Strona:Moi znajomi.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kazał precz wyjść, tylko organiścinę przy matce zostawił, a sam do mnie:
— A co? Nie mówiłem, żeś szlachcic? Matkę masz, a po ojca, to już sam Pan Bóg przenajświętszy osobno posłać musi dobrego pachołka, bo ulgnął gdzieś w śniegach podobno.
A potem spojrzał na mnie i mówi:
— I cóż tak stoisz, jak Piotrowin?
Bom stał, jak byłem, bosy, obtargany...
— Idź — mówi — i wykąp się — mówi — wymyj, wyczesz, żebyś matki w jej ostatnią godzinę nie straszył. Tak poszedłem. Jakem wrócił, tak już i «palito» i spodnie i krawat w pierwszej stancyi leżały na łóżku, co mi je wedle ściany uszykowali i buty tam były i kamizelka, i czapka, i koszula... Takem się zaraz w to wszystko oblókł...
— A matka — przerwałam — umarła?
— Aha! Aha! Nie umarła, chwała Bogu, nie umarła! Zaraz jej się po onych olejach świętych i po onem spaniu poprawiło, i przy dobrym rozumie z nami rozmawiała, rozpowiadając gdzie, co i jak, co przedać, co zostawić, jaki pochów sprawić, w jaką suknię ją oblec... Przywtarzała jej organiścina, ale co ja, to nie wiele z tego miarkowałem, tylkom jej u nóg leżał w onem