Strona:Moi znajomi.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


głowa chwiała, łzy spadały jak iskry po twarzy. Była to owa pieśń stara znana:

...Jezu Chryste Panie miły,
Baranku bardzo cierpliwy...

Spiew ten miał w sobie coś dziwnie przejmującego. Zdawało się, że to on właśnie ten bezrodny i bezdomny sierota, który pracą życia całego nie tylko do ciepłej szmaty na grzbiecie, ale nawet «do lat» dojść nie mógł, a przecież nigdy się nie skarżył, że to on sam jest: barankiem bardzo cierpliwym...
Następnej zimy Ksawery nie przyszedł obsiąść swojej izby w czworaku. Z listami nie przychodził także. Zaniepokoiło nas to zrazu, mówiliśmy o nim, aż potem wyszedł wszystkim z myśli i z pamięci.
Dopiero na samo podwiośnie, grzejąc się na młodem słońcu przed domem, zobaczyłam jak szedł od miasteczka. Gdyby nie to, że idąc przez pole głowę miał odkrytą, a czapkę w ręku, nie byłabym go nigdy poznała, tak był zewnętrznie zmieniony. Przedewszystkiem miał na sobie ciepłe palto, takież spodnie, grube wysokie buty, i niebieski fontaź wychodzący z pod kołnierza czystej, dość cienkiej koszuli. Struchlała twarz jego nabrała zdrowszej cery; oczy tylko nie stra-