Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część II/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI

Pamiętając o nieskończonych waśniach pomiędzy prawowiernymi a aryanami, jakie się zdarzyły na koncylium Medyolańskiem za Konstancyusza, Julian powziął zamiar wyzyskania tych niesnasek i postanowił za przykładem swych poprzedników, Konstantyna Wielkiego i Konstancyusza, zwołać sobór kościelny.
Pewnego razu w poufnej rozmowie oznajmił zdumionym przyjaciołom, że zamiast prześladować galilejczyków, zamierza dać im całkowitą swobodę wiary i powołać z wygnania donatystów, semiaryanów, cecylianów, marcyonitów, montanistów i innych kacerzy, wypędzonych na zasadzie postanowień synodalnych za Konstantyna i Konstancjusza. Pewnym był, że nie mogło być niezawodniejszego środka na doprowadzenie chrześcijaństwa do zguby.
— Zobaczycie, przyjaciele, — mówił — gdy wszyscy powrócą na dawne miejsca, wtedy wybuchnie taka walka pomiędzy tymi braćmi, że się mordować poczną wzajemnie, jak drapieżne zwierzęta, z klatek na arenę cyrku wypuszczone, i wydadzą na pohańbienie imię swego Nauczyciela prędzej, niż mógłbym tego dokazać drogą najokrutniejszego prześladowania i męczenia.
Porozsyłał więc Julian do wszystkich części cesarstwa Rzymskiego edykty i listy, upoważniające do powrotu wygnańców. Ogłoszono całkowitą wolność wyznania. Jednocześnie zaproszono do pałacu konstantynopolitańskiego najuczeńszych nauczycieli galilejskich na dysputę w sprawach Kościoła. Znaczna liczba zaproszonych nie wiedziała dokładnie, w jakim celu, składzie i z jakiemi pełnomocnictwami ma się odbyć zebranie, ponieważ wszystkie te szczegóły umyślnie i podstępnie nie były wyraźnie wymienione w listach. W obawie podejścia Odstępcy, wielu pod pozorem choroby albo oddalenia nie stawiło się zgoła na zebranie.
Lazur poranku wydawał się ciemnym wobec lśniącej białości kolumnady podwójnej, otaczającej dziedziniec rozległy, zwany Atryum Konstantyna. Białe gołębie, radośnie trzepocąc skrzydłami, tonęły w niebie niby płatki śniegu. W środku atryum w przezroczystych kaskadach fontanny stała Wenus Kallipygos. Zroszony marmur posągu srebrzył się w słońcu nakształt żywego ciała. Zakonnicy, mijając statuę, odwracali się, usiłując nie patrzeć; mimo to bogini stała śród nich kusząca i tkliwa.
Nie bez ukrytych zamiarów to właśnie miejsce obrał Julian na zgromadzenie galilejczyków.
Czarne habity duchownych wydawały się tutaj czarniejszymi jeszcze, wychudzone umartwieniem i rozjątrzone twarze wygnańców kacerzy jeszcze posępniejszemi. Przesuwali się oni, rzucając na słoneczny marmur bezkształtne czarne cienie.
Wszyscy czuli się zakłopotani. Każdy usiłował nadawać sobie pozór obojętności, nawet pewności siebie, udając, że nie spostrzega w sąsiedzie swym wroga, któremu on, albo który jemu, zwichnął życie, lecz ukradkiem ciskali wszyscy na siebie wejrzenia ciekawej pogardy.
— Święta Matko Boża! Co to jest? Gdzieśmy się dostali? — mówił z głębokiem wzruszeniem stary otyły biskup sebastyjski Eustacyusz. — Chcę wyjść, puśćcie mnie, żołnierze!
— Zwolna, zwolna, przyjacielu — odpowiedział mu centuryon kopijników, barbarzyńca Dagalaif, odsuwając go grzecznie od bramy.
— Duszę się w tej smrodliwości heretyckiej! Puszczajcie mnie!
— Z woli Augusta wszyscy, którzy przybyli na sobór... — przekładał Dagalaif, wstrzymując go z łagodną stanowczością.
— Ależ to nie sobór! — oburzał się Eustacyusz: — to jaskinia zbójców!
Pomiędzy galilejczykami znaleźli się dowcipnisie, którzy się zaczęli wyśmiewać z parafiańskiej powierzchowności, astmy i silnie ormiańskiego akcentu w wymowie Eustacyusza. Biskup, straciwszy do reszty odwagę, uspokoił się i wcisnął do kąta, szepcząc z rozpaczą:
— Panie, Panie! cóżem Ci zawinił?
Euander z Nikomedyi żałował również swego przybycia, jak niemniej tego, że przyprowadził z sobą ucznia Dydymowego, brata Juwentyna, który tylko co przybył właśnie do Konstantynopola.
Euander był jednym z największych dogmatyków swego czasu, człowiekiem głębokiego i przenikliwego umysłu. Nadwątlił zdrowie i zestarzał się przedwcześnie przy książkach, stracił prawie całkiem wzrok, i w jego oczach krótkowidza znać było wiecznie znużenie. Niezliczone herezye opanowały jego mózg, nie dając mu spokoju, prześladawały go na jawie i dręczyły we śnie, a jednocześnie pociągały swą ponętną zręcznością i subtelnościami. Gromadził je przez długi przeciąg lat w olbrzymim rękopisie pod tytułem: „Przeciw kacerzom,” z zapałem zbieracza osobliwości. Poszukiwał ich chciwie, wymyślał takie, które mogłyby istnieć; im więcej zaś je potępiał, tem bardziej nim one owładały. Nieraz prosił Boga z rozpaczą o darowanie mu prostej wiary, lecz Pan Bóg odmawiał mu prostoty.
W życiu codziennem był to człowiek nieśmiały, dobroduszny i bezbronny, jak dziecię. Podstępnych ludzi nic nie kosztowało oszukać Euandra, a drwinkarze opowiadali o jego roztargnieniu liczne anegdoty. Zatopiony w marzeniach teologicznych, biskup ustawicznie wpadał w kłopotliwe przygody.
Przez roztargnienie również przybył na ten osobliwy sobór, nie myśląc, dokąd i po co się udaje, pociągnięty w części nadzieją odkrycia jakiej nowej herezyi.
Teraz krzywił się niezadowolony i zasłaniał osłabionemi rękoma oczy chore od jaskrawych promieni słońca. Czuł się bardzo nieswój i pragnął jedynie powrócić jak najprędzej do ciemnej swej izdebki, do swych ksiąg i rękopisów.
Euander nie puszczał na krok od siebie Juwentyna i ostrzegał przed pokusami, krytykując rozmaite herezye.
Pośrodku dziedzińca przechadzał się tęgi, krępy starzec o wydatnych kościach policzkowych, z głową otoczoną wiankiem bujnych szpakowatych włosów. Był to siedemdziesięcioletni biskup Purpurys, Afrykanin donatysta, przywołany z wygnania przez Juliana.
Ani Konstantynowi, ani Konstancyuszowi nie udało się stłumić herezyi donatystów. Potoki krwi przelano z powodu, że przed pięćdziesięciu laty w Afryce niesłusznie obrany został biskupem Donat zamiast Cecyliana, czy też odwrotnie Cecylian zamiast Donata — ten bowiem punkt był wiecznie wątpliwym. Pomimo to donatyści i cecylianie zabijali się wciąż wzajemnie i nie można było przewidzieć końca tych bratobójczych mordów, wynikłych nawet nie z powodu dwóch zdań, tylko z powodu dwóch imion.
Juwentyn zauważył, jak pewien biskup cecyliański, przechodząc mimo Porpurysa, otarł się brzegiem ornatu o szaty donatysty. Ten odwrócił się, mrucząc z odrazą, ujął w dwa palce odzież i wstrząsnął nią parokrotnie tak, żeby to widzieli wszyscy.
Euander opowiadał Juwentynowi, że jeżeli wypadkiem cecylianin wejdzie do kościoła donatystów, to go wypędzają, a tafle posadzki, po których stąpał, myją starannie słoną wodą.
Za Purpurysem krok w krok, jak pies, postępował wierny stróż jego, olbrzymi Afrykanin półdziki, bronzowy, o spłaszczonym nosie, i grubych wargach, z zaciśniętą nerwowo w żylastej ręce maczugą, dyakon Leona, członek sekty samodręczycieli. Byli to chłopi getulowie, zwani circumcelliones. Z bronią w ręku przebiegali oni gościńce, ofiarując przechodniom pieniądze z groźbą: „Zabijcie nas, albo my was zabijemy!” W imię Chrystusa cyrkumcelioniowie zarzynali się, palili i topili, tylko nie wieszali, ponieważ Judasz Iskaryota się obwiesił. Niekiedy całe tłumy ze śpiewem psalmów rzucały się w przepaści. Utrzymywali oni, że samobójstwo na chwałę Bożą oczyszcza duszę od wszystkich grzechów. Naród czcił ich jako męczenników. Przed śmiercią oddawali się wszelkim przyjemnościom życia: jedli, pili, gwałcili kobiety. Większa część nie używała miecza, ponieważ tego Chrystus zabronił, natomiast ogromnemi maczugami z czystem sumieniem, „według Pisma,” mordowali kacerzy i pogan. Przelewając krew, wykrzykiwali: „Chwała Panu!” Spokojni mieszkańcy miast i wiosek afrykańskich obawiali się tego świętego okrzyku bardziej, niż dźwięku surm bojowych lub ryku lwa. Donatyści uważali cyrkumcelionów za swych strażników. Że zaś chłopi getulscy nie rozumieli się na dysputach kościelnych, więc donatyści wskazywali im uprzednio tych, których należało uśmiercić „według Pisma.”
Euander zwrócił uwagę Juwentyna na pięknego młodziana z twarzą delikatną i niewinną jak u dziewczyny. Był to kainita.
— Niech będą pochwaleni bracia nasi niepodlegli, Kain, Cham, mieszkańcy Sodomy i Gomory! — modlili się kainici. — To rodzina wzniosłej Sofii, Mądrości Ukrytej! Przybywajcie do nas, wszyscy prześladowani, zbuntowani, potępieni! Błogosławionym niechaj będzie Judasz! On tylko jeden z pomiędzy apostołów był wtajemniczony w mądrość wyższą, w Gnosis. Wydał Chrystusa, ażeby Chrystus umarł i zmartwychwstał, wiedział bowiem, że śmierć Chrystusa będzie odkupieniem świata. Wtajemniczony w mądrość naszą, powinien przekroczyć wszelkie granice, odważyć się na wszystko, pogardzić materyą, stłumić w sobie trwogę przed nią, i oddając się wszystkim grzechom, wszystkim rozkoszom ciała, dojść do obrzydzenia sobie materyi, do ostatecznej czystości duszy.
— Patrz, Juwentynie, oto człowiek, mający się za wyższego znacznie od archaniołów i serafów — mówił Euander, wskazując młodego wysmukłego Egipcyanina, który się trzymał na uboczu od wszystkich z rozumnym uśmiechem na ustach wyróżowanych, jak usta zalotnicy.
Ubrany był według najświeższej mody bizantyjskiej z mnóstwem pierścieni na białych palcach.
Nazywał się Kasyodor i był walentynianem.
— Prawowierni, psychicy, — utrzymywali ci dumni odszczepieńcy — mają duszę takie same, jak inne zwierzęta, lecz nie mają ducha, jak my. My tylko posiedliśmy tajemnice Gnosis i Boskiej Pleroma, przeto my tylko jedni jesteśmy godni nazywać się ludźmi. Wszyscy inni są świnie i psy.
Kasyodor mawiał do uczniów ze zwodniczym uśmiechem:
— Macie znać wszystkich, ale was nikt znać nie powinien. Wobec profanów zapierajcie się Gnozy. Milczcie i pogardzajcie dowodami. Pogardzajcie wyznaniem wiary i męczeństwem. Kochajcie milczenie i tajemnicę. Bądźcie niewidzialni i nieuchwytni dla wrogów waszych, jako moce niemateryalne. Zwyczajni chrześcijanie, psychicy, potrzebują dobrych uczynków dla zbawienia swego. Ci zaś, którzy zdobyli najwyższą mądrość Bożą — Gnosis — obejdą się bez nich. Jesteśmy synami światłości, oni zaś synami cieniów. Nie obawiamy się grzechu, ponieważ wiemy, że co cielesnego należy się ciału, a co duchowego — duchowi. Postawieni jesteśmy tak wysoko, że nie możemy upaść, jakiekolwiek byłyby błędy nasze. Serce nasze pozostaje nieskalanem w rozkoszach materyalnych, podobnie jak czyste złoto nie traci swego blasku nawet w kałuży.
Zobaczył tam również Juwentyn starca o podejrzanej powierzchowności z oczyma zezowatemi, z wyrazem zmysłowości zwierzęcej, adamitę Prodihusa, który dowodził, że jego nauka odradza pierwotną niewinność Adama. Adamici nago odprawiali swoje nabożeństwa w kościele ogrzanym jak łaźnia, który nazywali „Edenem.” Jak praojcowie nasi, nie wstydzili się oni swej nagości, utrzymując, że pomiędzy nimi wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety odznaczają się wzniosłą wstydliwością duszy; wszelako niewinność tych rajskich zgromadzeń była nader wątpliwą.
Obok adamity Prodihusa siedziała na ziemi w odzieży biskupiej niewiasta blada, z piękną posępną twarzą i siwiejącymi włosami, z powiekami nawpół zawartemi ze znużenia. Była to prorokini montanistów. Rzezańcy o żółtych twarzach otaczali ją nabożną pieczołowitością, patrzali na nią tęsknemi zakochanemi oczyma i nazywali „Gołąbką niebiańską.” Trawieni przez długi przeciąg lat ekstazami nieziszczalnej miłości, głosili oni, że ród ludzki winien dojść do zagłady przez powściągliwość.
Zasiadając licznemi gromadami na skwarnych wzgórzach frygijskich pod zwaliskami Pepuzy, bezkrwiści owi marzyciele wpatrywali się nieruchomo w jeden punkt widnokręgu, skąd miał się zjawić Zbawiciel. W czasie wieczorów mglistych ponad szarą równiną dostrzegali w obłokach śród promieni z roztopionego złota gloryę Bożą, nowy Syon, zstępujący na ziemię. Płynęły lata za latami, oni zaś umierali z nadzieją, że królestwo Boże powstanie w końcu na gruzach Pepuzy. Niekiedy prorokini wznosiła ociężałe powieki, wytężała wdal błędne spojrzenie i szeptała po syryjsku:
— Maran ata, Maran ata! — Zbliża się Pan, zbliża się Pan!
A bladzi rzezańcy nachylali się ku niej, by lepiej usłyszeć.
Juwentynowi przy słuchaniu tych wyjaśnień Euandra wydawało się wszystko jakimś snem dziwacznym i dręczącym. Serce gniótł mu ciężar gorzkiej i jałowej litości.
Zapanowała wreszcie cisza. Wszyscy zwrócili spojrzenia w jedną stronę: na przeciwległym krańcu atryum, na wzniesieniu marmurowem, stał cesarz Julian. Oblicze jego miało wyraz pewności siebie. Starał się wydać obojętnym, jednakże chwilami w oczach świeciła mu iskierka złośliwego tryumfu. Miał na sobie zwykłą białą chlamidę filozofów.
— Starcy i mistrzowie! — rzekł August, zwracając się do zgromadzenia. — Uznaliśmy za dobre okazać poddanym naszym, wyznającym naukę Ukrzyżowanego Galilejczyka, całą pobłażliwość naszą i miłosierdzie. Więcej należy współczucia żywić niż nienawiści ku zbłąkanymi napominaniem kierować upartych ku prawdzie, nie zaś razami, ciemiężeniem i mękami cielesnemi. Pragnąc zatem utrwalić pokój na świecie, niesnaskami religijnemi tak długo mącony, zwołałem was tutaj, mędrcowie galilejscy. Spodziewam się, że pod naszą opieką i strażą dacie przykład cnót wzniosłych, odpowiednich waszym godnościom duchownym i waszej mądrości.
Z giestami wdzięcznymi, jak doświadczony mówca, wygłaszał tę z góry przygotowaną mowę. Ale w pełnych łaskawości słowach przebijały chwilami tchnące ironią napomknienia.
Między innemi zaznaczył, że mu nie wyszły z pamięci nierozumne i nikczemne zwady, które powstały na synodzie Medyolańskim za Konstancyusza. Wspomniał również ze złośliwym uśmiechem o kilku zuchwalcach, co żałując, że nie jest im wolno prześladować, męczyć i zabijać współwyznawców, podburzają obecnie ludność do buntu, rozogniają tłumy, dolewając oliwy do ognia, i szerzą w świecie zapamiętałość bratobójczą. To są prawdziwi wrogowie ludzkości, istotni winowajcy największego zła: anarchii.
Zakończył mowę następującemi, niespodzianemi słowy, w których dźwięczała ironia:
— Przywołaliśmy z wygnania braci waszych, potępionych na synodach Konstantyna i Konstancyusza, pragnąc obdarzyć wolnością obywateli cesarstwa rzymskiego. Żyjcie w pokoju, galilejczycy, według przykazania Nauczyciela waszego. W celu zaś całkowitego usunięcia niezgody, polecamy wam, mądrzy nauczyciele, ażebyście zapomniawszy wzajemnych nienawiści, zjednoczeni w miłości braterskiej, ustanowili dla wszystkich galilejczyków jedno jedyne wyznanie wiary. W tym celu zwołaliśmy was tutaj do naszego domu za przykładem poprzedników naszych Konstantyna i Konstancyusza. Sądźcie i stanówcie mocą władzy, przez kościół wam nadanej. My zaś odchodzimy, pozostawiając wam całkowitą swobodę, i oczekiwać będziemy mądrych postanowień waszych.
Nim ktokolwiek zdążył opamiętać się i odpowiedzieć cokolwiek na tę dziwną mowę, Julian w otoczeniu przyjaciół filozofów wyszedł z atryum.
Milczeli wszyscy. Ktoś westchnął, i wśród ciszy nie było słychać nic, oprócz wesołego trzepotania skrzydeł gołębi i szmeru fontanny.
Wtem na wysokich stopniach marmurowych, które służyły Julianowi za trybunę, pokazał się ów dobroduszny starzec z ruchami parafiańskimi, o silnym akcencie ormiańskim, z którego tylko co naśmiewali się wszyscy.
Miał on twarz zaczerwienioną, oczy błyszczące odwagą; mowa cesarza oburzyła starego biskupa sebastyjskiego. W zapale gorliwości zapomniał o niedawnem onieśmieleniu i zwrócił się do członków soboru:
— Ojcowie i bracia!... — wołał Eustacyusz głosem tak stanowczym, że nikomu śmiać się nie przyszło do głowy.
— Ojcowie i bracia! rozejdźmy się w pokoju! Ten, który nas przywołał na zobelżenie i pokusę, nie zna ani kanonów Kościoła, ani postanowień o synodach, nienawidzi samego imienia Chrystusa! Nie stawajmy się zatem pośmiewiskiem wrogów, powstrzymajmy wyrazy gniewu! Zaklinam was imieniem Przedwiecznego Boga! Rozejdźmy się w milczeniu!
Wypowiedział te słowa głosem donośnym i dźwięcznym, z oczyma skierowanemi na górną galeryę, osłonioną kotarą purpurową; tam, w głębi, pomiędzy kolumnami, ukazał się Julian w gronie filozofów. Szmer zdumienia i trwogi przebiegł po zgromadzeniu. Julian patrzał prosto w oczy Eustacyuszowi, ale starzec nie spuścił oczu, wytrzymując spojrzenie. Cesarz pobladł.
W tejże chwili donatyata Purpurys zepchnął brutalnie biskupa i zajął jego miejsce na trybunie.
— Nie słuchajcie go! — wołałał Purpurys. — Nie rozchodźcie się, nie stawiajcie oporu woli Augusta! Cecylianie czują ku niemu nienawiść za to, że nas wyswobodził...
— Nie, zaprawdę, nie, bracia moi! — błagalnie protestował Eustacyusz.
— Odejdźcie od nas, przeklęci! Nie jesteśmy braćmi waszymi! Jesteśmy ziarnem czystem Boga, wy zaś słomą suchą, przeznaczoną na spalenie!
Tu Parpurys wskazał cesarza odstępcę i ciągnął z namaszczeniem, głosem śpiewnym, jak gdyby intonując kościelny hymn pochwalny:
— Patrzcie, oto nasz zbawca! Chwała ci! Chwała najmiłosierniejszemu i przenajmądrzejszemu Augustowi! Po padalcu i bazyliszku deptać będziesz, lwa i smoka podepczesz, albowiem aniołom swoim on przykazał, aby cię strzegli na wszystkich drogach twoich. Chwała ci, chwała!
Wtedy powstała burza śród zebranych. Jedni dowodzili, że zależy pójść za radą Eustacyuaza i rozejść się, inni domagali się głosu, by nie stracić jedynej w życiu sposobności do wypowiedzenia swych poglądów przed zgromadzeniem duchownem. Twarze się rozpalały, potężniały głosy.
— Niechaj teraz wejdzie do naszego kościoła jaki biskup cecyliański! — tryumfował Purpurys. — Położymy mu dłonie na głowie, ale nie dlatego, żeby go na pasterza obrać, jeno żeby mu roztrzaskać czaszkę!
Wielu, zapomniawszy o celu zebrania, zapuściło się w subtelne dysputy. Przywoływali do siebie, odbijali sobie wzajemnie, obałamucali niedoświadczonych słuchaczów.
Bazylidyanin Tryfon, przybyły z Egiptu, w otoczeniu grona ciekawych pokazywał amulet chryzolitowy, przezroczysty, a na nim tajemniczy wyraz: „Abraxas.”
— Ten, który pojmie znaczenie słowa Abraxas, — mówił Tryfon — posiędzie najwyższą wolność, stanie się nieśmiertelnym i, kosztując słodyczy każdego grzechu, żadnym się przecie nie pokala. Abraxas oznacza w literach liczbę górnych niebios: trzysta sześćdziesiąt pięć. Ponad trzystu sześćdziesięciu pięciu sferami nieba, ponad hierarchiami eonów, aniołów i archaniołów, istnieje pewien Mrok Bezimienny, piękniejszy nad wszystkie światła, nieruchomy, niezrodzony...
— Mrok bezimienny i nieruchomy znajduje się w twej tępej głowie! — wybuchnął z oburzeniem jakiś biskup aryański, idąc ku Tryfonowi.
Gnostyk, swoim zwyczajem, zamilkł w jednej chwili, zacisnął wargi z uśmiechem pogardy, przymrużył oczy i. podnosząc wskazujący palec do góry, mruknął:
— Mądrość, mądrość! — i uszedł na stronę.
Prorokini z Pepuzy, wsparta na zakochanych rzezańcach, stanęła straszliwa, blada, wycieńczona, z obłąkanym wzrokiem i jęczała, nie widząc nic, ani nie słysząc:
— Maran ata! Maran ata! Zbliża się Pan! Zbliża się Pan!
Uczniowie młodzieńczego Epifanesa, ni to półbożka pogańskiego, ni to chrześcijańskiego męczennika, którego czczono w bóżnicach cefalońskich, perorowali:
— Braterstwo i równość! Nie istnieją inne prawa. Burzcie wszystko! Niechaj wszystko wspólnem będzie, majątek i kobiety, jako trawa, jako woda, powietrze i słońce!
Ofianie, czciciele węża, wznosili nad głowy krzyż miedziany z owiniętym dokoła niego oswojonym gadem z Nilu.
— Mądrość węża — mówili — daje ludziom wiadomość dobrego i złego. Oto zbawiciel, Omiomorfos, wężokształtny! Nie obawiajcie się niczego, słuchajcie go, skosztujcie owocu zakazanego, a staniecie się równymi bogom!
Ze zręcznością kuglarza wznosząc wysoko w górę puhar kryształowy, napełniony wodą, markuzyanin, uperfumowany i ufryzowany uwodziciel kobiet, zapraszał ciekawych:
— Przypatrzcie się cudowi! Woda zakipi i w krew się przemieni!
Kolarbazyanie, rachując pośpiesznie na palcach, dowodzili, że wszystkie liczby Pitagorasa, wszystkie tajemnice nieba i ziemi są zawarte w literach alfabetu greckiego:
Alfa i Omega — początek i koniec. A pomiędzy niemi Trójca: Beta, Gamma, Delta — Ojciec, Syn i Duch Święty! Widzicie, jakie to proste!
Ebionici, żarłocy karpokratesiści, rozwiąźli barbelonici głosili takie bezeceństwa, iż ludzie bogobojni uszy sobie zatykać musieli. Wielu wywierało na tłumy wpływ tą niepojętą siłą pociągającą, z jaką działają na wyobraźnię rzeczy potworne i szalone.
Każdy był przekonany o swej słuszności, i wszyscy byli sobie wrogami.
Nawet drobniutka sekta, w oddalonych Afryki prowincyach zagrzebana, rogacyanie, nawet i ci utrzymywali, że Chrystus po powrocie na ziemię prawdziwe pojmowanie Ewangelii zastanie tylko u nich w kilku wioskach Maurytanii, a więcej nigdzie.
Euander z Nikomedyi, zapomniawszy o Juwentynie, ledwie mógł nadążyć zapisywać na tabliczkach nowe odcienie herezyi, szczęśliwy, jak amator, który odkrył cacko nieznane.
Tymczasem zaś z górnej galeryi młody cesarz, otoczony filozofami w szatach białych, oczyma pełnemi zadowolonej niechęci spoglądał na tych ludzi obłąkanych. Byli przy nim wszyscy jego przyjaciele: pitagorejczyk Proklos, Nimfidyanns, Eugeniusz Pryskus, Edezynsz, boski Jamblich stary, bogobojny archihiereus Dyndymeny Hekebolis. Nie śmieli się, nie żartowali; oblicza ich nie przestawały być nacechowane spokojem, zachowanie się — godnością mędrców. Chwilami tylko na zaciśnięte usta zabłąkał się uśmiech łagodnego politowania. Były to zaiste gody mądrości helleńskiej. Spoglądali z góry na galilejczyków, jak spoglądają bogowie na walczących ludzi, jak lubownicy cyrku patrzą na arenę, w której rozszarpują się i pożerają zwierzęta.
W cieniu opon purpurowych czuli się doskonale, gdy tymczasem na dole spoceni galilejczycy wyklinali się i nauczali.
Śród powszechnego zamieszania młody, zniewieściały kainita, z piękną delikatną twarzą i smutnemi dziecięcemi oczyma, wskoczył na trybunę i zawołał głosem tak natchnionym, że wszyscy się odwrócili i zamilkli, oszołomieni jego bezbożnością:
— Niech będą pochwaleni nieposłuszni Bogu! Niech będą pochwaleni Kain, Cham, Judasz, mieszkańcy Sodomy i Gomory! Niech będzie pochwalony ich rodzic, anioł Otchłani i Mroku!
Zaciekły Afrykanin Purpurys, który już od godziny nie mógł dojść do słowa, chcąc ulżyć swemu sercu, rzucił się na kainitę i podniósł nań pięść kudłatą i żylastą, „by zamknąć usta bezbożnikowi!”
Wstrzymano go i starano się uspokoić.
— Ojcze! nie godzi się!
— Puśćcie mnie, puśćcie! Nie zniosę podobnego wszeteczeństwa! — ryczał, szamocąc się, Purpurys. — Masz, nasienie kainowe!
I donatysta plunął w twarz kainity.
Powstał zgiełk, który pewnie byłby przeszedł w bójkę, gdyby nie wdanie się kopijników rzymskich, którzy rozdzielając galilejczyków, przemawiali:
— Nie wypada się tak sprawować u dworu. Czyż mało macie kościołów do bijatyki?
Pochwycono Purpurysa i chciano go wyprowadzić.
Ten krzyknął:
— Leona! Dyakonie Leona!
Dyakon roztrącił żołnierzy, obalił dwu na ziemię, uwolnił Purpurysa, i straszliwa maczuga cyrkumceliona świsnęła nad głowami herezyarchów.
— Chwała Panu! — wył Afrykanin, poszukując ofiary.
Nagle maczuga opadła na dół w osłabionej dłoni. Wszyscy skamienieli. Krzyk przeraźliwy jednego z nawpół obłąkanych rzezańców prorokini z Pepuzy przeszył ciszę. Padłszy na kolana, z twarzą wykrzywioną przerażeniem, rzezaniec wskazywał trybunę:
— Dyabeł, dyabeł!... patrzcie na samego dyabła!
Na wzniesieniu marmurowem ponad tłumem galilejczyków, z rękoma skrzyżowanemi na piersi, spokojny i wspaniały, w starodawnym białym stroju filozofa, stał cesarz Julian. Oczy płonęły mu straszliwą radością, i wielu w onej chwili odstępca wydał się przerażającym, podstępnym i silnym narówni z szatanem.
— Tak to spełniacie przykazanie miłości, galilejczycy! — odezwał się do struchlałego zgromadzenia. — Teraz widzę, co warte wasze miłosierdzie i przebaczenie. Zaprawdę, zwierzęta dzikie więcej mają dla siebie współczucia, niżeli wy, bracia! Mówiąc słowami Nauczyciela waszego: „Biada wam, nauczeni w Piśmie, iż zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi, albowiem tam sami nie wchodzicie, ani tym, którzyby wnijść chcieli” wchodzić nie dopuszczacie. Biada wam, faryzeuszowie obłudni!
A korzystając z ich zakłopotanego milczenia, dodał zwolna:
— Że zaś nie potraficie sami pokierować sobą zapowiadam wam, by do gorszych nieszczęść nie dopuścić: mnie bądźcie posłuszni, galilejczycy, i mnie się poddajcie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.