony a męstwo z drugiej były tak silne, że w pierwszej tej bitwie zwycięstwo zostało nierozstrzygniętem, a oba wojska cofnąć się musiały, ponieważ Papierkowski wołał, żeby nakrywać do stołu i nieść wazę, bo mu się pieczeń przypali. Książę Manio w tym ataku nie brał wcale udziału.
Po obiedzie nowem męstwem wezbrały serca wojowników, ale ponieważ sprzątanie talerzy i podanie czarnej kawy zbyt długą groziło zwłoką, przeto teatr walki przeniósł się do ogrodu nad staw, gdzie bitwa morska miała rozstrzygnąć o ostatecznem zwycięstwie.
Tak Framużaki jak i Szkatulaki od dawna utrzymywali tu swoje flotylle. Były to piękne, lekkie, z kory przez chłopców wyrobione statki, zaopatrzone w maszty, żagle, liny i różnokolorowe bandery. Na banderach wypisane były nazwy statków.
Wnet Staś i Tadzio stanęli z łukami po obu stronach stawu, Janek chrapliwie trąbił na sławetnym liwarze, a w obu portach, »u przełazka» i «gęsiej łączki», zaczęto się szykować do wsiadania.
Najpierwsza wypłynęła «Dumka» Framużaków. Dowodził nią książę Józef. Za «Dumką» wysunął «Mohort», którym dowodził Czarniecki. Po »Mohorcie» wypłynęły razem »Sicz» i «Zuzula», komenderowane przez Kościuszkę i przez Chodkiewicza. Mieli jeszcze Framużaki łódź piątą, «Kanonadę», ale na niej puścili się sami młodzi ochotnicy, bez żadnego sławniejszego wodza.
Flota Szkatulaków składała się z siedmiu łodzi; nim jednak połowę ich odwiązali i puścili na wodę, już strzała Tadzia przewróciła najpiękniejszy ich statek «Marylę». Drugą ofiarą mężnych Framużaków była «Wiosna», łódź zwinna i zgrabna, zieloną wstążkę u masztu głównego mająca. Z prawej strony, tam gdzie książę Manio w orszaku dam, obłożony poduszkami siedział, dał się słyszeć okrzyk wściekłości. Był to głos Bohdareńki, który wypływał na trzecim z kolei «Hetmanie». Teraz dopiero zaczęto Framużaków prażyć. Pierwszy poszedł na dno «Mohort», a choć Czarniecki ocalony przesiadł się na «Kanonadę», którą właśnie wiatr do portu poniósł, i chociaż Framużaki ustrzelili «Rybkę», przecież nieszczęście uczepiło się ich widocznie. Łuk, z którego strzelał Tadzio, niósł sławnie; za to Staś, ze strony Szkatulaków walczący, krócej mierzył i zadawał szybsze ciosy. Wypływały dopiero «Warszawa» i «Zemsta» Szkatulaków, a już «Zuzula» straciła maszt i żagle. Kiedy po «Zuzuli» «Sicz» padła, a Chodkiewicz poległ, podniosły się rozpaczliwe lamenty z brzegu, na którym Juliusz uspakajał damy, a nawet ks. Kordecki wzniósł swoje kropidło.
Godzinę trwała zacięta walka, a zajadłość Szkatulaków była prawie tak wielką, jak ich bezprzykładne szczęście. Polegli mężni wodzowie Framugi, a flota jej rozbitą została. Jedna tylko «Dumka», kołysząc się na fali, usiłowała walczyć ze swoim losem.
Książę Józef, który stał na niej dotąd o maszt oparty i przepasany swą błękitną szarfą, wyglądał tak bohatersko, iż zdawało się, że sam jeden uratuje honor swojej floty.
Ale wtem wiatr wprost na niego poniósł Bohdareńkę, a tuż zaraz padły dwa strzały, jak gromy. Runął maszt «Dumki», a pod nim padł nieszczęsny książę — i tak się zakończyła owa sławna bitwa zupełną zagładą dzielnych Framużaków. I ta ich bowiem garść, która była na brzegu, dobrowolnie rzuconą została do wody, aby nie żyć w hańbie. Juliusz tylko ocalał i damy. Tegoż samego dnia wszakże wszystkie przeniosły się do Szkatulaków.

Wkrótce potem, nie wiem już dla jakich przyczyn, i ci ostatni zmarnieli jakoś dziwnie. Rozproszyło się to, skapiało i zniewieściało do szczętu. Miesiąc nie przeszedł, a w Szkatule, w dawnej balowej sali, dogorywał książę Manio, bez jednej nogi, w swoim koronkowym fraku, a przy nim leżał sztukowany obywatel, któremu korpus i głowa w dwie przeciwne rozłaziły się strony.




BANASIOWA


.................
Niechże i tobie będzie tutaj karta,
Staruszko moja, na kiju oparta.
Coś mnie tak zeszła wśród ciszy i słońca,
Białością swoją cała srebrniejąca,
Jak schodzi czasem z swojego ukrycia
Prosta i mądra w prostocie — myśl życia.
.................


Południe było ciche i gorące. Park łyczakowski we Lwowie zdawał się topnieć w powietrzu rozjarzonem, drgającem od natężonych, promienistych blasków.
W złoto-zielonej sieci, splątanej z cienkich nitek, siejącego na wskróś cienistej lipy słońca, wisiał przedemną nieruchomo prawie i bez brzęku, omdlały rój drobniuchnych muszek; nad niedalekim trawnikiem polatywały białe motyle krótkim, nizkim lotem, zapadając głęboko między trawy; żwir błyszczał oślepiająco na krzyżujących się wprost ławki ścieżkach, a silne, zmieszane wonie biły w powietrze jakby z kadzielnicy. Wszystko to przyszło nagle po bardzo świeżym i pełnym ros rzęsnych poranku, gdy słońce, białe prawie, wytoczyło się wysoko, jak kula, uderzając całym żarem w dyszącą i spotniałą ziemię. Park był pusty. Ci, co tu bywają rankiem, już odeszli, ci, co szukają cienia i chłodu, nie przyszli jeszcze. Natężone gorąco zdawało się wzmagać wśród zupełnej ciszy, a oddalone cykania koników polnych podobne były do lekkiego trzasku niewidzialnych, podsycających żar południa iskier.
Naraz usłyszałam za sobą pośpieszny stukot kija. Obejrzałam się. Ku ławce mojej szła drobnym, pośpiesznym krokiem mała, mocno do ziemi przygięta staruszka. Biały jej czepiec olśniewająco srebrzył się pod słońce, równie jak biała, skrzyżowana na grubym kaftanie chustka i takiż obszerny fartuch. Jedno jej ramię obciążone było koszem, drugie wyciągało się miarowo, stukając niewielkim kijkiem, który nogom za podporę służył, a i oczom pomagał może.
Daleko jeszcze było, kiedy już usłyszałam jej oddech krótki i ciężki. Widocznie śpieszyła do ławki, by spocząć i kosz na niej postawić. Wyschłe jej nogi dreptały z wielkiem wysileniem, plącząc się coraz prędzej i krzywe stawiając kroki; głowę miała tak schyloną, żem oblicza jej dojrzeć nie mogła. I ona też zapewne nie widziała mnie wcale. Dopiero kiedy cień mój znalazł się tuż przed nią, wstrzymała się nagle, rozprostowała nieco i twarz podniosła ku mnie. Jaka to była sieć zmarszczek! Życie, co przędło nitki tej sieci, musiało być długie, bardzo długie; musiało też nie spoczywać nigdy. Musiało ono rankiem przy ogarku do pracy się brać, a kończyć ją pół ślepo, o pianiu północnych kurów. Musiało na szare wrzeciono swoje wytargać z tej piersi wszystkie włókienka; musiało nić swoją rwać, plątać i znów rwać, i znów plątać, nie wygładzając węzłów, tylko śpiesząc, śpiesząc, śpiesząc...
Stała tak chwilkę, jakby w zadziwieniu, mrugając małemi, szaremi oczkami, poczem znów się ruszyła, do ławki podeszła i kosz, do połowy napełniony piernikami o nią oparłszy, odetchnęła głęboko raz i drugi.
— Gorąco — przemówiłam, aby coś powiedzieć.
— A dał Pan Jezus, dał! — odrzekła, ocierając wyschłą ręką pot z bladej, jak opłatek, twarzy. — Przyparek taki naszedł, co strach!
— Siądziecie może trochę?
— I... co ta siadać, proszę łaski pani! Tak się aby zeprę. Starocie takiej to i sieść i wstać trudno. Zaraz cości w krzyżu trzeszczy...
— Ileż sobie lat liczycie?
— A cóż ja ta mam je liczyć, proszę łaski pani. Pan Jezus je ta bezemnie liczy... Zawszeć będzie tego z osiemdziesiąt chyba... osiemdziesiąt, abo i więcej. Tak z pamięci to trudno wszystko do kupy złożyć, ale że w naszej parafii ludzie wiedzą... papiery na to są...
— Toście nie tutejsi, matko?
— Cobym zaś, proszę łaski pani, tutejsza miała być? Z Wadowic jestem, z miasteczka. A jakże! Ino że teraz osada się tam zrobiła i insze porządki są. Ale zawsze mnie tam ludzie znają. Banasiowa, ta i Banasiowa, mały, duży o mnie wie, co i jak.
— I takeście do Lwowa przywędrowali?
— A gdzieby ja tam do Lwowa, proszę łaski pani! Abo mnie to Lwów co da, abo i pomoże? To tam młodym dobrze ubiegać po świecie i pod wiater dmuchać, ale nie na moje lata! Ino, że tu dzieci mam, niby córkę, co za goździarzem we fabryce je... A jakże! To jak mnie ta święta ziemia zaczęła do siebie wołać, takem do nich na śmierć ściągła. Zawszeć to u swoich lżejsze umieranie. Nie daj Boże ciężkiego konania, to choć słomy na izbie rozścielą i tej duszyczce z grzesznego ciała wyjść dospomogą.
— I dobrze wam u dzieci?
— A cóż? Dobrze. Staremu wszędzie dobrze, bo już od złego nie ubiega. Ino, że mi się tak nie wyszykowało, jakem sobie umyśliła.
— I z czemże wam się tak nie wyszykowało?
— Ano, niby z tem umieraniem, proszę łaski pani. Tu na śmierć do dzieci ściągłam, a tu precz żyję, taj żyję. Pecherzynka się, ot, taka widzi, co to dmuchnąć i tyla, a tu takie twarde życie we mnie, co niech ręka boska broni! Ze samego początku, to tam kramu żadnego, chwalić Boga, nie było. Zameldowali mnie pięknie, ładnie; bywało zięć na robotę do fabryki idzie, córka się po stancyi kręci, a ja wedle pieca siądę, pierza sobie, com ta miała zebranego poduszczynę, drę, pacierz mówię i onej ostatniej godziny czekam. Czekam miesiąc, czekam dwa, nic. Aż mnie coś przenika z tego czekania. Tak przychodzi raz w niedzielę stróż i powiada: A wy, Pietrze, — niby, że to zięciowi Pietr ze chrztu świętego — matce kartę-pobyt szykujcie, kiedy u was siedzi. Tak zięć się zastanowił i powiada: A siłaż to tam tego? Tak stróż powiada: A dwa złote przez kwartał. Ano poczęstował go zięć tabaką, poszedł! Jak też poszedł, tak mówię ja Pietrowi: Na co mi, synku, ta karta-pobyt, kiedy ja tu na śmierć ściągła, nie na życie? Ino we mnie tchu patrzeć, bom strasznie mdła na wnątrzu. Tak córka się odzywa: Abo i prawda. Co się ta będziesz kosztował, kiedy matce dziś a jutro. A no, tak my się wszyscy na jedno zmówili, i cicho i dobrze. A uderzały na mnie, proszę łaski pani, takie słaboście, takie poty śmiertelne, że to każda kosteczka trzęsła się we mnie, jak ten liść na wietrze, a przed oczami jakby kto sadze sypał, taka czarność szła. A drugi raz, to jak mnie zaczęło w krzyzie łamać, to żeby tam troiste zorza na niebie stanęły, toby człowiek do nich głowy nie wzmógł dźwignąć. Więc takem sobie na rozum brała, że to ta niedługie już rzeczy ze mną. Ale co ta grzeszny człowiek może wiedzieć. Zeszedł kwartał, zeszedł drugi, nic, precz żyję. Licho co zjem, na ziemi pod piecem się prześpię i żyję. A jakże! Aż mi dziwno. Czy też tam Pan Jezus — myślę ja sobie — nóżką swoją przenajświętszą moją liczbę przystąpił, czy co?... Tak raz wraca zięć z roboty, a tu za nim stróż we drzwi. Bójcie się Boga, Pietrze, — powiada — cóż z tą waszą matką. Na śmierć, mówicie, ściągła, a tu już trzeci kwartał żyjąca je i karty-pobyt nie płaci. Już na drugie tyla kary narosnęło. Insze lokatory to tam same za siebie myślą, ale wedle suteryn, to mnie naczelnik przykazał za tem patrzeć. Żeby się tak dowiedział, toby i mnie i wam była bieda. Róbcież jaki porządek z tym interesem abo w tę stronę, abo w tę stronę, bo to już tego więcej niż dziesięć złotych będzie. Tak się Piotr zafrasował, czapkę na stół cisnął, i jak stanął na wpośrodku izby, tak stoi i w głowę się drapie. A córka się zara zapaliła na twarzy i powiada: Matka też to, Boże odpuść, nie wiedzieć po jakiemu się wyrachowała! Na umieranie ściągła, a tu umieranie, gdzie! Drugi człowiek to i na starość rozumu nie ma. Gdzie tu tera walić dziesięć złotych, a jeszcze nie koniec! Tak Pietr na nią. Cichoj Franka, nie mamrocz, nie wiesz jeszcze sama do siebie, na co ci przyjdzie, że to miłosiernego serca, proszę łaski pani, był, muchy by nie zabił. A jakże! Ano rada w radę, dał zięć stróżowi dwadzieścia i trzy grosze, żeby ta jako zachraniał, aby do czasu, aby do czasu, że to niby, co drzwi skrzypną, to śmierci patrzeć. Jak mu też te dwadzieścia i trzy grosze dał, tak mnie ino pod sercem ścisło. Córka się też złością zajęła, garnek cisnęła pod stół, mało się nie rozleciał, ale że już nic nie mówiła. A co to, to niema dziwu! Tera tyle pieniędzy wal, tera wykład taki... I żeby to człowiek za to zjadł, abo wypił, ale tak po próżnicy...
Odetchnęła głęboko i otarła pot kroplisty z czoła.
— Łyżki strawy żałować, to mi nie żałowali, Pan Bóg by mnie skarał, gdybym mówiła inaczej. Co prawda, to ta człowiek nie wiele ich tem jadłem ukrzywdził. Pochlipał ta parę łyżek co w misce ostało i już. A co? Takiej ta grochowinie, to i nie pieknie młodych objadać. Każde lata mają swój porządek. Staremu, to ta zarówno, choć i przymrze głodu, bo i tak się do roboty nie porwie, a młody stanąć musi na każdy czas we swoim obowiązku. Nie skąpili mi ta nigdy, ani zięć, ani córka; ale taka utrata...
Przestała mówić i chwiała głową siwą.
— No i cóż dalej?
— A no co! Przyszła druga zima i nic. Stróżowi się ta podetkło co nie co i cicho. A mnie ino precz jedno w głowie, że mi się tak nie wyszykowało, jak ja sobie myślałam. Ludzkie pomyślenie, głupich pocieszenie... Pókim jeszcze pierza nie zdarła, to co mi się wspomni, to sobie mówię: niech ta! niech im ta choć poduszczyna po mnie ostanie; ale jakem pierze zdarła...
Aż tu mnie na zezimek znów po kościach łamać zaczęło, kaszel mi się też przyplątał, dychawica jakaś... Franka! — mówię do córki, — już tera będzie koniec, bo i tchnąć za kaszlem nie mogę. A córka: Co ta matce będzie! kaszel nie kaszel, jakby kijem za psem ciskał. Że to ją serce gryzło o to podtykanie stróżowi, proszę łaski pani... Tak, nie wymawiając Panu Jezusowi, zaczęłam ja dwa dni suszyć do Przemienienia Pańskiego. Bo już mnie i wstyd było przed ludźmi. W całych suterynach wiedzieli, żem do dzieci umierać ściągła, to co kto pojrzy na mnie, to się dziwuje... A jakże! Z początku to mi ta zięć nie dał suszyć. Co ta matce po tem, powiada, Pana Boga kusić! Co ma przyjść, to i tak przyjdzie. Tera, na zezimek, najwięcej starych umiera, to ta i bez suszenia na matkę trafi. Ale żem sobie przeperswadować nie dała.
— I pomogło?
— A pomogło! Na trzeci tydzień tom tak zesłabła, żem już stancyi zamieść nie mogła, gdzie! ani wody przełknąć. Śmierć moja — myślę ja sobie — i zara mi się lżej na sercu zrobiło. Umyłam się pieknie, ładnie, oblokłam czystą koszulę, siadłam na progu, paciorek sobie święty mówię i czekam. A tu takie białe chmurki niebem idą, a tu słońce przyświeca, a wróble świegocą, że to już niby wszystko wiosnę poczuło. Jak na to uderzyły dzwony nad miastem... Tak mówię ja sobie: wieczny odpoczynek racz mi dać Panie, a światłość wiekuista niechaj mi świeci na wieki wieków amen... I zaraz mi się same oczy przymknęły, i taka słodkość po sercu mi poszła, jak kiedy się człowiekowi na lekki sen zbierze. Aż tu ktoś idzie, butami stuka. Patrzę ja, stróż idzie. Papier niesie, do policyi woła, do kancelaryi, niby o tę kartę-pobyt... Myślałam, że się ziemia przedemną rozstąpiła. Pietra nie było w domu, córka prała, to ta do niej i nie gadać wtedy wiela, tak weszłam do stancyi, stanęłam i stoję, nie mający się zaradzić kogo.
Żeby Pietr w domu był, toby ta stróża czem niebądź uładził na tę chwilę, a tu już może do wieczora byłoby po kramie. Ano, nie było Pietra. Stoję ja, medytuję, a córka niesie garnek z ukropem do balii. Tak potrąciła się o mnie, i powiada: Co matka będzie na drodze stać, jak ta męka pańska, kiedy tu niema czasu omijać? Kiedy wołają do cyrkułu, to iść. Trza było wpierw wymiarkować jak i co, nie tera mędrkować po niewczasie. Ano, mówię, twoja prawda. Takem się odziała chustką i idę. Pan Jezus Przenajświętszy zapisał ta sobie tę moją dróżkę... Inom się murów chwytała, jak ten pijany, ino mi się mroczki w oczach robiły, a takie zimno i gorąco przezemnie szło, jakby mnie kto wodą polewał i ogniem parzył. Ano zaszłam. Jakem też zaszła, tak patrzę, siedzą panowie u stołów, jeden spaniały w sobie, drugi czarny taki i jeszcze trzeci. Tak się zaraz pokłoniłam i mówię tak i tak. A oni precz rękami machają, nie tu i nie tu... Tak poszłam dalej. Ale i tam mi jeden, młody taki, powiedział, że nie tu. Tak mnie sobie podawali od stołu do stołu, a ze mnie już ostatnie siły wyszły. Aż nareście zmiłował się ta jeden, taki chuderlawy, i palcem mi do drugiego pokoju pokazał, gdzie siedział sam starszy. Stanęłam ja przy progu i stoję, a tu nogi ino podemną dygocą. Tak się starszy odwrócił. Jak się też odwrócił, tak zara pyta: «co? jakie dzieło?» Tak ja jemu powiadam wszystko od początku. Wysłuchał i znów pyta: «jakie dzieło?» Tak ja jemu znów od początku powiadam, jakem tu do dzieci na śmierć ściągła, jakem karty-pobyt nie wykupywała, że to niby dziś a jutro takiej starocie, jak Pan Jezus Przenajświętszy zapomniał o mnie i precz żyję, taj żyję i tera mnie tu wołają. Tak starszy dzwoni. Jak zadzwonił, przychodzi drugi, w takich guzikach... Dopieroż mnie się pytać jeszcze raz o wszystkiem od początku. Jak mnie też wypytali, tak starszy powiada: no moja kobieto, należy się od ciebie pięć papierków z połową. Jak ja to nie usłyszę, jak nie załamię rąk... Pięć papierków! Jezu Chryste! A toć rychtyczek tyla, com na swój pochów Pietrowi dała, kiedym do nich ściągła... Tak zara na mnie mdłość uderzyła i o ścianę się, jak nieżywa, sparłam. Niby stoję, niby skróś ziemi lecę, niby patrzę, niby nie patrzę, a w głowie taki szum, jakby po niej wicher chodził. Pozrywali się ta oni panowie, ten w guzikach po wodę poleciał, ten drugi na krzesło mnie sadzać chciał... Widzę ja, że taki miłosierny, ludzki pan, tak buch jemu do nóg. Panie! — mówię — wielmożny panie, wielmożny komisarzu! A skądże ja tyle pieniędzy wezmę? Skądże ja to sierota, opłacę? Wielmożny panie! — powiadam — niech ino wielmożny pan spojrzy po mnie! Toć to wiór suchy, kostki struchlałe, pruchno... Ledwo się ten ostatni duch ma po czem kołatać. A toć ja nie zastępuję nikomu nijakiego placu na świecie... Na garsteczce słomy pod piecem legam, wody kapkę wypiję, jak ten wróbel skubnę tej strawy... powietrza też nie ukrzywdzę, bo ledwie dech złapać mogę, ani słonyszka tego, bo w suterynach siedzę, to tam go i nie ujrzyć nawet... Ja wiem, wielmożny komisarzu, że już mi dawno czas na umieranie! A co zrobić, kiedy takie twarde życie mam w sobie! Niech mi już ta wielmożny pan odpuści! Daruje! A toć ja sama tej śmierci wyglądam a wyglądam, co dnia, co godziny... Jużem ci ja ten pobyt zapłaciła Panu Jezusowi, na chwałę Jego Przenajświętszą. Trzynaścioro dzieci miałam, pochowałam siedmiorgo, jak tych kwiatuszków bieluśkich, dwóch mi synów w rekruta wzięli, żołnierzyków takich młodziuśkich, że to krew z mlekiem... jeden mi chłopak w rzece utonął, jedna córka do miasta uciekła, jeden najmłodszy spalił mi się na strychu śpiący, jako ten wróbel pod strzechą... Toż ta Pan Bóg Przenajświętszy już ze mnie wybrał ten pobyt i rodzeniem i żałością i pracą ciężką i głodem i krwawym płaczem i onemi mogiłkami ze żółtego piasku...
Zamilkła, a po jej wyschłej twarzy leciały wielkie łzy, w jasności słonecznej złote, jedna drugą strącając. Zapadłe wargi drżały niedomówionemi słowy, a stara głowa trzęsła się bezmocnie... Zaprawdę, Bóg wybrał już z tej istoty ludzkiej opłatę za «pobyt» do ostatniego szeląga.
— I cóż? — spytałam z cicha, gdy się uspokoiła nieco.
— A cóż! Musiałam zapłacić. Pięć papierków, pani moja, jak lodu. A jakże! Jeszcze mi Pietr pół papiera ze swoich dał. Co było na pochów, poszło... Niech im ta Pan Bóg Przenajświętszy nie pamięta! A to i oni, chudziątka niewinni, ino, że takie prawo je... niby przykaz taki...
— I teraz handlujecie?
— Gdzie ja ta, proszę łaski pani, handluję! Przedałam onę poduszczynę, papiera mi za nie dali i złoty przez pięciu groszy, to zara dwa złote poszło na nową kartę-pobyt, niby od kwartału, a z reszty tak oto człowiek grosza dogania, coby aby w te kary znów nie popaść. A co? Jak takie twarde życie we mnie je, to może jeszcze i ten rok płacić będzie trzeba...

Zapatrzyła się przed siebie, podniósłszy wysoko brwi siwe, wypełzłe i chwiała głową na obie strony jakby w wielkiem zadumieniu nad porządkiem świata...




ANUSIA


Szlachcianką była i miała brata księdzem.

To jej dawało pewne przywileje. Niewielkie, ale dawało. Przedewszystkiem siadała do stołu; na szarym wprawdzie końcu i głównie dla utrzymania pomiędzy dziećmi rygoru, ale siadała. Powtóre, ojciec mówił jej: «panno Kowalska», a kucharka i pokojówka «paniuńciu»; wreszcie stróż, Paweł, któremu dziecko trzymała do chrztu, całował ją w rękę.
O, jakże pamiętam te ręce! Szczupłe były, zwiędłe, spracowane, siecią sinawych żył nabiegłe, mające na dłoniach odciski od prasowania a na palcach ślady licznych zakłóć igłą, stwardnienia od naparstka i nożyczek. Dziś jeszcze widzę te biedne ciemne ręce, które mnie codzień myły, czesały, obuwały, zachowując zawsze jakiś układ skulony, jakby się już nigdy swobodnie rozprostować nie mogły. Lewą wszakże mniej znałam niż prawą.
Bywała ona bowiem zazwyczaj wsunięta głęboko w pończochę, podczas gdy druga wodziła delikatnie igłą, nawleczoną na bardzo długą i bardzo białą nitkę mięciuchnej bawełny. Na tej to ręce, na serdecznym palcu, świecił się cienki, wytarty, złoty pierścioneczek z turkusowem nadtłuczonem z jednej strony serduszkiem, obok pustej oprawki, z której drugie takie samo serduszko wylecieć musiało. Pierścioneczek zsuwał się po zeszczuplałym palcu Anusi, zatrzymywał na zgiętym nieco od ciągłego szycia stawie, i znów opadał na dawne miejsce swoje, przy powolnym ruchu wyciągającej długą nitkę lub nabierającej drobne ściegi ręki.
Siadywałam wtedy zwykle na małym stołeczku drewnianym przy nogach Anusi, biednych, szczupłych, płaskich nogach, w saczkowe, na przodzie sznurowane trzewiki obutych, które większą część dnia przedreptać musiały po pokojach, kuchni, spiżarni, albo przestać przy desce od prasowania. Jeśli zachowanie się moje było bez zarzutu, dostawałam od Anusi takąż igłę, z takąż samą nitką bawełny, którą natychmiast zaczynałam na sobie zszywać majtki z pończochami, albo spódniczkę z fartuszkiem. Mówiono wówczas, że mam wielkie zdolności do robót ręcznych.
Pod oknem w pokoju Anusi, który się garderobą nazywał, stał duży, czarno bejcowany stół, na którym zazwyczaj leżały stosy bielizny sporządzonej lub do sporządzania przygotowanej. Stół ten miał szeroką szufladę, w której się mieściły prawdziwe skarby: kawałki muślinu, perkalu, tiulu, skrawki wstążek, materyi, nitki kolorowego jedwabiu i splątane motki włóczek. Wszystko to razem nazywało się «gałganki», i było celem moich skrytych westchnień.
Lata zapewne składały się na utworzenie tego skarbu, który sześć razy na dzień bywał przewracany do góry nogami, ale zawsze dostarczał tego, czego było potrzeba. Co do włóczek, te, o ile dziś kombinuję, musiały należeć do niewykończonych, na pożółkłej kanwie szytych w niezapominajki i pączki róż, pantofli męskich, które na samym dnie Anusinego kuferka leżały zawinięte w białą jedwabną chusteczkę i niekiedy tylko, przy układaniu wszystkich drogocenności, jakie kuferek ten zawierał, rozwijane były i oglądane z ciężkiem westchnieniem. Istotnie, było nad czem wzdychać. Pączki róż tak zżółkły, jakby się już nigdy rozwinąć nie miały; niezapominajkom zaś mole wygryzły tu i owdzie serca. Nogi, które miały nosić te pantofle odeszły gdzieś widać daleko, bardzo daleko...
U jednego z rogów wielkiego stołu przyszrubowaną była wyblakła, stercząca jak jeż łebkami igieł i szpilek, czerwona aksamitna poduszeczka do szycia, której oprawę zdobiło małe okrągłe lusterko, tudzież widoczek czarno odbity na jasnem, politurowanem drzewie. Lusterko było krzywe, widoczek zaś przedstawiał dwie góry, które sobie na kark wlazły, chcąc się zapewne przeprawić przez płynące u ich stóp jezioro. Na jeziorze kołysała się łódka, w łódce stała panna w tyrolskim kapeluszu, z wielką różą u stanika bardzo krótkiej sukni; naprzeciwko łódki płynęły dwa łabędzie, a z za gór wychylał się strzelec z fuzyą na ramieniu.
Był to pierwszy pejzaż, jaki dokładnie z powodu umieszczenia go na wysokości nogi stołowej studyować mogłam, a także pierwsze lusterko, w którem zobaczywszy się, z wielką uciechą pokazałam sobie język.
Nieopodal od okna stało wysokie, biało i puszysto zasłane łóżko Anusine, na którem piętrzyło się kilka poduszek, ukoronowanych «jaśkiem» z falbaną i wszywkami. «Jasiek» ten był przedmiotem moich gorących pożądań, gdyż dość było wetknąć w niego zwinięty ręcznik i przewiązać chustką do nosa, aby mieć «dziecko w poduszce», takie samo, jakie niedawno karmiła Pawłowa. A Anusia rzadko i tylko przed praniem pozwalała na to; zazwyczaj zaś trzeba było piastować mały, drewniany, owinięty w chustkę pokojówki, stołeczek, któremu niezmiernie trudno było «dać piersi», gdyż nazbyt zawsze wystawiał swoje cztery nogi. Było to niezawodnie najniesforniejsze niemowlę, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam.
Wprost łóżka stał wielki, kaflowy, pożółkły i popękany piec, za którym suszyły się wysoko ułożone i drobno połupane drewka. Kiedy przyszedł «ksiądz-brat», — nazywaliśmy go wszyscy «księdzem bratem», — Anusia zrywała się od stołu, biegła do pieca, klękała przed nim, rozpalała ogień i przyrządzała kawę; a gdy jej woń aromatyczna rozeszła się po wszystkich kątach garderoby, Anusia nalewała szklankę «księdzu bratu», a resztą obdzielała nas dzieci, po łyżeczce wlewając kolejką w nadstawione i szeroko pootwierane usta. Żeśmy ich wtedy nie porozdzierali sobie — Bóg łaskaw. Każdemu z nas zdawało się bowiem, że im szerzej usta otworzy, tem większą dostanie porcyę. Ostatnia łyżeczka z «wyskrobkami», bywała sumiennie na troje dzielona. Obdzieliwszy nas, siadała Anusia na zwykłem swojem miejscu, brała pończochę, kładła na palec srebrny, wytarty, powyginany, z karniolowem, nawpół wyłupanem denkiem, naparstek, nawłóczyła nawet igłę, ale nie cerowała, tylko podparłszy ręką głowę, wpatrywała się z rozrzewnieniem w «księdza brata».
Był to młodzieńczyk wysoki, smagły, o białych i rumianych policzkach, z niepomiernie dużemi uszami, któremi ruszał, jak królik, gryząc bułkę z kawą. Te uszy wprawiały mnie w szczególny podziw.
Anusia, znacznie starsza, wychowała sama «księdza brata» własną swoją ciężką pracą; był on jej chlubą i ostatnią sierocego życia nadzieją. Gdy nie przychodził dni kilka, twarz jej pożółkła jeszcze się żółciejszą stawała, szare jej oczy jeszcze nieruchomiej patrzyły przed siebie, a lekkie znaki po ospie zdawały się pogłębiać na szczupłych jej policzkach. «Jaśka» też wtedy ani rusz, a nawet igły z bawełną. Dopiero gdy się «ksiądz brat» zjawił, wpadaliśmy wszyscy w wyborny humor. Anusia była młoda, ładna, i wcale, ale to wcale nie dziobata; wszystko też można było w dniu takim wyprosić u niej. Wtedy to w zadziwiający sposób wypróżniała się szuflada z «gałgankami», a «Jasiek» bywał gwałtownie huśtany, forsownie karmiony, przewijany i usypiany wreszcie w kąciku na ziemi, między piecem a Anusinym kuferkiem.
Kiedy nadeszła szara godzina, Anusia opowiadała nam «bajki». Właściwie mówiąc, nie były to bajki, tylko «żywoty Swiętych»; ale ponieważ wyraz «bajka» oznaczał w naszem pojęciu wszystko, co się opowiadało i było zajmującem, nazywaliśmy przeto i te «żywoty» bajkami.
Po roku pobytu Anusi u nas tak byliśmy oswojeni z całem martyrologium, żeśmy o wyrwanych językach, rozpalonych kleszczach, plecach dartych pasami ze skóry i piłowanych ciałach rozprawiali, jak o chlebie z masłem, i gdyby które z nas spotkało św. Dyonizego, idącego z własną, uciętą głową pod pachą, myślę, że niebardzo byłoby zdziwione.
Zoologiczne nasze pojęcia także się ustaliły w tej epoce znacznie; a kiedy przyszło później do nauki naprawdę, żadne z nas nie miało kłopotu z określeniem lwa, tygrysa, lamparta, hyeny i innych dzikich bestyi. Były to wszystko «takie zwierzęta, co świętych jadają».
Wkrótce utworzyły się dwa obozy. Jeden stanowił brat mój Janek, drugi ja i starsza moja siostra. Myśmy utrzymywały, że największe męki zniosły św. męczennice: np. Dorota, Blandyna, Barbara, Perpetua i inne; Janek dowodził, że «co tam takie babskie męki» w porównaniu do św. Andrzeja, Wawrzyńca, Szczepana... Wynikały z tego gwałtowne spory, które, że niezawsze Anusia zagodzić mogła, opierały się aż o «księdza brata».
«Ksiądz brat» znajdował się wówczas w trudnem położeniu, nie chcąc sobie w żadnym obozie robić nieprzyjaciół. Uśmiechał się najpierw do jednego obozu, potem do drugiego, wreszcie z pomieszaniem decydował, że wprawdzie święci męczennicy byli bardzo dzielni, ale i taka św. Blandyna albo Dorota «to też były... oho!»
Po takim wyroku obie partye uznawały się za tryumfujące i szły grać «w lisa» razem z «księdzem bratem», który podgiąwszy sutanny, biegał po garderobie, uciekając przed goniącą go z piskiem i krzykiem trójką, a pytki bił takie, że nam ręce puchły. Utrzymywaliśmy przecież mężnie, że nas to wcale nie boli. Oczywiście, cóż to było w porównaniu do darcia skóry pasami?
Gdy przyszedł post, śpiewała z nami Anusia «Gorzkie żale». Jakże pamiętam tę szarą bibulastą książczynę, która się wtedy rozkładała na stole! Tytuł był na niej wypisany gotykiem z wielkiemi zakrętasami, u samej góry oko Opatrzności, w pośrodku krzyż, a na nim Chrystus, z którego ciała szły pięciu strugami gęste krople na duszyczki czyścowe, wynurzające się u spodu karty z morza piekielnych płomieni. Na samym dole spoczywał wąż zwinięty w krążek i trzymający w pyszczku jabłko z dwoma listkami, z rajskiego drzewa zerwane.
Pocieszny to był widok, kiedy Anusia pryskając na rozpostartą do prasowania spódnicę, intonowała:

Rozmyślajmy dziś, wierne chrześcijany.

A «wierne chrześcijany», z których najstarsze miało lat z ośm może, a najmłodsze pięć zaledwie, odpowiadały:

Jako Pan Jezus za nas cierpiał rany,
Jak od pojmania nie miał spoczywania
Aż do skonania...

Epicki ton tej pieśni robił na mnie niesłychane wrażenie. Dreszcz szedł mi po twarzy, po szyi, po plecach, oczy mi się mrużyły, a usta otwierały nerwowem ziewaniem. Dwoje starszych z naszej trójki patrzyło na mnie ze wzgardą. W Wielki piątek szliśmy wieczorem do ogrodu na «rozmyślanie». Wiosenna pełnia zalewała cichem światłem regularnie przecinające się aleje, przy których sztywnymi szeregami stały bezlistne jeszcze drzewa. Rosę czuć było w powietrzu, po wilgotnej i miękkiej ziemi pełzały pierwsze tegoroczne żuki; donośny rechot żab słychać było z leżącego poza ogrodem stawku. Dreptaliśmy przy Anusi, trzymając się jej prostej, szarej, zakonnej niemal sukni, której fałdy ściskało każde, jak mogło najmocniej w ręku, z obawy przed mogącym się ukazać z za krzaków rozwiniętego już agrestu Judaszem, lub «tłuszczą, z kijmi, z mieczmi, z pochodniami». Naraz zatrzymała się Anusia i rzekła:
— Moje dzieci, o takiej to godzinie modlił się Pan Jezus w Ogrojcu...
Nie znała z pewnością szekspirowskiego: «w taką to noc...», a jednak przedziwnie w tenże ton trafiała.
Starsi przyjęli heroicznie to oświadczenie Anusi; lecz co do mnie, ponieważ byłam zziębła i senna, zrobiło mi się tak strasznie żal Pana Jezusa, który o takiej godzinie musiał jeszcze mówić pacierz, co i mnie czekało niezawodnie przed pójściem do łóżka, że uderzyłam w głośny płacz, ku wielkiemu zbudowaniu obecnych, i tak się skończyło pierwsze moje «rozmyślanie».
W rok wszakże potem klęczałam na zroszonej ziemi pod takąż wiosenną pełnią, z oczyma wlepionemi w księżyc, z którego zdawał mi się spływać anioł «z kielichem męki». Coby to był za «kielich męki», nie miałam dokładnego pojęcia, ale wyobrażałam sobie coś bardzo gorzkiego, coś w rodzaju tysiącznika naprzykład. Gorącemi więc usty powtarzałam za Anusią: «Ojcze, jeżeli chcesz, odwróć ode mnie ten kielich». Ale nie odwrócił... A tu oliwne drzewa szumią, szumią... a tam w rogu, za altanką, gdzie Paweł grabie i łopatę stawia, posnęli apostołowie...
Przy końcu książeczki z «Gorzkiemi żalami», była «Pieśń o narzekających sierotach», którą nam Anusia czytywała niekiedy, i z powodu której stołeczek ów, zastępujący Anusinego jaśka, «Jackiem» się nazywał. Pieśń tę lubiliśmy niezmiernie, a jeszcze bardziej pewno się jej bali. Była tam mowa o złej macosze i o krzywdzie osieroconych dziatek. Do dziś pamiętam niektóre wiersze...

... Co ona wyrabiała, nogami je kopała,
Służebnej zaś mówiła, co będzie dziś robiła,
«Od dzisiaj, miej w pamięci, nie dasz mleka dla dzieci».

Tu zwykle zaczynaliśmy mocno wzdychać, patrząc na płaski kamienny garnczek ze śmietanką, której tłusty kożuszek wznosił się i opadał i grzejąc się przy drobnych węgielkach, czekał na księdza brata. Cóż tam męki, rozpalone kleszcze, albo ucięte głowy! Ale nie dostać mleka, nie dostać żadnych wyskrobków!... Aż węgle zaczynały żarzyć się i trzeszczeć od naszego wzdychania.
Potem następowała scena na cmentarzu. Matka słyszy narzekania dziatek i wstaje z grobu.

Nogami się oparła, trumnę niemi otwarła,
Podniosła się ku wstaniu, idzie ku pomieszkaniu.

W tem miejscu przytulaliśmy się jedno do drugiego i do Anusinych kolan, poglądając na drzwi ukradkiem. Pomimo wszakże śmiertelnego strachu, za nic nie dalibyśmy Anusi przerwać czytania, następowały bowiem rzeczy najciekawsze.

...Jak się już przybliżyła, brama się otworzyła,
Domostwo ją witało, wielką krzywdę znać dało.
Jak do izby wstąpiła, ciemność ją oświeciła,
Dziatki jak ją ujrzały, zaraz matkę poznały,
Których sześciorgo było, a każde się skarżyło.
Od łez nie mogła mówić, musiała się odwrócić,
Wtem wejrzy na kominek, tam leży mały synek,
Leżał tam jako krzaczek, jej najmilejszy Jacek...

Umyła tedy matka dzieci, uczesała, nakarmiła, a pogroziwszy palcem macosze, zniknęła.

To pogrożenie palcem włosy nam podnosiło na głowach.

...Mężu, mężu wstań prędko, bo otwarte jest wszystko,
Jeszcze kury nie piały, jak psy we wsi szczekały,
Nieboga tutaj była, palcem mi pogroziła...

Zbici w kupkę, nie śmieliśmy przy tym epilogu spojrzeć poza siebie, a jeżeli stara Meresia drzemiąc pod piecem warknęła we śnie, dech w nas po prostu zamierał. Przez cały wieczór nie wypuszczaliśmy potem z objęć owego stołka, który reprezentował «najmilejszego Jacka», odziewaliśmy go w jednę i w drugą chustkę, żeby mu tylko zimno nie było, pakowaliśmy go pod Anusiną pierzynę, i wszyscy kolejno dawaliśmy mu «piersi», pomimo odstręczającego zachowania się jego czterech, zawsze sterczących do góry nóg, z któremi rady sobie dać nie było można, a to wszystko, aby tylko matka jego nie wstała z grobu i nie pogroziła nam palcem...
Za tą książczyną z «Gorzkiemi żalami» zasuniętą zwykle bywała na oknie talia starych, bawełną przewiązanych na krzyż kart, z których Anusia w niedzielne popołudnia układała «pasyanse».
Pasyanse te były różne, miały też rozliczne kombinacye i nazwy; ale pamiętam dwie tylko: «Krzyżówkę» i «Kapryśną damę». Daleko większą powagę i wiarę miała «Krzyżówka». « Kapryśna dama» zabawką była prawie. Ksiądz brat na jednę i na drugą wprawdzie wzruszał, ramionami z jakimś nieokreślonym uśmiechem, ale niech tylko Anusia zaczęła tasować karty, zaraz przysiadał się do niej, łokcie opierał na stole i rozpoczynało się «zamyślanie». Anusia zwykle zamyślała głośno. Przedewszystkiem szło o to, czy rychło ksiądz brat wikarym zostanie? Jeśli Krzyżówka dała odpowiedź pomyślną, zaraz znów szło o probostwo. Jeśli i probostwo wyszło, Anusia ożywiała się niezmiernie i zamyślała coraz nowe rzeczy, a to czy plebania będzie porządna, a to czy będzie ogród przy domu, a to czy parafia duża, czy będą się dobrze chowały krowy?...
Ksiądz brat słuchał tego w milczeniu, wodząc oczyma karty, z których na stole powstawały gwiazdy, kwadraty, szachownice i równoległoboki. Niekiedy wszakże przytrzymywał rękę Anusi i sam coś «zamyślał». «Zamyślenia» swego wszakże nigdy nie wyjawiał. Jeśli pasyans wyszedł, zrywał się od stołu i robił z nami «młynka». Co było wtedy tupotu, furkania spódniczek i kurzu, to nieopowiedziane rzeczy.
Jeżeli ksiądz brat bardzo był kontent, to po «młynku» następowała niemniej hałaśliwa «drobna kaszka», aż do utraty tchu i zawrotu głowy. Wtedy padał na krzesło, bił rękoma o kolana, rozpinał sutannę i śmiał się szalonym dziecinnym śmiechem, pokazując białe zęby od ucha do ucha.
Jeżeli wszakże pasyans nie wyszedł, ksiądz brat zadumywał się, wzdychał przez nos i mówił, że to obraża Pana Boga wierzyć takim głupstwom.
Dla siebie Anusia kładła pasyans rzadko i tylko w takie niedziele, kiedy księdza brata nie było. Wtedy to rozłożywszy przed sobą stare pożółkłe karty, podpierała głowę i patrzyła na nie długo, powolnym, jakby nieśmiałym ruchem ręki zbierając i nakładając ich szeregi. Szare jej źrenice stawały się przy tem jaśniejsze i jakby drżały w szeroko otwartych oczach, a turkusowe serduszko w pierścioneczku migało to tu, to tam, na jej wychudzonym palcu. Była to zwykle «krzyżówka», która czy wypadła źle, czy dobrze, niezmiennie się kończyła głębokiem westchnieniem.
Oprócz tej talii, tułało się po oknie kilka kart luźnych z sędziwszej jeszcze i już nieistniejącej. Niedobitki to były armii, która uległa zupełnej rozsypce. Młódki poszły z niej kolejno na kłębki, na tutki z solą, które czasu zimy między okna wstawiano, na lejki, z których przeciskano lukier w piękne esy floresy, gdy przyszła Wielkanoc i baby. Z figur istniało jeszcze w owym czasie cztery, i te stanowiły mój teatr. Teatr ten odbywał się zupełnie bez widzów; nie lubiłam nawet, kiedy kto patrzał na niego, i urządzałam go zwykle w ciemnym jakim kącie, usiadłszy na «najmilejszym Jacku» przed drewnianem krzesłem, i trzymając w noszonym na ramiączkach fartuszku cały mój personel dramatyczny. Co do repertoaru, ten był mało urozmaicony, możnaby nawet powiedzieć, że była to ciągle taż sama, coraz dalej rozwijana historya, do której przybywały nowe epizody i która nigdy jakoś skończyć się nie mogła. Aktorów moich stanowiły trzy damy i król. Dama karo, nazwana przeze mnie «Anusią», była piękną, dobrą i uciśnioną przez jakieś, niezupełnie mi świadome nieszczęścia, bohaterką.
Ona pierwsza wychodziła z fartuszka na scenę, a przedstawienie rozpoczynało się niezmiennie od słów: «Anusia zaś: Ach Boże!» — Tu następował monolog, w którym było więcej westchnień niż wyrazów, a mglista atmosfera wielkiego smutku i wielkiej melancholii życia ogarniała całe krzesło, stołek i mnie samą. Prawdopodobnie tych to właśnie żarliwych i gorących westchnień wstydziłam się wobec widzów, i dlatego teatr mój odgrywałam zwykle sama dla siebie.
Obok Anusi występowały w tym nigdy niekończącym się dramacie: dama pik, «Herodyada», której czarny charakter był mi wybornie znanym jeszcze z czasów owej krwawej misy z martwą głową Jana, tudzież dama treflowa «Szarlota», tak nazwana od imienia bony, Szwajcarki, przychodzącej do nas czasem z dziećmi z naprzeciwka, płocha szatyna, element ułudy, kaprysów i zmienności. Jedynym mężczyzną w tym personalu był król karo «Mąż prawy».
Nie wiem już dzisiaj, jakimi tam torami szły moje myśli wówczas, że ze wszystkich przymiotów męskich «prawość» uderzyła mnie jako charakterowa cecha najbardziej; dość, że «Mąż prawy» nie mógł się jakoś nigdy, skutkiem intryg Herodyady i Szarloty, zejść z «Anusią» na krześle, i zdaje mi się, że to było głównym powodem ich nieszczęścia, a moich westchnień, jako też osnową całego dramatu.
Ta żądza, czy potrzeba smucenia się czegoś i wzdychania ot tak, w powietrze, były też zapewne źródłem moich żarliwych modłów w owym czasie. Postępy moje w pobożności były wprost zdumiewające. Dotąd pamiętam «kapliczkę», którą urządziłam sobie pomiędzy dwiema, szafami, tworzącemi w rogu garderoby dość duży kąt, zasłoniony perkalową firanką. W kącie tym stał z zapasową pościelą stary, wysoki, obszarpany kufer, którego okucia i gwoździe sterczały ze wszystkich stron połamane i z miejsca wybite. Na ten to kufer gramoliłam się kilka razy dziennie, aby ucałować ścianę o jaki łokieć niżej od brzydkiego, papierowego bez ramek obrazka z sercem Chrystusowem, który pokojówka na moją prośbę przylepiła klajstrem. Wyżej z klęczek dostać nie mogłam; ale samo już wznoszenie oczu do tej niedosiężonej świętości miało dla mnie jakiś urok tajemniczy. Długo jeszcze potem, kiedy sprzęty w garderobie przestawiono inaczej, a «kapliczka» moja sprofanowaną została jakiemś innem przeznaczeniem, znać było na bielonej ścianie plamkę ciemnawą, ślad moich ust, gorąco tulonych do wapna.
Jednocześnie wszakże z urządzeniem kapliczki rozeszła się o mnie w domu bardzo brzydka sława. Mówiono, że drę na sobie ubranie, jak chłopak, że niezawodnie biegam do dzieciaków Pawła, mocować się z niemi; a gdy zobaczono, że mam na kolanach sińce i podrapaną skórę, zrodziło się podejrzenie, że włażę na drzewa po wiśnie.
Podejrzeń tych nie usiłowałam odpierać, ale strofowana spuszczałam oczy i zacinałam się w milczeniu. Zdawało mi się, że stojąc tak, jestem niezmiernie podobna do św. Blandyny która była zawsze moim ideałem. Raz tylko, kiedy mi zapowiedziano, że odtąd nosić będę majtki i spódniczki z gładkiemi obrąbami, a nie z koronką, nie mogłam utrzymać męczeńskiej mojej stałości i rozpłakałam się głośno.
Kiedy dzień przymierzchł i ruch domowy ucichał, rozlegał się w powietrzu dzwon «od Bernardynów» jednostajnem i posępnem brzmieniem. Wtedy Anusia odmawiała z nami «Anioł pański», po którym następował «Wieczny odpoczynek» za różne dusze. To za te, które najdawniej cierpią, to za inne, które znikąd ratunku nie mają, to jeszcze za takie, które w grzechu śmiertelnym z tego świata zeszły.
Z czasem trójka nasza utworzyła sobie prawdziwy sport z tych «wiecznych odpoczynków», dodając do nich coraz to nowe, swego własnego pomysłu. Janek naprzykład, po części urzędowej, odmawiał zwykle trzy jeszcze: za Robinsona, za Piętaszka i za jego ojca. Zaimponowało nam to niesłychanie, ale żadna z nas na coś podobnego zdobyć się nie umiała. Janek tryumfował. Z biciem serca oczekiwałyśmy teraz, co on też nowego wymyśli? Pobudzało go to, dodawało natchnienia. Dziś był Wieczny odpoczynek za Washingtona, jutro za marszałka Neya, pojutrze za Napoleona, a wreszcie za Kolumba i za Kopernika.
Pewnego wszakże razu przeszedł sam siebie i odmówił Wieczny odpoczynek za duszę Cheopsa. Było to tegoż dnia, kiedy ze Stefankiem z przeciwka oglądali piramidy w książce z obrazkami. Oniemiałyśmy z admiracyi; ale Anusi, która akceptowała w milczeniu Kopernika i Napoleona, imię «Cheopsa», może dla niezwykłości brzmienia, wydało się mniej przy pacierzu właściwem. Przestała tedy szeptać swe modlitwy i odwróciwszy głowę, spytała surowo:
— Co tam Janek plecie?...
Co do mnie, miałam także swoje wieczne odpoczynki, lubo nie tak świetne. Odmawiałam je najpierw za «Barani kożuszek», co to: «dębie, dębie otwórz się», potem za «Pielgrzyma z Dobromila», potem za św. Barbarę, a wreszcie za «Kanię».
«Kanię» znało całe miasto. Jedni mówili, że to waryatka, inni, że opętana, jeszcze inni nic nie mówili, ale schodzili z drogi i odwracali się od niej ze wzgardą i wstrętem.
«Kania» miała lat ze trzydzieści może, postać słuszną, wychudzoną, śliczne ciemne włosy, roztargane i zwichrzone pod byle jak narzuconą chustą, twarz smagłą, znędzniałą, bladawą i głęboko zapadłe, jak próchno świecące oczy.
Na grzbiecie jej wisiały jaskrawe łachmany starej jedwabnej sukni, a bose, niezwykle drobne nogi, tkwiły w jakichś wielkich, potwornych, na śmietnisku gdzieś zebranych trzewikach.
Skąd się «Kania» wzięła — niewiadomo. Powiedział mi raz Janek Pawłów, że ją wrony w dziobie przyniosły, ot taką już dużą, jak teraz, i w tej jedwabnej sukni, do miasta i na ulice puściły. Zdawała się nie mieć innej nad ulice siedziby. Włóczyła się po nich czy deszcz, czy pogoda, a za nią całym hurmem uliczniki krzycząc: «Kania dżdżu! Kania dżdżu!» Przed krzykiem tym Kania czasem uciekała, jak wiatrem niesiona, uszy sobie zatykając rękoma; czasem znów wpadała w sam środek gromady chłopaków, wyprawując dzikie skoki, śmiejąc się szalenie i razem z całą czeredą wykrzykując ochrypłym głosem: «Kania dżdżu! Kania dżdżu!» Widywano ją nieraz, jak zaczepiała pięknie ubranych panów, po imieniu na nich wołając, jakby na swoich znajomych; a pięknie ubrani panowie odwracali się od niej i nawet pomimo błota przechodzili na drugą stronę ulicy. Wtedy Kania zatrzymywała się, kiwała głową, aż nagłą złością chwycona, zaczynała wygrażać pięścią i przeklinać głośno.
Kobietom i dzieciom sama schodziła z drogi; chyba, że była pijana, co się zdarzało często. Wtedy ujmowała się pod boki, śpiewając piosenki i tańcząc nie bez pewnego wdzięku, a szturchania policyanta nic jej nie obchodziły jakoś. W tym stanie zaczepiała nieraz i damy.
— Jak się masz, kochanie? — mówiła do pani sędziny. — Ot, udało się tobie męża dostać, gospodarstwo i sługi mieć, w pięknych sukniach chodzić, ludzkie pokłony odbierać... Ot, udało się! Bóg łaskaw! A pamiętasz ty, jak my obie razem szalały? Ha! nie polubił mnie nikt. Każdy wziął i cisnął, a ciebie polubił. Ot los! Ot dola!
I kiwała głową, a gęste jej włosy pasmami spadały na twarz.
Dopiero kiedy jeden i drugi chłopak od szewca wyleciał, a zakrzyknął: «Kania dżdżu!» a gwizdnął przeraźliwie, włożywszy w usta dwa palce, zrywała się Kania biedz, jak bezpamiętna. Aż za rogatki nieraz ją tak wygoniły chłopaki. I kilka dni czasem jej w mieście nie było. Ale wracała. Szło wojsko, wlokła się za niem; szły Tatary z towarem, to się ich czepiała, tańcząc i śpiewając, a oni w śmiech gruby... Ot, taka już Kania.
Wszystkie te szczegóły wiedzieliśmy od pokojówki, Marynki; Anusia nie mówiła z nami nigdy o Kani. A gdyśmy ją idąc ulicą, spotkali, sprowadzała nas na bok, z daleka.
— Co to za Kania? — pytamy, bywało, Anusi.
A ona: — Ot, nieszczęśliwa.
I na bladą, szczupłą jej twarz wynikały ciemne, szybko niknące rumieńce.
Raz wyszliśmy na szosę, za miasto, bo się już trawy ruszyły w polu, i świat pachniał wiosną. Idziemy, aż tu w rowie coś leży. Była to Kania. Głowa na burcie, chustka z niej opadła, prześliczne ciemne włosy rozsypane, jak snop dookoła; a słońce południowe świeci na oczy zamknięte, i na bladawe, lekko posiniałe usta. Nie wiem, czy spała, czy odpoczywała tylko; ale zerwawszy się nagle siadła, i zawstydzona jakby, zaczęła na sobie poprawiać łachmany.
Anusia szarpnęła się w tył, mieliśmy wracać. Ale Kania podskoczyła za nami.
— Panno! Panienko! — krzyknęła. — Panno Kowalska!
Anusia przyśpieszyła kroku, ciągnąc nas za sobą. Znać w niej było wielki przestrach, przerażenie prawie.
— Panno Kowalska! — wołała Kania, dopędziwszy nas i chwytając się Anusinej sukni. — Odpuść mi panna! O nikogo mi nie chodzi, a o pannę mi chodzi! Dawno ja chciałam... ale cóż! nie dopuścili mnie... Bóg świadkiem, że dawno chciałam... Ot i człowiek przecie ma sumienie. A gryzie, gryzie!...
— Ależ moja kobieto — przemówiła Anusia, siląc się na spokój, choć jej wargi latały, jak w febrze. — Co mnie do was?... Ja nie wiem, czego chcecie...
— Oj wiecie, panienko, wiecie! Żebym tak szczęśliwe skonanie miała, jak wiecie... Odpuśćcie tylko! Przebaczcie!... Dla miłości boskiej przebaczcie! Nie ja go ciągnęłam... sam lgnął... latał za mną... Jeszcze ja nie była taka jak dzisiaj... Oj, przebaczcie panienko! Ja go nie ciągnęłam... Bóg widzi... Ja ostatnia... kopnąć nogą szkoda... ale ja wiedziałam, że on się żenić ma... Mówię jemu: z Kowalszczanką się żeń, a za mną nie lataj, bo ja twoja zguba... A on nic... duszę gubi... strach... Cóż ja?... Ja już dur taki miała... takie zadanie... Ale jego nie ciągnęłam... Niech mnie tak Bóg sądzi, jak nie ciągnęłam... A czy mi ich mało było? Podotąd mi ich było... Powozami do mnie zjeżdżali, drzwiami i oknami leźli... Hej, ha! Życie! życie! życie!...
Zaśmiała się gorzko i zaczęła trząść głową. Anusia znów się szarpnęła i przyśpieszyła kroku. Była tak blada, że aż biała prawie na twarzy, a zęby szczękały jej głośno. Ale Kania nie puściła jej sukni.
— Nie uciekajcie panienko! A toć nasi rodzice sąsiadami byli... toć my od dziecka... Panno Kowalska! Raz człeku śmierć, a prawdę tu trzeba zostawić, nie z sobą do grobu brać... Co ja jego namolestowałam!... I nic. Przylgnął tak, że i smołęby odlepił, a jego nie... Żenić się — powiada — z Kowalszczanką nie będę i z żadną nie będę... nic nie chcę... ciebie chcę... — A ja taka owaka — mówię jemu. — A bądź ty sto razy taka — powiada — przepadł ja z tobą i dla ciebie... Aż też i zmarniał. Nie pierwszy ci i nie ostatni... Ale mnie gryzie przez to, że wy, panienko...
Zaniosła się wielkim kaszlem, ale biegła za nami, urywanym z zadyszania, chrapliwym głosem przebaczenia prosząc, chwytając suknię Anusi, która z białą twarzą i zaciśniętemi ustami, otulała nas rękoma przed dotknięciem Kani, zaganiając przed sobą, jak stado gąsek do miasta.
— Prędzej, prędzej dzieci! — wołała na nas, jakby nieprzytomna; do Kani wszakże nie przemówiła ni słowa. Biegliśmy zdjęci jakimś tajemnym przestrachem.
Pod rogatką dopiero puściła się nas Kania, zakląwszy i zaniósłszy się przeraźliwym kaszlem, który nią wstrząsał aż gdzieś do dna piersi.
Chwilę tak stała, pasując się z sobą, poczem rozśmiawszy się głośno, chwyciła oburącz swoje łachmany i zaczęła przed drożnikami tańcować.
Anusia drżała, jak w zimnicy, gdyśmy dopadli do domu. Tego wieczora nic nam już nie opowiadała, tylko wcisnąwszy w poduszki twarz zakrytą rękoma, mocno płakać zaczęła, ani zważając na świeżo wyrurkowane poszewki. Nigdy jeszcze dzwon wieczorny nie wydawał mi się tak posępny i rozgłośny, jak wtedy. Anusia, lubo wtulona w poduszki, też go usłyszeć musiała, gdyż podniosła głowę i rzekła:
— Dzieci, zmówcie «Anioł pański». — Zaraz też rzuciliśmy się na kolana, trzepiąc jedno przez drugie, co tam które spamiętać mogło. Naraz przyszła mi myśl genialnia i kiedy Janek nic nad swego Kopernika wymyśleć przy «Wiecznych odpoczynkach» nie mógł, ja, z pominięciem zupełnem «Pielgrzyma» i «Baraniego kożuszka», odmówiłam mój «wieczny odpoczynek» za... Kanię. Zrobiło to pewną senzacyę, ale nikt mi nie oponował. Świata żywych nie rozróżnialiśmy jeszcze zbyt wybitnie od świata umarłych, a istota i cel tej modlitwy nie zupełnie nam były jasnemi. I tak się to jakoś przyjęło, Kania swoją drogą po dawnemu latała i szalała po ulicach, a ja swoją mówiłam za nią codzień «Wieczny odpoczynek».
Aż raz, a było to znów wiosną, zrobił się na podwórzu nagły krzyk i tumult. Na chwilę przedtem wyszła Anusia do kuchni, pozostawiwszy okno w garderobie otwarte.
Wdrapaliśmy się tedy natychmiast na stół i zobaczyli jakąś kobietę, jak z bramy wpadła na nasze podwórze, a za nią cała chmara uliczników z piekielnem wyciem i wrzaskiem: «Kania dżdżu! Kania dżdżu!...»
Gdyby nie ten wrzask, nie byłabym Kani poznała. Twarz jej była cała w strasznych, białawych, lekko przyschłych ranach, włosy niemal do skóry zgolone, ciało ohydną nagością świecące. Od bramy biegła, jak ścigane zwierzę i padła tuż przed schodkami naszego ganku, uderzając nędzną głową o kamienie. Natychmiast chłopaki rzuciły się na nią, ciskając błotem, ziemią, śmieciem, plując i wyjąc jak stado szatanów.
Wybiegli ludzie z suteren, z kuchni, stary Paweł sztykutał z miotłą do ogrodu. Wtedy Kania podniosła zranioną głowę i zawołała: «Jezu!» Co to był za głos!
W tejże chwili przypadła z ganku Anusia. Zarzuciła na Kanię własną swoją chustkę, pomogła jej wstać i pociągnęła za sobą. Chłopaki wykrzykiwały jeszcze przez chwilę, ale gdy Paweł z miotłą bliżej się posunął, odeszli, świstając i bijąc się nawzajem pięściami po plecach.
Przez kilka dni następnych rzadko widywaliśmy Anusię. Zgorączkowana, roztargniona, załatwiała w milczeniu swoje domowe prace, znikając potem na całe godziny. Gdzie? Po co? Nie mogliśmy się jakoś od nikogo dowiedzieć.
Pewnego razu zarzuciła chusteczkę na głowę, sięgnęła do kuferka po swój wyszarzany woreczek z pieniędzmi i wybiegła na miasto. Po powrocie usunęła na drugi róg stołu wycerowaną bieliznę, a rozciągnąwszy dość grube, z miasta przyniesione płótno, zaczęła krajać koszulę. Pamiętam, że ta koszula wydawała mi się niezwykle długą. Skrajawszy, siadła i szyła pośpiesznie, gdy wtem wpadła Marynka z wystraszoną twarzą. Poszeptały coś z sobą, poczem Anusia, rzuciwszy robotę, wybiegła.
Chwyciłam wtedy utkwioną w płótno igłę, i uszczęśliwiona ze zdarzonej sposobności «prawdziwego» szycia, zrobiłam w równym, zaczętym przez Anusię szwie, dwa ściegi, z których jeden szedł do góry, a drugi na dół, poczem zabierałam się właśnie do zrobienia trzeciego, kiedy igła utkwiła mi w palcu, a jasna, pełna kropla krwi rozpłynęła się po sinawem płótnie. Świeczki mi w oczach z bolu stanęły, ale większy od bolu był strach, aby się nie wydały ślady mojej gorliwej pracy. Obawa ta wszakże była zupełnie daremną, gdyż wróciwszy, chwyciła Anusia robotę z wielkim pośpiechem i nie podnosząc głowy, szyła w zupełnem milczeniu.
Całą tę noc świeciło się w garderobie, a kiedy tam rano wbiegłam, Anusia z wpadłemi i zaczerwienionemi lekko oczyma, kończyła obszywać szlarką czepeczek z białego muślinu. Złożona koszula leżała na stole. Dojrzałam natychmiast w szwie jej bocznym dwa okropne ściegi, i tuż zaraz rozpłyniętą krwi własnej kropelkę. Skończywszy obszywanie czepka, schyliła się Anusia nad swoim kuferkiem, dobyła z niego prześcieradło i poszewkę, poczem sięgnęła na dno samo, wyjęła owe niedokończone pantofle, odwinęła z nich swoją jedwabną chusteczkę, pantofle schowała napowrót, a resztę zabrawszy, wyszła.
Byliśmy już po śniadaniu, kiedy wróciła i pozwoliła nam iść z sobą.
Złote, wiosenne słońce zalewało całe podwórko; u studni stała lśniąca landara pułkownika Późniaka, której koła polewał wodą z kubła Hryciek, w głębi widać było drwalkę; ścieżka do niej usypana była świeżo piaskiem, drzwi otwarte, we drzwiach garstka kobiet i dzieci. Gdy Anusia podeszła, rozstąpiono się i puszczono nas do wnętrza.
Jakiś czerwonawo-złoty, miejscami przyćmiony blask uderzył mnie od progu. To słońce prześwietlało cienkie smolne tarcice, z których drwalka była skleconą. Każdy sęk błyszczał jak rubin; każda kropla żywicy, jak bursztyn słońcem nabrany; szczeliny w regularnych odstępach dawały na tem tle różnych blasków cudne lamowanie, z góry padał ukośno snop złotawych pyłów. Zapach żywicy, świeżych trocin i gałęzi jodłowych wypełniał całą drwalkę, której głąb zajęta była wysoko ułożonemi szczapami i drobno łupanem łuczywem.
W pośrodku, cała pod promieniami owych złotych pyłów, leżała na nizkiem, zbitem z tarcic łóżku, w owej siwawej, długiej koszuli i czepeczku na nędznej głowie — Kania. Kiedyśmy weszli, klęczał przy niej, kończąc modlitwy, ksiądz brat, którego wielkie uszy, prześwietlone odbitem od żywicznych tarcic światłem, zdawały się powiewać, jak ogniste flagi. Wpatrzyłam się w nie jak urzeczona, przejęta wielkiem wzruszeniem. Ksiądz modlił się półgłosem, trzymając na piersiach poduszkę z wijatykiem; mały chłopiec w komeżce, poruszał lekko dzwonek. Słychać było świegot jaskółki, ścielącej gniazdko pod krokwią i ciężki, chrapliwy oddech umierającej.
— Ojcze nasz... — zaczął ksiądz głośniej.
Szept przeleciał po drwalce, kobiety poklękły. Chwilę trwała cisza; chrapliwy oddech ustawał zwolna.
— Już... — szepnął ktoś z obecnych.
Wtedy Anusia podniosła się cała drżąca z klęczek od progu, pochyliła nad Kanią i zakryła jej twarz białą swoją, jedwabną chusteczką.
Wyszliśmy cicho, na palcach...




Z CMENTARZY


Pierwszym cmentarzem, jaki poznałam w mojem życiu, były tak zwane «Mogiłki» w Suwałkach.

Znajomość to wszakże była z widzenia tylko, bo ojciec nie pozwalał chodzić dzieciom na cmentarz. Nie byłam więc na Mogiłkach ani wtedy, kiedy wyniesiono na nie Kostuchę, jędzę babę, która naszej «wronce» chowanej łeb ucięła, ot tak wprost tasakiem na stolnicy, za to, że biedne ptaszysko kawałek mięsa chciało jej schwycić z pod ręki, ani też wtedy, kiedy na grobie Kostuchy zdechła z żalu po niej i z tęsknoty «Merci», mała, żółta suczynka, «Meresią» w kuchni zwana, której różnemi czasy, w napadach złości, przetrąciła Kostucha łapę polanem, wybiła szpikulcem lewe ślepie, pół ogona utrzasnęła we drzwiach i cały prawie grzbiet wyparzyła z sierści wrzątkiem.
Z daleka za to widywałam «Mogiłki» codzień, żółciejące kopcami piasku w lecie, czerniejące krzyżami grobów swoich zimą.
Kiedy w mieście zaczęły bić dzwony, nie takie, jak na mszę, jasne i wesołe, ale takie, co jęczą, wołając: «O!... O!... O!...» — biegło się co tchu przez ogród na sam dół, nad Hańczę i patrzyło, patrzyło, aż po drugiej stronie ukazały się światełka i zaczęły się posuwać równo, równo, właśnie jakby kto gwiazdy nanizał i różaniec odmawiał na nich. Jeśli był wiatr, to nawet śpiewy słychać było. Nie takie zwykle śpiewy, jak przy fortepianie naprzykład, ale inne, bardzo żałobne, które mówiły:
— O, jak smutno w grobie!... O, jak smutno w trumnie!...
A drugie zaraz im odpowiadały:
— Boże! Boże! Boże! zmiłuj się nad nami!
Czasem aż coś cierpło w sercu przy słuchaniu tych śpiewów.
Na wiosnę i w jesieni, kiedy Hańcza deszczami wezbrała, dwoiły się w niej światełka i szły rzeką, szły, aż znikały tam, gdzie zarastała trzcina i tatarak. Wtedy wracało się do domu jawnie lub skrycie, stosownie do tego, czy panna Vaucher była w złym, czy w dobrym humorze, a tuż, tuż, przez całą aleję, aż do ganku, aż do progu, biegły echa dzwonów i pieśni i w nocy jeszcze napełniały powietrze swym jękiem.
— O, jak smutno w grobie! O, jak zimno w trumnie!
W lecie najmniej o mogiłkach się myślało. Zasłaniały je drzewa rozrosłe, zagłuszała wrzawa bawiących się dzieci, zalewał światłem dzień długi.
Zimą znów strach czegoś brał patrzeć w tamtą stronę. Śnieg taki był wtedy biały, jak śmiertelna płachta, krzyże sterczały z grobów, podnosząc jakby zamarzłe ramiona, a w rogu, za murem, widać było wielką czarną sosnę, którą z wrzaskiem obsiadały kawki. To były groby samobójców. Tam «straszyło».
W wieczory wiosenne podnosiły się z Hańczy mgły białe i płynęły w powietrzu leciuchne, powiewne. Marynka pokojówka mówiła, że to są «duszyczki». Niekiedy napełniały one sobą cały ogród. Na pierwszy rzut oka niby nic. Ot, mgła i tyle. Dobrze się wszakże wpatrzywszy, jeśli jeszcze księżyc wtedy świecił, wyraźnie można było widzieć, jak się między drzewami przesuwają cienie, jak się słaniają, nikną i znów płyną, długie, białe rąbki powłócząc za sobą.
Niekiedy widać było tę panią z drugiego piętra, co umarła w zimie. Tak samo szczupła i wysoka, tak samo cicha i biała, w tym samym grabowym szpalerze przesuwała się, jak za życia. I wtedy nikt tej nie widywał we dnie. Wychodziła tylko wieczorami, kiedy czeremchy pachły i słowik śpiewał. Głowę miewała w niebo wzniesioną, opuszczone i splecione na czarnej sukni ręce, a wzrok taki, jak kiedy kto patrzy na coś, albo czegoś słucha z wielkiej dalekości. Gdy się które z nas zbliżyło, kładła mu na włosach szczupłą białą rączkę, ale nigdy nie wyrzekła słówka. Mówili w domu, że mąż jej wyjechał gdzieś na kraj świata.
Czasem znów było widać starego Pawła, co z febry zeszłej wiosny umarł. Ot, jakby kto patrzył na niego, tak stał w białej swojej świcie płóciennej, a siekierą pod księżyc błyskał, właśnie jak za żywota, kiedy drwa rąbał. Tylko, że wtedy zadychiwał się i stękał za każdym rozmachem, a teraz taki cichy, że ani w nim tchu. A siekiera w powietrzu ostrzem miga, jak promieniem białym i podnosi się i opada bez stuku i rąbie jakiś pień niewidzialny, aż z pod niej pryska światło przez liście, niby trzaski srebrne...
Aż naraz wszystko się miesza, zachodzi za siebie, znika, tumanem rozpływa, i tylko czeremchy pachną i słowik śpiewa nad Hańczą...
Lata przeszły, a dotąd pamiętam i śpiew ten, i zapach, i te miesięczne widma z nad Mogiłek.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mamże liczyć wszystkie pola śmierci, jakie oczy moje oglądały? I wszystkie groby, które zabiegały mi drogę i wszystkie ich krzyże?
O śmierci! zbyt wiele miałaś dla mnie darów, abym je zebrać dziś mogła. Znam oblicze twoje ciche i zimne, znam tragicznie spokojne, znam burzliwe i groźne; lecz ty i na burzy umiesz kłaść pieczęć milczenia. Widziałam cię sypiącą mogiły z ziemi czarnej i wznoszącą kamienne grobowce. Wiem, jak zdmuchujesz promień życia, jak gasisz płomień natchnienia, jak rozrywasz tajemniczy wątek istnień. Widziałam cię, spadającą jak orzeł, czołgającą się jak żmija, szarpiącą jak lew, toczącą jak czerw, ulatującą jako motyl biały. Znam robotę twoją czarną i warsztaty twoje. Wiem, jak świdrujesz serca jednym bólem i mózgi jedną myślą, jak strugasz kołyski, w których uśpione niemowlę nie zapłacze nigdy, jak tkasz białe szaty dziewic umarłych i zwijasz im wianki na ostygłe czoła; jak budujesz domy, które człowiek wiecznemi nazywa. Ale nie są wieczne. Przychodzisz i rozburzasz je sama i na ich fundamentach wznosisz nowe miasta i nowym miastom dajesz obywateli. Wiem, jak przykładasz siekierę do dębów, wiem, jak wichrem lasy wywracasz, wiem jak łamiesz róże, depcesz stokrocie i zrywasz niedojrzałe grona. Wcześnie ty idziesz w pole, idziesz w pole przed świtaniem z kosą w południe nie spoczywasz i nie szukasz cienia, kosy nie ostrzysz i potu nie ocierasz z czoła. Przychodzi zmrok i noc i gwiazdy wschodzą nad łanem, a ty kosisz, kosisz, kosisz...
O pracownico nieznanego jutra! O rodzicielko prochów! O pszczoło złota, kradnąca słodycze miodu wszystkim kwiatom ziemi! O prządko, snująca szarą nić czasów w nieznużonych palcach! O śmierci!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nie widziałem milszego zakątka, jak był mały wiejski cmentarz w Grodzisku. Nizki wał z kamieni z trzech stron go tylko grodził, ale z czwartej za to grunt był wzniesiony dość znacznie, a pod nim, jak okiem zajrzeć, ciągnęły się mokre łąki, wiły strugi i czerniły kępy olszowe. Od niższej, piaszczystej strony kopano zwykle chłopskie doły, iż robota była tam lżejszą; i co się zresztą ma chłop skrabać gdzieś na górę. Tuś żył, tu leż i basta. Murowane znów groby, a było ich kilka, stały na stromym skraju cmentarza i świeciły z góry wapnem lub cegłą czerwoną.
Z brzegu, u wejścia, kilka drobnych, ledwo ociosanych i krzywo zatkniętych krzyżyków sterczało z piaszczystych, rozsypujących się wzgórków. Dalej, na górze, stały krzyże co się nazywa, zielone, niebieskie, żółte, z daszkami, z włóczniami, był nawet taki, co miał kurka blaszanego na wierzchu. W połowie wysokości była na nich zwykle przybita okrągła, wapnem pobielona tablica, na której stał napis. Napisy były różne. Czasem wprost: D. O. M. Tomasz Balcer, albo Maciej Kmiecik, albo Walenty Kałużny; czasem wszakże bywały tam i inne jeszcze rzeczy.
Był wtedy we wsi organista Sroczyński, wielce uczony, który ze dworu książki pożyczał i pisywał wiersze. Ten co przedniejszym gospodarzom sam napisy na tablicy układał, albo może i z książek je formował. Trudno wiedzieć. On to dla Trusika, karczmarza, taki wyszykował napis:

Moi kochani dobranoc.
Dobrze jest cóż boska moc
Czyni z nami. Dziękuję wam za waszą wierność.
Jezus woła mnie na wieczność.
Bądź i z wami.

Była to bardzo piękna tablica, a dobroduszność tego napisu zawsze mnie rozrzewniała głęboko. Ale prawdziwym tryumfem Sroczyńskiego był krzyż ogólny cmentarny, w pośrodku mogił stojący, wedle jego dyspozycyi zrobiony. Krzyż ten był cały czerwony, trzy białe gałki miał u szczytów, a poniżej przybitych stóp Chrystusa wielką trupią głowę na dwóch piszczelach, jakby z mamuta wyjętych, opartą, pod nią zaś tablica z takim napisem:

I nierychło, nierychło godziny spływają,
Ach, leniwe kwadranse rokiem się stają,
Żelazne czasy moje i chwilowe wieki,
Przez które z łez nie oschną powieki.
Nieszczęśliwe kwadranse, przeklęte minuty,
Nie jeden z was przeminie i styczeń i luty.
I miesięczne promienie zagasną i słońca,
A nigdy się wieczność nie doczeka końca.

Podobno Sroczyński kupił sobie w tym czasie srebrny zegarek i to go zapewne natchnęło owemi aluzyami do kwadransów i minut.
Cmentarz w Grodzisku był zwykle bardzo ożywiony; to krowina jaka połakomiła się na nędzny chwast, jaki tam wyrastał, to szkapa spętana wlazła i wyleźć nie chciała, to kury grzebały się w piasku...
Ale najwięcej ruchu sprawiały chłopaki, wdrapujące się pod górę od łąki po fujarki wiosną.
Co która wierzba wypuściła rózgę, chlast!... już jej niema. A pod drzewem leży wykręcony biel, czasem mokry jeszcze od miazgi, i trzpień zepsuty, i moc naszarpanych liści, a na całem tem bojowisku siedzi Antek od kowala; bose nogi zwieszają mu się z górki, muchy łażą mu po twarzy, włosy na oczy spadły, a on gra a gra, aż echo od kęp olszowych idzie, a tu mu skowronek podrzeźnia, w ton wpada, przebija zawodzenie fujarki i ginie w jasności słonecznej.
Taką to kapelę miały groby na onym cmentarzu.
A mieszał się do niej często i klekot bocianów, brodzących po łące.
Kiedym tam była po raz ostatni, zbierały się właśnie ku odlotowi. Pod wieczór się już miało i słońce gasło, kiedy zaczęły się zlatywać na łąkę. Z czterech stron świata leciały, a co który przyleciał, to wszczynał się klekot taki, że aż w uszach lgło. Stado zebrało się wreszcie, chwytając naprędce żer w łąkach przygodny i jakby czekając na hasło. Aż gdy zorze przedzachodnie stanęły nad lasem, zerwały się bociany z ogromnym klekotem i biciem skrzydeł ciężkich, i popłynęły w tę różaność złotą długim, długim sznurem. A każdy na piórach miał plamkę czarną, niby grudkę czarnej ziemi, zabraną z tych pól, kędy się ich gniazda zostały...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W chwili, kiedy mała nasza łódka zbliżyła się do Sochaczewa, uderzył mnie dość niezwykły widok. Przed nami, na urwistym brzegu Bzury, wznosiła się niewielka okrągła budowa, z wysokim spiczastym daszkiem, zakończonym błyszczącą w porannem słońcu iglicą, na której tkwił nów miesięczny. Dokoła widać było mniejsze i większe stożki, pokrywające ziemię na dość znacznej przestrzeni.
Był to cmentarz muzułmański, jeden z tych, które nie były u nas rzadkością dawniej, kiedy każde miasto niemal miało swoich mahometan kupców i żołnierzy, którzy tu żyli i tu składali swe kości.
Ja wszakże widziałam cmentarz taki po raz pierwszy i dziwne on na mnie zrobił wrażenie. Śpieszyliśmy tedy całą siłą naszych czterech wioseł, aż do miejsca, gdzie przybić było można, i zaraz rzuciliśmy się oglądać ów cmentarz, zawieszony nad rzeką i dwojący w niej swój półksiężyc.
Ma on mogił ze dwieście może, ale wszystkie prawie w ruinie. Mogiły te murowane są z cegieł, a ich półokrągłe, wyniosłe nad ziemią sklepienia tworzą całe szeregi owych zdala widzianych kopułek. U wezgłowia każdej mogiły kamień stożkowaty, z jednej tylko strony wygładzony nieco pod napis, który teraz ledwo jest widny wskróś mchu i pleśni. Zapadłe sklepienia napełniają gruzem owe puste mogiły, w których niegdyś chowano umarłych bez trumien, w siedzącej postawie.
W pośrodku tego oryginalnego cmentarza, wśród rozsypujących się kopułek, stoi ów z daleka widny i półksiężycem naznaczony grobowiec Mułły. Drzwi niema do niego. Na wschodniej stronie marmurowa tablica z jakąś surą koranu. Pod nią okienko, pustką czerniejące zdala. Wstąpiłam na kamień i zajrzałam przez nie. Gruz i rumowisko.
Wielkie płachty pajęczyn osnuwają okienko z wewnętrznej jego strony, pod murem przebiega jaszczurka.
Dziwny, dziwny jest widok tego kawałka wschodniego świata, wyrzuconego tu na brzeg obcej ziemi, obcej rzeki. Drzemie on w dnie słoneczne, które zdradzają jego nędzę i jego ruinę, upiorem wstaje w dnie chmurne, powlekające go trupiemi, sinemi barwy. Ale gdy księżyc zabłyśnie, gdy promień jego draśnie ów sierp miesięczny, na iglicy wysoko zatknięty, budzą się wtedy szelesty w głębi tych zapadłych sklepień, sterczących jak szeregi turbanów nad ziemią, a z grobowca wychodzi stary Mułła z wielką siwą brodą, i na wschód zwraca oczy zagasłe, i wyciąga ręce kościste, i jęczącym, żałosnym głosem odśpiewuje wersety z koranu. «O Ałłach! Akbar Ałłach, jesteś wielki!»

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wszystkie ja was pamiętam, o mogiły...
Wszystkie wy wiecie, jak serce moje bije i jak oczy moje we łzach stoją. Ale gorącemi ustami nie przylgnęłam do żadnej z was, o mogiły kamienne. Przylgnęłam niemi do ziemi czarnej, która nie wiem, czy prochy jakie kryła, ale wiem, że była relikwią.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.