Morze (Konopnicka)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Morze
Pochodzenie Moi znajomi
Data wydania 1904
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
MORZE



Najsłodszem marzeniem pana Prospera Kaputkiewicza było wystawienie szekspirowskiej «Burzy» w teatrze, którego miał szczęście być maszynistą i dekoratorem.
Co mu tę myśl po raz pierwszy poddało — trudno wiedzieć.
Zdaje się, iż uderzony nią został z powodu podobieństwa imienia swojego z imieniem szlachetnego «Prospero», bohatera «Burzy», na który to wniosek naprowadza szczególniej fakt, iż nie tylko świeżo przez siebie przemalowane dekoracye do najpopularniejszej w sezonie tragedyi pod tytułem: «Walentyna, czyli pantofel bez pary», ale nawet kwity na swoją lichą pensyjkę podpisywał od niejakiego czasu «Prospero Kaputkiewicz», dodając do tego misterny zakręt w kształcie splątanej liny okrętowej.
Tak czy owak, zaprzeczyć się nie da, iż marzenie to opanowało go w tej samej mniej więcej porze, kiedy poszukując wyższej niż ta, którą posiadał drabinki, wdrapał się był stękając na teatralne strychy, gdzie pomiędzy nagromadzonemi od dawna rupieciami błąkało się kilkanaście książek z owej wiosennej doby romantyzmu, jaką przechodzi każdy prowincyonalny teatr, zanim dyrektor jego przekona się, iż tylko grając «Pantofla bez pary», można sobie raz na rok kupić parę butów... Drabinki nie znalazł wprawdzie, ale w godzinę potem zbiegał mocno wzruszony z wązkich i skrzypiących schodów, ściskając pod pachą niedogryziony przez myszy wolumin, na którego noszącej ślad dawnych złoceń okładce, widniało nieśmiertelne popiersie Szekspira.
Tego młodzieńczego zbiegnięcia mógł staremu maszyniście szczególniej pozazdrościć pierwszy kochanek trupy, pan Rufin Puzderko, za którego musiano wyrzucić z repertoaru wszystkie miłosno-balkonowe sceny, ponieważ zdarzało się, że po okrzyku: «Ach, otóż jesteś w objęciu mem!» upływało trzy do czterech minut zanim wgramolił się na schody do balkonu wiodące, a słowa mdlejącej z upojenia kochanki: «Ach, jak gwałtownie ściska mnie!» — przypadały mniej więcej na tę właśnie chwilę, kiedy ich trzeci szczebel przebywał z trudnością.
Że musiało to w wysokim stopniu psuć efekt takiej miłosnej sceny, nikt chyba nie zaprzeczy. Ale nie tylko strona estetyczna na szwank narażoną była. Niemniej cierpiała na tem i etyczna strona przedstawienia. Do zbytku bowiem i w sposób całkiem demoralizujący bywała akcentowaną tradycyjna ślepota mężów w takich np. sytuacyach, kiedy zdradzony małżonek wołał zaciskając pięście: «Ach, gdyby nie był z oczu mych znikł», lub też: «O nocy, która skryłaś go!» — podczas gdy pan Puzderko ze zwykłą swoją ślamazarnością połową zaledwie pleców zdążył się do niego odwrócić i stawiał stopę na pierwszym dopiero szczeblu niebezpiecznej z balkonu przeprawy.
Kaputkiewiczowi nie zazdrościł wszakże nikt, bo go nikt nie widział. Wprost ze schodów wbiegł on do swojej zaśmieconej izdebki, drzwi na klucz zamknął, a potrąciwszy dekoracyę do siódmego aktu «Walentyny», na stołek pod okienkiem padł i trzęsącemi się jeszcze ze wzruszenia rękami, Szekspira okurzać zaczął.
Zwiędłe jego, głęboko zbróżdżone czoło dziwnie się przy tem zajęciu rozjaśniło, a w starych zmęczonych oczach zamigotał jakiś blask młodości. Okurzywszy książkę, pan Prosper rozłożył ją przed sobą, obu kościstemi rękami przegarnął na tył głowy rzadkie i mocno już siwiejące włosy, chude, szpiczaste łokcie na okienku oparł, obu dłońmi objął skronie, pochylił się, westchnął, jak przed modlitwą i zaczął czytać «Burzę».
Po niejakim czasie poruszył kilka razy plecami, jakby chłód poczuł i łopatki do góry przeciągnął. Była to pora, w której zmieniał zwykle swój stary surdut na starszy jeszcze szlafrok kratkowany, którego wierzch i podszewka wisiały tu i owdzie w strzępy, ale wata była jeszcze wcale dobra. Szlafrok leżał pod ręką niemal, ciągnąc ku sobie oczy Kaputkiewicza tak, że one mimowoli zwróciły się kilka razy w tę stronę. Nie sięgnął przecież po niego stary maszynista, gdyż zdało mu się nieprzystojną rzeczą Szekspira w szlafroku czytać. Ścisnął się tylko sam w sobie, żeby mu cieplej było, nogę na nogę założył, ramiona pod uszy stulił i czytał.
Godziny wybijały jedna po drugiej na poblizkiej wieży, wczesny zmierzch dnia jesiennego napełniał kąty izdebki coraz gęstniejącym cieniem, na kartę książki upadł cienki promień nowiu, który zabłysnął wysoko na perłowem niebie.
Kaputkiewicz wciąż czytał, coraz niżej pochylając głowę, coraz silniej ściskając skronie i wytężając oczy. Aż wkońcu zaczęły się litery mieszać, majaczyć, plątać w jakieś esy, floresy, muszle, arabeski, wyskakiwać z linii, a promień miesięczny rozwinął dwa gazowe skrzydełka, zatrzepotał niemi pod sam koniec długiego nosa pana Prospera i nagle w Arleja zmieniony, chwycił się samego brzeżka książki, zawisnął głową na dół, rozsypał włosy złote po całej karcie, aż na zapadłe piersi i lichy wydarty surdut maszynisty...
Zmrużył oczy Kaputkiewicz i zapatrzył się w to srebrne zjawisko z jakimś błogim, przypomnianym z lat młodych uśmiechem; długa jego, zwiędła, z silnie wystającą chrząstką szyja, zdawała się wyłazić z obwiązującej ją wysoko niebieskiej, bawełnianej chustki, a wszystkie zmarszczki zebrane około ust i oczu, przybrały wyraz rozrzewnienia...
Gdzie to, gdzie to te czasy, kiedy on włosy takie...
Westchnął, przetarł ręką czoło i zerwawszy się ze stołka, zaczął biegać po zagraconej izdebce, potrącając ramy, pędzle, deski i inne przybory swej codziennej pracy. Biegając, chwytał się od czasu do czasu za głowę, jakby uderzony widokiem jakiegoś ogromu, a drżące usta jego poruszały się półgłośnym szeptem:
— Wielki! wielki! wielki!...
Były to jakby suplikacye nieskończenie słabego ducha, wobec ducha nieskończenie silnego.
Po pierwszym tym wybuchu uspokoił się stary dekorator, a nałożywszy krótką swoją fajeczkę, wyszukał sobie jakąś wężykowatą linię pomiędzy oknem a piecem, na której mniej było gratów i wolniejszym po niej chodził krokiem. Za nim ślizgał się cichy blask miesięczny, odrzucając na ścianę długi i zgarbiony cień jego postaci.
Kaputkiewicz marzył...
Ach, i on miał młodość swoją i swoje porywy wielkości. I on pisał niegdyś na szkolnej ławie jeszcze, dramat bardzo krwawy. Ani szkół wszakże, ani dramatu nie skończył. Przyszły bowiem czasy wielkiej tragedyi, w której tyluż prawie było bohaterów co aktorów, a z której cało wychodzili tylko suflerzy.
Zadumał się Kaputkiewicz...
Nagle stanął i uderzył dłonią w łysiejące czoło.
— A gdyby też tak dać kiedy Szekspira, ha? Wystawić taką oto «Burzę», hę?... Alboby klapła, alboby i poszła. Kto wie? Możeby i poszła. A może i nie... Szekspir, rzecz górna. Kto się tu na tem pozna w tej dziurze? Chociaż znowu — licho wie! I tu przecież są ludzie... Nie można zawsze dawać tego starego «Pantofla bez pary». Taki teatr — to hańba po prostu!... Skręcił w bok i potrącił nogą dekoracyę, którą mu dla przemalowania jakiegoś szczegółu do izdebki wstawiono. Dawszy ten wyraz swej wzgardzie, znów zaczął monologować.
— Burza... Burza!... Tylko jakby to wyszło? Burza morska, ot co!... Bez morza ani rusz...
Spuścił głowę i coraz szybciej po izdebce biegał.
— Maszynerya nowa musi być... To już jak amen w pacierzu. To, co tu mają, na psa się nie zdało. Jest wprawdzie w magazynie ze dwadzieścia łokci wody wcale nieźle malowanej. Wcale nieźle... Ale to nie dla Szekspira! Jakaś śpiąca, stojąca, martwa całkiem woda. Pod łódkę ujdzie, ale pod okręt — na nic... Nie, nie, na psa się nie zdało!...
On stworzy morze. On je zrobi żywem, wzburzonem, huczącem. On fale wzruszy do głębi, zakręci wiry, wyrzuci trąby morskie w powietrze, rozpryska piany, bałwany na bałwanach spiętrzy. On stworzy burzę!
Podszedł do okienka, pchnął je i połową ciała wychylił się na ulicę. Duszno mu było w izdebce. Pierś miał wzniesioną, nozdrza śpiczastego nosa szeroko rozdęte, skronie tętniące, w oczach ogień.
Na ulicy była cisza... Kilka bladych gwiazd drżało na październikowem, lekką mgłą owianem niebie, sierp księżycowy odcinał się od tego tła wyrazisty i błyszczący złotem.
Kaputkiewicz odetchnął raz i drugi silnie, jak gdyby wciągał w płuca szalejący wicher, oczy jego zdawały się wyzywać pioruny i błyskawice, młodzieńczym ruchem odrzucił w tył głowę, jakby strząsając słone bryzgi z włosów, pierś podał naprzód, zacisnął pięści i w głęboką ciszę wieczoru rzucił kilka nagłych, urwanych okrzyków, podobnych do głosu albatrosa, szybującego nad tonącym statkiem.
W tej chwili właśnie dały się słyszeć w uliczce człapiące kroki i zachrypła piosenka krawca z przeciwka, który regularnie o tej godzinie pijany do domu powracał.
Kaputkiewicz drgnął i zawstydzony cofnął się z okienka, czekając aż się krawiec oddali. Zamknął je potem, westchnął, a fantazya jego przybrała spokojniejszą postać. Chodził teraz rozważnie, powoli, ręce z wygasłą fajeczką w tył założywszy i spuściwszy głowę, kombinował, liczył, mruczał, uśmiechał się i marszczył, wreszcie nie zapalając nawet światła, rzucił się na twarde posłanie i próbował zasnąć...
Ale sen nie prędko dziś przyszedł nawiedzić izdebkę starego maszynisty.
Ledwo mu się oczy powlokły, natychmiast szum bałwanów morskich napełnił powietrze izdebki. Kaputkiewiczowi zdawało się wyraźnie, że mu się woda przez uszy przelewa. Zrywał się, wytrząsał palcem uszy i przecierał oczy, ale złudzenie i wtedy nie ustawało. Stojąca pod smugą księżycowego światła dekoracya siódmego aktu «Pantofla bez pary» wydawała mu się rozpiętym żaglem bocianiego gniazda, a własny jego kratkowany szlafrok zemdloną dziewicą, której załamane ręce przedziwnie naśladował układem dziurawych na łokciach rękawów.
Usnął wreszcie Kaputkiewicz, ale i sen nie przyniósł mu spokoju. Zrazu śniło mu się, że jest Bosmanem z szekspirowskiej «Burzy» i że od jego dzielności ocalenie okrętu zawisło.
— Ostro, chłopcy, ostro! — wołał we śnie.
— Ruszajcie się, ruszajcie! Spuścić maszt naczelny! Żywo! Żywo! Niżej! Rozepnijcie dolny żagiel! Żywo!
— Żeby ich piorun z ich wyciem! — dodawał pod adresem rozpaczającej załogi.
— W kajutach siedzieć! Do kajut! Do kajut! Na bok!...
Pracował sam za dziesięciu, czuł, jak mu pot czoło zalewa.
— W tył! W tył! — krzyczał ochrypłym z wytężenia głosem. — Dodajcie dwa żagle! Nazad na otwarte morze! Nazad!... Nazad!...
W tem rrrum! Maszt główny runął z piekielnym hukiem, a Kaputkiewicz zerwał się i usiadł na łóżku. Serce mu biło jak dzwon, usta miał zaschłe od krzyku, czoło oblane potem.
Zmiarkowawszy atoli, że jest we własnej izbie, uspokoił się, westchnął, przełknął ślinę, otarł drżącą ręką czoło, przeżegnał się krzyżem świętym i znowu zasnął.
Teraz śniło mu się, że jest szekspirowskim Prospero i wywołuje burzę...
Widział się dostojnym starcem w obszernej, bramowanej futrem szacie i w głowę zachodził nie mogąc sobie przypomnieć, na jakie raty wziął ją od Klemfisza, który go stale odziewał. Dręczyło go to zrazu niezmiernie, lecz uspokoił się wreszcie, widząc, że ma srebrną, rozwianą wichrem brodę i orle wejrzenie, z czem ostatecznie Klemfisz nigdyby go poznać nie mógł.
Siedząc na nadbrzeżnej skale swej wyspy, opierał stopy o pnie koralowe i perłowe muszle, między któremi widniał napis: «Dzieła Wiliama Szekspira, przekład Paszkowskiego. Tom III-ci».
Jedna z rąk jego spoczywała na wielkiej otwartej księdze, a druga, wyciągnięta z laską runiczną na morze, kierowała wzburzonym żywiołem. Bałwany morskie ryczały i pieniły się wściekle. Zaledwie odrobina zgrzytu maszyneryi dawała się słyszeć niekiedy. Chmury przewalały się w powietrzu, tworząc coraz groźniejszą ciemność. Zdala, na samym krańcu widnokręgu okręt jakiś rozpaczliwie walczył z nawałnicą. Wskróś huku wód spiętrzonych i wtórujących im grzmotów, które ten hultaj, Jasiek, nieporównanie umiał w ruch puszczać, słychać było okrzyki tonących. Ucho śniącego wyróżniało z pośród nich dokładnie przerażone głosy pana Rufina Puzderko i panny Modesty Trykotowiczówny, pierwszej amantki trupy. Noc, ciemność, zgroza, ach, co za burza! Co za wspaniała burza!... Skinął w prawo, a fale zrywały się, jak tabun rozhukanych koni: skinął w lewo, a przybiegały mu do stóp, jak oswojone brytany.
Naraz podniósł runiczną laskę swoją. Grom ryknął w powietrzu, fosforyczne światło zalało cały widnokrąg, a na rozdartych chmurach błysnął ognistym wężem napis:

«Kaputkiewicz fecit».

Niepohamowana pycha rozdęła zapadłą pierś starego maszynisty, zatykając mu oddech, dusząc go niemal. Był mistrzem, był silnym, był wielkim, wielkim, wielkim. Szekspir wydawał mu się żakiem, a dyrektor trupy ziarnkiem piasku, lichem ziarnkiem piasku... niczem więcej!
Obudził się rozgorączkowany i drżący, a że dzień był jak wół, przybrał się mało wiele i chwyciwszy pod rękę Szekspira, do dyrektora pobiegł.
Dyrektor w skarpetkach uwijał się po kuchni, dmuchając w samowar i szykując szklanki. Błyszcząca para świeżo wyczyszczonych butów stała na kuchennym stole.
Kaputkiewicz wpadł jak wicher.
— Panie dyrektorze dobrodzieju! — krzyknął już od progu. — Albo dajemy «Burzę», albo szelma imię moje.
Tu uderzył się w piersi, aż echo jękło.
— Ciii...cho! Ciii...cho — zaświstał przez szparę w zębach pan dyrektor. — Obudzisz jegomość Magdusię, do licha!
I podreptał ku drzwiom od pokoju żony, aby je przymknąć dyskretnie. Na palcach szedł, lubo był w skarpetkach, przysiadając i prostując się naprzemian, dla większej elastyczności chodu.
Skonfundowany Kaputkiewicz, uderzył się ręką w usta i tak już pozostał, dopóki dyrektor z takiemiż przysiudami nie wrócił ode drzwi.
Teraz byli swobodniejsi.
— To pani dyrektorowa dobrodzika śpi jeszcze? — zagadnął szeptem stary maszynista.
— Jakżeś chciał? — zasyczał dyrektor — herbaty jeszcze niema...
Tu świsnął w samowar, jak lokomotywa, poczem schyliwszy się pod stół, wyciągnął stamtąd mocno zabłocone trzewiki Magdusi i skrobiąc się w głowę, przyglądał się im chwilę w milczeniu.
— Cóż to jegomość tak z rana? — zwrócił się wreszcie do Kaputkiewicza, z rezygnacyą ujmując wytartą w długiej służbie szczotkę.
— Panie dyrektorze dobrodzieju! — zaczął gorącym szeptem maszynista. — Miałem tej nocy objawienie, jakby... Trzeba nam dać «Burzę»!
Dyrektor szczotkę zatrzymał w powietrzu i bystro na starego spojrzał.
— Co za burzę? Jak co? Jaką znowu burzę? nie był zwolennikiem burz... Magdusia umiała mu je od dawna obrzydzić...
— Nieśmiertelną, wielką, szekspirowską «Burzę»! — podnosząc o pół tonu głos, szeptał Kaputkiewicz w samo ucho dyrektora, schyliwszy swą kościstą postać do jego niepoczesnej figurki. — Morze biorę na siebie — ja!
Tu znów grzmotnął się w piersi, aż w nich dźwiękło.
Dyrektor słuchał, namarszczywszy brwi z namysłem i nie spuszczając zawieszonej w powietrzu szczotki.
— A wiesz jegomość — rzekł po chwili — że to jest myśl!
— Spodziewam się! — krzyknął, zapomniawszy o śpiącej Magdusi Kaputkiewicz, prostując się w całej swej długości.
— Ciii...cho! — świsnął dyrektor, jak przez flecik.
Maszynista znów się ręką w usta palnął.
— Nie może być — mówił po chwili szeptem — tylko niech pan dyrektor dobrodziej pomyśli o tem. Okryjemy się sławą, zapędzimy w kozi róg Kraków i Warszawę! To będzie tryumf! To będzie koniec świata! To będzie...
Brakło mu porównań, ale usta jego drżały od słów, których wypowiedzieć nie umiał.
Dyrektor z rozmachem szczotkował wykrzywiony trzewik Magdusi. I jemu zaczął się udzielać zapał maszynisty.
— A wiesz, jegomość — zaświstał lekkim flażeoletem — że to w lipcu mija dwadzieścia lat okrągłych, jak nasz teatr...
— Szelma imię moje, prawda! — wrzasnął znów na całe gardło Kaputkiewicz. — Będzie jubileusz!...
— Ciii!... Ciii!... — syczał jak wąż małżonek Magdusi, oglądając się trwożnie ku drzwiom. — Jegomość nie wrzeszcz do licha! Możemy się przecież po ludzku rozmówić...
Postawił wyczyszczony trzewik na stole i sięgnął po drugi. Kaputkiewicz stał przez chwilę z zamurowanemi kościstą dłonią ustami. Ale w pokoju pani była zupełna cisza, przerywana tylko głębokiem chrapaniem. Odetchnął wtedy z pewną ulgą i rzekł:
— Bodajże cię! Człowiek sam, jak palec, na świecie, to i zapomina... Cóżem to chciał mówić? Ale! Jubileusz! Co pan dyrektor dobrodziej mówi na jubileusz?
— To jest — cedził przez szparę w zębach dyrektor — jubileusz, jak jubileusz... Ale jubileusik, tak sobie niewielki jubileusik mógłby być... Co jegomość chcesz?...
Przechylił głowę i przypatrywał się warstwie błota na obcasie żony, wysoko brwi podniósłszy.
— Ot tak z benefisikiem dla mnie... To jest nie tyle dla mnie, ile dla Magdusi...
— To się wie, że z benefisem! — zaczął znów głośniej maszynista. — Benefis będzie jak wół! Ale damy «Burzę»! Bez tego — ani rusz! Jakie ja zrobię morze! Jakie morze!... Chryste Panie!
Chwycił się oburącz za głowę, jakby ją od pęknięcia chciał bronić.
Zamilkli. W ciszy, jaka zapełniła teraz szczupłą kuchenkę, słychać było tylko zamaszyste suwanie szczotki, na którą spocony małżonek Magdusi pluł z lekka od czasu do czasu z właściwem sobie poświstywaniem.
Nareszcie drugi trzewik został wyczyszczony, a pan dyrektor siadł na stołku, aby wzuć buty. Zaledwie jednak czynność tę rozpoczął, kiedy za drzwiami małżeńskiej komnaty dał się słyszeć gruby głos pani:
— Ludwik! Ludwik! Samowar jest?
Skoczył o jednym bucie pan dyrektor sycząc jak grzechotnik.
— Już!... Już, duszko!... Już szumi!...
Tu zaczął świstać w samowar na różne najmniej prawdopodobne tony.
Kaputkiewicz na palcach do komina podszedł.
— Kiedy tak — szepnął — to może jabym później...
— Ciii!... — przerwał dyrektor, zwracając ku niemu twarz nabrzękłą i rozczerwienioną. — Ja sam wieczorkiem zajdę... Pogadamy spokojniej... Naradzić się trzeba, obliczyć. Tymczasem ani mrumru nikomu!...
— Ludwik! Ludwik! — odezwała się Magdusia. — Z kim ty tam znów gadasz?
— Nic, nic duszko! — zapewniał pan dyrektor, nabierając pełne płuca powietrza, aby je z sykiem i gwizdem w samowar wydmuchać, podczas gdy stary maszynista skuliwszy długą szyję i ramiona, unosił jak bocian długą swą figurę, zmierzając ku drzwiom posuwistym krokiem.
W progu dopiero obejrzał się na zwierzchnika. Skinęli sobie w milczeniu głowami na znak porozumienia, a Kaputkiewicz szczęśliwie się do swej izdebki wycofał.
Tak została rzuconą i przyjętą w zasadzie myśl przedstawienia szekspirowskiej «Burzy».
Od myśli tej wszakże do jej wykonania była długa i ciernista droga...
Życie Kaputkiewicza rozdzieliło się teraz jakby na dwie połowy.
W jednej, która się nazywała dniem, stary dekorator zamazywał wielkie i małe płótna w drzewa, świątynie, pałace, ogrody haremu, kolumny, lasy, fontanny, urządzał zapadającą się pod szatanami ziemię, groby, z których podnosili się umarli, jak niemniej wielkie apoteozy, pełne białych i błękitno-różowych aniołków.
W drugiej zaś, która się nazywała nocą, zamykał się ze swoim Szekspirem w coraz bardziej zaśmieconej izdebce; czytał, marzył, rozmyślał, a potem drapał się na strychy, gdzie od niedawna przeniósł część swego warsztatu i przy kopcącej lampce do późna dłubał, stukał, piłował, toczył, aż póki ostatecznie wyczerpany nie zwlókł się na swoje posłanie.
Ten tryb życia starego maszynisty miał dwojakie następstwo. Pierwszem była potrojona konsumcya Gelb-Wirginii i potrzeba wyrobienia sobie nadzwyczajnego kredytu w najbliższej dystrybucyi, drugiem powszechne między kolegami mniemanie, że dostał bzika.
Istotnie, można go było o bzika posądzić, widząc jak w starym, wiatrem podszytym surducie na moście całemi godzinami stoi pochylony przez spróchniałą poręcz, zapatrzony w rzekę. Można go było wtedy szturchnąć, co mówię, przejechać, stratować, a on nie czułby tego. Na co tam patrzał — zagadką było dla wszystkich. Jedni mówili, że utonęły mu w rzece znaczne pieniądze, drudzy, że sam topić się myśli. Poziome duchy! Nikt nie odgadł, że ta woda miała objawić staremu maszyniście największą ze wszystkich tajemnic, tajemnicę swego życia, swego ruchu. Nie objawiła jednak.
Była też to nędzna, bardzo nędzna rzeczka, wysychająca niemal całkowicie w upały i wiosną tylko tocząca się bystrzej nieco. Kaputkiewicz dla rozruszania jej w jesiennej ociężałości przynosił z sobą na most pełne kieszenie nazbieranych pod rogatkami kamieni mniejszych i większych, które służyć mu miały do wywołania rozmaitych zjawisk i kombinacyi ruchu. Kamienie te rzucał stary do wody, już to największy kaliber, z góry, z rozmachem, dla utworzenia lejkowatego wiru, już puszczając w lot małe, skośnym rzutem nad samą prawie powierzchnią rzeczki, którą kamyk muskał lecąc i odbijając się jakby dawał nurka. Ten ostatni rzut, zwany «kaczką», doprowadził Kaputkiewicz do wielkiej doskonałości, wywołując całe szeregi kół i kółek, rozchodzących się coraz dalej, dalej...
W czasie tych ćwiczeń swoich, miał on zawsze przy sobie całą armią dzieciaków, czego się wszakże zdawał nie spostrzegać wcale i wtedy dopiero, kiedy po mistrzowskiej «kaczce» podnosił się wrzask uwielbienia — stary spoglądał, jakby przebudzony, stulał wychudłe ramiona, grzbietu naginał i wracał do swojej izdebki.
Dawniej, dla powiększenia swych nędznych dochodów, podejmował się robót postronnych zniżał się nawet niekiedy aż do malowania szyldów. Teraz porzucił wszystko, aby pracować na sławę. Nie dojadł, nie dospał, cierpiał niedostatek wszelaki. Wychudł tak wreszcie i zczerniał, że ci, co go dawniej nazywali «zaschłym pendzlem», przyszli teraz do wniosku, że porównanie nadto jest pochlebnem.
Dzień przechodził na pracy pośpiesznej, gorączkowej, noc na bardziej jeszcze gorączkowych próbach i marzeniach. Ukradkowe narady z dyrektorem podsycały jeszcze ten ogień trawiący duszę i ciało starego dekoratora. Postanowiono rzecz całą trzymać w tajemnicy dopóty, dopóki Kaputkiewicz nie wynajdzie takiej maszyneryi, któraby malowanej wodzie nadawała doskonały pozór życia. Wtedy dopiero miano rozpisywać i rozdawać role. Zafukany przez Magdusię dyrektor byłby się w zupełności zadowolnił dotychczasowymi środkami przedstawienia morza, byleby tylko benefisik maleńki...
Ale Kaputkiewicz i słuchać o tem nie chciał. Cała młoda żądza sławy ożyła w nim teraz i pochłonęła go całkowicie. Budził się i zasypiał z tą jedną myślą, żeby stworzyć morze. Leżący nieodstępnie na stoliku Szekspir stał się jego demonem, jego złym duchem.
Gdybyż to przynajmniej lato! Gdyby burza! Ale nie... Ołowiane niebo jesieni odbite w leniwo ciekącej wodzie nie dawało żadnego natchnienia. Sam z siebie musiał wszystko snuć Kaputkiewicz jak pająk i to go zjadło. Zamalował już z pięćdziesiąt łokci kartonu, za własny krwawy grosz zakupionego, nawijał go na korby, przeciągnął z lewej na prawą i z prawej na lewą stronę — i nic! Zawsze to było tylko płótno, tylko malowana woda. Targał się wtedy za włosy stary maszynista i wpadał na czas jakiś w ponure odrętwienie. Myśli jednak nie porzucał... Tlała ona w nim i paliła się dniem i nocą kosztem jego nędznego, prawdziwie po donkiszotowsku wychudłego ciała.
Głód, bezsenność, gorączka byłyby go dawno z nóg zwaliły, gdyby nie nadzieja, która mu szeptała, że lada chwila błyśnie ten szczęśliwy pomysł, który imię jego okryje niespożytą sławą.
Jakoż błysnął.
Późna już była godzina, Kaputkiewicz śmiertelnie znużony zabierał się do odwrotu z teatralnych strychów, kiedy nagle, pod rozrzucony karton potoczył mu się z ręki gruby wałek wywołując niesłychany efekt falowania. Chwycił się za głowę Kaputkiewicz i stanął jak wryty. Usta miał otwarte, oczy na wierzch wysiadłe, w sercu jak gdyby sztych, który nagle bicie jego wstrzymał... To było morze!
W jednej chwili umysł jego objął i pochwycił wskazówkę przypadku. W jednej chwili zrodziła się w myśli jego kombinacya całego systemu toczących się pod płótnem olbrzymich wałów, któreby wywoływać mogły potężne bałwanienie się wzburzonego morza. W jednej chwili uczuł się wielkim, nieśmiertelnym. Piersi miał tak ściśnione, że ledwo mógł oddychać; wychudłe, długie nogi dygotały pod nim jak w febrze. Bał się poruszyć, żeby nie spłoszyć tego, co objawieniem nazywał, bał się puścić z rąk głowę starą, aby mu jej szaleństwo nagłego tryumfu nie zawróciło.
Burza, pioruny, wichry, ognie bengalskie, a wśród nich wężem błyskawicy jaśniejące:

«Kaputkiewicz fecit».

Wszystko to wirowało mu w mózgu, rozsadzało czaszkę.
Jak długo tak stał i co go opamiętało nareszcie — sam nie wiedział. Ale gdy wrócił do izdebki, trzęsące się ręce jego nie mogły trafić do klamki, a nogi tak mu się plątały i gięły, jak gdyby ze słomy.
Późno się obudził nazajutrz stary maszynista, a kiedy sobie po dniu przypomniał, co zaszło na teatralnych strychach tej nocy, chwycił z kołka czapkę i wybiegł na miasto, aby nie oszaleć z radości.
Istotnie, czasu do stracenia nie było. Trzeba było z każdej chwili korzystać, spieszyć się, ruszać. Przedewszystkiem zaś należało uciec od pokusy wygadania się przed dyrektorem, zanimby wszystko nie zostało należycie wykombinowane.
— Kombinacya — grunt! — powtarzał sobie w duszy Kaputkiewicz, zupełnie już zapomniawszy o udziale przypadku w wielkiem swem odkryciu i upojony przyszłą sławą tak, że się niemal końcem nosa na przechodniów natykał.
Dawniej, wczoraj jeszcze, byłby każdego za podobną nieuwagę najpokorniej przeprosił. Ale dziś... Dziś zdawało mu się, że ma szczególny przywilej nie zważania na nic i na nikogo.
Nie byłże wielkim wynalazcą, twórcą olbrzymiego przewrotu, co mówię, twórcą nowej w dziejach teatralnych ery? Nie byłże Kaputkiewiczem, który «fecit» morze?
Gdyby ci ludzie wiedzieli, jaką myśl niesie w swej głowie, czyliżby mu się nie usuwali z drogi z pełnym admiracyi szeptem: «Kaputkiewicz... Kaputkiewicz idzie».
Nazwisko to, które w porównaniu z takim np. Wellingtonem, wydawało mu się dawniej nieco pospolitem, przybrało teraz w jego wyobraźni wszystkie cechy tych wielkich, wyrocznych imion, które w dziejach ludzkości stoją niby zdala widne piramidy.
— Kaputkiewicz... Kaputkiewicz... — powtarzał w myśli z razu, potem szeptem, potem półgłosem, z coraz gorętszym, modlitewnym niemal, akcentem czci i uwielbienia, a uszy jego upajały się tym dźwiękiem jakby najsłodszą muzyką.
Zamilkł wreszcie, gdyż wrażenie stało się aż bolesnem niemal i nad jego siły. Wyprostował się tylko, podniósł brwi, oczy do połowy powiekami przysłonił, policzki zapadłe wydął i usiłował podać naprzód pierś zaklęsłą, tudzież wciągnięty we własne otchłanie żołądek. Usiłowania te wszakże nie odnosiły należytego skutku, a pan Prosper zadowolić się umiał nadmiernem wyciągnięciem długiej, chudej szyi, jakoteż podniesieniem do możliwej wysokości śpiczastego nosa i dawno nietkniętego brzytwą podbródka.
Żałował tylko, że tak mało ludzi spotyka go w ulicy. Gdzie siedzą? W jakich mysich jamach wszyscy się pochowali do licha?
Wprawdzie wczoraj jeszcze okrążał rynek z daleka, tyłami się przebierając na ulicę Teatralną, byle tylko «nie leźć w oczy nikomu», jak mówił... Ale co innego było wczoraj, co innego jest dziś.
Tu przyszło mu na myśl, że istotnie marnuje się w tem «miasteczku». To nie Warszawa!
W tej chwili właśnie przechodził koło piwiarni, której właściciel stojąc w progu w grubo watowanym tołubie huknął mu basem «dzień dobry». Kaputkiewicz przyjął to pozdrowienie z niesmakiem. Uchylił czapki, usta skrzywił, niby do uśmiechu i kiwnął głową. Czuł się w niemiły sposób dotkniętym poufałością «szynkarza». Znajdował ją wprost nieprzyzwoitą. W Warszawie, nie zdarzyłoby się nic podobnego. Tam umieją cenić ludzi.
Istotnie, czego on tu siedzi? Na co czeka? Co tu za przyszłość dla niego? Genialne pomysły rozwijają się należycie tylko w świetle wielkich ognisk sztuki...
Zdanie, to, które mu tak szczęśliwie na myśl przyszło, wyczytał był Kaputkiewicz w jakiejś krytyce teatralnej wielkiego stylu, której autor obficie się zapożyczał z magazynu ogólników.
Teraz wszakże stary maszynista dałby sobie głowę uciąć za to, że jest ono własnym jego, jak najoryginalniejszym pomysłem, i aż przystanął, aby je sobie raz jeszcze powtórzyć. Był po prostu olśniony. Dokopał się widać jakiejś złotej żyły w swym mózgu. Kto wie, co jeszcze wymyśleć może.
Przebiegał w pamięci różne znane sobie odkrycia i żałował, że je ludzie przed nim już zrobili. Druk, kolej żelazna, telegraf, wydały mu się dziecinną igraszką.
Czuł, że wynalazłby je jak nic, gdyby jeszcze wynalezionemi nie były.
Wszak stworzył — morze!
Mijał teraz wystawę fotografa na zakręcie ulicy i to nadało myślom jego inny kierunek.
Zaraz potem będzie miał gruby wydatek. Będzie się musiał fotografować w małym i dużym formacie. Winien jest tę pamiątkę potomnym. Może nawet wypadnie fotografować wnętrze izdebki, w której mieszka. Jego stary kuferek krajczakiem nakryty, jego łóżko, stolik, fajkę, szlafrok, gitarę... najmniejszą drobnostkę, której używał, której się dotykał.
Ta myśl rozrzewniła go. Zdało mu się, że od śmierci jego upłynęły długie, długie lata, i że widzi pielgrzymujące do izdebki swojej późne pokolenia, które tu wstępują z pochyloną głową, wstrzymanym oddechem i bijącem sercem...
Błogi smutek napełnił jego duszę, a zamglone oczy patrzyły daleko przed siebie.
Tak przeszedłszy kilkanaście kroków zawrócił się i stanął przed wystawą fotografa niepewny jaki wyraz w stanowczej chwili nada obliczu swojemu.
Najodpowiedniejszą wydała mu się maska głębokiego myśliciela, badacza. Ściągnął tedy czoło w grube fałdy, brwi zsunął, spojrzenie zaostrzył i wytężył w przestrzeń. Ale zaledwie przybrał ten wyraz twarzy, kiedy zdało mu się, że słyszy grzmot oklasków, którym witają go tłumy.
Spuścił więc oczy, usta złożył do uśmiechu pełnego skromnej godności i położywszy rękę na piersiach, pochylił głowę.
Oklaski nie ustawały. Zrazu trząsł się od nich teatr, potem ulica Teatralna, potem rynek, plac przed magistratem, wreszcie całe miasto. Stara dzwonnica kościelna chwiała się w swych fundamentach, domy drżały.
Zmęczywszy dłonie, tłum tupał, stukał laskami, krzyczał, wył, wpadał w konwulsye. Takiego szalonego uniesienia, takiej wściekłej egzaltacyi mas nie widziano, jak świat światem.
Wieńce i bukiety gradem leciały pod stopy Kaputkiewicza; całe zaspy róż i konwalii obejmowały go, tłoczyły, dusiły niemal. Stary maszynista czuł wyraźnie ich silne, upajające zapachy.
Przymknął teraz oczy, usta na pół otworzył i ciężko dyszał. Wtem chwycono go za ramiona i podniesiono wysoko nad tłumem, a z tysiąca rozległ się, rykowi gromu podobny okrzyk: «Niech żyje!»
Wtedy Kaputkiewicz podniósł głowę i rzucił spojrzenie tryumfu.
Jedno tylko spojrzenie, ale ogarniające świat cały szczęścia i sławy.
Przelotny promień zimowego słońca odbił się teraz w upojonych najwyższą pychą źrenicach starego maszynisty. Chwila ta płaciła mu za cały wiek trudów, biedy, poniewierki. Na mrozie stał w lichym wytartym surducie, a nie czuł zimna, naczczo był, a nie czuł głodu.
Wtem potrącił go ktoś z przechodniów i to go przywołało do rzeczywistości. Kaputkiewicz drgnął, odwrócił głowę i spojrzał błędnym wzrokiem człowieka, który się z głębokiego snu budzi.
W pierwszej chwili zdawał się zgoła nie wiedzieć gdzie jest i co się z nim dzieje. Tymczasem przechodzień, tęgi, głośno sapiący, w niedźwiedziej szubie mężczyzna, cofnął się krokiem, wytrzeszczył okrągłe, cebulowate oczy, popatrzył, splunął i znowu popatrzył.
— Albo Prosper, albo i nie Prosper — mruczał sam do siebie. — Tfu! Na psa urok! Taki chyba Prosper!
Przechylił głowę i zastąpiwszy drogę zabierającemu się do odwrotu Kaputkiewiczowi, przypatrywał mu się z blizka.
— Prosper! Jak Pana Boga mego kocham, Prosper! — huknął wreszcie jak z beczki i zanim się stary dekorator mógł zmiarkować, już go chwycił w potężne ramiona i cisnął do niedźwiedziej szuby.
— Ignacy... Ignacy... — bełkotał zdławionym głosem Kaputkiewicz — Ignacy... bracie...
— A niechże cię nie znam! — wołał pan Ignacy, odsuwając od siebie Kaputkiewicza na długość swoich grubych ramion, z których go nie puszczał. — A toć my się ze dwadzieścia lat chyba nie widzieli! Dwadzieścia lat... — powtórzył kiwając głową. — Pamiętasz pod Kuźnicą? He... he... bratku! to były czasy!
Kaputkiewicz zbyt nagle wyrzucony z koła swych marzeń, biernie przyjmował zapały pana Ignacego. Wobec tego, co przeżył przed chwilą i co pochłaniało całą jego istotę, ubiegłe owe czasy, Kuźnica, spotkanie z przyjacielem młodości — wydawały mu się snem jakby. Kiwał wprawdzie także głową, ale wzrok jego wyrażał wielkie roztargnienie.
— Oj czasy, czasy!... Eh!... — rzucił ręką pan Ignacy i westchnął.
— No, ale cóż my tu tak będziemy na zimnie stali? Możebyśmy gdzie zaszli, hę?
Kaputkiewicz się zawahał.
— Przyznam ci się — rzekł niepewnym głosem — że mam robotę... Będzie bałamuctwo...
— Co tam robota! — huknął p. Ignacy — Roboty dyabli nie wezmą! Myślisz że i ja nie mam roboty? Potąd jej mam! — dodał przeciągając grubym palcem po swojem bawolem podgardlu. — Dalej, nie dróż się. Bałamuctwa żadnego nie będzie.
Weszli do poblizkiego handelku.
— No jakże ci się powodzi? — pytał pan Ignacy, wypróżniwszy sumiennie kieliszek starki.
— Nieźle — rzekł krótko Kaputkiewicz.
Nie był w usposobieniu do wywnętrzeń. Od czasu jak powziął zamiar przedstawienia «Burzy» utworzył się w nim samym odrębny jakiś świat myśli i uczuć, który z światem zewnętrznym nic nie miał wspólnego. Czuł jednakże stary maszynista, że mu nie wypada okazywać się tak zupełnie obojętnym. Zmusił się więc do zapytania pana Ignacego.
— A tobie?
— Niby mnie? — rzekł pan Ignacy, mając usta zapchane przekąską — a no, jak widzisz, spasłem się jak lew, ożeniłem się, wioska jest, uczciwy kawał chleba jest... Tylko dzieci nie ma — dodał, osłaniając usta nastawioną z boku dłonią i pochylając się ku Kaputkiewiczowi.
Chwilę jadł w milczeniu.
— Nie moja w tem wina — przemówił potem, ocierając usta serwetą.
— Żona mi ciągle choruje, kwęka, codzień doktor i apteka; to wody, to proszki, to inne jakieś dyabły... Ot i teraz bieda mnie z domu wygnała. Do morza każą jechać, licho wie poco. Ja tu, panie, mam młóckę, odstawy, a tu rzucaj panie wszystko i jedź. Skaranie Boskie!...
Odsapnął ciężko, co mogło równie dobrze za westchnienie uchodzić.
Kaputkiewiczowi przy wzmiance o morzu błysnęły oczy. Zatrzymał w powietrzu rękę, którą niósł do ust jakiś kąsek i pochylił się naprzód.
— Do morza? — zapytał jakimś dziwnym głosem.
Zdawało mu się, że wymawiając ten wyraz następuje ktoś na jego prawa, przywileje, że wdziera się w jego dziedzictwo, że fałszuje dokumenta.
Myśl jego na tym wyrazie stanęła jak na kotwicy. Kotwicę tę czuł zapuszczoną w sam rdzeń swego mózgu. Teraz ją poruszono i mózg mu szarpnięto.
Przez chwilę pozostał tak pochylony z szyją wyciągniętą ponad stołem, wpatrując się niespokojnie w lśniące oblicze pana Ignacego. Wzrok jego wyrażał jakąś dziwną mieszaninę zdumienia, admiracyi, zawiści i żalu.
Tak... Są ludzie, którzy o morzu mówią jak o kuflu piwa... Nie wiedzą, nie rozumieją, nie znają... Skąd mają znać?... Czy z teatru? Z tego co dotąd przedstawiano jako morze?
Gorzki uśmiech osiadł na jego ustach.
Odchylił się na poręcz krzesła i bębnił palcami po stole, patrząc ironicznie w pieprzniczkę.
Pan Ignacy tymczasem guziki swojej bekieszy rozpiął i głośno sapał.
— No, ale gadajże, bracie, cóż ty? Zawsze po staremu pacykujesz te swoje michałki?
Michałkami nazywał pan Ignacy wszelkie drobnostki, fraszki, rzeczy nie warte wzmianki.
— A po staremu! — odparł Kaputkiewicz, nie zmieniając ironicznego spojrzenia.
— Jakoś cię to niebardzo utuczyło, hę?... — mówił dalej pan Ignacy, patrząc z współczuciem na zapadłą twarz maszynisty.
Kaputkiewicz zmarszczył czoło i przyśpieszył tempo swego marsza. Od pewnego czasu nie lubił, żeby mu się tak przypatrywano. Wzrok zbyt uparty, zdawał mu się wzrokiem śledzącym: a on miał przecież swoją tajemnicę. Przytem ten ton politowania względem niego, teraz, kiedy był na drodze do takiej wielkości, do takiej sławy, zdawał mu się niewłaściwym.
— Albo wiesz, bracie, — mówił dalej dobrodusznie pan Ignacy — rzuć ty do dyabła całe to paskudztwo, jedź do nas, i po ludzku z nami żyj na wsi!
Kaputkiewicz był jak na mękach.
— Nie mogę! — rzekł sucho.
Zmiarkowawszy przecież, że robi przykrość towarzyszowi, dodał serdecznie:
— Dziękuję ci, Ignacy, ale nie mogę...
— Co tam nie mogę — mówił rezolutnie pan Ignacy, machnąwszy wielką swoją ręką. — Ot byś z żoną moją kwękał razem... Byłaby z was para dobrana. Ty chudy i ona chuda, ty żółty i ona żółta... Albo wiesz co! — zawołał uderzony nową myślał i zerwał się z krzesła — jedź z nami do morza! Jak Pana Boga mego kocham, jedź! Grosza cię to nie będzie kosztowało, a mnie zrobisz prawdziwą łaskę, prawdziwe dobrodziejstwo, zbawisz mnie, bracie!
Rzucił się do Kaputkiewicza, dusząc go w objęciach, zaklinając, prosząc, płacząc niemal.
— Zmiłuj się, Prosperku, nie odmawiaj, kiedy w Boga wierzysz! Nigdy ci tego nie zapomnę. Do śmierci wdzięczny ci będę! Wszak to my druhy ze szkolnej ławy, towarzysze broni... Pamiętasz Kuźnicę?... Eh, bracie! Nie bądź taki twardy! Toż ja ciebie dwadzieścia lat nie widział... Eh, bracie!...
Kaputkiewicz walczył sam z sobą. Z jednej strony nie rad był przyjmować to, co łaską zdawać się mogło, z drugiej zaś — co za pokusa! Zobaczyć morze! prawdziwe, żywe morze! Mieć przed oczyma taki model! Arcydzieło tworzyć z natury!
Pot wystąpił mu na czoło, nogi pod nim drżały, ale kark trzymał sztywno, broniąc się uściskom p. Ignacego i powtarzając tylko:
— Co znowu!... Co znowu!...
Ale pan Ignacy miał to do siebie, że jak się przy czem raz uparł, to się stać musiało.
Razem z wypitą w handelku starką i butelką wina, uderzyły mu do głowy wspomnienia młodości, a Kaputkiewicz był mu w tej chwili tak drogim, że po prostu życia bez niego nie mógł sobie wyobrazić. A przytem uśmiechała mu się myśl, że będzie miał kogo przy żonie zostawiać, a tak zażyje nieco swobody.
Coraz więc silniej nacierał na Kaputkiewicza swoją czułością i argumentami.
— Miejże sumienie, Prosperku, duszo! — wołał patetycznie. — Miej litość nademną! Cóż ja tam będę sam robił między temi rozbójnikami Włochami? Okradną nas, jak Pana Boga mego kocham, kupią i przedadzą, Judasze! Zagałuszą gdzie do licha!
Ani ja do kogo po ludzku zagadać, ani się z kim napić... Przepadnę, jak ruda mysz, przepadnę bez ciebie. Nie odmawiaj bracie! Kiedy w Boga wierzysz, nie odmawiaj!
Zawisł na szyi Kaputkiewicza całym swoim ciężarem, całując go po obu, dawno nieogolonych policzkach.
Kaputkiewiczowi zrobiło się gorąco; zaczynał mięknąć widocznie.
— Co znowu!... Co znowu!... — powtarzał coraz słabszym głosem. — A robota? A teatr? A dyrektor?
— Furda wszystko, bracie! — wołał pan Ignacy, którego mocna starka coraz bardziej rozmarzać zaczęła. — Do dyrektora idziem zaraz i sprawiamy mu taką bibkę, że to... śmierci naszej amen! Dyrektor trup. Jakbyś go już widział. A nie zechce pić, to pal go sześć! Będę się tam lada łyka prosił! Zabieram cię jak swego i basta. No, nie kręć nosem, Prosperku! Jakeś katolik — wielkie słowo! — nie kręć nosem! Chcesz? Znam tu doktora, co jak tylko kiwnę, to ci na dziesięć chorób świadectwo wystawi. Nie tylko do Włoch będziesz mógł jechać, ale do samego dyabła rogatego. Ja w tem! Kpij sobie, Prosperku, z dyrektora! Ja ci to powiadam!
Kaputkiewiczowi w głowie się to wszystko pomieścić nie mogło. Skąd on — tak nagle... taką podróż...
Przeżegnał się lewą ręką i ramionami wzruszył.
Sierdzisty szlachcic opamiętać mu się nie dał...
— Ty się żegnaj, nie żegnaj, Prosperku, a taki jechać musisz! Sam Pan Bóg z nieba to sprawił, żeśmy się spotkali. Tyle lat... Tyle lat... Koledzy... bracia rodzeni!... — Zaczął chlipać płaczliwie, wycierając pięścią swe okrągłe oczy. Kaputkiewicz był zwyciężony; oponował już tylko dla formy.
— Ale bo — mówił — ja tak po starokawalersku... Jak mnie widzisz, tak mnie pisz.
Podniósł ramiona, rozłożył ręce i spojrzał na końce swych po dwakroć zelowanych butów.
— Pensyjka licha, stroić się niema za co, a tam może elegancye wielkie...
— Co? gdzie? którędy? Jakie znów elegancye? Żebyś ty tak zdrów był, Prosperku, jak tu o jakie elegancye idzie. Że tam niby ta szuba? Jak Pana Boga mego kocham, bierz szubę! Na mnie i tak przyciężka, unieść się w niej nie mogę. Ja sobie mam swoje stare szopy i szopów się nie puszczam, a ty sobie masz niedźwiedzie i basta.
Namarszczył się gniewnie stary maszynista.
— Słuchaj, Ignacy — rzekł suchym, twardym głosem. — Jeśli mnie stąd wypędzić nie chcesz, to mi tu z szubą nie wyjeżdżaj. Jeszcze nie wiadomo, kto kiedyś w jakiej szubie będzie chodził. Przyszłość to dopiero pokaże. Może nie tak bardzo daleka. A dziś co mam, to mam swoje. A ty mnie nie obrażaj!
— Boże miłosierny! — sumitował się, składając ręce p. Ignacy. — Ja cię obrażam? Ależ Prosperku, kochanie, nie bądź taki szarpki! Jabym ci nieba przychylił. Jabym ci wszystko oddał! Czy to ja nie brat? Nie druh? Boże miłosierny!
Rozpłakał się na dobre pan Ignacy, a Kaputkiewicz rzucił mu się na szyję.
— Hu! Hu! Hu!... — szlochał szlachcic na łonie maszynisty. — Dwadzieścia lat... hu... hu... hu!... Dwadzieścia lat, bracie! Srebro, złoto widziałem, a ciebie nie widziałem! Chcesz pieniędzy? Bierz pieniądze!
Tu cisnął na stół swój wypchany pugilares.
— Chcesz kapoty? — Bierz kapotę!
Tu zaczął ściągać z rękawów bekieszę. Kaputkiewicz bił się w piersi, ściskał, przepraszał, aż nareszcie stanęło na tem, że pojutrze jadą.
Noc już była i po dniu mroźnym zerwała się śnieżyca, kiedy stary maszynista powrócił do swojej nieopalonej izdebki. Wiatr powiewał jego wytartym surdutem, ale zapał i nadzieja ogrzewały go i napełniały mu pierś błogiem ciepłem. To, co dziś przeżył, to, czego dziś doznał, przesuwało się w jego mózgu czarodziejskim, tęczowym obrazem.
Dziwna rzecz. Pan Ignacy, jego starka, jego niedźwiedzia szuba, a nawet zamierzona podróż, nie miały dla niego tej rzeczywistości, takich wyraźnych dotykalnych kształtów, co owa pełna upojeń halucynacya przed wystawą fotografa. Dość mu było przymknąć oczy, alby znów przed sobą zobaczyć te tłumy, uniesione najwyższym zapałem. Odróżniał nawet niektóre fizyognomie znanych sobie osób. Widział wyraźnie powiewające chustki dam, a pomiędzy laskami, któremi stukali mężczyźni, spostrzegł srebrną gałkę, osadzoną w formie gruszki na kiju prezydenta.
Wrażenie było tak potężne i tak nieodparte, że Kaputkiewicz uznał konieczną potrzebę dania mu jakiegoś wyrazu na zewnątrz.
Chwycił pędzle, stanął przed stalugą i przy kopcącej lampie gorączkowo szkicować zaczął projekt transparentu, który nazwisko jego miał połączyć na wieki z nieśmiertelnem imieniem Szekspira.
Ręce mu zgrabiały, nogi jak kość zziębły, oddech szedł w powietrze nieogrzanej izby silnym słupem pary, a przecież stary maszynista nie rzucił roboty dopóty, dopóki na sztaludze nie błysło w chmurach piorunowym wężem:
«Kaputkiewicz fecit».
Wtedy rzucił się na swój twardy tapczan, a otuliwszy wynędzniałe ciało starym kratkowanym szlafrokiem, zasnął przy wspomnieniu wstrząsających miastem oklasków, których echa w mózgu jego drgały.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Był dzień parny, godzina południowa, słońce piekło niezwykle w tej porze roku, kiedy Kaputkiewicz w rozpiętym surducie i jak szmigą machając ręką, w której niósł kapelusz, szedł wielkim krokiem po wysadzonej akacyami drodze, która przecina Lido, a idzie do morza.
Od rana już dziś niebo nie było zupełnie czyste, ale jakby zachuchane lekkiemi parami. Teraz na zachodnim krańcu widnokręgu zaczęły się nie wiedzieć skąd zlatywać i gromadzić drobne, białawe chmurki, wydłużając się, zaokrąglając i zbijając razem. Siedzące wzdłuż drogi przekupki owoców kłóciły się z sobą zawzięcie, a wielkie żółte muchy latając nad ich straganami, zdawały się brzęczeć z równem rozdrażnieniem.
Tymczasem zaruszały się listeczki niedostrzeżonym tchem wiatru na samych czubkach akacyi, a drobne ukryte w gąszczu ich ptaszęta zaczęły świerkać żałośnie.
Następna fala wiatru obudziła szelesty na niższych gałązkach, napełniając je niepokojem pierzchających skrzydeł. Od trzeciej poszły dreszcze po trawach i mietlicach, wśród których zaczęły sykać monotonnie cykady, aż odezwały się suche, metaliczne chrzęsty w wielkich, srebrzystych, po piasku rzucających się ostach, między któremi przebiegały, niby czarne błyskawice, rozdrażnione gorącem jaszczurki.
Pan Prosper przyspieszał kroku, nie wiele zważając na to, co się wkoło dzieje.
Wzrok jego wytężony i błyszczący gorączkowem oczekiwaniem wybiegał daleko naprzód, długa wyciągnięta szyja zdawała się wysyłać za nim głowę, która ze swej strony powierzała najdalszy posterunek spiczastemu nosowi, przecinającemu powietrze cienką, ostrą linią.
Ani głowa przecież, ani nos, ani wzrok nawet nie mogły nadążyć myślom starego maszynisty. Myśli te były już nad brzegiem, już się kołysały na falach, zanim pan Prosper połowę drogi przebył.
Sam zapewne nie przyznałby się do tego ale faktem jest, że już sobie utworzył w myśli miarę, podług której osądzi morze.
Będzie ono albo podobnem do jego dekoracyi, albo niepodobnem. Poza to kryteryum myśli jego nie wybiegały w tej chwili, nie umiały wybiedz.
Morze podobne do jego dekoracyi, byłoby piękne, wielkie, wspaniałe, morza zaś niepodobnego do swoich dekoracyi wcale sobie wyobrazić nie mógł.
I to był punkt, na którym myśli jego traciły równowagę, zataczały się jak błędne i wpadały w otchłań.
Tą otchłanią było także morze...
Dla otrzeźwienia się z zawrotu, który go chwytał, p. Prosper usiłował przypomnieć sobie i uprzytomnić wypadki kilku dni ubiegłych. Ale w mózgu jego wszystko się zlewało w dziwny chaos, a tym chaosem znowu było — morze.
Teraz uderzała nowa fala wiatru i zakręciwszy drobnym, miałkim pyłem rzuciła tuman duszący w powietrze. Sykanie, ćwierkanie, brzęczenie — umilkły w jednej chwili.
Cała zachodnia strona nieba była jakby ogromnym portem, pełnym białych żagli, ku którym zapóźnione dążyły z pośpiechem. Nagle pociemniały chmurki, i zmieniły się w oszańcowany rudą czerwonością tabor; a świecące nad nim słońce straciwszy swą promienną świetność, zdawało się być rozżarzonym węglem.
Fala wiatru, która teraz przyszła, gnała przed sobą całą ławicę piasku, zasypywała nim trawy, kręciła z niego tu i owdzie lejki i miotała nimi z zachodu na wschód ze świstem.
Ludzie, których pan Prosper spotykał, szli wszyscy w przeciwnym kierunku. Wszyscy się zdawali uciekać od morza. Były to praczki z koszami na głowach, wyrobnicy z koszami na plecach, przewoźnicy z wiosłami i drągami na ramionach. Szli z pośpiechem, pochylając czoło przeciwko fali wiatru, który już to rozdymał ich odzież, już to opinał je wokoło tych ciał prostych, silnych, gibkich. Idąc ten i ów spojrzał z dziwem na starego człowieka, który spieszył tam, skąd oni oddalali się w popłochu. Kobiety oglądały się za nim ciekawie, szepcząc imię Madonny.
Tymczasem ciemność wzmagała się szybko. Białe owe chmurki stały się ołowianemi chmurkami, które opłonęły cały widnokrąg, grubiejąc na zachodzie w sine i czarniawe kłęby. W parnem powietrzu wzmagał się szum, jak gdyby tysiąca lecących ku ziemi skrzydeł, a za szumem szły szerokie, chłodniejsze oddechy, jak gdyby przez przepaść wytchnione.
Kaputkiewiczowi silniej zaczęło bić serce. Chwilę tak szedł w najwyższem oczekiwaniu, kiedy naraz uderzyła w niego, niesiona wiatrem ławica piasku, oślepiając go i podnosząc dokoła nieprzejrzaną chmurą.
Kiedy przetarł oczy, przed nim było — morze. Kaputkiewicz stanął jak wryty i otworzył usta. Z gardła jego wyszedł jakiś krótki, zdławiony okrzyk.
To, co widział przed sobą, nie podobnem było ani odrobiny do jego dekoracyi. Była to ciemna, zwarta masa wód, które kołysały się na swych śródziemnych piastach olbrzymim, szerokim ruchem, nie dającym się ocenić należycie na małej przestrzeni.
Ruch ten nie marszczył wód i nie fryzował fal w pieniste frendzle, ale w nie wgłębiał lub podnosił nad niemi leżące na nich mroki. Przy brzegu słaby, dawał się on spostrzedz w całej swojej sile na śródmorzu, skąd rozbujane wody z głuchym pluskiem na piaski się parły. Z wód tych zdawała się podnosić ciemność ku niebu; z nieba schodziła ciemność aż do morza. Wśród tych łączących się zmierzchów przebłyskiwały mewy na szeroko rozciągniętych skrzydłach. Ogromne te ruchy powietrza i wód odbywały się wśród względnej ciszy. Niebo i morze pracowały piersiami, lecz nie przemówiły jeszcze...
Kaputkiewicz stał jak urzeczony.
Takiego morza nie wyobrażał sobie zgoła, nie mógł pojąć, po prostu nie zgadzał się na nie. Patrzył i nie rozumiał, badał i nie mógł schwycić tajemnicy, która leżała przed nim niezgłębiona.
Gruby sękaty kij, na którym splótł obie swoje wielkie ręce, dawał podporę jego pochylonej naprzód postaci. Wiatr rozrzucał długie, siwe jego włosy i poły wytartego surduta. Czoło zsunęło się w grube fałdy, wzrok wytężył, muskuły twarzy znieruchomiały. Cała istota jego zdawała się brać udział w pracy przepaści.
Naraz w powietrzu rozległ się huk głuchy, któremu odpowiedział stłumiony łoskot głębin. Chmury zawarczały jak brytany, morze ryknęło jak lew...
Zaraz potem uderzyły ostre, przeszywające świsty wichrów, które z wizgiem i wyciem gnały grube mroki, jak zwierza do kniei.
Kilka błyskawic przeszyło te mroki, lecz po nich ciemność zdawała się głębsza jeszcze. Przyśpieszony ruch morza zdradzał się coraz twardszym pluskiem fal wbiegających na piaski.
Kaputkiewiczowi zdawało się, że się morze podnosi i idzie ku niemu ze swoją przepastną ciemnością. On też stąpił krokiem naprzód i bardziej się na swoim sękaczu pochylił. W mózgu jego odbywała się gwałtowna reakcya... To co sobie wyobrażał genialnym wynalazkiem, okazało się teraz błazeństwem po prostu. Wały? Gdzież tu jakie wały mogły choć w przybliżeniu oddać to rozkołysanie się wód zmieszanych w jedno z coraz gęstniejącym mrokiem burzy? Gdzie farby, któremiby namalować można tę żywą, tysiąc kształtów biorącą, pełną ruchu ciemność? Gdzie scena, której ramą byłoby takie niebo!
Patrzył stary maszynista, patrzył, patrzył, zdawało się, że morze chce pochłonąć wzrokiem.
Nagle strach go jakiś ogarnął przed tym tajemniczym żywiołem. Zadrgały mu powieki, głowa trząść się zaczęła, usta się poruszały szeptem pełnym zgrozy. Z bolesnym jakimś wysiłkiem cofnął oczy aż do brzegu i utkwił je w jednej tylko fali u stóp jego trwożnie bijącej. Ale i ta wydała mu się zbyt potężną, zbyt cudowną. Coraz silniej trzęsła się jego głowa siwa, coraz szybciej wznosiła się i opadała jego pierś ściśniona.
Wtem bliższy, groźniejszy huk wstrząsnął powietrzem i wodą. Wściekłe wichry zerwały się i uderzyły w morze, piętrząc fale na falach i odsłaniając przepaści. Potężne bałwany zdawały się teraz podnosić aż do nieba; czarne pędzone wichrem chmury zdawały się zstępować aż do morza. Morze przewalało się jak zwierz ranny i parło z rykiem na brzegi; powietrze drgało tysiącem mgnień błyskawicznych i pełzających ogników.
W chwilę potem zrobiła się cisza. Fale ustąpiły od brzegu, na śródmorzu tylko przewalając się z twardym pluskiem. Kaputkiewicz stał ciągle, naprzód podany i nieporuszony.
Kij jego, w czwartej swojej części zagłębił się w ruchomy piasek, oparte na nim ręce trzęsły się z wysilenia. On patrzył w niebo, to znowu na morze, a nieruchome przedtem rysy jego drgały jakiemś wielkiem wzruszeniem.
Naraz, w pośród tej ciszy, ryknęły gromy jak salwy armatnie. Wszystko się zakręciło, zakotłowało, zkłębiło w jeden wściekły orkan. Huk, trzask, świst, łomot, napełniły niebo i ziemię, a złote węże prostopadłe bijących piorunów co chwila rozdzierały grube, namacalne niemal ciemności.
Stary maszynista nie spuszczał z nich oczu. On wyczytywał na nich jakieś ogromnej miary głoski, jakieś tajemnicze runy, które mu piętnowały duszę i wypalały na mózgu ogniste znamiona. Puścił wreszcie kij, podniósł w górę trzęsące się ręce, patrząc w rozpłomienione jak tabor niebiosa, poruszył wargami bez dźwięku. Aż podniosła mu się pierś nagłem łkaniem, padł na kolana, zakrył oczy dłońmi i wielkim głosem zawołał:
Deus... Deus fecit!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
W miesiąc potem powrócił Kaputkiewicz do swojej izdebki. Zestarzały był, zmizerowany, zmieniony. Pierwsze jego spojrzenie padło na Szekspira. Pokiwał głową, wziął książkę ze stołu, ucałował, owinął w papier i schował na samo dno swego przykrytego krajczakiem kuferka. Powlókł się potem ciężkim krokiem na strychy, wałek pod belkę wetknął, karton zwinął i za komin wsadził, warsztat rozebrał i na dół zniósł częściami. Rzucił się potem na swój tapczan i twardo zasnął. Nazajutrz z rana zabrał się gorliwie do przemalowania niektórych szczegółów w dekoracyi siódmego aktu «Pantofla bez pary»...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.