W starym młynie

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł W starym młynie
Podtytuł Opowiadanie Jankowi
Pochodzenie Moi znajomi
Data wydania 1904
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
W STARYM MŁYNIE
Opowiadanie Jankowi


W samym cyplu Neru i Warty stał młyn. Kiedym go poznała, już się on «starym młynem» nazywał. Nie dlatego, żeby na tem miejscu z dawien dawna istniał i stare czasy pamiętał, ale dlatego, że przed dwoma, czy trzema laty zbudowano w tym samym cyplu «młyn nowy», powyżej tylko nieco, który żółtością świeżo pobitych gontów pod słońce świecił, a robotę okrutnie machał, z świeżą jakby, niestrudzoną jeszcze ochotą i mocą.

Na nowym młynie siedział Niemiec Strauch, z włosem jak szczecina strzyżonym, z karkiem tak tłustym, że mu się przez kołnierz fałdą przelewał, z małemi świecącemi na wierzchu głowy oczkami, do czysta wygolony na twarzy okrągłej, dużej, jak cynober czerwonej. Strauch miał dwie, główne roboty: pocił się i klął. Pocił się i zimą i latem, a klął czy mu się dobrze, czy zaś nieco gorzej wiodło.
Prosty naród to tam zwyczajnie klątw takich szwabskich nawet nie rozumiał, ale młynarczyki latały jak frygi, pod tym złym językiem, który ciągle, niby paprzyca się obracał w tłustej gębie majstra, i pod temi świecącemi oczkami, z których, jakby szydła szły, kiedy na ludzi patrzył.
Pełno zaś tu było i ruchu i gwaru, i uwijania się, niby much w ukropie, bo sam Strauch, cały dzień nad ludźmi swymi, w biały fartuch opięty, na krótkich, jak u jamnika nogach dreptał, wielkie palce tłustych rąk swoich, za ramiączka żółtej kamizelki zatkawszy, sapiąc i klnąc na przemiany.
A w miarę, jak w «Nowym młynie» krętanina rosła, w «Starym» robiło się coraz ciszej, coraz puściej. Nierzadki dzień był zrazu, nierzadki tydzień potem, w którym nikt do niego nie zajrzał.
Mógł teraz pan Balcer Warawąs, Warawąsowskim powszechnie zwany, który z łomżyńskiej szlachty czynszowej ród swój wywodził, a tu przybyszem osiadł, coraz spokojniej z fajeczki swojej pykać i zgarbiwszy się w płóciennej swojej kapocie, coraz dłużej w rzekę odnoszącą bryzgi z pod kół nowego młyna patrzeć, i ogromne swoje wąsiska w dół motać, i niewysnute nigdy dumy w starej głowie snuć.
Głowa ta od lat kilku zaciężyła nagle ku ziemi, zwisając, jakby ugodzona wielką jakąś mocą, ku wyschłej i zapadłej piersi.
Mało kto widywał teraz chudą, pożółkłą, głęboko rzeźbioną twarz Warawąsa, wśród której sterczał nos potężny, pod zapadłemi, siwemi, dziwnej łagodności oczyma, i której cienkie, delikatne wargi coraz rzadziej otwierały się, aby wypuścić jakie skąpe i urwane słowo.
Wąsiska tylko okrutne, z ojca na syna w rodzie tym idące, daleko poza chudemi policzkami widne, znali wszyscy, a jedyny, z dawnej czeladzi pozostały głupkowaty parobek, «Kulasem» dla poobwijanych i różą podziurawionych nóg zwany, z gwałtownego ich ruchu lub opuszczenia odgadywał, «którą nogą» — jak mawiał, stary wstał z twardego swego tapczana.
Badaniu onych wąsów mógł się Kulas tem swobodniej oddawać, że roboty we młynie tak, jakby nie było; bo choć majster co rano dokolutka oba ganki obchodził i jednej pajęczynce ostać się u pułapów nie dał, młyna przecież nie puszczał, ale zeszedłszy na wodę, zadumany stawał i czekał. A czekając nie patrzył na drogę, którą mógłby kto z kilka worków ziarna przywieść, tylko ku lasowi w pole, gdzie na górze stał krzyż stary, a pod nim głaz bielił się zdala. Co prawda, to na drogę nie było co i patrzeć. Zarosła bowiem trawą szeroko, a w starej kolei, na zawrocie, chwasty się po wiosennych deszczach puściły. A kto je wydeptać miał? Kulas tylko po niej chodził z gębą na nic obluzowaną w zawiasach od ziewania i żucia, zresztą ani żywej duszy.
Dopiero od Nowego młyna zaczynało się życie.
Raz wraz trajkotały tam koła i dudniła ziemia, kiedy przyszły mrozy; raz wraz piszczały osie i brzęczały naszelniki, szarpane wielką siłą, kiedy nastały wiosenne roztopy, lub jesienne błota; raz wraz pyliły się nią gęste, białe kurzawy, kiedy suchość letnia rozpaliła piaski. Zaraz wszakże za młynem, jakby wszystko uciął. Stawał nieraz Kulas na drodze i pochłaniał chciwie te brzęki, te dudnienia, te kurzawy białe.
Oj urwałby się, urwał od starego, gdyby nie robota. Roboty się okrutnie bał i to od maleńka; a teraz, zależawszy pola, tak od niej odstał, że choć łeb utnij, same ręce odpadają od wszystkiego, nad czem się zapocić trzeba. A i jeść pono Niemiec skąpo daje. Wzdychał tedy Kulas, melancholią wielką nad losem swoim zdjęty, i zwolna zawracał ku staremu młynowi, aby do misy zgotowanej przez starą żołnierkę Łukaszową siąść, potem na ławie zadrzemać.
Po co Warawąs parobka tego trzymał, ludzie w głowy zachodzili. Żywić go musiał, odziewać, a i płacić coś nie coś jeszcze. Łukaszowa cały ogród dyni wyłącznie dla niego na polewkę sadziła; były zaś dni, że z grochowin tylko do miski wyłaził, napełniając ziewaniem całę izbę i wnosząc do niej olbrzymią, niepohamowaną nudę. Zresztą robił, co chciał. Od rana tylko z obowiązku przed Warawąsem stawał.
— A co? — pytał krótko stary, przenikliwie patrząc mu w oczy.
— A nic, panie mynarzu — odpowiadał Kulas, kilka liter nie wymawiający, czy to z natury, czy też z lenistwa i onego to obluzowania szczęk, któremi ciągle ruszał, i na tem się kończyły jego całodzienne z panem Balcerem relacye. Poza tem dostawał się w słodkie jarzmo Łukaszowej, która mu wszelaką folgę gwoli onej róży w nogach dawała.
Stary Warawąs szedł młyn tymczasem opatrywać. Obchodził ganki, oglądał kosze, uczepiał worki, obciągał pytle, dmuchał, trząsł, okurzał, poczem, jakby przypomniawszy sobie coś, ręką machał i nad rzeką stanąwszy, zwieszał głowę, to na wodę bystro, to w pole ku lasowi patrząc.
Powiadał mi Jesionowski, także szlachcic czynszowy, rodem z Dębego, z uniejowskiej hordy idący, że pięć, sześć lat temu, «Stary młyn» wówczas po prostu «Balcerówką» zwany, tężej jeszcze robotę machał, niż teraz nowy. Wielkie zaś koła, szeroką szczeblowiną zębate, tak srodze zapędne miał, że zdala, z daleka, słychać było warkot jego nieustanny a gromki. Droga też do młyna wyjeżdżona była czyście, a piasek, przemieszany na niej co dnia dziesięć razy, nie zatrzymał śladu wczorajszego kopyta albo racicy, tak wozy, coraz nowe szły, jedne o drugie zawadzając osiami, jedne przez drugie spiesząc. A jak postawały, to jak na kiermaszu było ludu, i sprzężaju i zboża. Na przydróżkach nawet nie utrzymało się źdźbło trawy, tak ją wydeptały baby, po ćwiartce, co biedniejsze, na plecach do młyna ziarno niosące. Procesyą to wszystko ciągnęło ze Zdun, z Małej i Wielkiej Leźnicy, z Tumidaja, z Tędowa, z Podłęża, z Parsk, ze Zbylczyc, z Grodziska, z kolonii, z dworów, Bóg wie skąd. A młyn huczał a huczał i trząsł się i zgrzytał i z sykiem i szumem wodę kołem rwał i piany garnął i rozpryskał, aż dylowina dębowa w nim drżała, a deski ganków i pomostów jęczały w sobie, jak żywe.
A jakie tam mąki szły, jakie kasze, jakie donsty, jakie szruty, jak żubrowane ziarno, to na podziwienie ludzkie. Dość powiedzieć, że wędrowna, młynarska czeladź do Balcerówki, jak na ogranicę ciągnęła, by się na ten ład piękny i na tę sztukę popatrzeć a i pouczyć co nieco.
W niedzielę za to ucichał ten cały gwar, cały ten łomot i tartas, a wtedy słychać było od samego rana cienki głosik Julisi, pana Balcera pięknej jedynaczki, która szeleszcząc swoją niebieską, świeżo wyprasowaną sukienką, po izbach się zwijała, albo w ogródku przystanąwszy, malwy różowe rwała, śpiewając wesoło:

Pasła panna, pasła panna
Prześlicznego pawia...

albo znów żałośnie:

Śliczne gwoździki, piękne tulipany,
Gdzieżeś, ach gdzieżeś, Janku mój kochany!

Ale to nie były jeszcze najpiękniejsze pieśni. Umiała ona i inne jeszcze, szlacheckie, które ciągnioną nutą śpiewywała z wielkiem pojęciem, jak np.

Ach Adelo, porzuć lament...

albo:

Powiejcie wiatry od wschodu...

w której to pieśni trochę się przy końcu tylko myliła.
Albo też wreszcie:

Na, masz ten pierścień na znak sprzyjania —
A nie powiadaj, że to od kochania...

które umiała wybornie a śpiewała z takiem uczuciem, że w jej ciemno szafirowych oczach zapalały się przytem, jakby dwie wielkie gwiazdy, a śliczna twarzyczka, jak lilia, bladła.
Słuchając śpiewania jedynaczki swej, pan Balcer prostował się, wązkie jego wargi rozszerzał przebłogi uśmiech, a cała postać opływała jakiemś rozjaśnieniem wewnętrznem.
Ale świeży, pełen młodości głos pięknej Julisi, nie tylko nad panem Balcerem moc taką miał. Kulas nawet usłyszawszy ją na strychach, gdzie ulęgałki przed rabunkiem młynarczyków chował i po dziesięć razy na dzień przebierał, po drabinie złaził, stanąwszy u płotka sadu, w boki się ujmował, a zginając i prostując w kolanach swoje okaleczałe nogi, co miało ruch taneczny oznaczać, śpiewał:

A ja sobie podrygom,
Ze Słomceskom Jadwigom...

Dalszych wierszy pieśń ta nie miała, ale była ulubioną przyśpiewką Kulasa, który kto wie nawet czy nie sam ją ułożył, ku wspomnieniu tej szczęśliwej chwili, kiedy jakaś Jadwiga Słomczewska zdecydowała się dzielić podrygiwanie biednego kaleki...
To pewna, że kiedy młynarczyki dopytywały się, co to była za Jadwiga, Kulas śmiał się i pokazywał swoje, wielkie żółte zęby, a z gardła jego, dobywało się warczenie, jakiem nieraz bronił ulęgałek w otrębach.
Stąd zrodziło się podejrzenie, że Jadwiga Słomczewska nigdy nie istniała i nędzny Kulas tem imieniem oblekł jakąś marę swej wyobraźni i pożądanie własnego, wydziedziczonego z miłości serca.
Jednego nawet lata ustroiły młynarczyki w balcerowskiem prosie, okrutnego, z rękami rozczapierzonemi na dwóch kijach stracha, ze starej spodnicy Łukaszowej, z resztek kamizelki pana Warawąsa i z poobrywanego kapelusza organisty z Tumu, a Janek Graczyk najmłodszy, ale piśmienny, na drewnianej deseczce, na wierzchu kija, wielkiemi literami smołą wypisał: «Słomczeska Jadwiga».
Sprofanowany w ten sposób ideał Kulasa, nie przestał być przecie jego ideałem, choć tego dnia, kiedy ów strach w prosie stanął, tylko połowę polewki z dyni zjadłszy, od razu się w grochowiny zaszył, do ulęgałek nie zajrzawszy nawet.
Teraz to wszystko przeszło. Głos ślicznej Julisi czarnowłosej i modrookiej, która w niebieskiej sukience, jak niezabudka nad rzeką tą wzrosła, nie budził już echa. Młynarczyki rozbiegły się za chlebem, młyn zczerniał, zgłuchł, opustoszał prawie, droga zarosła, w prosie tylko sterczały dwa patyki i deszczem spłukana tablica, na której chmurą teraz siadały niepłoszone wróble.
Najwięcej wszakże odbiła się ta zmiana na starym Warawąsie. Jak był wysoki, tak się zgiął we dwoje; jego płócienna kapota wisiała na nim, jak na wyschłym kołku, wąsy opadły, oblicze zaklęsło, wzrok wygasł. Czasem tylko okazywało się w nim wielkie zadziwienie; wodził wtedy oczyma po młynie, po sadzie, po rzece, czasem rozstawiał wychudłe ręce i patrzył uporczywie w niebo, jakby tam szukając rozwiązania dręczących go wątpliwości.
Z nieba wszakże zlatywało tylko stado gołębi srebrzących się w locie i obsiadało jego starą głowę i ramiona i trzepotało się u nóg jego, gruchając i podlatując, póki starca nie odeszło owo zadziwienie i nie nasypał ulubieńcom swoim ziarna.
Na młyn nowy i na Straucha nie zwracał żadnej uwagi. Jakby ich nie było. Mówi kto o nich, to głową kiwnie, bez niechęci, bez ciekawości, ale sam nie zagadnie nigdy o sąsiadach swojej Balcerówki. Balcerówka też zamieniła się zwolna w osadę rolną; kawałek chleba i kartofle dobywano z niej, a rzeka i młyn na niej — jakby nie istniały.
W niedzielę pan Balcer przebierał się staranniej, wdziewał granatową kapotę z potrzebami, na szyi wiązał czerwoną, bawełnianą chustkę, na głowę zasadzał magierkę z czarnym barankiem i z laską w ręku do kościoła szedł.
W kościele zatrzymywał się tuż przy drzwiach i o kruchciane drzwi wsparty dobywał z kieszeni gromnicę i zapaliwszy ją, stał z owem trupiem światłem w ręku, patrząc na ukrzyżowanego w wielkim ołtarzu Chrystusa, blade jego cienkie wargi nie poruszały się ani jednem słowem modlitwy; jeśli się modlił, to chyba jakimś wewnętrznym krzykiem duszy. Dopiero kiedy organ na «Święty Boże» uderzył, szedł pan Balcer dużym krokiem przed sam wielki ołtarz i tu się na ziemi rozkrzyżowany kładł z wielkim jękiem i tak przez całe suplikacye leżał, podnosząc siwą głowę i uderzając czołem w kościelną podłogę.
Jaka tam była rozmowa jego z Bogiem — nie wiedzieć.
Ano wstawał po niej w wielkich potach, we łzach, jakby w spracowaniu okrutnem, z twarzą, po której płomienie szły, z błyskawicami w siwych oczach, i nie czekając aż inne pieśni organista odśpiewa, z gromnicą swoją wychodził, dziwnie prosty, do dawnej dużości swojej cudem jakby wrócony, z podniesioną głową tem wyżej, im głębiej wpierw w prochu leżała z magierką na grubej lasce. Zaś pod lipą na kościelnym cmentarzyku siadłszy, gasił gromnicę, ogarek do kieszeni chował i do dawnej, znękanej postaci wracając, wlókł się ku staremu młynowi.
Widząc ja go tedy raz i drugi, jak to swoje nabożeństwo czynił, zapaliłam się chęcią wielką bliższej z nim rozmowy. Aż i przyszła taka chwila. Nie od razu, ale przyszła: dobiłam się do tej duszy, cierpliwością długą i pracą.
Pamiętam, jesienny był dzień, z cichego, wrześniowego nieba szedł blask modry i silny, zieloność jarzyn omdlała była i już gdzieniegdzie rdzawa. Wzdłuż tylko rzeki, świeżym majem ciągnęły się smugi traw miękkich i puszczających się z nadbrzeżnej grzęzawicy, aż w głąb wody, tataraków i ciemniejszej trzciny.
Ogromna świeżość, chłodem biła z rzeki na brzeg wyniosły, wyszarpany, podmyty z jednej strony, a z drugiej rozścielający się płasko. W nowym młynie huczało jak w kotle. Krzyki i nawoływania ludzkie głuszyły niemal szum wody, aż na cichą Balcerówkę się niosąc.
Staliśmy właśnie ja i stary Warawąs, na kładce, wypuszczonej z młyna na rzekę, kiedy na drodze od lasu idącej, rozległ się śpiew donośny, bezfrasobliwy, szeroki, a zarazem jakby bębnienie na jakimś blaszanym statku.
Drgnął stary, o żerdkę oburącz oparty i podniósłszy zblakłe, głęboko pod czaszką osadzone oczy, przenikliwie na drogę patrzył.
Szli po niej dwaj ludzie, którzy gdy się zbliżyli, znać było, że do wędrownej czeladzi należą. Krótkie mieli spencery, wyładowane torby płócienne na plecach utrzymywały parciane szle, przez piersi na krzyż idące, krótkie fajki u guzików mosiężnych, obuwie płytkie, na tył głowy nasunięte, omączone czapki, u szyi fontazie kolorowych chustek, na wierzch wypuszczone, w ręku kije. Niższy, czarny i kędzierzawy, miał przy boku podłużne blaszane pudło, na którem bębnił w takt piosenki, której słowa można już było rozpoznać. Zaczynali świeżą na dwa głosy strofkę.

Wer in den Himmel, sagt man,
Wollte geh’n — sagt man,
Der muss ein Pelz — sagt man,
Mit sich nehmen — sagt man.

Denn in dem Himmel — sagt man,
Da ist kalt — sagt man,
Denn der Schnee — sagt man,
’Runter fällt — sagt man.

Szarpnął się w tył pan Warawąs przy pierwszych słowach tej piosnki, ale na kładce został, tylko ciemny rumieniec wybił mu nagle na zwiędłą twarz i podszedł aż pod skronie, stare piersi ciężko dyszały a zblakłe oczy, czerwonym żarem roztlały. Wędrowcy tymczasem skręcili z drogi i pod młyn podeszli. Jeden z nich uchylił czapki:
Glück auf! — zaczął przyjaźnie.
Ale pan Balcer nie dał mu przyjść do słowa.
— Niema! — wołał, machając rękami tak, jakby ich od progu swego chciał odpędzić, — Niema roboty! Kein Arbeit! Weg! Precz! Do Niemca! Do nowego młyna! Weg!... Tam! Tam! — I trząsł wyciągniętą ręką w stronę huczącej rzeki i trząsł głową siwą, a okrutne wąsiska groźnie się podniosły, wśród rozognionej gniewem twarzy.
Wskróś tego gniewu znać było w obliczu starca jakiś wielki zabobonny przestrach, który ześrodkował się w nieruchomych, pełnych przerażenia oczach.
Podczas, gdy jedno z jego zwiędłych ramion, wyciągnięte ku rzece, trzęsło się namiętną żądzą oddalenia jak najrychlej nieproszonych gości, drugie szeroko rozpostartą dłonią zastawiało pierś, jakby broniąc jej od jakiegoś złowrogiego ciosu.
Wędrowna czeladź popatrzyła na pana Balcera, potem na siebie, potem na koło młyńskie, między szczeblowiną którego zwieszały się uschłe na siano, wygarnięte kiedyś z rzeki wodorosty, potem na rzekę w stronę Nowego młyna, zaszwargotali wreszcie między sobą i kiwnąwszy głowami, odeszli na on huk i łoskot Strauchowej siedziby, wzdłuż rzeki się ku niej biorąc.
Już zawróciwszy, kilka razy jeszcze zakołysali głowami, jakoby z dziwu, poczem rozległa się przeciągła nuta, znanej wśród wędrownej czeladzi pieśni:

Das Jahr ist gut, das Braunbier ist gerathen,

D’rum wünsch’ ich nichts mehr, als drei Tausend Dukaten.

Ja — drei Tausend Dukaten...

Pieśń ta, porwana szumem i hukiem wody, prędko była już tylko ledwo dosłyszalnem echem.
Dopóki wszakże brzmiała, stary Warawąs prowadził śpiewających zapalonemi oczyma, dysząc głośno, a kładka, na której znów obie ręce oparł, skrzypiała pod ich żelaznem ujęciem. I dopiero wtedy, gdy głosy, słabnąc stopniowo, ucichły, a postacie idących na zakręcie zniknęły, odetchnął głęboko pan Balcer, wytężone źrenice przymknął na chwilę i pot z czoła trzęsącą się jeszcze z wysilenia dłonią otarł. Poczem wąsy raz i drugi na dół szarpnąwszy, przygasł w twarzy z onych gniewnych ogniów, tem żółtsze i jakby woskowe pokazując oblicze.
— Zgiń... przepadnij!... — zamruczał wreszcie drżącemi wargami, poczem bystro na mnie spojrzawszy, dodał:
— Człowiek ani wie, kiedy się licho do domu jego wnęci... Ale niedoczekanie twoje!
Oddychał szybko i głośno. W starej jego piersi obudził się widać ból dawny, który sobie ujścia szukał. Bojąc się go spłoszyć, milczałam i patrzyłam w rzekę. Umiałam już z nim mówić temi długiemi milczeniami, do których w samotności swej przywykł.
Rzeka płynęła w ogniach, pod zachód się już miało. Nad łąkami wstawały opary.
— Takiego, to raz tylko za próg puścić — przemówił nagle Warawąs — oho! już i po spokoju! Snu nie zaznasz, dobra nie uwidzisz, pociechy się nie doczekasz... Niekatolicki naród... Strach, jakie sztuki umieją. Jest — źle, niema go — jeszcze gorzej. Za takim to i dola, jako ten gołąb odleci... Oj! dola, dola! Niewierna ona! I ludzie niewierni i kamienie niewierne i dzieci niewierne! Oj! ciężko na świecie chrześcijańskiej duszy!
Westchnął z głębi starych piersi i długą chwilę milczał. Westchnęłam także, oczu nie zdejmując z wielkiej, gorejącej na wodzie łuny.
Pan Balcer, łokciami się o żerdkę wsparłszy, zapytał z cicha:
— A co? Poszli? Przepadli? Nie widać?
— Nie widać — odpowiedziałam, nie odwracając głowy.
— Bodaj ich! — zamruczał stary.
Poczem nagle, pochyliwszy się ku mnie, rzekł:
— A to, pani moja, cała bieda z takiego mi, jak owi tam, poszła...
Urwał — i jeszcze próbował, czy mu dusza zmilczy — ale słowa nagłą falą na usta mu się rzuciły. Odetchnął tedy głęboko i tak mówił z cicha:
— Wędrował, a no wędrował. Hans mu było imię. Od pruskiej granicy szedł, od Elbląga, czy co... A młyn wtedy na okolicę był głośny, nie trza mówić, wszyscy o tem wiedzieli. Tak się tu i został. Takie «reisery», wiadomo, po młynach chodzą, nowej roboty szukając i przewąchując co lepszą naukę. U nas to tego obyczaju niema, ale u Niemców jest. A no dobrze. Został, to i został. Czeladnik świeży zawsze się przy młynie przygodzi. Chętny był, rzeźki, do roboty się ostro brał — zostawiłem.
A rok był taki, że niepamiętane rzeczy! Ludzie, jak na odpust jechali i szli, zboża się porodziły okrutne, ziarno sypało aż strach... Co chłop mendel omłóci, to już ci korczyk żyta do młyna wiezie. Okrutnie się ludzie pobogacili onego roku... Lada cham, to sobie pytlować mąkę do drugiego razu dawał. A jagieł to tak po komorach, po faskach baby miały, jak drugi raz i otrąb nie mają.
A mój Hans uwija się a przyśpiewuje. Takie oto bzdurne pieśni, jak ci tam... A robota we młynie aż dudni. Pięć kamieni szło, a jeszczem nadążyć nie mógł. Dwóch czeladzi jeszczem przyjął i parobka i przerobić my tej roboty nie mogli. To inszy rok już po ostatkach bastuje, a ten wcale przednówku do samych nowych żniw nie miał, takie były zboża!
A co? — zapytał nagle, przerywając sam sobie — do nowego młyna poszli... a co?
I przyłożywszy rękę do czoła, zmrużył siwe oczy i pod słońce wzdłuż rzeki patrzył. Ale światło zalało rzekę aż po brzegi i nie dawało na migotanie swoje długo patrzeć. Wszystko teraz stało w złocie i czerwieni: wierzby, łozina i szuwary nadbrzeżne; a one lilie wodne jakby z korala cięte, w tem morzu się ognistem pławią.
Stary popatrzał, popatrzał i westchnął ciężko.
— Krwawi się teraz ta rzeka, jako serce moje — przemówił kiwając głową — ale sercu ciężej, bo krew z niego nie spłynie, jako z wody spłynie...
— A cóż ów Hans? — spytałam, jakby z niechcenia.
— Oj, żmij to był i wąż przeklęty... I sam nie wiem, do dziś dnia, choć łeb utnij, nie wiem, jakim się oni sposobem zgadali... Dziewczyna Boga wezwać po szwabsku nie umiała, on też po naszemu ani rusz. A jednak... Miłosierny Boże! Zakryj ty już ręką swoją one oczy stare, aby tego nie widziały...
Przycisnął dłoń do powiek i chwilę ją tak trzymał w milczeniu. Poczem rzekł:
— Jakem tylko pomiarkował, że Julisia raz wraz do młyna przylatuje i dziesięć interesów na godzinę do mnie ma, a wszystko, byle tylko na onego szwaba zerknąć, takem sobie pomyślał: Czekaj psubracie! Wypędzić cię nie wypędzę, boby dziewczyna serce do mnie straciła... A jednąm ją miał, pani moja, jako to słonko na niebie, jak tę duszę w ciele... Ale takiego ci pieprzu dam, że stąd sam wylecisz i nie wrócisz się, choćbyś tu oka zapomniał. Takem ja sobie, pani moja, myślał i rozmyślał i takiem sobie postanowienie wziął.
Więc zacząłem mego szwaba siarczystą robotą prażyć, taką robotą, że to niewytrzymane rzeczy. Noc uśpi, noc obudzi, ani siąść, ani tchnąć — nic! Do łokci ręce, psubracie, pourabiaj, myślę, do krwawego potu, siedm razy na godzinę się zapoć, myślę, nosem w ziemię zaryj — myślę — to ci się bałamuctwa z dziewczyną odechce... I walę ziarna w dwoje tyle na kosze, a worki pakuję takie, że i koń miałby co dźwigać, z góry na dół, z dołu na górę na złamanie karku pędzam, zjeść nie daję, orzę w niego tak, że niech Pan Bóg broni! Wyciągnął się, pobielał na twarzy, jakby po zimnicy, oczy mu się, jak u wilka na mróz zaświeciły — i nic. Zęby bywało ściśnie, aż mu zgrzytną, jak u strzygi, i robotę taką, coby i na trzech było z czubem, ino za siebie przerzuci. Ano dobrze. Święta nie daję, niedzieli nie daję — nic. Aż i dziewczyna pobladła, posmutniała, płakiwać po kątach zaczęła. Pękało mi serce, alem się już zawziął okrutnym zawziątkiem. Zawszeć to człowiek szlachcic od rodu, Warawąsoski... Nie z tych stron, nie... Z łomżyńskiej ziemi szlachta my byli, czynszowa, prawda, ale się żaden z nas, ze szwabami, jak Bóg Bogiem, nie bratał, od dziada, pradziada.
Szarpnął siwego wąsa i przymilkł na chwilę.
Ano, minął tydzień, minęły dwa tygodnie, minęły trzy tygodnie — i nic. Mój Niemiec o odstaniu od młyna ani myśli. A jużem sam tak się owem prażeniem zmordował, żem ledwo nogi za sobą powłóczył. Czekajże! — myślę ja sobie. — Nie przeprę cię robotą, to cię przeprę sztuką. A znałem jednę sztukę młynarską, co mnie jej jeden stary majster, Francuz nauczył, że to we francuskim kraju straszne młyny są i straszne młynarskie sztuki...
Mówiąc to, przyciszył głosu i nagle urwał.
— Dawniej tobym o tem za srebro, złoto nie powiadał — rzekł po chwili — ale teraz, niech tam!
Machnął ręką i zamyślił się ciężko. Rzeka pociemniała tymczasem, a chłód surowy z niej powiał. Szumiała jeszcze i pryskała, jakby wrzątkiem pod nowym młynem woda, ale gwar ludzkich głosów już przymilkł, i wozy przestały turkotać. Po wierzchołach gorzały tu i owdzie pod zachodnią łuną wierzby, dołem siność zmierzchu szeroko już szła, a na pobladłym wschodzie wybłysnął sierp perłowy. W późnych grykach, prosach, zaczęły się wabić świegotliwie kuropatwy, nad błotami, w oparach kruczały żórawie, a daleko, gdzieś daleko, dzwon się na Anioł Pański odezwał...
— Pamiętam, była sobota — mówił z cicha Warawąs.
— Z wieczora zaraz z młynam szwaba wyprawił, a sam się zostałem. Odpocznij sobie — mówię — bo od północka młyn pójdzie. Jużem się, pani moja, i Boga obrażać nie bał, i w niedzielę, jak ten poganin, do roboty pędzał, a wszystko z tego zawzięcia. Tak mój Hans poszedł.
Jak też poszedł, takem z puzderka dobył piórko z żywem srebrem i zapuściłem na największy kamień. Rozpełzło się to tylko po kamieniu, jak woda i już. A trzeba wiedzieć, że taki kamień za nic mleć nie będzie. Obraca się to, obraca, a ziarna nie weźmie. Staluj, jak chcesz, i wyżej, i niżej, nie weźmie. Taka to jest sztuka. A cóż! Kamień, to już jakby na nic. Wszystkie kanty het precz ona rtęć zaleje, choć go na nowo kuj. Wypalenie tylko pomoże... Taka sztuka!
Ale jużem nie dbał, jenom okazyi z onym szwabem szukał, choćby też z własną utratą... Niech z torbami pójdę, myślę sobie, a ty Niemcze, z młyna precz! Roboty nawaliłem huk, o północku obudziłem Niemca, a sam się układłem, ale nie śpię. Gdzie mi tam do spania! Switaniem idę ja na młyn, a tu robota wszystka het, precz zwalona. Worki poodczepiane, podłoga umieciona, a mój Hans przed młynem na tym kamieniu zalanym słomę pali.
Blady, jak żgło, oczy, jak to świętojańskie próchno mu się świecą, ale nic, mina gęsta, tylko pogwizduje sobie...
Ażem się przeżegnał. Czort go uczy — myślę. I robotę machnął i kamień z młyna wytoczył, i sztuki się domyślił, i ratunek na nią znalazł. A kulasa do pomocy tylko miał i pachciarza z Leśnicy, co zboże ostatni przywiózł.
To taka złość, pani moja, zakipiała we mnie, że byłbym zębami rwał.
I nie o szkodę mi szło, choć i to nie żart. Wypalenie co prawda pomoże, ale już kamień porzysty potem się robi i kruchy, już on na swojem miejscu nie odpowie, już nie taki. A no, nie o to mi szło. Niemiec wypalił kamień, przebrał się, do śniadania siadł i nic. Dziewczyna się też zaraz nawinęła, na szwaba popatrzyła, do sadu wybiegła i zaraz do Kulasa. A co? a jak? a czemu czeladnik taki blady? a czy się tatuńcio nie gniewa? a czy co ze sobą gadali?...
Żem, słysząc to, trupem nie padł, Bóg łaskaw. Hans od śniadania wstał i mówił do mnie — a jużem szwabską jego mowę coś nie coś rozumiał.
— Mądrzyście wy, panie majster, ale i ja niegłupi. — I poszedł.
Cały dzień potem, na płocie od ogrodu, na oczach dziewczynie siedział i gwizdał, i przyśpiewywał, a na fleciku przygrywał, właśnie, jak ten ptak na wiosnę. A dziewczyna w ogrodzie, to w okienku, jak róża się na twarzy pali, a oczyma za nim wodzi, a cała drży, jak ten liść na wiosennym wietrze... Wstyd mówić. Taki szwab i szlacheckie dziecko...
Splunął stary i zatrząsł głową siwą...
Na wschodzie błysnęła gwiazda jedna, druga, sierp miesięczny rozpalił się, jak złoty, rzeka pod nim srebrną łuską drżała, uciszona teraz i senna. W powietrzu też wszystkie gwary i głosy umilkły. Szła noc.
— To, pani moja — mówił dalej Warawąs — przeszło tak pół roku. Pan Bóg miłosierny za grzechy mi je policzy; Hans za trzech, gdzie za czterech pracuje, a o wędrówce ani wspomnienia, a co się odezwę, żeby mu już czas w dalszą drogę, to dziewczyna cała w płomieniach stoi, i łzami pruszy, i ustka zaciska, i po kątach płacze, że niby to takiego tyrana okrutnego za ojca ma...
A ja całymi dniami jakby z ćwiekiem we łbie chodzę, a przyjdzie noc, to się jak na szyszkach z boku na bok przewracam, jednem uchem śpię, drugiem słucham, ażem z tego wszystkiego wysechł, jako trzaska.
Tak w tem ustawicznem niespaniu i ciężkiem myśleniu nowa mi rada do głowy przyszła. Rozważyłem ją sobie tak i tak, rozmyślałem, wołam dziewczynę i mówię:
— Słuchaj Juliś, pojedziem do chrzestnej, bo się już stęskniła za tobą.
A mieszkała ta chrzestna, niby moja kuma, coś ze cztery mile od naszego młyna. Zapłoniła się jedynaczka moja, ale nic nie śmiała rzec, tylko oczy, jak te dwa bławaty opuściła i pocałowawszy mnie w rękę, spytała:
— A na długo, tatuńciu?
Ukłuło mnie to zapytanie, jako żądłem w serce, alem się rozśmiał tylko:
— Na dwa dni z jutrem — odrzekłem, chociem w głowie wcale co inszego osnuł.
Ano, zawiozłem dziewczynę. Trzy dni siedziałem i gadałem z kumą. Jużem i o zyski i o robotę nie dbał... A czwartego, kiedyśmy się już umówili, jak i co, świtaniem — dziewczyna moja spała jeszcze — wstałem, zaprzągłem szkapę i wróciłem do domu sam.
I co to zdrada!
Tom nie śmiał, pani moja, wróciwszy, szwabowi owemu w oczy spojrzeć, choć to niekatolickie plemię przecie, a i to prawda, że kiedy ojcu o dziecko idzie, to mu dużo wolno... A co poradzić? Nie śmiałem. Tom, jak ten wilk po młynie pierwszego dnia chodził, żeby się z oczyma czeladnika nie spotkać, a jadło tom sobie kazał do alkierza nosić, żeby z nim w jednej misce łyżki, jako ten Judasz, nie maczać...
A mój czeladnik obszedł mnie tylko raz i drugi, jak ten zły pies, popatrzył na mnie z podełba i nic. Drugiego dnia to samo. Ale przecie jakoś mi lżej było. Ot, myślę sobie, potęskni dziewczyna, potęskni i zapomni. Kuma ją do miasteczka powiezie, świecidełko jakie kupi. Był też tam w okolicy kawaler grzeczny, gorzelany, który już zdawna o Julisię przepytywał... Ot i zapomni może.
A zaprzysiągłem, jak na toż kumę, że chociażby dziewczyna niczem się ułagodzić nie dała, choćby zaklinała, koni jej nie ma dać, a w razie czego sukienkę Julisiną modrą i trzewiczki schować.
Trzeciego dnia na odwieczerz, słońce się już kulą z nieba toczyło, przystępuje do mnie mój czeladnik i wręcz pyta:
— A gdzie to została córka wasza, panie majster?
Zakipiało wszystko we mnie, alem się pohamował i mówię:
— Gdzie została, to została, dość, że jej niema i nie będzie.
— Tak? — pyta jeszcze i oczyma świdruje, świdruje mnie aż do mózgów.
— A tak! — mówię, a serce dygoce we mnie jak pytel.
— Ha no — mówi — to i mnie tu nie będzie.
— Z Bogiem — mówię ja na to, a nogi aż latają podemną.
A on na to:
— Z Bogiem, albo i nie z Bogiem. Pokazaliście wy mnie, panie majster, swoją sztukę, pokażę i ja...
Odstąpił i do roboty poszedł.
— Ot, gadanie — pomyślałem sobie, ale mi do samego wieczora strach jakiś kościami wstrząsał.
Skończyła się robota — nic. Zamknąłem się w alkierzu. Kulas mi tylko przyszedł pod okno powiedzieć, że czeladnik manatki swoje zbiera i węzełki wiąże. Rzuciłem się na tapczan i czekałem końca.
A pełnia była tej nocy i księżyc od dwóch godzin już na niebie, jak rybie oko stał.
Nagle usłyszałem śpiewanie Hansa. Umiał on różne pieśni i różne śpiewywał, alem tej nie słyszał jeszcze. Dziwna to była pieśń. Łaskotaniem jakby po sercu szła, a taką moc miała w sobie, żem doleżeć nie mógł, tylkom wstał i do okna podszedł. Śpiewał godzinę może, może więcej, poczem głos jego zaczął się oddalać od młyna. Wyszedłem z alkierza i przez sień. Jasno było jak we dnie... Chryste Jezu! Kiedy jasność onę wspomnę...
Przerwał opowieść swoją Warawąs i silnie drżeć zaczął. Zęby jego szczękały przez chwilę jak w febrze, spojrzenie miał osłupiałe i mętne.
Opanował się przecież i głęboko odetchnąwszy, tak mówił:
— W jasności onej wielkiej, drogą ku lasowi, szedł Hans z tłomoczkiem na kiju i śpiewał, a za nim z daleka — bogdajbym oślepł na wieki! — za nim boso, w białych szatkach tylko, szła z wyciągniętemi przed siebie rączkami i ze spuszczonemi oczyma, blada, jak opłatek, Julisia.
Krzyknąłem i rzuciłem się do niej. Nie obejrzała się nawet. Dopiero kiedym jej dopadł i za ramię chwycił, u nóg mi runęła jak martwa.
— Ty co, dziewczyno! Gdzie? jak?...
A ona:
— Zabij, tatuńciu — mówi — albo puść mnie za nim. Zabij, bo inaczej się tu nie ostanę chyba w trumnie. Przez ogień — mówi — przelecę, przez wodę przepłynę... Albo puść — mówi — tatuńciu, albo zabij!
Jak ten robak się wiła, jak ta zuzula jęczała, jak żywica do rąk i do nóg mi lepła...
Jezu miłosierny! Co miałem robić? Puściłem...
Stary otarł pot z czoła, zęby znowu szczękać mu zaczęły.
— Wstała — wyszeptał po chwili, przełykając ślinę — wstała i poszła. Jak cień za nim poszła, jako mgła łężna, tak samo, jako wpierw, wyciągnąwszy rączki przed siebie i przymknąwszy oczy. Jako ten gołąb, co na pożar, z gniazda, skrzydła rozpuściwszy, oślepły leci — tak poszła. Padłem na drogę, łbem o ziemię tłukłem, jak ten zwierz leśny ryczałem, jak pies wyłem — nie wróciła. Ten czartowski zaprzedaniec wciąż śpiewał. Poszła za nim. Cóż jej ojciec, dom, ród, cóż jej wszystko? Duszę mu zaprzedała, poszła...
Urwał i dyszał ciężko, poczem z nagłem pomieszaniem w oczach pochylił się niżej jeszcze ku mnie i rzekł przyciszonym głosem:
— Słyszałem ja, pani moja, o czarowaniach różnych i o różnych sztukach młynarskich. Słyszałem, że drugi człowiek tak kamienie zaczarować potrafi, że jemu tylko mlewo pójdzie, a nikomu inszemu nie pójdzie. Słyszałem, że taki człowiek co zechce, to ze młyna za sobą wyprowadzić może, wodę nawet od koła na wróci — alem nie wierzył...
Moc Boska, myślałem i — tyle.
A tu patrzę ja, pani moja, a w owej wielkiej jasności kamień młyński drogą się za Hansem toczy... Cały w blaskach, aż srebrny, właśnie jakby kto po równej ziemi pełnię miesięczną potoczył... Stoję ja struchlały i patrzę, a tu drugi się toczy, i trzeci i czwarty... Jezu Chryste! Wszystkie się potoczyły za Hansowem śpiewaniem... Chciałem wołać, chciałem gonić, ale gdzie! Nogi jakby mi w ziemię wrosły. A i to do myśli mi przyszło, że kiedy córka, kiedy rodzone dziecko tak mnie rzuciło, starego sierotę i poszło — to cóż kamienie?...
To cóż kamienie? — powtórzył z naciskiem, trzęsąc siwą głową, poczem wyprostował się nagle i wyciągnął ku lasowi ramię.
— Wszystko się potoczyło — rzekł silnym głosem — wszystko odemnie odeszło na wielką jasność miesięczną, tam, het, precz...
Zamilkł i chwilę stał tak wyprostowany, z głową wzniesioną i z wyciągniętem ramieniem. Zgarbił się potem, pochylił, na żerdce ciężko wsparł i wracając do cichej swojej mowy, rzekł, jakby sam do siebie:

— A jednak... tak sobie czasem myślę, że gdybym był wtedy na one kamienie zawołał, toby się może wróciły...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.